Wrocławskie wspomnienia, czyli Beer Geek Madness 3 bez ściemy

12021832_10153719877154073_896937122_n12025396_10153719877039073_1649687110_n

Są festiwale, na które ostrzy się sobie zęby na kilka miesięcy przed samą imprezą. Tak też było z trzecią odsłoną Beer Geek Madness, która tradycyjnie odbyła się we wrocławskich Zaklętych Rewirach. Jako że od początku istnienia tego przedsięwzięcia (tu możecie przeczytać o poprzedniej edycji) goszczę w tym klimatycznym miejscu, mogę co nieco powiedzieć na temat paru aspektów zeszłoweekendowego wydarzenia. A więc do rzeczy.

Mówi się, że najistotniejszym elementem każdej imprezy są jej uczestnicy. Oceniając sobotni wieczór z tej perspektywy, jestem bardzo zadowolony. Jak zwykle poznańska ekipa nie zawiodła i bawiła się najlepiej, jak to było możliwe. Poza tym, udało mi się spotkać i chwilę porozmawiać z kilkoma osobami spoza naszego lokalnego światka, więc tym bardziej były powody do mruczenia. Identycznie jak pół roku temu, zajęliśmy miejsce w pralni i nie opuściliśmy go właściwie aż do przeniesienia imprezy na dach. Tuż obok naszych miejscówek rozlokowano krany z piwem z niemieckich browarów, które to były główną atrakcją tej odsłony BGM. Mimo szerokiej oferty prezentowanej na mapkach i ulotkach, na niektóre pozycje trzeba było czekać, aż poprzednie się skończą. Nie wiem nawet, czy wszystkie ostatecznie zostały podpięte.

Łyżka dziegciu

Poza piwem na gości – jak zawsze – czekały atrakcje artystyczne, koncerty, a także ultradrogie designerskie koszulki oraz ekipa salonu fryzjerskiego Petit Pati, z której usług dane mi było skorzystać – z dużym zadowoleniem. Celowo nie wspominam tu o gastronomii, bo tej tak jakby w ogóle nie było. Bez wątpienia cała farsa z jedzeniem zasługuje na miano największego skandalu BGM 3. Mimo trwającej od godziny 18 imprezy (plus niekrótki czas spędzony przed wejściem), goście byli skazani na głód aż do… 21, kiedy to – w teorii – dopiero otwarto strefę gastronomiczną. W teorii, gdyż totalny chaos i brak jakiegokolwiek pomyślunku sprawił, iż zamiast degustować kolejne piwa trzeba było stać godzinami w kolejce do jedynej kasy, aby dostać jakiś ochłap. Przed imprezą zapowiadano autorską kuchnię, a pod daniami podpisali się nawet szefowie kuchni. Szkoda, że nikt nie pomyślał o tym, żeby jedzenie było rzeczywiście dostępne w sposób sprawny i szybki. Dodatkowo, podczas wielogodzinnego oczekiwania na łaskę organizatorów, ochrona obiektu poczuła przypływ testosteronu i pozoru władzy, traktując ludzi jak bydło, zachowując się nieuprzejmie, agresywnie i chamsko. Zwykłym gościom (bez opasek VIP) nie pozwalano wychodzić z terenu obiektu, aby mogli coś zjeść i wrócić na imprezę, a także nie wpuszczano dostawców zamawianego jedzenia z zewnątrz. Napakowane karki z pobliskiej dyskoteki niczym gestapowcy przedzierali się pomiędzy gośćmi imprezy szukając pretekstu do wyleczenia swoich kompleksów. Doszły do mnie też słuchy (świadkiem sam nie byłem), iż jeden z ochroniarzy domagał się… łapówki za wpuszczenie dostawcy pizzy. Inny z kolei chciał dyktować, w jakiej pozycji znajdować się powinien zmęczony człowiek na ziemi: spać na siedząco może, ale na boku – już nie. Jak się okazało, byczki nie były pracownikami żadnej agencji ochrony (wiele osób chciało złożyć oficjalną skargę), więc pretensje można mieć tylko do organizatorów. Poza jedzeniem i ochroną, tragicznie zorganizowano imprezę na dachu o północy. Nie wspominając nawet o tym, że na jakiegokolwiek porządnego stouta trzeba było czekać pięć godzin od początku imprezy, to jeszcze przez totalną dezorganizację nagle wyzwolono w tłumie instynkty znane z filmików o uchodźcach na greckiej granicy. Wziąwszy pod uwagę niewielką powierzchnię dachu, mnogość ludzi i najlepsze piwa – wynik był jasny: dantejskie sceny i ogromny chaos. Przy tym wszystkim naprawdę małej wagi uchybieniem wydaje się brak myjek do szkła (jak ktoś miał długie ręce to mógł sobie na początku umyć w zlewie za barem, ale potem i tak obsługa, której wcześniej w ogóle nie było, miała z tym problem) czy darmowej wody do picia (to akurat nie jest żaden wymóg, ale skoro była na BGM 2, to jest to ewidentnie nieuzasadniona zmiana na gorsze). Po pierwszej edycji zdecydowanie najgorsze wrażenie robiła na mnie palarnia w przejściu do drugiej sali i strefy gastronomicznej – wyciągnięto jednak wnioski, palaczy wyrzucono na zewnątrz, dodano dyspensery wody i mimo tego, że nie każdy załapał się na amerykańskie piwa, mogło się wydawać, że idzie ku lepszemu. Niestety, organizacyjnie BGM 3 okazał się ogromnym krokiem wstecz. Nie piszę tego po to, by bezproduktywnie mieszać kogoś z błotem, a jedynie punktuję to, co koniecznie należy poprawić.

