Deutsche Sommertour – day 7 – w kręgach magii i mrocznych legend

Po odbyciu porannego spaceru wśród terenów zielonych przy Schildescher Viadukt, można było udać się w dalszą podróż. Jako że nastał poniedziałek, skupiliśmy się na ciekawostkach zewnętrznych, gdyż większość atrakcji w tym dniu jest zamknięta. Pierwszym przystankiem był pomnik Arminiusza – legendarnego germańskiego woja, który zatrzymał armię Rzymian. Przez stulecia był on symbolem niemieckiej potęgi i ducha walki. Jak łatwo się domyślić, historię tę wykorzystywali także w celach propagandowych naziści. Również od niego swą nazwę wziął pobliski klub piłkarski – Arminia Bielefeld.

Kontynuując szlak germańskiego mistycyzmu narodowego, udaliśmy się do Externsteine – malowniczo położonego kompleksu skał piaskowych,  które według legendy miały niegdyś spełniać rolę obserwatorium astrologicznego lub miejsca przedchrześcijańskiego kultu. W średniowieczu pieczę nad imponującymi skałami sprawowali benedyktyni i z tego okresu zachowała się chrześcijańska płaskorzeźba wykuta w jednej ze skał. Tuż obok skalistych wież znajdziemy piękne jeziorko i tereny spacerowe oraz restaurację, gdzie przycupnęliśmy na krótką chwilę by kontemplować ten cud natury.

Jednym z najciekawszych punktów podróży był kolejny przystanek – niewielkie miasteczko o nazwie Hameln. To tu – z budynku pałacu ślubów – w rytm upiornej pozytywki wyłaniają się baśniowe postacie opowiadające historię „Szczurołapa z Hameln”, utrwaloną m.in. przez braci Grimm. Według legendy, nieradzące sobie z plagą szczurów miasto postanowiło zatrudnić szczurołapa, lecz ten po wykonaniu zadania został oszukany i nie otrzymał zapłaty. W zemście powrócił do Hameln i – korzystając z hipnotyzującej melodii odgrywanej na zaczarowanym flecie – wyprowadził z miasteczka dzieci, po których zaginął ślad. Istnieje wiele hipotez na temat tego, co naprawdę stało się z dziećmi z Hameln: od epidemii dżumy, przez porwanie przez psychopatycznego pedofila-mordercę, aż po zarobkowe wyjazdy młodych chłopców z miasta. Jak było w rzeczywistości – nie dowiemy się nigdy, lecz legenda o zaczarowanym flecie, na którego dźwięk zarówno szczury, jak i dzieci podążają za szczurołapem, by następnie utopić się w rzece, brzmi fantastycznie i trafia idealnie w bliską mi poetykę. W miasteczku legenda jest także opisana na brukowanych alejkach rynkowych, a idąc po szczurzych śladach możemy zaznajomić się z opowieścią wraz z miejscami w niej opisywanymi. Przemysł turystyczny w Hameln kwitnie, więc możecie tu kupić nawet… hamelińskie Monopoly o szczurzej tematyce.

Dzień finiszowaliśmy w mieście Pelikana i Scorpionsów, czyli Hanowerze, gdzie również czekały nas mroczne klimaty. Na jednym z ładniej zagospodarowanych cmentarzy możemy odnaleźć tablicę upamiętniającą ofiary seryjnego mordercy – Fritza Haarmanna. W okresie międzywojennym „Rzeźnik z Hanoweru” zamordował przynajmniej 24 nastoletnich chłopców, a następnie rozczłonkował ich ciała, odcinając głowy i obdzierając ze skóry. Mięso z kolei sprzedawał na lokalnym targu – jako wieprzowinę. Co więcej, przez lata zbrodnie uchodziły mu na sucho, gdyż był informatorem miejscowej policji. Ostatecznie został ścięty gilotyną.

W Hanowerze zahaczyliśmy jeszcze o Bibliotekę Leibniza, gdzie można podziwiać pierwowzór kalkulatora, zaprojektowany przez tego genialnego omnibusa, a także wiele rzadkich książkowych eksponatów, w tym np. starożytne atlasy czy dawne wydania Biblii. Niestety, pomimo tego, że biblioteka ta dysponuje przeogromnym katalogiem, próżno szukać w nim dzieł Ayn Rand czy Murraya Rothbarda. Na szczęście Frederic Bastiat nie trafił jeszcze na czarną listę i studenci mogą sięgać po jego dzieła.

Ostatnim aktem naszego cmentarnego poniedziałku był wieczorny spacer po centrum miasta, ze szczególnym uwzględnieniem Marktkirche – kościoła, na którego fasadzie widnieje – jak gdyby nigdy nic – pentagram. Godne zakończenie eskapady, obfitującej w historie o ezoterycznym nazizmie, mordercach, pedofilach i przedwiecznych kultach, nieprawdaż? Samo miasto wydało nam się troszkę wyludnione – pozbawione typowo kawiarniano-imprezowego sznytu – raczej sprawiające wrażenie takiego, do którego przyjeżdża się podpisać kontrakt i wyjechać.

