VII KAWA Festival Poznań – Z mlekiem*

kava.png

Źródło: facebook.com

W poniedziałkowe przedpołudnie w otwartym na nowo bistro Wartko nad Wartą odbyła się konferencja prasowa promująca trwający od wczoraj VII KAWA Festival. W byłej loży masońskiej przy Marcinkowskiego byliśmy kiedyś z okazji urodzin, ale od tamtego czasu wiele się tu zmieniło. W Wartko nad Wartą można zjeść m.in. sowite śniadania bazujące w większości na recepturach jajecznych, z wyraźnymi brytyjskimi inspiracjami. Spróbowałem omletu z chili, gdyż – jak wiecie – ten dodatek zawsze budzi moje zainteresowanie i nie zawiodłem się. Porcja rozsądnej wielkości, smak w porządku, choć oczywiście na moje zmysły zdecydowanie za mało ostre. Rozumiem jednak, że chodziło tylko o delikatną pieszczotę podniebienia, a nie o walenie obuchem przez łeb. Od tego mam wszak degustacje papryczek w piwnym towarzystwie. Poza omletami znajdziecie tu jajka w koszulkach, kiełbaski, tosty czy naleśniki. Po śniadaniu restauracja serwuje zestawy lunchowe w przyzwoitych cenach. Warto wpaść, bo pomimo śniadaniowego boomu wciąż brakuje w Poznaniu tego typu miejsc.

Clou spotkania była jednak zapowiedź VII KAWA Festival. Tym razem motywem przewodnim jest hasło Z mlekiem*. Zanim zjawiłem się na konferencji, wiedziałem o tym, że królować będzie kawa wchodząca na stół cała na biało, natomiast – przyznaję się bez bicia – nie zauważyłem, iż chodzi o mleko roślinne. W tej edycji organizatorzy postanowili wykonać ukłon w stronę osób preferujących opcje wegańskie. Oprócz zamiany mleka krowiego na roślinny substytut, także ciasta pojawią się w wersji bez produktów odzwierzęcych. W siódmej edycji festiwalu weźmie udział rekordowa liczba 41 poznańskich kawiarni, więc goście mają w czym wybierać. Poza znacznym zwiększeniem zasięgu, wprowadzono również zmienioną formę oceniania miejsc w celu wyłonienia zwycięzcy imprezy. Tym razem zamiast znanych z poprzednich odsłon papierowych kart do głosowania wybór odbędzie się za pośrednictwem internetu. Do wzięcia udziału we wspólnej zabawie motywuje także cena zestawu. Za  kawę i deser zapłacimy jedynie 10 złotych.

Osobiście, jako mięsożerca i zwolennik czarnej kawy, będę miał okazję wyjść nieco ze strefy komfortu i spróbować czegoś innego. Ciekaw jestem, jak uczestnicy festiwalu poradzą sobie z postawionym zadaniem. Łatwo nie będzie! Impreza potrwa do końca bieżącego tygodnia.

Link do wydarzenia: https://www.facebook.com/events/1266765293334110/

Reklamy
VII KAWA Festival Poznań – Z mlekiem*

Cóż ukryło się w Sekretnym menu?

Kolejny Culinary Fest za nami! Tym razem uczestnicy festiwalu mieli za zadanie przygotować menu w oparciu o temat przewodni pod tytułem: Sekret. Udało się nam odwiedzić kilka miejsc, o których mocno indywidualną opowieść znajdziecie poniżej. Większość degustacji odbyliśmy w składzie: ja (Artur) i moja Ukochana (Justyna). W jednym przypadku towarzyszył mi zaś mój piwny druh – Michał. A więc – do dzieła!

Firlejka

Już we wstępie kilkanaście dni temu pisałem, iż żałuję, że tym razem na liście uczestników nie ma Momo i Lavendy, ale na szczęście jest nasz inny stały faworyt – Firlejka. Do tej przytulnej piwnicy (ciągnie libertarianina…) udaliśmy się na sam początek festiwalu. Przystawka wyglądała jak prawdziwe dzieło sztuki – coulis malinowo-buraczany sprawiał wrażenie rozprysku krwi z miejsca zbrodni, a leżąca obok ośmiorniczka w towarzystwie kaparowego jabłuszka i kawioru jabłkowego stanowiła ciekawe dopełnienie. W smaku – jak zwykle – bez zarzutu. Każdy element współgrał ze sobą i tworzył interesująca kompozycję. Danie główne to już ukryty w cukinii dorsz w wersji polędwiczej – ostatnio zyskującej coraz większe uznanie wśród szefów kuchni (niedawno próbowałem takowej w La Cocotte). Dodatki w postaci confitowanego pomidora, marchwi, szparaga i sosu salsa verde z anchois współtworzyły ciekawą symfonię smaków. Maksimum punktów za maksimum doznań estetyczno-artystycznych. Jedyne, do czego mógłbym się przyczepić, to wielkość porcji, jednak w Culinary Fest niekoniecznie o to chodzi.

Może Morze

Miejsce to już zawsze będzie kojarzyć mi się z czasami, gdy gościła tu Klepsydra, a ja wyśpiewywałem w niej swoje ulubione numery przez okno wychodzące na Stary Rynek ponad pół dekady temu. Teraz możemy tu zjeść świeże ryby i inne morskie stwory. Na Culinary Fest kuchnia Może Morze przygotowała krem z buraka gotowanego w malinach, z topinamburem, orzechem i miętą. Danie podane zostało na zimno (mi to pasowało), było mocno buraczane, a jedyny mankament (niezamierzony, każdemu się zdarza!) to mała łupina orzecha w środku. Smak jak najbardziej zadowalający. Danie główne stanowiły pierożki z krewetkami, podlane wędzonym masłem. Nuty dymnej niestety nie wyczułem (a bardzo ją lubię…), sami zaś głowni bohaterowie nie zawiedli. Solidnie, acz bez większych ochów i achów.

