Inspiracja BBL #2: Stek jagnięcy dla leniwych

Stek jagnięcy dla leniwych

Jak wiecie, jestem leniwy. Gdy mówię o tym ludziom, dziwią się, bo przecież dwie prace, firma, podróże, siłownia, gotowanie, blog i mnóstwo innych zajęć… Ale tak – moją złotą zasadą jest maksymalizacja wydajności przy minimalizacji wysiłku. W kuchni się relaksuję – jednak i tam nie ucieknę od swej osobowości człowieka zawsze szukającego drogi na skróty, a do tego do granic możliwości niecierpliwego. Dlatego m.in. najczęściej chodzę do najbliższego dyskontu (Biedronka), gdyż spacer do większego i lepiej zaopatrzonego sklepu (Carrefour) zająłby mi o pięć minut dłużej. Nie mówiąc o Lidlu, w którym nie byłem odkąd przeprowadziłem się do miejsca, w którym mieszkam. Iść dwadzieścia minut do sklepu, gdy inne są bliżej? Musieliby chyba rozdawać Wagyu za darmo, a i tak pojechałbym samochodem.

Buszując więc po lodówkach sklepu portugalskiej sieci, natknąłem się na markę The Premium Butcher, pod którą sprzedawane są steki z udźca jagnięcego. Jako że dawno nie jadłem jagnięciny, którą bardzo lubię, postanowiłem spróbować rzeczonego mięsa. Pozostał dobór dodatków. Jako zielona podkładka tradycyjnie posłużyły młode listki „Romantica”, które wyjątkowo lubię także za to, że sprzedawane są w małych – w porównaniu do innej zieleniny – opakowaniach. W domu były kupione w dużej ilości ziemniaki, więc problemu z węglowodanowym dodatkiem nie było. Pozostało dorzucić trochę smaków kwaśnego i umami. Za pierwsze odpowiadać miały przywiezione ze Szprewaldu ogórki królewskie, czyli pikle cięte w półksiężyce bez skóry. W tym miejscu oczywiście powinienem obiecać, że o Szprewaldzie napiszę, bo jest o czym, ale… sami wiecie – lenistwo. Może mi się zechce. Jako ostatni dodatek wybrałem grzyby. Nie mając lepszej alternatywy użyłem pieczarek, choć zapewne inne byłyby dużo lepsze.

Steków specjalnie nie marynowałem, jednak zrobiłem im krótkiego „ruba”, zastępując tym samym tłuszcz na patelni. W jego skład wszedł olej słonecznikowy, mieszanka suszonych dzikich ziół i soli (też ze Szprewaldu) oraz świeżo mielony czarny pieprz i odrobina piri piri. Nasmarowałem z obu stron wyjęte odpowiednio wcześniej z lodówki steki (pamiętajcie, by nigdy nie smażyć zimnych!) i wrzuciłem na rozgrzaną maksymalnie patelnię grillową. Wystarczy im niecałe dwie minuty z każdej strony. Ja przetrzymałem 2,5 i w środku były ledwo różowawe. Następnie przekładamy mięso na deskę i kilka minut dajemy mu dojść.

Ziemniaki ugotowałem pocięte w kostkę, aby zaoszczędzić czas. Następnie pogniotłem je z kefirem, tworząc coś na kształt „polskiego puree”. Jakoś ostatnio lubię zastępować tradycyjne masło innymi składnikami do kartofli. Maślanka i kefir to moje ulubione substytuty.

Umyte pieczarki pokroiłem w dość grube plastry i usmażyłem na patelni, następnie przyprawiając je solą i dużą ilością świeżo mielonego czarnego pieprzu. Muszą być naprawdę pieprzne! Co ważne – nie trzeba ich obierać ze skórek. Lenistwo wygrywa i tu.

W ten sposób wszystko już miałem gotowe. Można było podawać. Zielsko na środek, na to mięso, z jednej strony pieczarki, z drugiej ziemniaki, a po obu pustych stronach półksiężyce z ogórków. Pysznie, szybko i łatwo. Smacznego!

W skrócie:

Rub:

  • ćwierć szklanki oleju słonecznikowego
  • łyżeczka soli z suszonymi dzikimi ziołami ze Szprewaldu
  • łyżeczka świeżo zmielonego pieprzu czarnego
  • szczypta piri piri w proszku

Składniki główne:

  • 2 steki z udźca jagnięcego
  • 4 średnie ziemniaki
  • pół szklanki kefiru
  • 4 półksiężyce z ogórków królewskich ze Szprewaldu
  • garść młodych listków „Romantica”
  • 100 g pieczarek
  • sól
  • pieprz
  • olej do smażenia

Krok po kroku:

  1. Składniki rubu dobrze wymieszać, a następnie natrzeć nim steki będące w temperaturze pokojowej.
  2. Ugotować ziemniaki w osolonej wodzie.
  3. Rozgnieść ugotowane ziemniaki z kefirem na kształt puree.
  4. Na rozgrzanym oleju przysmażyć z obu stron pieczarki pocięte w grube plastry, a następnie przyprawić solą i sowicie pieprzem.
  5. Rozgrzać patelnię grillową do maksimum.
  6. Smażyć steki z obu stron po maksymalnie dwie minuty, następnie zdjąć ze źródła ciepła i dać im odpocząć kilka minut.
  7. Ułożyć młode listki na talerzu, na nie wyłożyć mięso. Po jednej stronie nałożyć ziemniaki, po drugiej pieczarki, a wolne miejsca udekorować półksiężycami z ogórków.
  8. Smacznego!
Reklamy
Inspiracja BBL #2: Stek jagnięcy dla leniwych

Kraft u Amaro, disco polo w Teatrze Narodowym i ignorancja Bourdaina, której nie mogę znieść

Anthony Bourdain

Kilkanaście miesięcy temu kolega z branży powiedział mi, że próbował przekonać słynnego restauratora – Wojciecha Modesta Amaro – aby w swoim warszawskim Atelier zaczął serwować piwa rzemieślnicze. Odpowiedź była mniej więcej w stylu, że jego klientela piwa nie pija – tylko wino. To oczywiście zasługa wielowiekowego pozycjonowania piwa w kulturze jako napoju dla prostych ludzi, niegodnego salonów. O ludziach z podejściem „to tylko piwo”, nawet wewnątrz branży, już jednak pisałem.

Jeszcze gorsze doświadczenie miałem kiedyś w restauracji znajdującej się w poznańskim Sheratonie, gdzie udałem się na stek z polskiej polędwicy z okazji jakiegoś festiwalu mięsa, czy czegoś w tym stylu. Od zawsze powtarzam, że nie ma nic bardziej deprecjonującego lokal w moich oczach, niż uderzający w karcie dysonans pomiędzy znakomitym, wyszukanym jedzeniem, sparowanym starannie winem i listą piw, zapewnioną przez przedstawicieli handlowych największych koncernów. Takich miejsc jest oczywiście więcej. Wygląda to tak, jakby puścić disco polo w Teatrze Narodowym. Przegrzebki sous vide, mięso od niezależnych lokalnych dostawców, molekularne lody i zmrożony Żywczyk na popitkę. Upiorna gastronomiczna abominacja. „Majteczki w kropeczki” grane przez monachijskich symfoników.

Na tym tle pojawia się postać uwielbiana przez ludzi związanych z kulinariami na całym świecie – Anthony Bourdain. Ilekroć czytam znajomych zachwycających się zmarłym przed rokiem Amerykaninem, mam w głowie zgrzyt. Nie można mu bowiem odmówić zasług na polu promocji gastronomii i ukazywania różnych kuchni świata, a także nietuzinkowej osobowości – bez której pewnie nigdy bym nie napisał tego tekstu. Ba, pewnie Anthony uśmiałby się zza grobu, że nawet teraz jego unikatowy styl wypowiedzi inspiruje ludzi do przemyśleń. I słusznie – niewiele jest gorszych przymiotów, niż bycie nudną mameją bez wyrazu. No ale dość tego słodzenia.

Anthony Bourdain niestety wpisywał się w ten sam trend myślowy panujący wśród znanych szefów kuchni, który reprezentuje Amaro, a właściwie szedł jeszcze o krok dalej. Podobnie jak nasz polski celebryta, nie rozumiał – lub nie chciał zrozumieć – fenomenu piwa rzemieślniczego. Nie tyle nie pił kraftu, co otwarcie nim gardził i z niego szydził. Wprost twierdził, iż piwo ma być przede wszystkim zimne, a widok ludzi siedzących w brewpubie nad pięcioma małymi szklaneczkami piwa, prowadzących degustację, uznał za śmieszny i przypominający stado zombie. To samo zresztą powiedział o koneserach wina. Chciałbym wierzyć, że to jedynie bon mot mający na celu wzbudzenie kontrowersji, jednak obawiam się, że wypowiedź ta była na serio. W tym miejscu rodzi się pytanie: czy komuś, kto zawodowo zajmuje się smakiem, wypada wykazywać się taką ignorancją?

