Culinary Fest – Poznań Restaurant Week – 11-17 maja 2015

Tak jak pisałem ostatnio, praktycznie w każdy weekend dzieje się w Poznaniu coś ciekawego pod względem kulinarnym. Już jutro idziemy na Noc Restauracji, tydzień temu odwiedziliśmy Beer Friends Festival, a w jeszcze poprzednim wzięliśmy udział (trzykrotnie!) w Culinary Fest – Poznań Restaurant Week. Właśnie o tym wydarzeniu postanowiłem dziś napisać kilka słów. Zanim to jednak nastąpi, chciałbym podziękować ekipie Van Cygan za wyczerpującą odpowiedź na moją recenzję sprzed tygodnia.

Prolog

Zacznę od ciosu kijem przez łeb. Wynajęta przez organizatorów firma IT, odpowiedzialna za system rezerwacji, nawaliła na całej linii. Najpierw strona nie działała w ogóle, potem nie można było przejść do sekcji poznańskiej, a na samym końcu – gdy już udało mi się zarezerwować stolik – otrzymałem po dwóch dniach informację treści mniej więcej takiej: przykro nam, że zdecydował się pan na anulowanie (sic!) rezerwacji. Rzecz jasna nic nie anulowałem, a pieniądze zostały wpłacone i zaksięgowane od razu. Na szczęście obsługa restauracji Warto nad Wartą była bardziej profesjonalna niż twórcy systemu rezerwacyjnego i bez problemu udało się nam zrealizować to, co od początku planowaliśmy. Poza początkowym zgrzytem organizacyjnym, festiwal minął smacznie i relatywnie tanio. Kilkadziesiąt restauracji z kilku miast przygotowało specjalną trzydaniową ofertę za 39 złotych. W wielu miejscach klienci mogli wybrać jeden z dwóch zestawów (pomyślano o jaroszach). Z racji ceny nie należało się nastawiać na jedzenie do syta, a raczej na degustację i odkrywanie nieznanych smaków i aromatów.

11258627_1041990735830281_1206934168_n11119607_1041990829163605_1021002437_n11257616_1041990835830271_1265988108_n

Akt I – poniedziałek – Piano Bar

Piano Bar w Starym Browarze to restauracja, która do czasu wizyty w tym miejscu kojarzyła mi się z bardzo wysokimi cenami i przesiadującymi tam bogatymi ludźmi, często pochodzenia romskiego, podczas gdy ich dzieci biegają frywolnie po terenie galerii handlowej. Tamtejszą doskonałą kuchnię rekomendował mi mój przyjaciel, więc korzystając z tegoż polecenia udałem się z Ukochaną na Półwiejską. Wewnątrz miejsce nie wygląda aż tak luksusowo, jak przypuszczałem, ale jako że nie lubię napuszonych miejsc, stanowiło to pierwszy plus. Zgodnie z obawami, za towarzyszy biesiady przy sąsiednich stolikach mieliśmy uczestników dwóch dość dużych spotkań biznesowych, więc staraliśmy się znaleźć kącik, gdzie będzie w miarę cicho i przytulnie – co na szczęście udało się bez problemu. Co do samego jedzenia – na przystawkę wjechała sałatka pak choi z młodym szpinakiem i owocami leśnymi. Połączenie malin z oliwą z oliwek stanowiło dość ciekawą fuzję smaków, jednak osobiście wybrałbym inny dressing. Ten z kolei nie zawiódł przy dorszu. Sos bearneński wraz z zatopionymi w nim szparagami komponował się z rybą doskonale. Sama porcja była średnich rozmiarów, natomiast moja partnerka niestety otrzymała rzekomy filet ze sporą ilością ości. Desery – jak zdążyliście zapewne zauważyć – nie są dla mnie ważnym punktem programu. Karmelowy krem z malinami był zjadliwy, aczkolwiek maleńki. Ogółem wizyta na plus, poza niedopatrzeniem związanym z filetowaniem dorsza.