Chmiel, wędzonka, kwas i owoce

Co do samego piwa, otwarcie przyznam, iż żadne nie rzuciło mnie na kolana. W porównaniu z takimi perełkami jak Pirate Bomb z drugiej edycji, czy kwaśne piwa Mikkellera z pierwszej, tu mieliśmy pozycje co najwyżej dobre. Niemcy prezentują zachowawczość nawet w rewolucji. Ot, ironia losu. Ja wolę podejście amerykańskie. Być może na dachu były lepsze piwa, jednak – jak pisałem – tylko najbardziej wytrwali i odporni na zachowania stadne mogli sobie pozwolić na degustację tychże. Na początek moje festiwalowe szkło (mały, gustowny kieliszek) wypełniło Viking Gose z browaru The Monarchy. Z racji małej dostępności moich ulubionych RISów, festiwal stał dla mnie pod znakiem historycznych niemieckich styli, takich jak właśnie gose czy berliner weisse. W propozycji Monarchy sympatycznie komponował się lekki kwasek z przyjemną wędzonką, a całość przyjemnie orzeźwiała i zapowiadała udany wieczór. Dla porównania spróbowałem klasycznego Ritterguts Gose, które to na RateBeerze uznawane jest za absolutny majstersztyk. Tu już kwasowość stała na nieco wyższym poziomie, a do tego znać o sobie dawała nieco mydlana nuta kolendry. Wartość orzeźwiająca podobna jak w przypadku Vikinga. Trzecią próbką na rozkładzie był Onkel Albert z browaru Onkel – saison, który zaskoczył mnie dość niskim jak na ten styl wysyceniem i chmielowym początkiem. Poza tym, klasyczne belgijskie wyższe alkohole i nic więcej. Nie jestem jednak miłośnikiem saisonów. Podobnie nie podniecają mnie klasyczne pilsy, jak ten z Schonramera, który poza słodowością nie dawał żadnych uniesień. Nawet do meczu wolę pić jakieś pale ale. Nieco lepiej wypadło w tym towarzystwie German IPA z browaru Camba Bavaria, aromatyzowane na zimno europejskimi odmianami chmielu. Kwiatowy aromat i chmielowy smak, goryczka na zadowalającym mnie poziomie. Jedyne, do czego się mogę przyczepić, to zbyt wysokie wysycenie. Kolejna propozycja to efekt współpracy trzech browarów, dwóch rosyjskich i jednego niemieckiego: 1516, Bakunin i BrauKunstKeller – saison z pomarańczami, chmielony Huell Melonem i Mandariną Bavarią. Pierwszy raz piłem piwo na Huellu i rzeczywiście aromat melonowo-arbuzowy był wyraźnie wyczuwalny. W połączeniu z owocowością dawało to naprawdę niezłe rezultaty. Mimo że saison to nie jest mój ulubiony styl, wypiłem go z wielką przyjemnością. To tyle jeśli chodzi o pralnię.