Przecież to dokładnie tak samo, jakby któryś z nas – promotorów dobrego piwa rzemieślniczego – stwierdził, że Atelier Amaro, Noma czy inna Osteria Francescana, to śmieszne, przesadzone miejsca dla snobów i że żarcia to ma być przede wszystkim dużo i tanio, a pod Samuel Adams Utopias najlepiej pasuje WieśMac. Taka wypowiedź byłaby nie tylko bezdennie głupia, ale po prostu niegodna kogoś, kto zajmuje się zawodowo smakiem. Ignorowanie faktu, iż świat piwa (ale też wina czy whisky) to niezliczone bogactwo doznań sensorycznych, a także redukowanie alkoholi do roli „upijaczy” charakterystyczne jest dla świrów pokroju prezesa PARP-y, pastorów protestanckich kościołów z południa USA czy stowarzyszeń żon bogatych polityków, które chcą nam mówić, jak żyć. Ale światowej sławy promotor dobrej kuchni? Recenzent i podróżnik? Człowiek o takiej renomie? Nigdy tego nie zrozumiem. Dla mnie, jako osoby, która ostatnich parę lat swojego życia poświęciła promocji dobrego smaku, taka postawa byłaby nie do pomyślenia.

Weźmy mój przykład. Nie palę – uważam to za okropny nałóg i stronię od tytoniu oraz bliskiego sąsiedztwa palaczy, nawet na świeżym powietrzu. Wiem jednak, że istnieje mocno rozbudowane koło aromatów i smaków cygar. Nie mam zamiaru deprecjonować ludzi, którzy swoje życie poświęcają ich degustacji czy parowaniu tychże z whisky. Nie przeszłoby mi to przez klawiaturę.

Dlatego też z Bourdainem mam ogromny problem i nie potrafię zachwycać się tą postacią tak, jak inni moi znajomi. Nie potrafię przejść do porządku dziennego nad tym, że osoba, która wyrobiła sobie taką markę jeżdżąc po świecie i jedząc najznakomitsze dania, pozostawała tak strasznie ugruntowana w swoich betonowych stereotypach na temat piwa i wina. Mam nadzieję, że przyjdzie czas, iż ogromnym faux pas będzie zarówno serwowanie koncerniaków w dobrej restauracji, jak i wypowiedzi w stylu „piwo ma być przede wszystkim zimne” płynące z ust renomowanych postaci sceny kulinarnej.

Kraft u Amaro, disco polo w Teatrze Narodowym i ignorancja Bourdaina, której nie mogę znieść

Inspiracja: Kurczak zero-waste z salsą mango/awokado, szparagami i ziemniakami na młodych listkach

Obserwujący mojego Instagrama wiedzą, że poza pisaniem o jedzeniu, uwielbiam także gotować. Jako amatorski miłośnik spędzania ciągle brakującego czasu w kuchni, postanowiłem zacząć się dzielić efektami mojego kucharzenia z Czytelnikami tejże wirtualnej przestrzeni. W moim gotowaniu wychodzę z założenia, że może być brzydko, ale musi być smacznie. Tak więc raczej nie znajdziecie tu Pinterestowego foodpornu, a samą esencję smaku. Być może ktoś się zainspiruje? Jeśli spodoba Ci się jakiś przepis i wykorzystasz go w swojej kulinarnej przygodzie, podziel się opinią i zdjęciem w komentarzu. Na pierwszy ogień idzie dzisiejszy obiad dla dwojga:

Kurczak zero-waste z salsą mango/awokado, szparagami i ziemniakami na młodych listkach

Kurczak zero-waste z salsą mango/awokado, szparagami i ziemniakami na młodych listkach

Najpierw wyjaśnienie dlaczego „zero waste”. Otóż wczoraj zrobiłem sycylijskie spaghetti aglio, olio e peperoncino zainspirowany przepisem z książki Lubię” Moniki i Jana Pawlaków. Jako że po zjedzeniu naszych porcji zostało mi trochę „serca”, czyli mieszanki oliwy, czosnku, ostrej papryki i zielonej pietruszki, żal mi było go wyrzucać.

Pomyślałem, że mikstura ta posłuży za idealną marynatę do mojego kurczaka – i tak też się stało. Dorzuciłem tylko sok z jednej cytryny i kura powędrowała do lodówki zanurzona w resztkach po wczorajszym obiedzie. Francuzi rzekliby: savage! Dochodzę do wniosku, że marnujemy zdecydowanie za dużo jedzenia. Po kilku godzinach (ja wiem, że szkoła mówi, że dwie godziny dla piersi kurczaka wystarczą, ale ja wolę dłużej, nawet do kilku… dni, najlepiej w próżni) mięso trafiło na rozgrzaną patelnię, by przyrumieniło się z obu stron, a następnie – na mniejszej mocy – doszło w środku. Dla doskonałej tekstury i soczystości idealnie byłoby – marynując uprzednio kurczaka w próżniowym worku – przyrządzić go sous vide, a następnie tylko przyrumienić. Nie miałem jednak na to ani czasu, ani ochoty. W końcu jestem urodzonym leniem, a więc i moje inspiracje raczej nie będą dla pracusiów.

W międzyczasie wstawiłem wodę na ziemniaki, które ugotowałem w mundurkach. Szparagi to kwestia preferencji. Jedni wolą na parze, drudzy z grilla, ja zaś wybrałem patelnię, oliwę z oliwek i dosłownie parę minut.

Salsa owocowa to też dosłownie kilkadziesiąt sekund roboty. Przekrawamy mocno dojrzałe, słodkie mango wzdłuż po obu stronach pestki, robimy „kratkę” nożem, odwracamy połówki na drugą stronę jak bieliznę i łyżką „spychamy” gotowe kostki do miski. Dojrzałe, miękkie awokado (ale bez czarnych/szarych plamek w środku) nacinamy po całym obwodzie dookoła pestki, otwieramy owoc delikatnie skręcając jedną z połówek, wyciągamy nożem pestkę i łyżką wyjmujemy miąższ. Następnie kroimy owoc w kostkę, mieszamy z mango, skrapiamy sokiem z cytryny, doprawiamy solą i pieprzem – i voilà – salsa gotowa. Nic więcej nie trzeba.

Młode listki to mieszanka kupiona w Biedronce i występująca tam pod nazwą „Romantica” – znajdziemy tam różne sałaty, a także liście botwiny. Na zieleninę wyłożyłem szparagi, które przykryłem mięsem, a całość posypałem wiórami z Parmigiano Reggiano, wyciętymi obieraczką do warzyw. Salsa i ziemniaki znalazły sobie miejsce obok tej piramidki smaku.

Nie licząc czasu na marynowanie, jest to pyszne danie, które możecie zrobić w przeciągu czasu potrzebnego na ugotowanie ziemniaków. Idealne dla leniwych ludzi, którzy lubią dobrze zjeść.

 

W skrócie:

Marynata:

– szklanka oliwy z oliwek

– garść liści natki pietruszki

– 4 ząbki czosnku

– 4 ostre papryczki (U mnie poszły żółte peperoni. Jeśli używacie innych, to musicie zmodyfikować pod własną preferencję ostrości.)

– sok z 1 cytryny

– sól

– pieprz

Wszystko razem rozetrzeć w moździerzu, zaczynając od czosnku z solą, następnie papryczki, oliwa, a na końcu natka. Pieprz i sok z cytryny dla regulacji smaku na koniec.

Składniki główne:

– 2 piersi z kurczaka

– pęczek zielonych szparagów (bez zdrewniałych końcówek)

– 6 młodych ziemniaków

– 1 opakowanie młodych listków „Romantica”

– 1 dojrzałe mango

– 1 idealne awokado

– 30 g Parmigiano Reggiano

– sok z ½ cytryny

– łyżka oliwy z oliwek

– sól

– pieprz

Krok po kroku:

  1. Kurczaka zamarynować przez min. 2 godziny.
  2. Przyrumienić z obu stron i pozwolić mu dojść w środku.
  3. Ugotować ziemniaki w mundurkach do miękkości.
  4. Przesmażyć szparagi na oliwie
  5. Pociąć mango i awokado w kostkę, polać sokiem z cytryny, przyprawić solą i pieprzem do smaku.
  6. Ułożyć listki, na nie szparagi, potem mięso, całość posypać wiórami z Parmigiano Reggiano. Obok nałożyć salsę owocową oraz ugotowane ziemniaki.
  7. Smacznego!

 

Jeśli spodobał Ci się ten przepis, zostaw po sobie ślad. Już niedługo pojawia się tu kolejne inspiracje kulinarne!