Un Pot

W tym miejscu byliśmy po raz pierwszy. Od wejścia powitał nas york właścicielki (?) oraz wrażenie raczej domowej atmosfery. Zajęliśmy miejsce na podwórzu, z dala od głównej sali. Jako przystawka na stół przywędrowała zupa z soczewicy, której smak przywodził na myśl wojskową grochówkę. Tylko mięsa brakowało! Niemniej jednak, smakowicie i sycąco. Jeszcze bardziej można było najeść się drugim daniem. Tu już otrzymaliśmy typowy talerz babcinej zieleniny. Żadnych hipsterskich musztardowców, gwiazdnic ani jarmuży – po prostu mnóstwo szerokolistnego, ogrodowego lubczyku. Na nim zaś – dysonans… Miały być ziemniaki z zasmażaną cebulą i imbirem, a ostatecznie dostaliśmy… tosty, takie zwykłe z opiekacza, a do tego… na słodko! Nie było to złe, ale zupełnie nie zgadzało się z tym, co wyczytaliśmy w festiwalowym menu. Do tego mięso mielone – duża porcja! – z groszkiem, a na rzeczonych tostach trzy ostre papryczki. I tu największy plus – naprawdę pikantne! Nie jakieś popierdółki, tylko rzeczywiście odjechane mordokręty. Brawo!

Nova

Również mój debiut. Jedyne miejsce, gdzie w miejsce Justyny towarzyszył mi Michał. W menu stało jak byk: ramen. Cóż… nie lubię, naprawdę nie lubię pisać źle. Zupa była naprawdę smaczna. Kurczak, warzywa, makaron – wszystko OK. Tylko że… to nie był ramen. Gdyby ktoś napisał: rosół z kury – OK! Natomiast koło ramenu to nawet nie stało. Danie główne już nieco bardziej kojarzyło się z kuchnią azjatycką. Kurczak z makaronem udon, w towarzystwie czosnkowo-imbirowym mógł zarówno nasycić, jak i zadowolić smakiem. W ogólnym rozrachunku – przeciętnie.

Eatalia

To miejsce polecano nam już wiele razy, a więc trzeba było w końcu zajrzeć do nowej restauracji przy Gołębiej. Mieści się ona w piwnicy nowopowstałego hotelu, a wystrój wnętrza całego budynku zdecydowanie trafia w mój gust. Sąsiedztwo Firlejki chyba zainspirowało tutejszą kuchnię, gdyż dania festiwalowe zaprezentowane zostały w podobnym stylu. Artystyczna kompozycja z estetycznym kunsztem zachęcała do fotografowania i spróbowania propozycji tutejszej kuchni. Pierwszy plan jednak grały tu ciekawe składniki. Kacze serca w połączeniu z foie-gras, a do tego polik cielęcy z nasturcją? Mimo małych porcji, smakosze mogli z pewnością być zadowoleni. Po tym arcyciekawym entree, goście otrzymali perliczkę zamgloną nutą mango i kolendry (do których mam ogromną słabość…), w towarzystwie topinamburu i trufli. Eatalia nie oszczędzała na składnikach i zaprezentowała wykwintny kunszt nowoczesnej sztuki kulinarnej. Zdecydowanie – odkrycie festiwalu!

Gospoda Młyńskie Koło

Mamy z Justyną taką tradycję, że jeździmy sobie na nocne przejażdżki po wschodnich rubieżach Poznania. Wielokrotnie mijaliśmy Młyńskie Koło i zawsze mówiliśmy sobie, że zajedziemy tam na coś dobrego. Odstraszały nas jednak wysokie ceny. Dowiedziawszy się, iż Gospoda bierze udział w Culinary Fest, od razu zdecydowaliśmy się tam pojechać. Menu na pierwszy rzut oka raczej nie miało w sobie nic sekretnego i przywodziło bardziej na myśl obiad u babci niż wykwintną ucztę u uczestnika Masterchefa, ale… niczego nie żałujemy. Tradycyjny polski rosół z kury z domowym makaronem był odpowiednio treściwy i dał dobry podkład w żołądku przed drugim daniem. Wówczas dopiero przekonaliśmy się, w czym tkwił tytułowy sekret… Otóż – w wielkości porcji. Za jedyne 15 złotych oprócz rosołu otrzymaliśmy ogromną porcję kotleta schabowego z ziemniakami i warzywami, a do tego półmisek kapusty z grzybami i czekajkę w postaci domowego chleba ze smalcem. Najedliśmy się tak, że nie mogliśmy wstać od stołu. Gospoda Młyńskie Koło to miejsce, gdzie można najeść się do syta niczym staropolski szlachcic. Do tego do dyspozycji gości jest małe jeziorko, ogród z hamakiem i pokoje hotelowe. Być może niektórych odrzuca mało centralna lokalizacja tego miejsca, jednak zdecydowanie warto pojechać tam skosztować tradycyjnej polskiej kuchni. Pysznie i dużo. Czego chcieć więcej?

 

Więcej miejsc nie udało się nam odwiedzić. Każde z tych, które nas ugościło, zaoferowało inną interpretację przewodniego tematu festiwalu. Kto zdobędzie nagrodę publiczności? O tym przekonamy się już za kilka dni. Na koniec jednak łyżka dziegciu – nie wszyscy uczestnicy dali nam karty do głosowania. Niedopatrzenie?

 

 

 

Cóż ukryło się w Sekretnym menu?

Startuje Culinary Fest – Sekret!

13243830_1126602110745178_7413130670305472772_o.png

Źródło: https://www.facebook.com/CulinaryFest

Oj działo się w weekend na Starej Rzeźni, ale o tym niedługo! Tymczasem już dziś wystartowała kolejna edycja Culinary Fest w Poznaniu, tym razem pod hasłem sekret. Potrwa ona przez cały tydzień, od 23 do 29 maja. Tym razem udział wezmą 32 restauracje, które tradycyjnie przygotowały specjalne menu składające się z przystawki i dania głównego w porcjach degustacyjnych. Koszt nie uległ zmianie i za dwudaniowy tasting zapłacimy 15 złotych. Propozycje czekające na spróbowanie przez gości możecie zobaczyć tu. Na liście uczestników znalazło się kilka nowych miejsc – także takich, w których jeszcze nie byliśmy. Postaramy się odwiedzić przynajmniej kilka z nich. O nowoczesną oprawę mobilną zadbali producenci aplikacji OfferOn, dzięki którym goście mogli będą łatwo odnaleźć pobliskie restauracje biorące udział w festiwalu, a także uzyskać natychmiastowy dostęp do menu, zdjęć oraz ocenić i skomentować swoje doświadczenie. Na pewno jest to zmiana na plus. Szkoda, że tym razem zabrakło Lawendy i Momo, dokąd zawsze chętnie wpadaliśmy. Będzie jednak okazja spróbować czegoś innego. Czytając przygotowane przez szefów karty dań można z góry powiedzieć, że większość rzeczywiście wzięła sobie do serca temat przewodni i postanowiła łamać konwenanse, przecierać szlaki i zawrzeć tytułowy sekret w proponowanym daniu. Jak te eksperymenty wyjdą w praktyce? O tym przeczytacie po zakończeniu festiwalu. Mogę jedynie zdradzić, że już w pierwszym dniu – czyli dzisiaj – odwiedziliśmy Firlejkę (jak zawsze – a jakże), Może Morze oraz Un Pot, dokąd zawitaliśmy po raz pierwszy. Mamy też umówioną kolację w Eatalii, której wnętrze zrobiło na mnie bardzo dobre wrażenie. Zapewne zdołamy wpaść jeszcze w jakieś ciekawe miejsce. Niechaj się święci święto degustacji. Smacznego!