Deutsche Sommertour – day 7 – w kręgach magii i mrocznych legend

Deutsche Sommertour – day 6 – w willi u króla armat po drodze do miasta, którego nie ma

Z Duisburga wyruszyliśmy do miasta, które nie istnieje – przynajmniej według znanej internetowej teorii. No bo znacie kogoś, kto był w Bielefeldzie? Zanim tam jednak dotarliśmy, padliśmy ofiarą – żeby nie rzec oszustwa – napiszę: wyrafinowanej autopromocji.

Pierwszym przystankiem była otoczona przez przeogromny park Villa Hügel – prywatna posiadłość należąca do fundacji rodziny Kruppów, w której mieści się dziś muzeum. Gdy wjeżdżaliśmy na spory parking, przywitał nas ubrany elegancko portier, pomimo że lokalizacja wejścia nie budziła wątpliwości. Brakowało jedynie, aby zaproponował, że odstawi nasze auto na miejsce. W środku zwiedziliśmy galerię obrazów wiszącą w holu głównym oraz obejrzeliśmy mnóstwo artefaktów z historii rodziny gospodarzy. Wedle panującej tu narracji, rodzina Kruppów dorobiła się na innowacyjnej przedsiębiorczości, kładąc kamienie węgielne pod nowoczesny przemysł stalowy, a jej członkowie to znani filantropowie i cieszący się estymą biznesmeni. O czasach drugiej wojny światowej jest tu niewiele – z artefaktów pozostał dokument, na mocy którego firma powraca w prywatne ręce. Nie znalazłem jednak żadnej wzmianki o tym, że rodzina Kruppów nie tylko finansowała powstanie NSDAP, ale była również głównym producentem uzbrojenia III Rzeszy. W zbrojeniówce zresztą siedzieli też w poprzednich wojnach, toczonych jeszcze przez armię pruską – stąd Alfred Krupp zyskał pseudonim „Król armat”, a od imienia jego wnuczki jedno z dział prześmiewczo nazywano „grubą Bertą”. To właśnie wojny i kontrakty z państwem na dostawę dział były głównym źródłem bogactwa koncernu. Aby oddać sprawiedliwość dziejom, nazizm Kruppów nie był ideologiczny, a czysto pragmatyczny. NSDAP finansowali, gdyż upatrywali zagrożenia dla biznesu w komunizmie, a z Hitlerem współpracowali dla pieniędzy, podpisując sowite kontrakty na dostawy zbrojeń oraz wykorzystując niewolniczą pracę jeńców wojennych i więźniów obozów pracy.

Nie widziałem także nigdzie informacji o homoseksualno-narkotycznych orgiach najmłodszego z dynastii – Arndta – o których wspominał w swej biografii Keith Richards, jak to wspólnie wielokrotnie imprezowali w Maroku. To zresztą nie jedyna postać, którą należy wymienić w tym kontekście. Jego przodek, Friedrich, wydawał rzekomo tyle pieniędzy na organizowanie homoseksualnych orgii na wyspie Capri, że miejscowi budowali sobie za nie rezydencje, a władze wydały Kruppowi zakaz wstępu do Włoch z powodu demoralizacji, jaką tam wprowadzał. Friedrich, ze wstydu jaki przyniósł rodzinie, popełnił rzekomo samobójstwo po rozmowie z cesarzem Wilhelmem II – przyjacielem rodu. Wymazana z historii została także pierwsza żona Alfrieda Kruppa – Annelise Lampert – gdyż rodzina uznawała ów związek za mezalians. Zarówno Alfried, jak i jego ojciec Gustav, byli oskarżonymi w Procesach Norymberskich. Młodszy odsiedział trzy lata, po czym został oczyszczony z zarzutów i odzyskał majątek, a starszy nie mógł być sądzony ze względu na stan zdrowia.  W owym czasie był już na łożu śmierci. Ponure karty historii rodu nie zmieniają faktu, że dziś dziedzictwo biznesowe rodziny Kruppów jest wciąż żywe – w postaci części jednego ze światowych liderów przemysłu stalowego, dziesiątej najbogatszej korporacji świata, ThyssenKrupp AG – powstałej w wyniku fuzji konkurujących ze sobą niegdyś firm Thyssen i Krupp.