Inspiracja: Kurczak zero-waste z salsą mango/awokado, szparagami i ziemniakami na młodych listkach

Niewiasta z koszyczkiem czyli biedronkowa dysgeuzja

Cup-Noodles-2

Lubię obserwować zachowania ludzi – analizować je czasem nieco przesadnie. Ten typ tak ma. Poszedłem więc dziś na zakupy do popularnego dyskontu. Zawsze, gdy wykładam towar na taśmę, rzucam okiem na to, co do domowej lodówki zabierają moi sąsiedzi z kolejki. Ujrzałem kilka godzin temu taki obrazek: młoda dziewczyna, ubrana normalnie, na taśmie dwie duże paczki „kawy” rozpuszczalnej 3 w 1, kilka zupek chińskich, jakieś słodycze… Zrozumiałbym, gdyby chodziło o pieniądze. Wszak nie każdego stać na steki i egzotyczne owoce. Ale nie – przecież do tego zestawu zaraz wpadają drogie jak cholera papierosy, a gdy przychodzi do płatności, niewiasta wyciąga lśniące „jabłuszko”, którym z uśmiechem uiszcza rachunek korzystając z najnowszych technologii. Tak więc nie – to nie kwestia ograniczonego budżetu. No chyba że wydała ostatni grosz na flagowca z modnego amerykańskiego koncernu, a nałóg ją tak dusi, że na fajki zostać musi, choćby przymierała głodem. Podejrzewam jednak inny powód zaistniałego przede mną zakupowego obrazka. To dysgeuzja, czyli wypaczone pojmowanie smaku.

W takich chwilach nachodzi mnie myśl, którą już niejeden z nas – food/coffee/beer geeków – wyartykułował (Steve Vai mawia, że oryginalni są tylko The Shaggs, więc zrzucam z siebie potrzebę bycia pierwszym i jedynym). Mianowicie – żyjemy w bańce. Za każdym razem, gdy sięgam po kraftowe piwo, stu innych zapija się przed telewizorem Żubrem. Kiedy idę do nowo otwartej (a staram się być w każdej!) restauracji lub kawiarni w Poznaniu, ktoś kupuje w Biedrze karton chińskich zupek nafaszerowanych MSG. Gdy zaś zamawiam – upewniwszy się co do daty palenia ziarna – super kwasowego, owocowego dripa w „modnej” kawiarni, z linii produkcyjnej zjeżdża kolejna tona rozpuszczalnego syfu. Co więc spaczyło nam – jako społeczeństwu – smak? Jedni powiedzą, że to przez koncerny i ich milionowe reklamy, krwiożercze sieci handlowe i badylarzy, którzy tylko patrzą, jak uzależnić nas od śmieciowego jedzenia. Drudzy – że to pięćdziesiąt lat ponurej komuny zrobiło z polskiego narodu stado zombie, którym wystarczy zaspokojenie najbardziej pierwotnych instynktów, a ci, co mieli większe ambicje, zginęli w Katyniu. Jeszcze inni błysną inteligencją i wysuną statystyczny wniosek, że skoro większość pije rozpuszczalną i koncerniaki, to spaczony gust mają nie oni, a my, bo przecież to ta rzekoma syfiastość, a nie jej brak, jest normą. Za chwilę ktoś oburzony przybiegnie i napisze „każdy kupuje i pije/je to, co lubi!” albo „rynek zweryfikował!”. Rzecz jasna będzie miał rację, ale nie do końca. Wszak ogromna większość zaobserwowanych przeze mnie przypadków nigdy nawet nie spróbuje wyłamać się z tego zaklętego kręgu syfu przyjmowanego doustnie. Choć fakt, znam takich, co próbowali i wrócili do swoich przyzwyczajeń. Tak im wygodnie. Za niektórymi przemawia sentyment (wypalone na węgiel „włoskie espresso pite z rodzicami podczas podróży do Włoch”), za innymi strach przed nieznanym („nie wezmę do ust byczych jąder”), a kolejni po prostu nie przywiązują wagi do tego, co jedzą („dla mnie jedzenie mogłoby być w kapsułkach”). I w takim oto środowisku pojawiamy się my – misjonarze dobrego smaku. Polecamy dobrą kuchnię, świeżo paloną kawę, starannie zaprojektowane i uwarzone rzemieślnicze piwo. Stajemy niczym Dawid do nierównej walki z Goliatem – a podczas jej trwania publiczność rzuca w nas krowimi ekskrementami, radośnie podrygując do disco polo. „Panie, piwo za 30 złotych? To ja mam skrzynkę X na promocji”. I wciąż nie mogę tego przeboleć, zaakceptować. Cały dzień mam przed oczami tę dziewczynę, która kupuje zupki chińskie i rozpuszczalną 3 w 1… Aż chciałem krzyknąć „NIE!”, jednak wydałem z siebie jedynie niemy krzyk. Smutno mi.

Niewiasta z koszyczkiem czyli biedronkowa dysgeuzja

Weekend w Krakowie – food pairing, kranoszwędanie i gastroeksploracja

W ubiegłym tygodniu odwiedziłem Wrocław, a – zgodnie z zapowiedzią – miniony weekend spędziłem w Krakowie na piątkowym kranoszwędaniu oraz sobotnim food pairingu w Kuflach i Widelcach.  Zanim jednak do tego doszło, po drodze zajechałem do Zawiercia, gdzie w Browarze Jana powstało nasze kolejne piwo, które premierę będzie miało za kilka tygodni. To white IPA o ekstrakcie 15 Plato, chmielona świeżym zbiorem Enigmy i Citry. Miejmy nadzieję, że dorówna jakością Golem vs. Dinosaur oraz Golem vs. King Kong. Zapowiada się pysznie, chmielowo i orzeźwiająco.

Po zameldowaniu się w krakowskim hotelu ruszyłem od razu „na miasto”, aby zdobyć „krakowską koronę multitapów”, czyli wypić po jednym małym piwie w przynajmniej tych największych, czy najbardziej znanych lokalach. Kranoszwędanie rozpocząłem od T.E.A. Time, miejsca w którym serwowane jest warzone na miejscu piwo – zgodnie z tradycją i historią brytyjskiego piwowarstwa. Wróciliśmy tam jeszcze dzień później, a więc łącznie byłem w stanie przynajmniej spróbować ponad połowy dostępnych trunków. Najbardziej do gustu przypadł mi London Stout, charakteryzujący się ciekawym połączeniem palonych akcentów z cytrusowym chmielem. Cymesem zaserwowanym nam niejako spoza karty był za to znakomity porter Black Prince w wersji imperialnej, leżakowany na płatkach dębowych. Prawdziwa feeria nut suszonych owoców, daktyli, fig, rodzynek, a także mlecznej czekolady z dodatkiem na wpół ususzonych winogron. Kolejny przystanek to Strefa Piwa, gdzie dane mi było spróbować nowej Pinty Miesiąca – mocno aromatycznego Mizi Kizi, które na pewno przypadnie do gustu ludziom spod znaku #teamsłodyczka. Na miejscu spotkałem też grupkę amerykańskich turystek, bardzo zainteresowanych polskim kraftem i opowieściami o nadwiślańskiej rewolucji. Dalej był już legendarny w pewnych kręgach lokal bieszczadzkiego browaru Ursa Maior, słynący ostatnimi laty, bardziej niż z piwa, z krążącej po internecie pasty. W Poznaniu piw spod znaku Wielkiej Niedźwiedzicy praktycznie nie ma, a więc moje wspomnienie o ich jakości pochodzi mniej więcej z początków produkcji, gdy jeszcze co nieco docierało nad Wartę. Skusiłem się na Dzikiego Kota z Berehów, czyli belgijską interpretację NEIPA. Nie mój profil smakowy (słodki), ale w sumie nie ma do czego się przyczepić. Idąc dalej na południe Kazimierza, przekroczyłem Wisłę, aby zajść do patronackiego lokalu browaru Trzech KumpliMiejscówki. Dostałem to, czego się spodziewałem – dobre IPA o stałej jakości. Padło na Taurę, w której profilu pobrzmiewały gdzieś skórki białych winogron. Powróciwszy na drugą stronę rzeki, eksplorowałem dalej kazimierski szlak. Podążając na wschód, trafiłem do Craftowni, gdzie kiedyś zrobiliśmy bardzo udane kranoprzejęcie. Na miejscu spotkałem Alana i Pawła – czyli jak zawsze uśmiechniętą i rozgadaną ekipę, będącą wizytówką tego lokalu. Co do piwa, spróbowałem sahti z browaru Dwie Wieże, z którym będziemy współdzielić bar podczas festiwalu Beerweek w Krakowie. Coś dla miłośników piwnych eksperymentów. Następnym przystankiem był Artefakt Cafe, czyli miejsce prowadzone – podobnie jak nasza docelowa krakowska destynacja – przez Szymona Helmuta Zająca, którego zresztą spotkaliśmy w tym lokalu. W międzyczasie dołączył do mnie Mateusz z Golem Crew, a jakiś czas później ekipę dopełniła Martyna z Pracowni Piwa, której gościnność, towarzystwo oraz rekomendacje gastronomiczne okazały się nie do przecenienia podczas całej wycieczki. W Artefakcie spróbowałem pierwszy raz piwa z inicjatywy kontraktowej Solina. Było to polskie ale o nazwie Cypel. Niestety, nie znalazłem informacji, w jakim browarze fizycznym zostało uwarzone. W Domówka Cafe w końcu dorwałem PIGA – czyli polsko-włosko kooperacyjny projekt browarów Pinta oraz Amarcord. Jestem wielkim fanem piw z winogronami, zwłaszcza białymi, kwaśnych, dzikich i leżakowanych w beczkach po Sauvignon Blanc. Tu miałem do czynienia z czymś zupełnie innym. Dominowały nuty czerwone, bardziej winnymi, podchodzące pod rose, owocowo-słodkawe. Innym białym krukiem, którego nie miałem wcześniej okazji pić, było Brut IPA leżakowane w beczkach po Chardonnay, wyprodukowane przez popularny w kręgach birgików Przystanek Tleń, zakupione w Omercie. Znajdziemy tu dużo winnych nut, białych owoców i lekki kwasek. Całkiem przyjemne. Dalej nogi zaniosły nas do Nowego Kraftowego, w którym to kończyliśmy imprezę po ostatnim One More Beer Fesitval. Tutaj już poszliśmy w zagranicę, a na stole wylądowało m.in. Aun Mas Todo Jesus z Evil Twina, czyli wzbogacona cynamonem, ziarnami kakaowca, kawą i chili wersja popularnego imperialnego stoutu. Jak w każdym przypadku tej serii, słodycz masakruje podniebienie, jednak delikatny papryczkowo-cynamonowy akcent lekko ją kontruje. Na tym zakończyliśmy eksplorowanie Kazimierza i – drogą przez BroPub, gdzie spotkaliśmy przyjaciół z Brokreacji i zjedliśmy dobrą quesadillę, ruszyliśmy w stronę Starego Miasta. Tam zaliczyliśmy jeszcze na szybko Viva La Pinta i – po wizycie w House of Beer – udaliśmy się do nowego miejsca na piwnej mapie miasta – Colombe. Niestety, było już na tyle późno, że jedynie zgarnęliśmy zamykających lokal Karolinę i Macieja, by wspólnie wypić ostatnie piwo w Multi Qlti i udać się do hotelu. To był bardzo intensywny dzień – od pobudki o 5:00, przez wizytę w browarze, przez cały krakowski szlak piwny. W pokoju byliśmy grubo po 2:00. Sen jest dla słabych.