Startuje Culinary Fest – Sekret!

Co przyniósł nam francuski Kogut?

Niedawno odwiedziliśmy Luganę oraz Świńskie Uszy, co mogliście obserwować na żywo, jeśli śledzicie nas na Instagramie. Spędziliśmy tam świetny czas i z pewnością jeszcze nie raz tam wrócimy. Prawdę mówiąc trafiłem do Uszu niedługo po raz drugi, tym razem na kolację rodzinną, kiedy to spróbowaliśmy bardzo dobrych żeberek. Jeśli chodzi o to danie, wciąż jednak nie było dane mi przetestować podobno najlepszych z Lars, Lars & Lars. Kiedyś trzeba będzie nadrobić… W odświeżonej Luganie jak zwykle największe wrażenie zrobiło moje ulubione wino Primitivo di Manduria, a także świetna kaczka czy eksperymentalna odmiana caprese. A Wy już odwiedziliście te miejsca? Ostatnio zaś wpadliśmy do znanego nam Bistro La Cocotte, gdzie bywaliśmy już wcześniej z okazji Culinary Fest.

Tym razem niestety dotarłem spóźniony (praca), jednak zdołałem uchwycić co nieco moim aparatem i smakowymi kubkami. Jak podkreślała gospodyni imprezy, większość składników używanych w kuchni Bistro sprowadzana jest bezpośrednio z Francji, a oprócz jedzenia goście mogą raczyć się dobrymi francuskimi winami. Spójrzmy jednak do menu. Obie przystawki: szparagi z jajkiem w koszulce oraz tarta ziemniaczano-porowa z serem gruyere z powodzeniem mogłyby znaleźć swoje miejsce wśród pozycji śniadaniowych, których – jeszcze – w La Cocotte nie ma. W ogóle w Poznaniu brakuje dobrych miejsc na śniadania, a przecież nawet wystrój Bistro pasuje doskonale na poranne pyszności! Następna pozycja to zupa z pieczonego rabarbaru. Tu mogłem zauważyć, jak różna jest percepcja smaków wśród ludzi. Ja, jako osoba stroniąca od cukru, uznałem tę pozycję za słodką, wręcz deserową, zaś niektórzy czuli przede wszystkim kwasek. Zapewne moje odczucie spowodowane było tym, że uwielbiam mocno kwaśne piwa, sok z cytryny bez cukru na orzeźwienie i nie przepadam za słodyczami. Bardzo ciekawe przełamanie tej słodko-kwaśnej nuty wprowadziły chipsy z suszonych jabłek, kręcące się na podniebieniu na drugim planie. Dla osób lubiących eksperymenty i tego typu delicje, polecam zdecydowanie. Ja w moje rejony smakowe udałem się natomiast podczas degustacji dań głównych. Najpierw dużo radości dała mi jagnięcina navarin w zredukowanym winnym sosie, w akompaniamencie świeżych, wiosennych warzyw. Smak przypominał mi Bałkany i chwile cudnie tam spędzone przed paroma laty. Drugą propozycję menu stanowi polędwica z dorsza, która smakuje wyraźnie, mięsiście i ma wyraźnie sprężystą teksturę. Naprawdę kucharz wyciągnął z tej ryby tyle, ile się dało. Do tego mamy biały sos i ziemniaczane puree. Desery – jak wiecie – to nie moja bajka. Tort dacquoise z bezą był smaczny, acz bardzo słodki, więc porcja degustacyjna była maksymalnej wielkości jak na moje kubki smakowe. Jeśli lubicie poziom słodkości zbliżony do tureckiej baklawy, to na pewno wam posmakuje. Tarta cytrynowa wprowadziła nieco rześkości  i kwasku, więc zjadłem ją z przyjemnością. Całej degustacji towarzyszyły trzy rodzaje francuskiego wina. Jeśli chodzi o piwo, w ofercie obecnie znajdują się belgijskie klasyki, np. Leffe Blonde.

Jak widzicie, w Bistro La Cocotte swoje smaki odnajdzie prawie każdy. W opcji wegetariańskiej można np. otrzymać czarną soczewicę z dodatkiem buraka. Miłośnicy słodkości mogą rozpocząć wieczór od rabarbarowego kremu, a zakąsić go smacznym dacquiosem. Mięsożerców zaś na pewno  usatysfakcjonuje jagnięcina i dorszowa polędwica. Już niedługo Poznań Za Pół Ceny, w którym Bistro La Cocotte bierze udział, więc warto przyjść i spróbować samemu!

Co przyniósł nam francuski Kogut?

Konkursy, laureaci i festiwal pyszności

Jako że we czwartek ogłoszono wyniki trzech konkursów: XI Culinary Fest – Nuty Smakowe, Restauracja Roku 2015 oraz IV Kawa Festival, najwyższy czas nie tylko przedstawić laureatów, ale także i podzielić się swoimi wrażeniami z tych wydarzeń.