11269017_1041989505830404_1270441905_n 11261092_1041989499163738_986635448_nIMG_20150513_213258_1 IMG_20150513_214444_1

Akt II – środa – Warto nad Wartą

Opisywana środa to dla nas dzień szczególny – wszak moja Ukochana obchodziła tego urodziny. Z bukietem róż przybyłem do restauracji odpowiednio wcześnie, zająłem stolik (jeszcze raz dziękuję ekipie z WnW za naprawienie nieswojego błędu związanego z rzekomym anulowaniem rezerwacji) i oczekiwałem na partnerkę popijając kawę. Jako że tu wzięliśmy dwa różne zestawy, kłopot stanowiło dobranie odpowiedniego wina, gdyż ciężko było dopasować coś, co może jednocześnie stanowić akompaniament dla wołowiny i pstrąga. Ostatecznie polecono nam włoskie wino różowe, które spełniło swoją rolę w stopniu zadowalającym. Sama obsługa i sposób otwierania i serwowania trunku stały na najwyższym poziomie elegancji i profesjonalizmu. Co do jedzenia, to w moim zestawie na przystawkę otrzymałem mikroskopijny rostbef z sorbetem z antonówki, który swoją temperaturą wystudził mięso. Poza rozmiarem i temperaturą smakowało dobrze (w końcu to wołowina!), a orzechowo-waniliowe nuty z dressingu stanowiły ciekawy akcent poboczny. Śledzik mojej partnerki także był maleńkich rozmiarów, więc czekaliśmy na coś większego na danie główne. Policzki wołowe – główny element mięsnego zestawu – po raz pierwszy jadłem w Czechach i od środowej wizyty oczekiwałem, iż moje myśli powrócą do tamtego magicznego popołudnia na ryneczku w urokliwym Taborze. Posiłek nie zawiódł. Miękka, wręcz maślana konsystencja, a także smak tego dania, to prawdziwe niebo w gębie. Oczywiście, porcja mogłaby być większa, ale i tak za tę cenę uważam, że… nad Wartą było Warto. Pstrąg Ukochanej, okraszony sosem z białego wina, oceniony został przez Nią również na piątkę. Na słodko otrzymałem mus z białej czekolady z bardzo ciekawymi lodami cynamonowymi i… no właśnie – czym?… Albo pamięć myli nas oboje, albo zamiast figurujących w menu śliwek dostałem maliny. Reasumując – mało, ale smacznie.

IMG_20150517_17025811287176_1048614978501190_1369190972_n11349019_1048614095167945_914452859_n