W Essen udaliśmy się też na posiłek i krótkie zwiedzanie, jednak w porównaniu z Düsseldorfem… były tu straszne pustki. Rozumiem, że w niedzielę ludzie mniej siedzą na mieście, ale jednak różnica była kolosalna. Trafiliśmy do kawiarni niedaleko katedry, gdzie zamówiliśmy kawę oraz solidny deser. Mówiąc solidny – mam na myśli przeogromny. Gdy prosisz o tiramisu, masz na myśli taką kosteczkę, którą zjesz ze smakiem i tyle, prawda? No nie – tu tiramisu było wielkości małego bochenka chleba, a gofr z owocami dorównywał mu rozmiarem. Wszystko za całkiem przyzwoitą cenę. Jeśli więc macie ochotę na p o t ę ż n y deser, odwiedźcie Toscani Eiscafe!

Stamtąd udaliśmy się do Bottrop, gdzie na szczycie góry wybudowano Tetraeder – potężną stalową konstrukcję szkieletową w kształcie czworościanu, do której można wejść i poruszać się wewnątrz schodami. Na wzgórze prowadzi kilka urokliwych ścieżek spacerowo-rowerowych, a ze szczytu rozciąga się widok na pogórniczy krajobraz Zagłębia Ruhry, ozdobiony dymiącymi kominami, magazynami i szybami.

To właśnie kopalnie były kolejnym punktem wycieczki. Zollverein uznawane jest za najładniejszy kompleks kopalń na świecie. Zbudowano go nie tylko, by zarabiał pieniądze dla niemieckich przedsiębiorców, ale i jako wizytówkę regionu. Przyjmowano tu znamienitych gości i inwestorów z prawdziwymi honorami, a całość zaprojektowano zgodnie z kanonami sztuki i symetrii. O ile znajduje się tu sporo miejsc do zwiedzania, tylko jedna z wycieczek dostępna jest w języku angielskim – to opowieść o górniczym życiu połączona ze zwiedzaniem jednego z szybów. Dowiedzieliśmy się co nieco o pracy w tym zakładzie i zobaczyliśmy dawne sprzęty górnicze. W kompleksie odnajdziemy także galerię sztuki, warsztat malarski i muzeum. Polecam serdecznie!

Stamtąd pozostało już tylko uciec w nicość, rozpłynąć się w micie i sprawdzić na własnej skórze, czy Bielefeld istnieje. Gdy dotarliśmy na miejsce, nie było to takie pewne, gdyż ludzi na ulicach można było policzyć na palcach jednej ręki. Na szczęście odnalazła się kelnerka, która uraczyła nas piwem w browarze restauracyjnym Brauhaus Joh. Albrecht. Tu skosztowałem miejscowego Kellerbiera o nazwie Messing, który smakował dość generycznie, jednak – jak to u Niemców – nie miał wyraźnych wad i dało się go wypić ze smakiem. Jako akompaniament do piwka – tradycyjna, pyszna niemiecka golonka!

Pospacerowaliśmy sobie potem ulicami Bielefeldu, znaleźliśmy kilka ciekawych miejsc, a ostatecznie na posiłek przycupnęlismy w Hans Im Glück Burgergrill & Bar. Na miejscu serwują świetne burgery w opcjach mięsnych i wegańskich, więc można było się najeść smacznie i do syta. Co do piwa – wypity tu Allgäuer Büble Bier Bayrisch Hell był póki co najsłabszym jasnym lagerem pitym w Niemczech – zupełnie bez wyrazu, z koncernowym posmakiem. Największą atrakcją Bielefeldu jest jednak nie tylko klimatyczne centrum, ale i oddalony od niego kawałek przepiękny park nad jeziorem wraz z malowniczym wiaduktem Schildescher. Zrobiliśmy sobie spacer dookoła jeziora, podziwiając przyrodę oraz niczego niebojące się łabędzie, swobodnie skubiące coś przy pieszych traktach. To tu mieszkańcy miasta przyjeżdżają odpocząć, pospacerować, pobiegać lub pojeździć rowerem. Urokliwa oaza.

Następnego dnia nastał poniedziałek, kiedy w Niemczech większość miejsc jest zamknięta, a więc plan dnia obejmował głównie atrakcje zewnętrzne…

Deutsche Sommertour – day 6 – w willi u króla armat po drodze do miasta, którego nie ma

Deutsche Sommertour – day 5 – Holandia, nadreńskie bulwary i rozświetlony neonami postindustrialny park

Mieliśmy dojechać aż do Amsterdamu, odwiedzić coffee shopy, pozwiedzać i ruszyć w drogę powrotną. Nie starczyło jednak dni. Już na etapie planowania ta idea upadła. Nie chcąc jednak rezygnować z odwiedzenia Holandii, znalazłem tuż przy granicy, niedaleko miejscowości Vaals, labirynt. Jako wielbiciele horror house’ów i escape roomów, z miłą chęcią wybraliśmy się właśnie tam. Wszak błądzenie wśród zadbanych żywopłotów i rozwiązywanie zagadek w słoneczny dzień to wspaniała rozrywka, którą polecam każdemu!