12674931_1217625038266849_1867106927_o

Niestety, przez nasz islandzki wyjazd nie mogliśmy uczestniczyć w Culinary Feście tak intensywnie, jak zawsze, ale i tym razem pozwoliliśmy sobie na skosztowanie kilku propozycji. Odwiedziliśmy między innymi Koba Cocktail Bar na Tylnym Chwaliszewie – lokal ukryty przed światem, mimo że położony przecież w centrum. Na miejscu zastaliśmy – poza, oczywiście, festiwalowym menu – duży wybór wysokiej klasy alkoholi, wliczając w to ciekawe i rzadko dostępne okazy. Na drinka zdecydowanie warto się tam wybrać. Samo jedzenie również nie budziło zastrzeżeń, a obsługa zapewniała doświadczenie na wysokim poziomie fachowości. Następnie zdecydowaliśmy się Firlejkę – jedno z miejsc, które zdecydowanie zagościło wśród naszych ulubionych. Zestaw przygotowany przez kuchnię tej restauracji zarówno prezentował się, jak i smakował wybornie. Łosoś otulony płatkami owsianymi mógł zainspirować niejednego smakosza, a przegrzebek był taki, jak powinien być – delikatny, kremowy i mięsny. Nasze dobre opinie potwierdziły zresztą wyniki – Firlejka otrzymała pierwsze miejsce w głosowaniu gości. Nie mogliśmy oczywiście pominąć Momo, gdzie gościmy przy okazji każdego festiwalu. Tym razem poznańscy mistrzowie owoców morza zaserwowali nam pyszne ośmiornice w wariancie owocowym, z dodatkiem awokado i mango, a także przegrzebka (ponownie!) z prosciutto na makaronie sojowym. Uznana marka nie zawiodła i wyszliśmy ukontentowani. Z nowych miejsc zaszliśmy jeszcze do dwóch susharniKoku i Tokyo Tey. Jako wielbiciel kolendry ucieszyłem się na jej obecność w przystawkowej zupie, natomiast – tradycyjnie – widząc słowo ostre/pikantne miałem dużo wyższe wymagania w kategorii: pieszczenie podniebienia ogniem. Danie główne – tempura na bogato: krewetka, warzywa, owoce, miód, pieprz…. Mnóstwo wrażeń. A do tego naprawdę można było się na chwilę nasycić! Z przyjemnością polecam. Tokyo Tey z kolei to dość dziwne miejsce – mianowicie wpisujące się w tradycję azjatyckiego fast foodu, z gotowymi już rolkami popakowanymi w pudełka. Niestety, nie wypowiem się na temat ich sushi, gdyż jedliśmy tylko menu festiwalowe, a tam – o dziwo – królowało mięso. Oba dania zostały pięknie podane, w nowoczesnym, nieco artystycznym stylu. Dorada na przystawkę (tak! ryba to też mięso!) miała za kompanów freski z czarnego sosu kokosowego i mango. Ponownie – ostrą tej potrawy nie nazwę, mimo opisu. Danie główne miało potencjał. Niestety, mój wędzony na ciepło schab był lekko surowy w środku, co wieprzowinie zdarzyć się nie może. Nie takie rzeczy oczywiście jadłem w życiu i nie robiłem afery, natomiast skrzętnie zanotowałem to w swej pamięci. Na koniec tej opowieści przypomniałem sobie, że jeszcze byliśmy w Mamasitas, gdzie uraczono nas bardzo smacznym burrito i niezłym kukurydzianym kremem.

 

Jeśli chodzi o konkurs na Restaurację Roku 2015, wzięło w nim udział pięć znanych wszystkim poznańskich foodies miejsc: Bistro La Cocotte, Papierówka, Saute, Lavenda oraz Momo. Tym razem spięliśmy się i trafiliśmy aż do 4 z 5 wymienionych lokali. W La Cocotte przy Murnej uraczeni zostaliśmy pyszną ośmiornicą, jedną z lepszych w mieście, której towarzyszyły duszone warzywa i aioli. Morski stwór we francuskiej interpretacji miał mocno kremowo-maślany smak, co nieco odbiegało od mojego wyobrażenia o mocno zgrillowanej ośmiornicy a la Mykonos. Niemniej jednak, danie okazało się poezją dla podniebienia i z pewnością zasługuje na wysokie noty i wyróżnienie. Następnie – tradycyjnie – trafiliśmy do Momo, gdzie otrzymaliśmy sporych rozmiarów krewetki wraz z ciecierzycą, papryką, chorizo i botwiną. Ten ostatni dodatek pod względem estetycznym uważam za doskonały pomysł na dekorację i cieszę się, że roślina ta przeżywa obecnie swoisty renesans wśród polskich szefów kuchni. Smakowo również – tradycyjnie – Momo nie zawiodło. Trzeci nasz wybór padł na Lavendę, która to okazała się faworytem gości i ostatecznie wygrała cały konkurs. Nie jestem zwolennikiem risotto, więc dwie poprzednie propozycje podeszły mi lepiej, natomiast przegrzebek był taki jaki powinien być: mięsisty, delikatny i delikatnie przypieczony. Dodatki w postaci groszku cukrowego czy sadzonego jajka przepiórczego stanowiły ciekawe uzupełnienie i wprowadzały dodatkowe nuty. Brawo. Niestety, podczas prezentacji wyników i zwycięskich dań niektóre przegrzebki okazały się stanowczo przesolone, w tym mój – błąd w sztuce. Zdarza się. Zajechaliśmy również do Saute, którego największym problemem jest lokalizacja – niby blisko centrum i Ronda Śródka, ale jednak na peryferiach. Tu zaserwowano nam policzki wieprzowe w akompaniamencie fondantu ziemniaczanego. Smakowało nieźle, gdyż policzki uwielbiam, ale muszę napisać kilka gorzkich słów o samej koncepcji. Gotowane czy pieczone ziemniaki są dla mnie swoistym memem kulturowym – synonimem januszady – pewnego zachowania a la inżynier Mamoń z filmu Rejs. Ziemniaki z mielonym/schabowym i mizerią, jedzone dzień w dzień na talerzu z duraleksu w moim mózgu zakodowane zostały jako coś, z czym trzeba walczyć. Coś, co przeczy wszystkiemu, co cenię w kuchni. Symbolizują zwykłość, przeciętność, brak woli poznawania nowego. Tu mieliśmy kontrast: policzki – mimo że podroby, to jednak rzadko jedzone na co dzień, a więc ciekawe – i ziemniaki – ucieleśnienie nieciekawości. Mało jest rzeczy, których nie lubię jeść, natomiast te skrobiowe potwory przypominające o nudzie dnia codziennego należą właśnie do tego grona. Do Papierówki nie poszliśmy, gdyż wciąż pamiętam tego źle wysmażonego steka, ale może w końcu się przełamię i dam im szansę kolejny raz…

Zwycięzcą Kawa Festival została również Lavenda, jednak – jak wiecie – za deserami nie przepadam, więc mogę jedynie napisać tyle, że kciuk do góry za to, iż zaproponowana pozycja nie była mocno przesłodzona, choć niektórzy odnieśli takie wrażenie. Nie mieliśmy tu do czynienia co prawda ze zwiewnym owocowo-ziołowym muśnięciem podniebienia, ale do ekstremów słodkości pokroju turecko-arabskich deserów na pewno propozycji Lavendy trochę brakowało. I dobrze.