Sobotę rozpoczęliśmy od śniadania w Cafe Mangha, kawiarni mieszczącej się w Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej, dokładnie vis a vis Wawelu przez Wisłę. Urzekła mnie przede wszystkim bardzo ciekawa zastawa stołowa, a konkretnie filiżanki z deseniem przypominającym przyprószenie kawą. Samo śniadanie to jajko i bekon podane na pajdzie chleba w towarzystwie miksu sałat i ziaren. Na pierwszy głód w sam raz. Miałem co prawda ochotę na miso, jednak chciałem zjeść azjatycką zupę na lunch, toteż wybrałem inną pozycję. Następnie znów trafiliśmy do T.E.A. Time, gdzie po krótkiej degustacji zaczęliśmy się zastanawiać nad obiadem.

Początkowym wyborem był nowo otwarty Wschód Bar, jednak z racji braku miejsc udaliśmy się niedaleko – do azjatyckiego lokalu o nazwie Taj. Tu spróbowaliśmy kilku pozycji, w tym kulek z masła orzechowego i orzechów ziemnych podawane na owocach, które jak dla mnie były jednak zbyt słodkie. Plasterek ostrej papryczki na finiszu nieco ratował podniebienie przed cukrzycą. Co innego danie główne, jakie zamówiłem, czyli pad kra prao – siekana wieprzowina na ostro z bazylią i chili, podawana z ryżem jaśminowym i sadzonym jajkiem. Ostrość zaznaczona została wyraźnie, ale całe danie skomponowano z właściwym balansem, dzięki czemu jego konsumpcja dawała dużo przyjemności. Spróbowałem też pad thaia z krewetkami i czerwonego curry, które także mogę śmiało polecić miłośnikom tajskiej kuchni. W tym miejscu nasza ekipa z trzech osób urosła do pięciu, gdyż do Krakowa dojechali Michał i Sebastian. Po krótkiej wizycie w kawiarni Tektura na dobrej kawie i cieście, a także małym piwku w Weźże Krafta, udaliśmy się w końcu do destynacji docelowej.

Food pairing w Kuflach i Widelcach został zorganizowany perfekcyjnie. Wspomniany wcześniej Szymon Helmut Zając oraz szef kuchni – Paweł Florczyk – dopięli wszystko na ostatni guzik. Frekwencja dopisała, a większość gości okazała się być stałymi bywalcami tego typu imprez. Nasza wizyta to już czternase wydarzeniem polegające na parowaniu jedzenia i piwa mające miejsce w tym lokalu. Co więc znalazło się na talerzach i w szkle? Na sam początek wjechało Double Naftali, które doskonale uzupełniało się z pyszną kaczką na zimno, podaną w sosie brzoskwiniowym, ozdobioną mieszanką młodych liści z wyraźną nutą botwinki oraz drobno kruszonym boczkiem, który zastępował sól i nadawał słonego smaku potrawie. To jednak było tylko preludium mocniejszych akcentów. Piwo numer dwa – Gehenna – znane jest bowiem ze swej bezkompromisowości. Tym razem nasz whisky extra stout sparowany został z gulaszem pełnym podrobów. Osobiście jestem wielbicielem piątej ćwiartki, więc cieszyłem się na widok żołądków, serduszek i flaków. Gdy dodamy do tego wędzonkę i ostrość papryczek chipotle – można śmiało uznać wspomnianą pozycję za bilet w jedną stronę do raju. Dalej było już bardziej słodko. Double Dybuk uzupełniał długo gotowaną wołowinę w sosie… czekoladowym, lekko doprawionym chili i solą, podawaną na puree z marchwi. Dominował mocno kakaowy smak, co sprawiało, że mieliśmy tu prawdziwą defiladę ciężkiej artylerii smaku. Gęsty, żytni imperialny porter i potężne, słodkie mięsiwo. Po tej uczcie nastał czas na lekki deser, czyli słodko-słony mus kokosowo-orzechowy z sosem kakaowym z kolei równoważył znaną dobrze smakoszom słodycz Milky Moona. Kilku odważnych skusiło się na wersję z dolewką ostrego sosu. Nie byłbym sobą, gdybym nie zblendował czegoś na żywo. Impreza udała się znakomicie, goście pojedli smacznie i chętnie komentowali kunszt zarówno kuchni, jak i browaru. Nie zabrakło oczywiście drobnych uwag, ale przecież po to organizuje się spotkania tego typu! Dla nas było to znakomite doświadczenie, więc… umówiliśmy się już na drugą rundę. Tym razem poprzeczka powędruje jeszcze wyżej. Przed nami wyzwanie wegańskie!

Golem Crew z Karoliną (Colombe). Źródło: instagram.com/kbytniewska

Po zakończonym food pairingu trafiliśmy w końcu do Colombe, gdzie nie zdążyliśmy zajść dnia poprzedniego. Miejsce założone przez Elę Lucińską-Fałat, znaną z warszawskiego Hoppiness, ma spory potencjał. Na miejscu napijecie się sygnowanego nazwą lokalu weizena z Pracowni Piwa, a także m.in. pilsa z Piwowarowni czy propozycji Absztyfikanta oraz Trzech Kumpli. Nie zabraknie także oczywiście piw Browaru Golem. Obecnie np. możecie rozkoszować się Double Dybukiem w wersji butelkowej. Niestety, nie załapaliśmy się na polecaną pizzę, gdyż kuchnia była już zamknięta. Następnym razem!

W niedzielę trzeba było zjeść coś dobrego przed długą drogą, a więc bladym świtem (tak koło 11:00) udaliśmy się najpierw na kawę i ciasto do Wesołej (gdzie jak zwykle znalezienie stolika graniczyło z cudem), a później na wegetariańskie azjatyckie przysmaki do Ka Udon. W pierwszym miejscu spróbowaliśmy aż czterech różnych kaw specialty, dzięki czemu mogliśmy pobawić się w rozróżnianie smakowych niuansów. W Ka Udon z kolei przywitał nas aromat wigilijnego suszu. Jak się okazało, bulion będący podstawą tamtejszych dań przygotowywany jest na bazie warzywnej, w tym na wędzonej papryce. Nigdy wcześniej nie zamawiałem wywaru bezmięsnego, natomiast ten zdał egzamin w pełni. Dodatkowo jako przystawka zjedliśmy naprawdę pyszne kimchi oraz zestaw kiszonek i boczniaki w panko. Co ciekawe, na miejscu można napić się także piwa warzonego… na miejscu. Na miejscowy browar składa się duży garnek i mini tank z amerykańskiego SS Brewing Technologies. Jako kierowca mogłem jedynie umoczyć usta, więc na temat smakowych doznań się nie mogę wypowiedzieć. Weekend kończyliśmy w ogródku (!) kawiarni Blossom, odpoczywając pod kocami (lub bez), popijając kawę lub yerba mate i szykując się mentalnie do długiej drogi do domu. To był świetny weekend z pysznym jedzeniem i piwem, spędzony w znakomitym towarzystwie. Oby takich więcej!