Jak się jednak okazało, labirynt Drielandenpunt (nazwa wzięła się od tego, iż zbiegają się tam granice Niemiec, Holandii i Belgii), okupowany jest głównie przez rodziny z rozwrzeszczanymi dziećmi, a cały kompleks przypomina wesołe miasteczko. Nie tego oczekiwaliśmy. Mimo wszystko, spędziliśmy trochę czasu błądząc po obiekcie, wchodząc na platformy, mosty i wieże, z których można było obserwować pieczołowicie zaplanowany labirynt oraz… dach kawiarni, ukształtowany i pomalowany na wzór motyla! Dla rodzin z dziećmi miejsce idealne! Chodząc wąskimi alejkami mijaliśmy wiele atrakcji w postaci mini-gier, figurek czy natrysków, przez które można przebiec lub poczekać chwilkę na krótką pauzę, aby się nie zmoczyć. Dodatkowo, wzdłuż poprawnej ścieżki wiedzie seria pytań i zagadek na temat miejsca, w którym się znajdują odwiedzający. Niestety, dla wielbicieli romantycznych, odludnych miejsc – zdecydowanie nie jest to polecana destynacja. Mimo wszystko, mnie się podobało!

Zanim trafiliśmy do tego miejsca rodzinnych uciech, odwiedziliśmy Akwizgran, gdzie poza piękną katedrą mieliśmy jeden cel: ciastka! Tak, tak – w tym przygranicznym mieście znajdziemy słynne pierniczki o nazwie Printen, a najlepsze i najbardziej znane robi Printenbackerei Klein. Na starówce możecie trafić na minimum dwa sklepy, które oferują ich wyroby. Do produkcji oryginalnych ciastek używa się tu mąki pszennej, trzech rodzajów cukru, cynamonu, anyżu, goździków i kolendry. Przypominają one nieco polskie pierniczki, jednak mają swój unikatowy charakter. Zjeżdżają tu turyści z całych Niemiec i krajów Beneluksu, by spróbować tej lokalnej smakowitości.

Harmonogram piątego dnia wycieczki mieliśmy napięty, bo jeszcze pozostały nam w agendzie dwa miasta! Z labiryntu udaliśmy się do Düsseldorfu, gdzie najpierw – na przedmieściach – zobaczyliśmy Kościół pw. Najświętszego Sakramentu, potocznie nazywany kościołem-bunkrem, z racji swojego kształtu oraz… funkcji, jaką pełnił podczas II Wojny Światowej. Wówczas to naziści przejęli kontrolę nad budynkiem i uczynili z niego schron przeciwlotniczy. Po wojnie dobudowano dzwonnicę, a pięć lat temu Kościół Katolicki przekazał świątynię Kościołowi Koptyjskiemu, który ją wyremontował i obecnie służy za miejsce modlitw tejże wspólnoty.

W samym Düsseldorfie zaparkowaliśmy pod jednym z najciekawszych architektonicznie miejsc – tzw. „pokręconych budynkach” zaprojektowanych przez Franka Gehry’ego, który postanowił ożywić nieco smutne portowe nabrzeże miasta. Dzięki temu zyskało ono trzy ciekawe konstrukcje, które dziś sprawiają, że spacery nad Renem zyskują wizualną atrakcje – zwłaszcza, gdy słońce odbija się od lustrzanych powierzchni załamujących światło. Tuż obok wyrasta Wieża Reńska, która nie tylko jest imponującym narzędziem komunikacyjnym, ale także… zegarem, który w specyficzny sposób wyświetla aktualny czas na fasadzie budynku!

Udaliśmy się na godzinny spacer nadreńskimi bulwarami, mijając setki turystów i miejscowych, którzy odpoczywali w ten słoneczny wrześniowy dzień, wpatrując się w pływające po rzece statki. Tłum w Düsseldorfie był niesamowity! Miasto naprawdę żyło, jakby nigdy nie było żadnej pandemii. Mijając kolejne gastronomiczne budki, trafiliśmy w końcu do części miasta, gdzie mieści się ratusz, kilka kościołów oraz wszelkie restauracje. Mimo że na początku chcieliśmy zjeść gdzie indziej, ostatecznie zakotwiczyliśmy w azjatyckim barze Quang Minh, gdzie zjedliśmy dość tani i smaczny posiłek.

W Düsseldorfie najważniejszy jest jednak Altbier! Tak jak w Lipsku trzeba wypić Gose, a w Kolonii Kölsch, tak tu – musiałem spróbować prawdziwego Altbiera. Pierwsze kroki skierowałem do Uerige, gdzie z trudem znaleźliśmy stolik. Piwo było fenomenalne. Mimo ciemnej barwy, zachwycało wytrawnością i goryczką wyższą niż w większość IPA na rynku, a wszystkiego dopełniała miła podbudowa w stylu chlebowym. Niesamowite! Ciut gorzej było w Schlüssel, gdzie udaliśmy się z misją porównawczą. Ta wersja okazała się ciut bardziej wodnista i bez wyrazu, choć wciąż nie była zła. Do Uerige jednak nie miała startu.