12528727_1217625258266827_1794139145_o

Świńskie Uszy – miejsce uroczystego ogłoszenia wyników – to nowe miejsce na kulinarnej mapie Poznania. Dysponuje ono dwoma poziomami: restauracyjną górą i klubowo-barowym dołem. Lokal ma duży potencjał, zwłaszcza, że prowadzony jest przez człowieka doświadczonego na lokalnym rynku – Krzysztofa Hellera odpowiedzialnego za sukces Goko Sushi. Ciekawa jest koncepcja braku stałego menu. Zamiast niezmiennej karty dań, mamy cztery kategorie cenowe i w każdej z nich różne ciekawostki przygotowane przez kuchnię danego dnia. Pomysł popieram, gdyż uwielbiam nowości i ciekawostki, a gardzę sztampą i rutyną. Pytanie – czy poznański rynek to kupi? Mam nadzieję, że tak. Restauracja zrezygnowała też z prowadzenia oficjalnego konta na Facebooku i cały ruch social media chce skanalizować na Instagramie. Podczas kolacji uraczeni zostaliśmy makrelą w asyście malinowego kuskusu. Pierwszy raz jadłem takie połączenie i to już sprawia, że jestem zadowolony z takiego wyboru kuchni. Nie mam zastrzeżeń co do efektu tego eksperymentu – smakowało pysznie i dobrze łączyło się w całość. Warto eksperymentować, warto szukać. Życie jest za krótkie, by zamykać się w swojej ciasnej strefie komfortu.

Kolejna edycja Culinary Fest odbędzie się 23-29 maja pod hasłem Sekret, zaś Kawa Festiwal 4-10 kwietnia pod kuszącym mnie mocno sloganem – Bezmlecznie. Jestem bardzo ciekawy, co tym razem wymyślą uczestnicy. Zapowiada się smakowicie.

Konkursy, laureaci i festiwal pyszności

Baranie łby, zepsute ryby i wszechobecna lukrecja – czyli kocham Cię jak Islandię

Od naszej ostatniej podróży minęło już trochę czasu i stęskniliśmy się nieco za życiem na walizkach. Jako że okazja była przednia (Walentynki), postanowiłem zabrać moją Ukochaną na Islandię, która nas oboje od pewnego czasu intrygowała. Korzystając z urodzinowej promocji WizzAir, kilka miesięcy wcześniej zakupiliśmy dwa bilety w cenie jednego, dołożyliśmy do tego duży bagaż i zabukowaliśmy lot z Gdańska do Keflaviku i z powrotem. Czegoż więc warto spróbować na miejscu? Czy mity na temat islandzkiego jedzenia i picia są prawdziwe? Postanowiliśmy stawić czoła tym pytaniom na miejscu, a odpowiedź na nie znajdziecie poniżej. Zapraszam do lektury.

IMG_0878.JPG

Plany kulinarno-piwne

Przed wyprawą nie mogliśmy, rzecz jasna, powstrzymać się przed buszowaniem po sieci w celu odnalezienia najciekawszych i najdziwniejszych atrakcji czekających na nas na Wyspie Gejzerów. W nasze poszukiwania lokalnych dziwot włączyliśmy także ciekawostki kulinarne i piwne. Wiedziałem już wcześniej, że Islandia to jedyne miejsce, gdzie możemy spróbować niektórych rzeczy, które gdzie indziej – o ile nie są wprost zabronione – to powiedzmy… ich konsumpcja nie należy do kręgu kulturowego. Do takich smakołyków na pewno zaliczymy wieloryba – morskiego ssaka chronionego od trzydziestu lat prawem międzynarodowym. Na szczęście są takie krańce świata, gdzie niektóre walenie można ordynarnie zjeść. Islandia daje taką możliwość. Poza wielorybami, przed wyjazdem wiedziałem także o frykasach znajdujących się na zaszczytnych listach pod tytułami w stylu: najbardziej obrzydliwe potrawy świata: fermentowanym rekinie, baranich jądrach, kwaszonym tłuszczu wieloryba czy owczej głowie. Nie darowałbym sobie, gdybym przynajmniej ich nie spróbował. Co do piwa, z okazji tradycyjnego zimowego święta Þorri browar Steðja uwarzył w 2014 roku piwo Hvalur, do którego produkcji użyto… zmielonych kości wieloryba (!), a rok później powtórzono eksperyment pod nazwą Hvalur 2, a napój infuzowano wędzonymi na owczej kupie jądrami finwali (!!). Niestety, piwo Hvalur 3 nie powstało, także przez lobby antywielorybnicze, które rozpętało krucjatę przeciwko używaniu waleni w procesie produkcji piwa. Poza tym, jak zawsze celem wyprawy było zjedzenie i wypicie jak największej ilości lokalnych ciekawostek, o których nie mieliśmy pojęcia przed wylotem.

Lokalne obskuria – czy ludzie naprawdę to jedzą?!