Weekend w Krakowie – food pairing, kranoszwędanie i gastroeksploracja

Intensywny weekend we Wrocławiu – kawa, jedzenie i wielka piwna impreza

Tym razem podróż nie była aż tak daleka. Wszak do Wrocławia mam nieco ponad dwie godziny pociągiem. To właśnie w stolicy Dolnego Śląska zabawiłem wraz z Browarem Golem w miniony weekend. Okazja nadarzyła się znakomita, gdyż w zaprzyjaźnionej Szynkarni organizowaliśmy wspólnie nasze kranoprzejęcie.

Nie byłbym jednak sobą, gdybym wycieczki do Wrocławia nie potraktował również jako okazji do krótkiej eksploracji tamtejszej sceny gastronomicznej. Wszak trzeba trzymać rękę na pulsie! Początkowo mieliśmy udać się do Ośmiu Misek, jednak tak wyszło, że przez trzy dni przed wyjazdem jadłem domowy ramen, więc tym razem zdecydowałem się na coś innego. Po krótkiej dyskusji odbytej w pociągu, stanęło na Italii, a konkretnie osławionej pizzerii Vaffanapoli, zahaczając wcześniej o 4Hops, gdzie spróbowaliśmy pyszności z Browaru Łąkomin.

cof

Tak się złożyło, że mimo tego, iż we Wrocławiu goszczę przynajmniej kilka razy w roku, jakoś nigdy do tego miejsca nie trafiłem. Na pewno ciekawą i wartą odnotowania rzeczą jest to, iż w tej restauracji mamy do dyspozycji także sześć kranów z piwem – i to wcale niekiepskim. Szczerze mówiąc, to nieco nam to uratowało życie, gdyż wobec braku wolnych stolików zasiedliśmy na parę minut przy barze, racząc się serwowanymi tu trunkami. Miejsce dla sześciu osób znalazło się na dole (oprócz naszej czwórki z Poznania był z nami także znany w środowisku Tomek Wilk oraz Paweł Paluchowski z Piwnego Klubu), gdzie powitała nas nieco inna atmosfera, niż na górze. Piwnica – jak to piwnica – ma swój specyficzny klimat. Mnie on szczególnie nie przeszkadza. Dywany na ścianie przywoływały nieco skojarzenia z moimi wschodnimi korzeniami. Pizza neapolitańska, serwowana tutaj, była dość miękka, mimo tego, iż specjalnie nie brałem pozycji z wieloma składnikami. Postawiłem na pewnego konia – czyli placek z szynką parmeńską i rukolą. Na plus można zaliczyć obecność dużej ilości twardego sera na górze. Smakowo pizza była bez zarzutu, choć jeśli chodzi o samo doświadczenie jedzenia, to od miękkiego ciasta wolę takie, które trzymane za brzeg nie opada jak fallus sześćdziesięciolatka. Taki jednak urok tego stylu.

cof

Udaliśmy się też – wliczając to konkretny spacer przez park – do Małej Czarnej. To urokliwe i zaskakujące miejsce przy samym Stadionie Olimpijskim. Na pierwszy rzut oka raczej nie spodziewałbym się, że palarnia kawy w takim miejscu może być sukcesem. A jednak – okazuje się, że jest tam prawie zawsze pełno, a na naprawdę pyszne espresso i przelewy przychodzą nie tylko mieszkańcy okolicznych willi, ale i ludzie z całego miasta. Zdecydowanie warto się tu wybrać, jeśli lubicie dobrą, świeżo paloną i umiejętnie zaparzoną kawę. Można też zaopatrzyć się w ziarna na wynos.

sdr

Przed punktem kulminacyjnym wieczoru wybraliśmy się jeszcze w odwiedziny do Wielkiej Wyspy – browaru kontraktowego warzącego w Profesji, który otworzył małą osiedlową knajpkę w dzielnicy pełnej nowych mieszkań. Zawsze marzyłem o tym, by mieć pod nosem tego typu miejscówkę, jednak w Poznaniu wszystko, co nie jest na głównym piwnym szlaku, ledwo wiąże koniec z końcem, albo po prostu pada. Taki los spotkał niegdyś pub sportowy, który serwował kraft niedaleko miejsca, w którym mieszkam. Chyba to jeszcze nie czas na osiedlowe multitapy w Poznaniu. Wrocław jednak – jak się okazuje – już do tego dojrzał. Ładnie urządzony w drewnie lokal, w którym można napić się autorskiego piwa w rozsądnej cenie (małe – 8 zł, duże – 10 zł) przyciąga gości o każdej porze. Wypiliśmy co nieco i ruszyliśmy do miejsca docelowego.

Pod wieloma względami Golemoprzejęcie było rekordowe. Po pierwsze – jak wyliczył Piotrek Rapacz – średnia alkoholu piw Golema na tablicy wynosiła 8,3%, co plasuje akuszerów piwnej rewolucji z Poznania wśród najmocniejszych gości szynkarnianych kranów. Po drugie – nie przypominam sobie drugiej imprezy, kiedy w pubie podłączaliśmy aż 13 różnych piw, w tym dwie zagraniczne kooperacje. Jedna z nich – The Dark Kveik uwarzony z Åben – pojawiła się jedyny raz w polskim pubie. Gotowego piwa wyszło niecałe 300 litrów, z czego prawie połowa trafiła w nasze ręce: kilkadziesiąt butelek i cztery kegi. Pozostałe trzy beczki rozlane zostaną podczas ogólnopolskich festiwali. Samo piwo to imperialny stout z dodatkiem niesłodowanego przydomowego żyta z pola należącego do piwowara oraz jagód jałowca, fermentowany norweskimi drożdżami kveik. Jednocześnie jest to najbardziej ekstraktywne piwo Browaru Golem (pomijając wymrażane). Gęstość początkowa naszego duńsko-polskiego cymesu wyniosła 29 Plato, z czego uzyskaliśmy 12% alkoholu. Impreza w Szynkarni trwała długo, a swoją obecnością zaszczyciło nas mnóstwo znajomych z Dolnego Śląska, z bardzo różnych środowisk – zaczynając od zaprzyjaźnionych birgiczek i birgików, przez piwnych blogerów (Piwny Klub, Blog Kopyra), organizatorów festiwali (Beer Geek Madness), starą ekipę z Forum CM, aż po dwuosobową reprezentację Stowarzyszenia Libertariańskiego. Dzięki wszystkim za przybycie!

sdr

W niedzielę rano trzeba było już wracać do domu, ale nie ma przecież powrotu bez powydarzeniowego śniadania i kawy! Postanowiłem dać drugą szansę Dinette. Właściwie to pierwszą, gdyż ta pierwsza miała miejsce w skytowerowym Di Deli Cafe, czyli miejscówce siostrzanej, ale jednak nie głównej. Tamto doświadczenie wypadło dość średnio, jednak tym razem muszę przyznać, iż z przyjemnością zjadłem śniadanie marokańskie, składające się z chleba z awokado, humusem, miętą, zatarem i jajkami w koszulkach. Domówiłem do tego frankfurterki i uznałem, że jestem wystarczająco i smacznie najedzony. Można było przenieść się dalej na kawę.

cof

Do odjazdu pozostało niewiele czasu, a więc udaliśmy się w sprawdzone miejsce. Jakoś tak już jest, że we Wrocławiu zawsze trafiam do Gniazda. Tu – tradycyjnie – wypiłem pysznego dripa, a jako akompaniament kawowej symfonii wybrałem słodko-kwaśny sernik cytrynowy. Śmiało polecam to miejsce wszystkim miłośnikom kawy i słodyczy.

Pisząc to, szykuję się do kolejnej trasy. Tym razem jedziemy do Krakowa, gdzie robimy nasz pierwszy pełny food pairing. W lokalu Kufle i Widelce pojawią się cztery piwa Browaru Golem wraz ze stworzonym specjalnie pod nie menu. O tym wydarzeniu jednak przeczytacie w przyszłym tygodniu! Trzymajcie kciuki.