Düsseldorf nie był jednak końcowym punktem piątego dnia wycieczki. Już po ciemku dotarliśmy do Duisburga, gdzie mieliśmy w planie odwiedzić postindustrialny park – coś w stylu Ferropolis, o którym pisałem w pierwszej relacji – jednak mieniący się neonami i będący miejscem spotkań miejscowych. Dumnie nazwany Północnym Parkiem Krajobrazowym kompleks składa się z opuszczonych maszyn wydobywczych, kopalnianych szybów oraz gigantycznych pieców hutniczych. W czasach przedpandemicznych wszędzie można było wejść, włącznie ze zwiedzeniem największego z pieców. Dziś, niestety, schody są zamknięte łańcuchem. Podobnie jak w Ferropolis, odbywają się tu koncerty, a jeden z budynków zamieniono w… największe w Europie centrum nurkowe znajdujące się pod dachem! Miejsce to zniewala szczególnie nocą, gdy rozświetla się kolorowymi neonami. Jest to także wspaniała lokalizacja na sesje zdjęciowe czy teledyski. Co ciekawe, działa tu także… hotel, jednak przeznaczony wyłącznie dla członków DJH, czyli niemieckiej organizacji młodzieżowej.

Niesamowite wrażenia w Duisburgu, spacer przepięknymi nadreńskimi bulwarami w Düsseldorfie zwieńczony pysznym piwem, smakowite ciastka w Akwizgranie i miło spędzony czas w holenderskim labiryncie. Szkoda, że trzeba było już wracać…. Od tej pory przecież poruszaliśmy się już wyłącznie na wschód, czyli z powrotem…

Deutsche Sommertour – day 5 – Holandia, nadreńskie bulwary i rozświetlony neonami postindustrialny park

Deutsche Sommertour – Day 4 – przepiękny park miniatur, nazistowski mistycyzm i niespodziewane wydatki w Kolonii

Opuszczając Kassel, udaliśmy się na zachód w kierunku Kolonii. Pierwszym przystankiem był park miniatur Mühlenplatz, gdzie można obejrzeć wykonane z najwyższą pieczołowitością maleńkie repliki słynnych zamków, pałaców, budynków gospodarczych czy tawern z całych Niemiec. Poziom szczegółowości tych dzieł sztuki umiejscowionych na pięknym zielonym terenie, pośród realistycznych maleńkich fos pełnych krystalicznie czystej wody i młynów z działającymi drewnianymi kołami, oszałamia! Zadbano nawet o takie rzeczy, jak pranie wiszące w oknach, ptasie gniazda pośród drzew czy zwierzęta gospodarskie. Możemy tu zobaczyć np. jak wygląda najstarsza działająca gospoda w kraju, a także potężne fortece typu zamek Wartburg. Wystawa znajduje się niedaleko uzdrowiska Gieselwerder i funkcjonuje od 1969 roku. Zdecydowanie warto tu spędzić godzinkę przechadzając się pomiędzy miniaturami!

Jeśli o potężnych budowlach mowa, następnie zatrzymaliśmy się w Wewelsburgu. To tutaj piękny średniowieczny zamek został przed wojną zmieniony w kwaterę SS, a cala wioska rozkazem Himmlera podporządkowana działaniu hitlerowców. Obok głównego obiektu znajduje się muzeum poświęcone tej zbrodniczej formacji, z opisami tego, jak doszli do władzy, całej struktury, machiny propagandowej oraz najważniejszych postaci. Następnie, podziemnymi korytarzami, przechodzimy do samego zamku, gdzie w wieży możemy podziwiać bardziej… ezoteryczne pozostałości po nazistach – jak choćby okultystyczne kręgi, ołtarze i miejsca spotkań dygnitarzy. To tu istniało centrum narodowo-socjalistycznego mistycyzmu. W zamku obowiązuje zakaz fotografowania, a kustosze mają niemałe problemy z odwiedzającymi Wewelsburg miłośnikami pogańsko-nazistowskich klimatów spod znaku Czarnego Słońca. Ciekawostka jest taka, że jako Polacy zwiedzanie mieliśmy za darmo. Miły gest czy pedagogika wstydu? Zostawiam Wam do oceny.

Omijając Dortmund obwodnicą, udaliśmy się na chwilę do Bensbergu, gdzie do pozostałości po zabytkowej, średniowiecznej fortecy dobudowano modernistyczny moloch, w którym mieści się miejski urząd. Horrendalna estetyczna abominacja, która ma jednak także swoich zwolenników. Architekt tego czegoś otrzymał prestiżową ponoć nagrodę Pritzkera. Niedaleko znajduje się także drugi zamek, w którym obecnie funkcjonuje luksusowy hotel. Ten prezentuje się o niebo lepiej.