12715654_1001236363302098_4423760712594557386_n

Czytając zestawy tradycyjnych islandzkich potraw, nasuwa się jedno pytanie: czy ci ludzie naprawdę to jedzą? A jeśli tak – to dlaczego? Czy są szaleni, a może jest jakieś drugie dno? Prawda jest taka, że – jak w większości przypadków – tak zwana kuchnia lokalna powstała z biedy i ograniczonego dostępu do zasobów. Gdy nie było samolotów i sieci importowych, a przez pół roku na miejscu nic nie rosło, trzeba było sobie jakoś radzić. Stąd robiono przetwory ze wszystkiego i żadna jadalna część mięsa nie mogła się zmarnować. To właśnie z tego powodu zaczęto choćby jeść baranie głowy, robić coś na kształt polskiej kaszanki czy zakopywać rybę pod ziemią. Ten ostatni proces miał też uzasadnienie medyczne. Rekin grenlandzki, tradycyjnie poddawany takowej obróbce, nie posiada bowiem układu moczowego i w związku z tym wszystkie toksyny przenikają wprost do jego mięsa, czyniąc je trującym dla człowieka. Długotrwały proces dojrzewania pomaga rozłożyć szkodliwe substancje i umożliwia zjedzenie rekiniego mięsa. Dziś na Islandii mamy możliwość spróbowania każdej kuchni świata, a przeciętny mieszkaniec tego kraju zazwyczaj zamiast wędzonych baranich jąder wybierze pad thai, pizzę, burgera lub hot-doga. Co ciekawe, przez zamiłowanie mieszkańców do fast foodu, Islandia należy do najbardziej otyłych krajów Europy. Równocześnie widnieje na liście najszczęśliwszych miejsc. Przypadek? 😉 Starodawne, tradycyjne islandzkie potrawy pełnią dziś dwie funkcje: stanowią atrakcję dla żądnych przygód kulinarnych turystów, a także serwowane są podczas wspomnianego wcześniej święta Þorri. Wtedy to na stole można znaleźć m.in.: fermentowanego rekina, baranie jądra, podpiekane owcze głowy, zrobiony z nich salceson, kaszankę, wątrobiankę, suszone na wietrze ryby, tradycyjny żytni chleb, długodojrzewającą jagnięcinę, koninę, comber jagnięcy oraz płetwy foki. Taką ucztę należy oczywiście sowicie zapić – najlepiej miejscowym alkoholem o nazwie Brennivin – czyli wódką ziemniaczaną z dodatkiem kminku. Smacznego!

Reykjavik Food Walk

Na długo przed wyjazdem wpadł mi w oko pewien profil na Instagramie. Reykjavik Food Walk, bo o nim mowa, obfitował w piękne zdjęcia krajobrazów i opisy smacznych rzeczy. Okazało się, że od pół roku istnieje wydarzenie, dzięki któremu goście są w stanie spróbować 13 lokalnych przysmaków w 6 różnych miejscach w stolicy. Udało się nam zarezerwować miejsca na środę, 17 lutego. Udaliśmy się pod Harpę w południe, a że do rozpoczęcia wydarzenia pozostało jeszcze pół godziny, wypiliśmy kawę w kawiarni na dole. Niestety, była to jedna z gorszych decyzji na miejscu. Przepalone, nieco stęchłe ziarno masowej produkcji – lepiej idźcie gdzie indziej, np. do Haiti (o tym później). RFW zaczęliśmy od wizyty w Islenskim Barinnie, miejscu, które uprzednio odwiedziliśmy już dwukrotnie. Tym razem mieliśmy okazję spróbować zupy na jagnięcinie. Osobiście jestem wielbicielem owczego mięsa i cenię je pod względem smakowym dużo wyżej niż kurczaka. Dlatego też, mimo że w sumie była to zwykła zupa a la bulion z warzywami, dodatek mięsa jagnięcego zapewnił tak zwane punkty dodatkowe, o które przecież chodzi. Drugi przystanek to Ostabúðin – miejsce, gdzie można zarówno zjeść na miejscu, jak i kupić dobre wędliny oraz ser na wynos. Jeśli chodzi o sery, były smaczne, jednak nie rzucały na kolana. Co innego mięso. Mieliśmy okazję spróbować długodojrzewającego konia, kaczki i owcy. Każda z wędlin otoczona była mieszanką ziół i przypraw. Konina w rozmarynie i tymianku pokonała wszystko. Była to jedna z najsmaczniejszych wędlin, jakie jadłem w życiu. Oczywiście połowa wycieczki nawet jej nie spróbowała! Nienawidzę tej fałszywej moralności, w której zjedzenie konia jest nieakceptowalne, ale już świnia czy krowa to nic takiego. Powiedzmy sobie wyraźnie – moralny aspekt zjedzenia konia, psa, kota czy szczura różni się od zjedzenia świni, krowy czy kurczaka tylko ograniczeniami kulturowymi. Na szczęście ja się już ich wyzbyłem i nie pogardzę dobrze sprawioną koniną. Grunt, to rozszerzać swoją strefę komfortu ad infinitum i przestać się bać. Strach to największy wróg postępu. Do tego dochodzi neofobia. O niej jednak – kiedy indziej. Idąc dalej w kierunku kościoła Hallgrimskirkja, trafiliśmy do Cafe Loki, kawiarni nazwanej tak na cześć nordyckiego boga. Mimo odbywającego się tam remontu, w ramach RFW mogliśmy wejść do środka i otrzymać tradycyjne islandzkie lody. Co wyróżnia miejscowy słodki przysmak od znanych nam z Polski lodów tradycyjnych? Dodatek… ciemnego żytniego chleba! Żyto przez 200 lat duńskiej okupacji było głównym surowcem zbożowym na Islandii i właśnie w tym okresie powstały przepisy na rúgbrauð. Kruszony chleb miesza się z masą lodową, co stanowi lokalny przysmak. Jakkolwiek dziwnie to brzmi, połączenie naprawdę dało radę i warto go spróbować. Następnie przeszliśmy nad Tjörnin, czyli staw w centrum Reyjkaviku, gdzie mieszkańcy i turyści karmią dzikie gęsi, kaczki i łabędzie krzykliwe. Ptaki są dorodne i przyzwyczajone do zjadania okruchów z pańskiego stołu. To właśnie tam doszedłem do wniosku, że Tjörnin stanowi doskonałą alegorię etatyzmu. Łabędź posiada z natury tak wielką siłę, że jest w stanie skrzydłem złamać ludzką kość. Tymczasem poprzez systematyczną pampersyzację (nie mylić z pauperyzacją) ptaki te stały się w stu procentach zależne od ludzi – na tyle, że jedzą im z ręki. Dokładnie w ten sam sposób działają państwa socjalne. Człowiek – z natury obdarzony jednostkową wolną wolą, prawem własności i samostanowienia – może być przez działanie opresyjnego aparatu państwowego pozbawiony naturalnej niezależności i zostać uzależniony od socjalnych benefitów oraz opieki urzędników do tego stopnia, że nie tylko się boi, ale nie jest w stanie funkcjonować samodzielnie. Przez całe życie potrzebna mu jest państwowa pielucha. Jest to ludobójstwo en masse na płaszczyźnie duchowej. Dość dygresji. Nad Tjörnin spróbowaliśmy klasycznego islandzkiego skyru. To produkt mleczny podobny do jogurtu, fermentowany nie tylko bakteriami mlekowymi, ale i paciorkowcami. Mieliśmy okazję skosztować zarówno wersji naturalnej, jak i truskawkowej. Obie smakowały bardzo podobnie do znanej z polskich sklepów Jogobelli. Idąc w kierunku Starego Portu, zatrzymaliśmy się przy słynnym Bæjarins Beztu Pylsur, czyli budce z hot-dogami czynnej od… 80 lat. Parówki w Islandii robi się głównie z mięsa jagnięcego, z domieszką wieprzowiny i wołowiny. Bułki w Polsce są lepsze, natomiast jeśli chodzi o wkład, to bardziej przekonał mnie wariant miejscowy. Jako dodatki można zamówić świeżą i prażoną cebulę, remuladę, keczup i musztardę. Po tym posiłku udaliśmy się do Saegreifinn, tawerny w Starym Porcie, którą założył legendarny Morski Baron. Tam skosztowaliśmy zupy homarowej, która przypominała nieco polską pomidorówkę z dodatkowym akcentem w postaci rzeczonego skorupiaka. Na Islandii poławia się dużo homarów i można je dostać w większości nadmorskich knajp. Oczywiście, jeśli myślicie, że przez to są tańsze – mylicie się. Pomimo dostępności, nadal jest to towar luksusowy. Finisz naszego touru miał miejsce w restauracji Matur Og Drykkur, gdzie otrzymaliśmy tradycyjny islandzki deser w postaci smażonych na głębokim tłuszczu warkoczy z ciasta o smaku podobnym do racuchów, przyozdobionych karmelowym sosem. Ogólnie oceniam doświadczenie Reykjavik Food Walk jako bardzo udane. Nasz przewodnik – Egill – wykazał się sporą wiedzą i potrafił ciekawie o wszystkim opowiadać, poznaliśmy sporo fajnych ludzi i – co najistotniejsze – spędziliśmy pół dnia na międzynarodowych pogaduchach i samplingu ciekawych lokalnych dań. Jeśli jesteście foodies, musicie skorzystać z ich oferty będąc w Reykjaviku!