Intensywny weekend we Wrocławiu – kawa, jedzenie i wielka piwna impreza

Wyzwanie: Weekend w Wiedniu z Mamą!

sdr

Zazwyczaj w podróż udaję się sam, z Ukochaną lub ze znajomymi. Nadarzyła się jednak ostatnio szansa, by spróbować czegoś nowego i jednocześnie wymagającego – urodzinowa podróż do Wiednia z Mamą, zorganizowana przeze mnie z okazji Jej okrągłego jubileuszu. Być może dla wielu z Was nie jest to nic niezwykłego, jednak zanim przejdę do opisu naszego weekendu, muszę napisać kilka słów tytułem wstępu. Otóż, pomimo wielu podobieństw charakterologicznych, nasze preferencje różnią się totalnie, zwłaszcza jeśli chodzi o podróże. Dość powiedzieć, że moja Mama nigdy nie jeździ na wyjazdy „na własną rękę”, lecz zawsze korzysta z pakietów oferowanych przez biura podróży, śpi w drogich hotelach, a wszystkie atrakcje ma zagwarantowane i zaplanowane za nią. Na miejscu nie musi się o nic martwić, ani nic planować. Turystyczny mainstream, od którego zawsze trzymałem i będę się trzymał z daleka. Na pewno to znacie. Dorożki i bryczki kontra wielokilometrowe spacery. Witryny sklepów uznanych projektantów konta schowane przed masową turystyką kurioza. Restauracje z pierwszych stron przewodników kontra autorska i rzemieślnicza kuchnia. Krupówki kontra schodzenie do piwnic pełnych kości. Drinki z palemką kontra rzemieślnicze piwo w nowofalowym pubie. Kawa w sieciówkach z ładnym wystrojem kontra surowa alternatywa z dobrym ziarnem. Ogień i woda. Konflikt murowany. Przynajmniej – interesów. Największym sukcesem wyjazdu było więc to, że – mimo tak odmiennych upodobań – nie pokłóciliśmy się i wróciliśmy do Polski zadowoleni i szczęśliwi. To chyba cieszy mnie najbardziej w związku z wiedeńską eskapadą.

Wszystko zaplanowałem już jesienią, aby 13 grudnia – w urodziny Mamy – wręczyć Jej, jak gdyby nigdy nic, przewodnik po Wiedniu. Dlaczego w ogóle stolica Austrii? Mama zawsze mówiła, że chciałaby polecieć do jednego z klasycznie pięknych europejskich miast. Zazwyczaj wspominała o Wenecji, jednak tę destynację na prezent wybrała już przyjaciółka Mamy, a więc musiałem poszukać czegoś innego. Tradycyjnie zacząłem poszukiwania atrakcyjnych cenowo lotów z Polski i wpadł mi w oko Wiedeń, gdzie byłem jako nastolatek i niewiele z tego pamiętam, a Mama nie widziała stolicy Austrii nigdy. Szybka decyzja, bilety zabukowane, niezły hotel w ścisłym centrum i w dobrej cenie znaleziony (Riess Hotel przy Turkenstrasse) – można konstruować itinerariusz.

Starałem się połączyć to, co piękne dla mojej Mamy, z tym, co interesujące dla mnie. Zapytałem więc zawczasu, jakie punkty zaznaczyła jako konieczne przystanki podczas naszej podróży w ofiarowanym przeze mnie przewodniku. Przeprowadziłem analizę czasową oraz dodałem to, co interesuje mnie. Musiałem pamiętać, że tempo zwiedzania Mamy jest dużo wolniejsze niż moje oraz że dwa i pół dnia (przylecieliśmy w piątek po południu, a wracaliśmy w poniedziałek rano) to za mało, by wszystko zobaczyć. Uważałem równocześnie jednak, że czasu wystarczy, by się paroma rzeczami zachwycić, nawet jak kilka z nich przegapimy (ostatecznie nie udaliśmy się ani do Belwederu, ani do Schönbrunn, ani nie weszliśmy do wielu muzeów czy galerii sztuki). Jestem podróżnikiem emocjonalnym i tzw. efekt wow jest dla mnie o wiele ważniejszy, niż szczegółowe opisy, czy poznawanie historii sztuki lub techniki wykonania. Godzinne gadanie przewodników o tym, do czego służyła ta i ta miska, albo jak kreski stawiał dany malarz, to właśnie to, co mnie w szczenięcym wieku zniechęcało do zwiedzania. Nudy. Dlatego do dziś wolę eksplorować sam. Skupiam się wtedy na tym, co ważne dla mnie – na emocjach. Liczy się to, czy mnie dana rzecz zachwyca, intryguje, prowokuje do myślenia, czy powoduje, że moje serce bije szybciej lub czy myślę o niej parę dni po ekspozycji. Tak jak chociażby drzewo zrobione z łusek pocisków karabinowych, które widziałem kiedyś w Londynie. Technikalia zawsze były dla mnie nudne i powodowały, że przebierałem nogami, aby iść dalej. Jesteśmy w tym z Mamą chyba podobni, sęk jednak w tym, że zachwycają nas inne rzeczy, o czym pisałem we wstępie.

cof

Pierwsze kroki skierowaliśmy do restauracji Figlmüller, która mignęła mi w jednym z filmów na YouTube jako ta, gdzie trzeba się udać, by skonsumować prawdziwy i oryginalny wiedeński sznycel. Takowe oczywiście serwowane są tu praktycznie wszędzie, jednak zaufałem oglądanemu programowi. Miejsce to istnieje od ponad 110 lat i – jak powiedział nam kelner – jest de facto starą winiarnią, która specjalizuje się w kuchni regionalnej. Sznycel, który dostaliśmy, był ogromny, a jego rozmiar potęgował talerz mniejszy od dania, co jest oczywiście znanym trikiem. Do tego zamówiłem tradycyjną sałatkę ziemniaczaną. Próbowałem namówić Mamę, by wzięła coś innego i abyśmy się wszystkim podzielili po połowie, stawiając wszystko na środku stołu, jednak zapomniałem, że nie jestem na spotkaniu foodies w miejscówce z przewodnika Gault & Millau.  Warto też dodać, że moja Mama jest raczej niejadkiem, do tego wybrednym – z długą listą rzeczy których nie je, i zwykle jeszcze musiałem dojadać Jej porcje. Sznycel był pyszny, z chrupiącą panierką i okraszony ćwiartką cytryny. Figlmüller spełnił oczekiwania!

hdr

Jako że powoli zaczynało się ściemniać, poszliśmy spacerem przez starówkę, zahaczając o zachwycający Kościół Jezuitów, którego późnobarokowe wnętrze zapierało dech w piersiach. Niestety dla zdjęć, w środku panował półmrok, z gdzieniegdzie palącymi się świecami i punktowym oświetleniem. Dla ogólnego wrażenia stanowiło to jednak niewątpliwą zaletę. Następnie udaliśmy się do najbardziej centralnego punktu każdej wiedeńskiej wycieczki, czyli Katedry Św. Szczepana, wokół której gromadzili się woźnice stojący przy swych fiakrach, nagabując turystów na przejażdżkę za miliony monet. Mama przez dwa dni bardzo chciała wpaść w tę turystyczną pułapkę, a kiedy już się poddałem i trzeciego dnia sam zaproponowałem pójście na rękę, jednak się rozmyśliła. Wszak do tego czasu zdążyliśmy zobaczyć wszystko pieszo i nie miało to już sensu. W samej katedrze najbardziej interesowała mnie oczywiście krypta i ossuarium, jednak na zwiedzanie było już za późno, więc musieliśmy je przełożyć na kolejny dzień.

W sobotę udaliśmy się ponownie na Stephansplatz, by się następnie… rozdzielić. Mama poszła oglądać wystawy u Diora i Prady, a ja – trumny, urny i kości w podziemiach katedry. Umówiliśmy się, że spotkamy się za pół godziny przed wejściem do katedry i każdy zajął się tym, co mu sprawia przyjemność. Chyba dobry kompromis? Katakumby kryją kilka pomieszczeń. Najpierw mamy podziemną kaplicę oraz miejsce spoczynku biskupów, następnie miedziane urny z zakonserwowanymi w alkoholu wnętrznościami zmumifikowanych Habsburgów oraz trumny ze zwłokami księcia Rudolfa, jego żony oraz kilku innych członków rodziny. Następnie przeszliśmy do drugiej części, gdzie spoczywają szczątki dawnych mieszkańców miasta wśród pozostałości po drewnianych trumnach oraz kości i czaszki ofiar epidemii dżumy. Znakomity klimat dla każdego mrocznego romantyka. Wcześniej z kolei udało mi się zwiedzić kryptę Habsburgów w Kościele Kapucynów. Znajdują się tam ciała członków rodziny cesarskiej sięgające odległych stuleci, a wielbiciele sztuki funeralnej mogą podziwiać dizajn trumien od okresu neoklasycyzmu aż po czasy współczesne. Barokowe sarkofagi stylizowane na pirackie statki z czaszkami u dziobu wprawiły mnie w niebywały zachwyt. Miód na moje czarne serce.