W tym miejscu muszę napisać o naszej niespodziewanej przygodzie. Dojechawszy w końcu do Kolonii, zakwaterowaliśmy się na obrzeżach miasta i – chcąc zaoszczędzić na hotelowym parkingu – auto zostawiliśmy na miejscu postojowym przy ulicy. Byłem świadomy tego, że istnieje tam dziwny czasowy zakaz zatrzymywania się, funkcjonujący przez dwa dni w tygodniu przez kilka godzin. Pomyślałem, że może jakieś dostawy czy coś, i że jakoś sobie poradzą, poza tym po śniadaniu uciekamy. Typowa polska cebula. Niestety, gdy około godziny dziewiątej wyszliśmy z hotelu, na miejscach postojowych rozłożone były kramy, a uśmiechnięci lokalsi kupowali świeże warzywa i owoce. Po samochodzie ani śladu. Wszystkie auta zostały odholowane. Nie dosyć, że straciliśmy ponad dwie godziny na poszukiwaniu miejsca pobytu naszej Czarnej Perły, to jeszcze koszt całej operacji wyniósł aż… 175 EUR! Tak więc – moi drodzy – nie stawiajcie auta na zakazie w Niemczech, bo będzie Was to srogo kosztować.

W centrum Kolonii największe wrażenie zrobiła na nas oczywiście przepiękna katedra, która swym majestatem równać się może tej w Mediolanie, a może nawet i ją przewyższa. W środku zaś bije największy dzwon świata – nazwany imieniem Świętego Piotra – którego brzmienia mogliśmy posłuchać. Niedaleko tej przepięknej budowli, którą doskonale widać także w nocy choćby z nadreńskich mostów, znajduje się ciekawy Kościół Św. Urszuli, w którym można odnaleźć Złotą Komnatę okraszoną kośćmi i czaszkami jedenastu tysięcy dziewic-męczennic, które według legendy zginęły wraz ze Świętą Urszulą, zabite przez Hunów właśnie w Kolonii. Badania naukowców odkryły jednak, że dziewic było prawdopodobnie nie 11000 a… 11, a pozostałe kości należą także do mężczyzn, dzieci, a nawet… zwierząt. Podobno analizujący znalezisko weterynarz był w stanie dowieść, że w kościelnym relikwiarzu spoczywa pies rasy mastiff. Miasto skrywa oczywiście o wiele więcej skarbów (muzea wody kolońskiej, musztardy czy czekolady brzmią ciekawie) i musimy tam wrócić, jednak najważniejsze dla piwowara i foodies była oczywiście gastroeksploracja. Jak wiadomo – Kolonia stoi Kölschem. Tylko tu piwo warzone w stylu kolońskim może nosić swą oryginalną nazwę i właściwie co krok można spotkać jakiś minibrowar oferujący swoją jego interpretację.

Skusiliśmy się najpierw na obiad w Hänneschen und die Pfeffermühle, gdzie zjedliśmy przepyszne tradycyjne niemieckie Himmel un Ääd (czyli ziemniaczane puree z przysmażoną kaszanką, podawane ze zrumienioną cebulką i musem jabłkowym), frytki oraz dwa kremy: wegetariański z pomidorów oraz pełen mielonego mięsa porowo-serowy. To wszystko popiliśmy rzecz jasna Kölschem! Na miejscu serwują wersję warzoną przez browar Gaffel, które to piwo można spotkać także na stacjach benzynowych w puszce. Ta wersja była niezwykle czysta w smaku, delikatna, ekstremalnie pijalna, jak dobry lager, któremu niestety pożałowano goryczki. Piwo podaje się tu rzecz jasna w tradycyjnych wąskich szklankach do Kölscha o pojemności 200 ml.

Tuż obok restauracji mieści się browar Päffgen, który serwuje także swoją interpretację lokalnego przysmaku. Warto również napisać o tym, w jaki sposób podawane jest piwo w Kolonii oraz leżącym nieopodal Düsseldorfie. Kelner kładzie przed nami wafel od piwa i, niosąc pełną płyynnch smakołyków tacę, jedną szklankę stawia przez Tobą, jednocześnie zaznaczając kreskę na waflu. Gdy wypijesz, natychmiast przynosi drugą i kreśli kolejny znak. W ten sposób liczy, za ile piw musi wystawić rachunek. Kölsch z Päffgen różnił się mocno od sąsiedniego – był o wiele bardziej estrowo-owocowy i mniej rześki. Trzeci trunek w tym stylu wypiliśmy przy samym hotelu – w barze pełnym gadżetów piłkarskiej dumy miasta – 1. FC Köln, oglądając porażkę Schalke z Bayernem (0:8). Serwują tu Reissdorf Kölsch, który przypominał nieco tego z Gaffel – czysty, delikatny, pijalny na wiadra. Puszkę Gaffela wziąłem jeszcze na drogę. Wszystkie trzy Kölsche wypite w Kolonii sprawiły mi satysfakcję, pomimo że były piwami mało skomplikowanymi i stworzonymi raczej do obfitego picia niż powolnej degustacji.