Gdzie i co zjeść?

Po uprzednim wykonaniu internetowego researchu, udaliśmy się do restauracji Islenski Barinn, by tam spróbować lokalnych mięs niedostępnych w Polsce. To tu – według recenzji znalezionych na TripAdvisor – można zjeść renifera, maskonura, wieloryba i baranie jądra, a także wypić dobre piwo. Jak się okazało, nie zawsze i nie wszystko. Co prawda renifera musieliśmy spróbować gdzie indziej, ale udało się nam zamówić przystawki podawane w gustownych słoikach, zawierające mięso maskonura z chili oraz wieloryba w sosie z ostrym cheddarem. Sympatyczny ptaszek w smaku przypominał nieco kurczaka w azjatyckim stylu, natomiast wieloryb (a konkretnie płetwal karłowaty) zachwycał swym smakiem. Mięso tego walenia daje wrażenie, jakby dwie fantastyczne rzeczy – stek wołowy i stek z tuńczyka – połączyły się w jedno. Jędrne, mocno białkowe mięso o wyrazistym smaku, do tego świetnie podkreślone ostrym serem. Znakomite! Każdy spragniony dobrego smaku powinien spróbować płetwala, póki jeszcze jest taka szansa. Jeśli przystawka to dla kogoś za mało, może zamówić cały stek albo udać się do Starego Portu, gdzie we wspomnianej wcześniej restauracji Saegreifinn można raczyć się świeżymi porcjami degustacyjnymi za niewielką cenę.

Kolejną rzeczą, jakiej nie mogliśmy przegapić, był svið – czyli głowa owcy przecięta na pół, pozbawiona mózgu, opalona i podawana na ciepło z ziemniakami i puree z rzepy – zupełnie jak szkockie haggis. Od kilkudziesięciu lat jest to popisowe danie restauracji Fljótt og Gott mieszczącej się na… miejskim dworcu autobusowym (BSI). Zapach potrawa ta miała dość specyficzny, ale to dzięki wyglądowi uznaje się ją za jeden z największych kulinarnych koszmarów. W miarę spożywania części jadalnych (policzki, dziąsła, itd.) odsłaniają się nam bowiem zęby. Dosłownie wyjadamy resztki mięsa spomiędzy kości szczęki i czaszki, a także okolice oka i ucha. Ten widok odrzuca najbardziej odpornych, a czasem powoduje nawet dolegliwości natury gastrycznej. W moim przypadku ciekawość świata zatryumfowała nad strachem kolejny raz i zjadłem wszystko, co było w svidzie do zjedzenia. Policzki to przecież jeden z najsmaczniejszych i najdelikatniejszych frykasów, a skóra i to, co pod nią na myśl przywodziła swojską golonkę. Co ciekawe, istnieje też możliwość zjedzenia svidu na zimno.

Prawdziwym Świętym Graalem był hakarl, czyli fermentowany rekin grenlandzki. Drogie to cholerstwo (około 1500 koron za 100 gramów), ale cóż – być na Islandii i nie zjeść hakarla to grzech. Kultowy status wśród miłośników ekstremalnych doznań sensorycznych potrawa ta zawdzięcza niebywałemu smrodowi (niektórzy porównują aromat hakarla do szwedzkich kiszonych śledzi – surstromming), a także faktowi, że – cóż- de facto jest to zepsuta ryba, która spoczywa miesiącami pod ziemią, a następnie wisi i suszy się na wietrze przez prawie pół roku. Kupując mój garniec złota w sklepie, usłyszałem od sprzedawcy wyartykułowane przerażonym głosem: tylko nie otwieraj tego w domu! Zgodnie z zaleceniem, rekina spróbowaliśmy na zewnątrz, podczas śnieżycy, jaka nawiedziła wówczas Reykjavik. Pogoda dodała nieco majestatycznego charakteru temu wydarzeniu. Justyna skusiła się tylko na kawałek, a mi zostało do zjedzenia całe opakowanie. W aromacie czuć było coś na kształt mocno dojrzałego francuskiego sera, amoniaku i starej ryby. Z czasem profil przechylał się coraz bardziej w stronę sera. W smaku było już bardziej zwyczajnie – rybnie i lekko kwaskowo. Tekstura hakarla przypomina środek ryby, gdy chcemy sobie usmażyć filet i za szybko zdejmiemy go z patelni – taki lekko gumiasty i nieścięty. Nie jest to potrawa, którą chciałbym jeść codziennie, ale na pewno ciekawa i warta poznania. W końcu w życiu chodzi o kolekcjonowanie doświadczeń, by mieć co później wspominać, prawda?