sdr

Wracając do piątku, idąc dalej drogą prowadząca od Katedry do Opery, zajrzeliśmy do sklepiku holenderskiego serowara – Henriego Williga. Na miejscu mogliśmy spróbować wielu odmian sera, a także przyprawowych wariacji na jego temat. Najbardziej do gustu przypadły mi dojrzewające kilka lat sery owcze i kozie, o intensywnym zapachu, wyrazistym, ostrym smaku i twardej, ziarnistej teksturze. Takie doznania sensoryczne powodują wzmożoną pracę ślinianek. Uwielbiam to uczucie.

hdr

Naprzeciwko opery znaleźliśmy otwartą do późna kawiarnię Gerstnera, którą miałem zaznaczoną na swojej mapie miejsc wartych odwiedzenia. Niestety, drugie piętro, najbardziej zdobne i eleganckie, było zamknięte, więc usiedliśmy na pierwszym, tuż przy spiralnych schodach. Do herbaty zamówiliśmy tradycyjny wiedeński strudel jabłkowy w akompaniamencie bitej śmietany. Mimo kilku negatywnych recenzji przeczytanych w internecie na temat jakości tutejszych ciast, uważam, że strudel ten był o wiele lepszy i efektowniejszy niż te, które jedliśmy i widzieliśmy później. Mogę śmiało polecić udanie się nań właśnie tu. O ile mnie zachwycały sery, strudle i ossuaria, Mama nie mogła wyjść z podziwu nad sukienką kosztującą tyle, co nowy samochód z salonu, którą zauważyła w butiku obok kawiarni.

Na zakończenie wieczoru chciałem koniecznie odwiedzić miejsce, gdzie można napić się kraftowego piwa i idealnym wydał się browar restauracyjny 1516 Brewing Company. Niestety, w środku nie było miejsc, więc nie mogłem spróbować ich wyrobów. Stolik znaleźliśmy za to w leżącym nieopodal Stadtboden. Tam nawet niegustująca w piwie Mama skusiła się na kufelek, a ja wypróbowałem trzy austriackie wypusty firmowane przez koncern Ottakringer, a wydawane pod marką Brauwerk jako linia „crafty”. Flanders był mniej kwaśny niż niektóre nasze pale ale, IPA w miarę, porter w porządku. Wiadomo, że to nie jest prawdziwy kraft, ale dało się wypić. Mama spróbowała całkiem przyzwoitego weizena z Die Weisse.

sdr

Najważniejszym punktem wycieczki dla mojej Mamy, jako kolekcjonerki starej porcelany, była wyprawa na pchli targ odbywający się w każdą sobotę na targowisku Naschmarkt. Udaliśmy się tam z samego rana, jednak jakichś wielkich zakupów nie poczyniliśmy. Ceny okazały się wyższe, niż przewidywane. Udało się nam wynegocjować dobrą ofertę na kilka filiżanek i kielich z pozytywką do wina reńskiego. Druga część targu to sekcja żywnościowa, która mnie interesowała bardziej niż antyki. Znów degustowałem dojrzewające sery, a także słodycze sprzedawane przez imigrantów z Bliskiego Wschodu, co nieco przypomniało mi niedawne jordańskie klimaty. Niestety, Mama nie skusiła się na ucztę przy serowym fondue, którą oferował jeden z punktów gastronomicznych na skraju Naschmarktu. Od wejścia jednych odurzał, a drugich przyciągał, bardzo intensywny aromat sera. Sam spędziłbym tam sporo czasu i pojadł, ale zdawałem sobie sprawę, że dla Mamy to męczarnia, a nie przyjemność.

Jako że byliśmy już te kilkadziesiąt minut od centrum, zmienił się i krajobraz. Na ścianach budynków pojawiło się graffiti, a zamiast turystycznych miejscówek można było znaleźć nowofalowe śniadaniownie i kawiarnie. O ile ja w końcu poczułem się jak ryba w wodzie, spożywając kawową alternatywę, Mama wyrażała swoje zdegustowanie, że w Coffee Junkie siedzimy przy stole złożonym z desek, bez obrusa, a kawa podawana jest w musztardówkach z IKEI, kiedy na starówce czeka Wersal i filiżanki Rosenthala. To nic, że serwowanej tam masowej, marketowej kawy nie da się pić. Przyznam Mamie rację w jednym – jajecznica w wysoko ocenianym Budapest Bistro okazała się słaba – sucha i bez smaku.

Następnym punktem, który zaznaczyła w przewodniku Mama, była słynna Opera. Nie mówimy tu o spektaklu, a o zwiedzaniu wnętrz. Nie byliśmy przygotowani tekstylnie na obcowanie ze sztuką wysoką, a – o ile mi to nie robi różnicy – to Mamie owszem. Otrzymaliśmy informację, że zwiedzanie możliwe jest jedynie z przewodnikiem, a także, że w sobotę nie było już takiej możliwości. Ostatnia szansa to 14:00 i 15:00 w niedzielę. Odbiliśmy się więc od drzwi i zapisaliśmy powrót w to miejsce kolejnego dnia do naszego kalendarza. W niedzielę przybyliśmy do świątyni sztuki mniej więcej o 14:40. Mogliśmy wybrać oprowadzanie po angielsku, niemiecku, hiszpańsku, włosku i chińsku. Kupiwszy bilety, ustawiliśmy się więc pod napisem „English” i cierpliwie oczekiwaliśmy na przewodniczkę. Wkrótce przed naszymi oczami ukazało się audytorium ze swoimi lożami, zobaczyliśmy także scenę, backstage i foyer, jak i uginające się pod złotymi zdobieniami salki, które można wynająć sobie na prywatną herbatę podczas przerwy za „jedyne” kilkaset euro za kwadrans. Obejrzeliśmy również film przedstawiający, w jaki sposób sala adaptowana jest pod bal karnawałowy, a nawet udało się nam podejrzeć próby par przed występem debiutantów.

Przed niedzielnymi odwiedzinami w Operze, zahaczyliśmy o pałac Hofburg, w którym zwiedziliśmy ogromną wystawę sreber, zastaw stołowych i porcelany. Moja Mama, jako miłośniczka zdobnych filiżanek, w końcu poczuła się tu jak w swoim naturalnym środowisku. Gdyby były na sprzedaż, na pewno nie wyszlibyśmy stamtąd z pustymi rękami. Oprócz tej imponującej kolekcji, poznaliśmy historię cesarzowej Elżbiety – popularnej Sisi – oraz mieliśmy okazję przemknąć przez pałacowe apartamenty.

Wracając jeszcze do soboty, przed tym, jak odbiliśmy się od drzwi Opery, poszliśmy na słynny tort serwowany w kawiarni Hotelu Sacher. Sachertorte to czekoladowe ciasto przełożone masą i polane czekoladową polewą. Jako że uchodzi za numer jeden na liście rzeczy do zjedzenia w Wiedniu, przed wejściem do kawiarni ustawiają się kolejki. Nie jest to zresztą jedyne miejsce, gdzie tak to wygląda, ale o tym później. Tort Sachera można co prawda obecnie zjeść wszędzie, nawet w… Polsce, jednak ta pierwsza i oryginalna miejscówka jest właśnie tam – w położonym nieopodal opery luksusowym hotelu, gdzie ubrany w purpurowy kostium lokaj wywozi zawieszone na złotym wieszaku ubrania należące do czekających na podjeździe gości podróżujących nie WizzAirem, lecz mercedesami. Cafe Sacher padła jednak ofiarą własnego sukcesu. Pisałem już o tym w kontekście piwa, jednak zasada ta działa na każdym rynku. Gdy produkt staje się masowy, spada jego jakość. Kawiarnia ta nie musi o nią dbać, gdyż nastawiona jest na turystów, którzy z założenia przyjdą tam raz w życiu. Przychodzić będą zawsze, dopóki w każdym przewodniku znajdzie się informacja o tym, że to legendarne ciasto, które każdy musi spróbować. Produkt, który dostaliśmy, nie dorastał do pięt reputacji, którą posiada. Wysuszone biszkopty sugerujące nie pierwszą świeżość (a przecież przy takim przemiale to praktycznie niemożliwe – mrożone ciasto? Nadprodukcja na wszelki wypadek?) i paskudna kawa. Podziękuję. Jedynie wnętrze lokalu ładne. Ten przykład dobitnie pokazuje, dlaczego należy omijać szerokim łukiem miejsca oblegane przez turystów, a szukać diamentów pochowanych w piwnicach. Oczywiście, dla zaznaczenia pinezki na mapie „must-see places” może i warto, tak jak z Wieżą Eiffela czy La Scalą, ale jeśli ktoś myśli, że smak powali go na kolana – myli się.