W oczekiwaniu na podpięcie innych beczek, udałem się na główną salę, gdzie na początek spróbowałem Lodzermenscha z Piwoteki. Browar ten bardzo szanuję za Czarnego Wdowca, więc oczekiwania miałem spore. Niestety, poza lekkim kwaskiem i dobrą pijalnością piwo nie wnosiło zbyt wiele walorów aromatyczno-smakowych. Nos wręcz był zupełnie neutralny. Po krótkim polskim interwale, powróciłem do germańskich bohaterów wieczoru i wypiłem znane już mi Laguna IPA z BrauKunstKeller oraz Backbone Splitter od Hansa Mullera. Tu trzeba przyznać plusik za to, że niemieccy piwowarzy nie siedzieli w loży VIP chełpiąc się swoją znakomitością, a z chęcią opowiadali o swoim piwie i pomagali w napełnianiu szkieł. Z tej dwójki to Splitter oferował nieco przyjemniejszy aromat chmielowy (Laguna zajeżdżała trochę perfumami). Oba piwa natomiast nie powalały ogromem goryczy czy mircenem wyciekającym przez nos. Klasyczna teutońska zachowawczość. Następny niemiecki wypust to Holy Shit z browaru Schoppe, w którym chmiel mieszał się z karmelem i słodowością i średnio intensywną goryczką. Zawiódł mnie niestety Pfefferkorner z Freigeist Bierkultur, który poza aromatem pieprzu atakował nutami kanalizacyjnymi, a w smaku nie dawał niczego lepszego. Na zakończenie niemieckich degustacji spróbowałem jeszcze Methusalem z The Monarchy i Saison Blanc z Camba Bavaria. O ile wypust Camby wiał nudą i klasyką, to całkiem ciekawą propozycją okazał się adambier od Monarchów. Ciemne, wędzone, nieco kwaśne, mocne piwo w starym dortmundzkim stylu – z pewnością można je zaklasyfikować do kategorii madness.

Jeśli chodzi o polskie premiery, to dane mi było spróbować jedynie kilku. Nie wypowiem się na temat krytykowanego wszem i wobec Rauchweizena z Doctora Brew, gdyż po prostu nie miałem okazji go pić. Kwas Delta z Pinty okazał się całkiem fajnym, orzeźwiającym berlinerem, jednak bez większych egzaltacji. Zwycięski Cyrulik z Profesji miał jak dla mnie ciut za mało wędzonki (choć nieco w innym charakterze niż Kwas Beta). Lekko kwaśne i owocowe okazało się Blu Berrymore z Hopium, natomiast Saison Curry Wurst z Birbanta, mimo dobrych rekomendacji znajomych piwowarów, absolutnie nie przypadł mi do gustu. Jakieś takie piaskowe odczucie w ustach, dziwna przyprawowosć i lekka wędzonka nie dały dobrego połączenia. Lepiej na pewno smakował Very Bloody Berliner z Piwnego Podziemia, z wyraźnym czerwonym owocem (bardziej porzeczka niż aronia) na pierwszym planie, o lekko winnym finiszu. Browar ten udowadnia, ze większość wypustów ma udanych. Fuck The Boundaries z BroKREACJI z kolei oferował feerię różnych smaków, od chmielowego, przez kwaśny do słonego. Połączenie całkiem udane. Na dachu, niestety, załapałem się tylko na Omniprairie, czyli kooperacyjny imperialny milk stout z browarów Prairie i Omnipollo – słodkie, czekoladowe, bardzo gładkie, aksamitne, dobrze ułożone piwo. Wysoka klasa. Niestety, pozostałych hitów nie było mi dane spróbować. Spośród polskich premier, Beer Geek Choice przyznałbym chyba Piwnemu Podziemiu, aczkolwiek zwycięska propozycja Profesji nie była zła.

Na przyszłą edycję organizatorzy mają dużo do poprawy. Wierzę jednak, że zdają sobie doskonale sprawę z tego, co zostało spieprzone i jak nie dopuścić do powtórki tego następnym razem. Ja nie tracę nadziei i wiary w to, że na Beer Geek Madness 4 znów się spotkamy i przeżyjemy niezapomniane chwile w towarzystwie piwnych świrów, których w Polsce nie brakuje. Niechaj żyje rewolucja. Przekraczajmy granice – o wiele bardziej niż Niemcy mają na to odwagę. Co do samego piwa, z mojej strony apel: więcej RISów, więcej barley wine. Nie po pięciu godzinach imprezy, a od początku. No i to jedzenie… Zróbcie coś z tym. Do zobaczenia!

Reklamy
Wrocławskie wspomnienia, czyli Beer Geek Madness 3 bez ściemy

Jedna uwaga do wpisu “Wrocławskie wspomnienia, czyli Beer Geek Madness 3 bez ściemy

  1. lomza pisze:

    Twoja relacja zgadza sie w 100 % z moimi odczuciami i to co do wszystkich aspektow imprezy – ochrona- chamskie karki chcialy ode mnie kase kiedy chcialem wyjsc po (o ironio !) kase i jedzenie, o piwie powiem tylko tyle : uwielbiam RIS’y wiec musialem wydac sporo kasy w sklepiku BGM na te wlasnie piwa ale i tak jestem wdzieczny za taka mozliwosc. Na dachu tragedia. Jak to zobaczylem od razu sobie odpuscilem i … wypilem ostatniego RIS’a ktorego mialem w plecaku …Poza tym super impreza 🙂

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s