Następnego dnia byliśmy już w połowie naszej szalonej eskapady…

Deutsche Sommertour – Day 4 – przepiękny park miniatur, nazistowski mistycyzm i niespodziewane wydatki w Kolonii

Deutsche Sommertour – dzień 3 – cuda natury w drodze do Kassel, barokowe trumny i multikulturowe slumsy

Zanim wyruszyliśmy z Erfurtu w dalszą drogę, trzeba było skonsumować śniadanie. W tym celu udaliśmy się na teren cytadeli, która niestety była cała rozkopana, a więc i widoków za bardzo nie uświadczyliśmy. Znajduje się tam jednak pawilon z lokalem o nazwie Glasshuette, który wybrałem na poranną przekąskę. Z góry roztacza się widok na panoramę miasta oraz piękną katedrę. Na moim talerzu znalazło się „śniadanie turyńskie” (od Turyngii, nie Turynu), w którego skład wchodził kubek kawy oraz soku, pieczywo, powidła śliwkowe, jajko, masło, kozi ser z Altenburga oraz Eichsfelder Feldgieker, czyli lokalny rodzaj wieprzowego salami doprawionego czosnkiem i kolendrą. Zawsze staram się sięgać po produkty regionalne. Myślę, że jak przyjedziecie do Erfurtu za rok, a rewitalizacja okolicy się zakończy, będzie to doskonała opcja na poranek!

Po śniadaniu udaliśmy się jeszcze na krótkie zakupy i ruszyliśmy dalej. Tego dnia skupiliśmy się na cudach natury. Pierwszy z nich zastaliśmy w miejscowości Ohrdruf. Żył tu kiedyś pewien bogaty lekarz, który postanowił ukształtować ogrodzenie z derenia i jarzębiny, przeplatając rośliny między sobą w formie żywopłotu. Po wojnie właściciel działki został z niej wyrzucony, a komunistyczne władze NRD urządziły tu ośrodek wczasowy. Ciekawa konstrukcja rosła jednak dalej i dziczała – i tak się dzieje do dziś. Obecnie żywopłot jest mocno zaniedbany, jednak wyraźnie widać pierwotny zamysł autora. W czasach swojej świetności rozciągał się na długość stu metrów, z których pozostały mniej lub bardziej zachowane fragmenty.

Skoro już o budowlach naturalnych mowa, kolejny przystanek był niezwykłą ciekawostką. Otóż na początku lat dziewięćdziesiątych Konstantin Kirsch postanowił w miejscowości Nentershausen zacząć budować domy, rzeźby i inne ciekawe konstrukcje z drzew. Zaliczyć do nich można fotele, drabiny, kopuły, a nawet sceny i świątynie. Aby się tam dostać, trzeba się nieco nagimnastykować. W okresie letnim raz w miesiącu organizowane są wycieczki, podczas których gospodarz oprowadza gości po swoim dziele. W innym okresie trzeba dzwonić i liczyć na szczęście. Nam się udało. Pytaliśmy okolicznych mieszkańców i ostatecznie trafiliśmy pod bramę mistycznego ogrodu. Na wejściowej furtce zastaliśmy mnóstwo znaków zakazu oraz numer telefonu. Zadzwoniliśmy, opowiedzieliśmy historię naszej podróży, a pan Konstantin chętnie przyjechał i w wyjątkowych okolicznościach zrobił nam skrócony tour de jardin. Na miejscu nie można robić zdjęć, ani w ogóle używać telefonów komórkowych, więc wybaczcie brak relacji fotograficznej. Odsyłam jednak do strony autora, gdzie istnieje nawet możliwość obejrzenia przelotu dronem nad ogrodem. Po sympatycznej rozmowie i obejściu całkiem sporego obiektu, ruszyliśmy dalej. Naturbauten Park jest na pewno miejscem specyficznym, owianym aurą tajemniczości i posiadającym takiego mistycznego ducha dzikich hipisowskich wiosek schowanych gdzieś w dzikich Bieszczadach. Zdecydowanie polecamy! Tylko koniecznie zadzwońcie wcześniej i umówcie się z gospodarzem. Jeśli zaś chcielibyście nieco bliżej zaznajomić się z konstrukcjami… wolontariusze do prac fizycznych są mile widziani!