A propos turystów, kolejek i tłumów, podobnie ma się rzecz w innych popularnych kafejkach: Cafe Demel i Cafe Central. Te dwa miejsca łączy równie zdobne wzornictwo, kelnerzy pod muchami, tradycja sięgająca czasów cesarstwa i dziesiątki Azjatów czekających w kolejce na stolik. Ostatnio wpadł mi w oko artykuł opisujący inwazję turystów zza Uralu na Europę, co przekłada się na wzrost cen, większe trudności w znalezieniu interesujących kosztowo ofert i – oczywiście – spadek jakości zarówno obsługi, jak i produktu. Po co dbać o klienta, skoro i tak większość przyjdzie tylko raz, a w kolejce czeka nieokreślona liczba Chińczyków, która zostawi posłusznie swój hajs, bez proszenia o rabat i jakichkolwiek wymagań odnośnie do serwisu? Co więcej – to, co otrzymają, uznają, że właśnie tak ma smakować. Czysty biznes! Wystarczy odrobina kasy na reklamę w azjatyckich źródłach. W Cafe Demel odbiliśmy się od kolejki trzykrotnie i w sumie nawet nie żałujemy, bo czytaliśmy, że jest to miejsce mocno przereklamowane. Mimo to, chcieliśmy się sami przekonać. Przynajmniej mieli ładny sklep ze słodyczami na parterze. W Cafe Central za pierwszym razem również nie znaleźliśmy miejsca, jednak w niedzielę to właśnie tam udaliśmy się na śniadanie. Kolejka była mała – może na dwa-trzy stoliki – więc poczekaliśmy i zasiedliśmy do uczty. W internecie wyczytałem, że bywało tu wielu dygnitarzy dawnych czasów, na czele z Leninem i Hitlerem. Co ciekawe, w menu kawiarnia chwali się wieloma postaciami, które odwiedzały ten lokal, jednak wspomnianą dwójką – nie. Byłoby to zrozumiałe, gdyby nie to, że… wśród znamienitych gości wymieniany jest Lew Trocki… Zjadłem tu śniadanie nazwane na cześć miejscowego pisarza – Petera Altenberga, jednego ze stałych klientów sprzed lat, którego figura wita nas przy wejściu. W skład dania wchodzi ser, szynka, jajecznica, kajzerka, ciemny chleb, masło, dżem i sałatka owocowa. Wszystko bardzo smaczne, tylko że podobno Altenberg był… wegetarianinem. Nie wiem więc, jak to jest z tą autentycznością owej propozycji śniadaniowej. Mama zamówiła naleśniki z dżemem morelowym i posypką z cukru pudru, które były przeraźliwie słodkie. W gablotce widniało wiele prawdziwie foodpornowych deserów, jednak nie zamówiliśmy żadnego, oszczędzając miejsce w żołądku na później.

Wyjątkowym zwieńczeniem kawiarnianego rekonesansu była wizyta w Cafe Schwarzenberg. Nieco przypadkowa, bo na zdjęciach wnętrza nie zrobiły na Mamie wrażenia. Okazało się jednak, że czekała tam na nas przepiękna niespodzianka. Trafiliśmy akurat na koncert kameralny. Do kawy przygrywała rudowłosa pianistka i cygański skrzypek, a wokalnie zabawiał towarzystwo śpiewający kelner. Mamę w zachwyt wprawił zwłaszcza „Walc nr 2” Szostakowicza w ich wykonaniu. Mi do pełni szczęścia zabrakło „Smutnej niedzieli” Rezso Seressa, bo przez moment poczułem się jak w tamtych czasach. Część ludzi, zamiast słuchać, siedziała wgapiona w swoje smartfony, ale może właśnie dzielili się z przyjaciółmi swoimi odczuciami? W Schwarzenbergu zjadłem świetne ciasto o nazwie Bomba Mozarta, czyli ciemne biszkopty przełożone wielokrotnie białą masą, a wszystko to pokryte zieloną marcepanową polewą. Wypiłem także piwo – 1475 IPA z browaru Kaltenhausen (własność Heinekena). Wyczułem lekki karmel i ładny chmielowy aromat, a sam napój piło się przyjemnie.

mde

Warto wspomnieć jeszcze o kilku lokalach gastronomicznych, które udało się nam odwiedzić. Pierwszy z nich to pub ze ścianami wyłożonymi przeróżnymi puszkami i birofiliami – Bier & Bierli. Zjadłem tam ogromną ilość żeberek (dwa długie płaty) z ziemniakami i zieleniną, trzema sosami oraz warzywami. Porcji pojedynczej w menu nie znajdziecie! Do tego zamówiłem smacznego lagera wiedeńskiego z browaru Schwechat. Być w stolicy Austrii i nie wypić piwa w stylu, który tu powstał, to jak pojechać do Rzymu i nie zobaczyć papieża. Mama wybrała austriacką wariację na temat mac & cheese, czyli Käsespätzle. Oczywiście danie przyniesiono udekorowane prażoną cebulką i szczypiorkiem, których Mama nie je, więc obsługa została poproszona o usunięcie kłopotliwych składników. Wizyta z Mamą w restauracji to zawsze zapowiedź wyzwania dla kucharza i nierzadko dodatkowych kłopotów dla obsługi. Praktycznie w każdym miejscu Mama chciała zmieniać stolik, bo nie odpowiadało Jej jego usytuowanie. O długiej liście dań wykluczonych z diety już wspominałem. Mimo tych trudności, udało się nam jednak i smacznie zjeść, i – co najważniejsze – bardzo miło spędzić trochę czasu razem, ku czemu mamy bardzo rzadko okazję, mieszkając ponad pięćset kilometrów od siebie.

hdr

W ścisłym centrum siedzibę swoją ma jeden ze słynnych punktów z kanapkami, założony przez krakowianina Franciszka Trześniewskiego. Są to kromki ciemnego chleba z różnymi dodatkami, których bazę stanowi zwykle pasta jajeczna. Smaczne, aczkolwiek nie rozumiem ich tak ogromnej popularności wśród wiedeńczyków i turystów. Być może wynika to z tego, że są zdrowsze – a równie szybkie – co kanapki serwowane przez popularne sieci fast-foodowe? Na miejscu podawane jest także piwo w mikroskopijnych kufelkach.

Tuż obok hotelu, na Turkenstrasse, znajduje się pizzeria Riva, w której co prawda pizzy nie jedliśmy, ale zapachy i ogromny piec opalany drewnem sugerują, że ma szansę być smaczna. My usiedliśmy w przestrzeni kawiarnianej, gdzie wypiłem bardzo przyzwoitego koncernowego zwickla z Ottakringera.

Także niedaleko, tuż obok uniwersytetu, trafiliśmy do Zum Leupold, gdzie zjadłem kiepskiego jabłkowego strudla, dobre Kaiserschmarrn, czyli chaotycznie ułożone, pocięte ciasto jak na ołatki z konfiturą śliwkową oraz przyzwoitą zupę gulaszową, w której oprócz mięsa pływała… pocięta parówka. Parówki zresztą w Wiedniu są na topie. To, co na początku wydawało mi się kolejką do Albertiny, gdzie akurat wystawiali Moneta i Picassa, okazało się tłumem ludzi czekającym na hot-doga w pobliskiej budce. Sam skosztowałem klasycznej wersji na wspomnianym wcześniej targu Naschmarkt. Ot – bułka z parówką – jak wszędzie.

Ostatniego dnia, gdy już zmierzaliśmy z bagażami na lotnisko, zahaczyliśmy jeszcze o dwa położone obok siebie lokale. Była to kawiarnia i palarnia kawy firmowana nazwiskiem Jonas Reindl, gdzie wypiłem perfekcyjne, cieliste, kremowe espresso, a także francuskie bistro Cafe Francais, w którym otrzymałem przepyszne śniadanie składające się z polanych żółtym sosem jajek po benedyktyńsku z wędzonym łososiem, podanych na francuskim toście. Jest to miejsce, gdzie przychodzi bardzo dużo studentów, jako że w pobliżu położny jest Uniwersytet Wiedeński. Do picia zaserwowano mi bardzo ciekawy koktajl z buraka i owoców, w którym to ziemisto-żelazisty smak bulwy dodawał interesującego posmaku. Na pośniadaniowy deser jeszcze spałaszowałem crème brulee i ruszyliśmy na pociąg jadący na lotnisko. Bogu dzięki za aplikacje mobilne! Tuż przed nami w kolejce do automatu z biletami stanęło dwóch serwisantów, którzy oświadczyli, że teraz muszą otworzyć maszynę. Mieliśmy sześć minut do odjazdu, więc wsiedliśmy do pociągu bez biletu i kupiliśmy je przez smartfona. Kocham nowoczesną technologię.

Na zakończenie pytanie-ciekawostka. Wiecie, czym jest „burger wiedeński”? Otóż – według lotniskowej kawiarni – kajzerką z plasterkiem szynki. Za 4,90 euro. Kurtyna.

Wyzwanie: Weekend w Wiedniu z Mamą!