Akt III – niedziela – Toga

Niedzielna wizyta w Todze była dosyć niespodziewana, gdyż planowaliśmy tylko dwa wyjścia. Po zobaczeniu menu stało się jednak jasne, że musimy tam iść. Oto w restauracji usytuowanej z tyłu budynku, w którym mieści się empik na Placu Wolności, serwowano… koninę. Reakcja znajomych na samą ideę jedzenia konia była jednoznacznie negatywna, a to tylko spotęgowało moją chęć skosztowania zakazanego owocu. Podobno w dzieciństwie jadłem przywiezione przez tatę kabanosy z konia, ale nie mogę pamiętać tego smaku. W Todze ciemna polędwiczka końska (maleńka) faszerowana była serem, co nieco zniekształciło jej smak, aczkolwiek wyczuć się dało charakterystyczną słodycz. Oprócz smaku ważny element stanowił jednak wspominany czynnik nowości i wszechogarniającego niezrozumienia. Te pytania: ale jak to – konina? Jak możesz to jeść? Przecież to konik! Oczywiście ci ludzie nie mają nic przeciwko zjedzeniu słodkiej świnki czy krówki. Koninie towarzyszyły lubiane przeze mnie ziemniaki truflowe (walory wizualne!), rabarbar i warzywa. Poza koniem w Todze zauważyłem jeszcze jedną pozycję w menu, która natychmiast powędrowała na sam szczyt mojej listy do spróbowania. Oto w tym miejscu można zjeść tatar z… serca wołowego! Surowe serce na talerzu – czy może być coś bardziej heavymetalowego do jedzenia?! Moja rogata rockandrollowa dusza aż skakała z radości na samą myśl o krwistej uczcie. W wolnej chwili na sto procent spróbuję. Zacząłem jednak opis wieczerzy od środka, a warto wspomnieć o arcyciekawej przystawce, w której skład wchodziły rośliny ogrodowe, takie jak: czosnek niedźwiedzi, szczaw, bratki, czy liście kwiatów. Niedaleko od stolika zauważyłem też książkę na temat jadalnych chwastów. Bardzo doceniam takie pomysły i inicjatywy – od razu przypomniało mi się jedzenie liści marchwi w Vine Bridge przed rokiem. Wszystko to jest zgodne z filozofią zero waste, czyli brak strat – wszystko, co nie zagraża naszemu zdrowiu, jest jadalne i może kryć smaki i aromaty, o których nawet nam się nie śniło. Warto o tym pomyśleć, zanim następnym razem wyrzucisz do kosza coś, co mogłoby być pożywieniem. Na deser zaserwowano deskę z truskawkami, octem balsamicznym, pieprzem i cukrem pudrem – do dowolnego łączenia i próbowania. Najlepiej wypadły z balsamico i pieprzem. Na sortie zostaliśmy jeszcze poczęstowani leżakowanym w beczce dwudziestokilkuletnim octem z Modeny, który sam w sobie mógłby stanowić osobne danie. Decyzja na temat uczestnictwa w trzecim akcie Restaurant Week okazała się bardzo słuszną. Do Togi wrócimy – by pożreć surowe serce. Dodam jeszcze, że obsługa w Todze urzekła mnie swoją swojskością, a znad usytuowanego na podwyższeniu stolika spoglądały na nas akty robione metodą zdjęcie + obraz. Nie przeszkadzało to w promowaniu miejsca jako przyjaznego dzieciom. Niestety, muszę dołożyć także łyżkę dziegciu – talerze, z których jedliśmy, miały widoczne ślady tłustych palców, a sztućce leżały na stole, a nie na serwetce. Z mojej strony jednak liczy się przede wszystkim jedzenie.

Epilog

Tygodniowa degustacja kosztowała nas niecałe 120 złotych od osoby. Mimo tego, że porcje nie powalały wielkością, jesteśmy zadowoleni z arcyciekawych doświadczeń aromatyczno-smakowych i z pewnością weźmiemy udział w kolejnej edycji imprezy. Mam jednak nadzieję, że następnym razem organizatorzy Culinary Fest nie poskąpią pieniędzy na sprawdzonego operatora systemu rezerwacji i obędzie się bez wpadek znanych z niedawno zakończonej odsłony.

Reklamy
Culinary Fest – Poznań Restaurant Week – 11-17 maja 2015

5 uwag do wpisu “Culinary Fest – Poznań Restaurant Week – 11-17 maja 2015

  1. nob pisze:

    Ważniejsze wydaje się być fakt, że Mateusz Żurek, osoba odpowiedzialna za organizację culinaryfest, to oszust który jest winny ludziom pieniądze za wykonaną pracę, oszukuje restauracje mamiąc je promocją, do której tak naprawdę nie dochodzi

    Polubienie

  2. nob pisze:

    Rok temu zorganizował warsztaty kulinarne, równocześnie z culinaryfest, restaurant week w poznaniu, zatrudnił do prowadzenia ich dwie osoby, z czego dostały one jedynie połowę kwoty, do tej pory pieniędzy nie odzyskały a w ciągu najbliższych dni sprawa znajdzie się w sądzie

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s