Destynacją końcową było Kassel, z kilkoma ciekawymi punktami zaznaczonymi na mapie. Przede wszystkim chcieliśmy odwiedzić wielki kompleks Wilhelmshohe, z legendarnymi wodospadami, kaskadami i fontannami, gdzie spaceruje się wśród grzmiącej wody, co podobno jest piorunującym doświadczeniem. Niestety, COVID-19 pokrzyżował nam szyki. Z powodu pandemii cała instalacja wodna została wyłączona do odwołania, a zwiedzającym został do dyspozycji przepiękny, ogromny park oraz kompleks pałacowy, wraz z kilkoma ciekawostkami. To także tu nad miastem góruje Herkules, czyli rzeźba będąca symbolem Kassel, a nad okolicznym jeziorem ukryty jest Cmentarz Artystów, gdzie jeszcze za życia lokalni mistrzowie stawiają sobie pomysłowe nagrobki, będące dziełami sztuki. Warto się tam wybrać i udać na spacer wokół zbiornika. Zobaczymy tu np. gigantyczne drewniane oko, cylindryczne industrialne rzeźby czy pomnik z upiornymi figurami patrzącymi na gości z każdej strony. Przy drodze prowadzącej do parku znajduje się zaś restauracja Alte Wache – dokąd udaliśmy się na obiad. Króluje tu fuzja kuchni włoskiej i niemieckiej, a w menu znaleźć można nawet wołowinę wagyu! Co prawda nie jest ona podawana w formie steka (te mają z Black Angusa), a grillowanej kiełbaski, ale zawsze to coś. Oprócz tego, w ofercie odnajdziemy różnej maści makarony, trufle, steki oraz sporo opcji bezmięsnych. Sam – poza rzeczoną wagyu-salsiccią – wybrałem smażoną polędwiczkę wieprzową, co do której nie mam zastrzeżeń. Pięknie zrumieniona i soczysta w środku. Oprócz tego skonsumowaliśmy też przepyszne bezmięsne ravioli.

W samym Kassel zobaczyć możemy Muzeum Braci Grimm, ulokowane na skwerku ich imienia. To właśnie tu żyli i tworzyli słynni autorzy baśni. Tuż obok zaś znajduje się niezwykle ciekawe Muzeum Sztuki Nagrobnej, gdzie możecie zobaczyć całą historię pochówku zarówno w Europie, jak i na innych kontynentach. Jedno z pięter poświęcone jest także różnicom i ciekawostkom dotyczącym różnych religii. Wiedzieliście, że w Ghanie istnieją drewniane trumny w kształcie antylopy?! W muzeum tym znajdziecie przepiękne i upiorne maski pogrzebowe z Tybetu, zdobne barokowe trumny, a także nowoczesne inspiracje typu urny z herbem ulubionej drużyny piłkarskiej czy też takie, które wyglądają jak wyścigowy bolid. Osoby spod znaku ciemnego romantyzmu znajdą tu mnóstwo rzeczy to chłonięcia atmosfery i podziwiania. Dla tych o mocniejszych nerwach przygotowano nawet eksponaty w postaci środków chemicznych do balsamowania zwłok. Polecam także udać się do ogrodu, gdzie można pospacerować wśród ciekawych modeli nagrobków. Raj dla mojej mrocznej duszy.

Troszkę mniej miło wspominam okolicę, w której się zatrzymaliśmy. Po raz pierwszy zetknąłem się tu z tym, o czym czyta się czasem z niedowierzaniem w mediach. Pod sklepem całe rodziny imigrantów z Bliskiego Wschodu i Afryki – mężczyźni głośni i pijani, kobiety z dziećmi osobno cierpliwie czekające na murku. Oczywiście nie obyło się bez klasycznych zaczepek a’la kierowniku poratuj piątakiem, jednak pozostałem na nie niewzruszony. Idąc dalej, klimat był podobny – z centrum religijnego Igbo nie dobiegały kościelne pieśni, lecz niemiecki eurodance z lat 90-tych, a wyrośnięta młodzież zajmująca cały chodnik nie sprawiała wrażenia przyjaźnie nastawionej do przechodniów. Wśród takiego blokowiska znajduje się browar Steckenpferd, który poza lokalnym piwem serwuje także kuchnię libańską, gotowaną przez rodowitego Libańczyka – jak się okazało, bardzo dobrego kucharza. Zjedliśmy znakomity zestaw wegetariańskich mezze, a i piwa przypadły mi do gustu – szczególnie mocno orzechowo-czekoladowy Brown Ale – styl rzadko warzony, acz tu wykonany perfekcyjnie, a także Pale Ale przepięknie pachnący cytrusami i nie mający cienia mulącej słodyczy! Dla koneserów serwują tu też wersję rzeczonego Browna z dodatkowym shotem Ardbega. Oj przypominają się piwne festiwale…

Następnego dnia ruszaliśmy w stronę Kolonii, gdzie czekały nas niespodziewane komplikacje…

Deutsche Sommertour – dzień 3 – cuda natury w drodze do Kassel, barokowe trumny i multikulturowe slumsy