Kontynuując wątek rybny, Islandczycy mają jedną świetną i szeroko dostępną przekąskę, której mi bardzo brakuje w Polsce. Zamiast niezdrowych i tuczących chipsów, w każdym sklepie spożywczym można kupić harðfiskur, czyli suszoną na wietrze rybę. Do wyboru mamy m.in. dorsza i plamiaka, a także kilka innych okazów. Chrupiący smakołyk pachnie i smakuje jak ryba, więc nie powinien odrzucać nikogo, kto gustuje w morskich stworach. To jednak wartość odżywcza czyni go prawdziwie ultymatywnym osiągnięciem dietetyki i przemysłu spożywczego: 86% białka. Tak – dobrze czytacie. Osiemdziesiąt sześć. Zamiast pełnych węglowodanów i transtłuszczu chrupek, można kupić harðfiskur i dać swojemu organizmowi to, co najlepsze! A poza tym to pyszna przekąska do pochrupania przed telewizorem. Polecam!

Spróbowawszy większości obskuriów, został nam jeszcze renifer (baranich jąder nie widzieliśmy nigdzie – zapolujemy następnym razem). Mimo kilku opinii w internecie i paru telefonach, okazało się, że ani Islenski Barinn, ani Hamborgarabúllan (podobno najlepsza burgerownia w mieście) nie mają reniferzego mięsa. Do wyboru mieliśmy burgera z renifera w jednym z ekskluzywnych hoteli i carpaccio jako część czterodaniowego zestawu obiadowego w restauracji Höfnin. Uznaliśmy, że ponad 3000 koron za bułkę to jednak za drogo, więc postanowiliśmy spędzić romantyczny wieczór w portowej knajpce, delektując się ciekawymi potrawami lokalnej kuchni. Carpaccio spełniło nasze oczekiwania, choć porcja była mikroskopijna. Smakowo dobrze, ale konina lepsza. Zupa z owoców morza to już totalny majstersztyk. Nie jestem jakimś miłośnikiem zup, ale mam swoje faworytki. Krewetkowa z mleczkiem kokosowym i trawą cytrynową w Why Thai, ramen z szaszłykami z kurczaka w Yetztu, borowikowa w 3Kolory Malta, czy właśnie ta – z owocami morza w Höfnin. Mule, krewetki, a do tego kwaśna śmietana i kiełki – świetna kompozycja, a sam wywar pieścił podniebienie – nomen omen – niebiańsko. Rewelacyjna jest też lokalizacja tego miejsca. Stary Port to idealne miejsce na randkę. Piękne widoki, świetna kawa (o tym później) i mnóstwo dobrego jedzenia. Wszystkie zmysły dostają dawkę paliwa. Wraz ze wspaniałą kobietą jesz sobie jedną z najlepszych zup, jakie próbowałeś, a przez panoramiczne okno oglądasz statki, morze i ośnieżone szczyty. Danie główne to już fiesta jagnięciny. Owca przygotowana na trzy sposoby – dużo mięsa o charakterystycznym smaku, a to wszystko podane na kaszy w asyście karmelizowanej marchwi. Na deser otrzymaliśmy ciasto czekoladowe z płynną czekoladą, a do tego maliny. Smaczne, acz – jak wiecie – nie jestem fanem słodkości.

Wracając do tematu burgerów, Hamborgarabúllan to podobno najlepsza miejscówka tego typu w całej stolicy Islandii. Mając porównanie do poznańskich burgerowni powiem tyle – nie ma nawet startu! Po pierwsze, mało mięsa (tamtejszy standard to… 80 gramów! Osiemdziesiąt! Kiedy w porządnym burgerze powinno być minimum 200! Chcąc się najeść mięsa, a nie bułki, trzeba zamówić potrójną porcję! – na szczęście była opcja ze 150 gramami polędwicy), po drugie kiepskie, kapciowate bułki. Plus za duży wybór ciekawych sosów – niestety, bez tych superostrych od Blaira i podobnych.

Ciekawie prezentują się islandzkie słodycze. Dla Polaków istotne są przede wszystkim dwie informacje: miejscowi ubóstwiają nasze Prince Polo, które dostępne jest wszędzie, a także do wszystkiego, do czego się da, dodają lukrecję. Lukrecjowa czekolada, cukierki, lody – czasem strach otworzyć lodówkę, bo można tam znaleźć lukrecję. Jako że jest to tzw. smak nabyty, lojalnie ostrzegam. Nie znam zbyt wielu osób w naszym kraju, które przepadają za tym charakterystycznym smakiem. Jeśli do dziś po nocach w koszmarach śni się Wam czarne Haribo, omijajcie produkty z napisem Lakkris.

Gdzie na kawę?

Oprócz piwa i jedzenia, lubię wypić dobrą kawę. W Reykjaviku działa miejscowa palarnio-kawiarnia o nazwie Reykjavik Roasters i tam też udaliśmy się w celu wypicia czegoś lepszego niż sieciówkowe badziewie. Na miejscu znaleźliśmy zabytkową wypalarkę, trochę alternatywnego ziarna i różne warianty parzenia. Super. Niestety… po kwadransie nas wyrzucono za drzwi. W Islandii jak zamykają o 18, to zamykają o 18. Klient nie ma nic do gadania. Widocznie jeszcze nie dotarła na tę odległą wyspę wiadomość, iż najważniejszy jest konsument, a nie człowiek pracy. To konsument stanowi serce i najważniejsze ogniwo gospodarki. Nie do pomyślenia jest dla mnie fakt wypraszania klientów. Niestety, tam jest inaczej i to człowiek pracy jest ważny. Socjalizm, pieprzony socjalizm. Niemniej jednak, to chyba jedyne miejsce, gdzie serwują specialty, więc polecam.

Najczęściej kawę piliśmy jednak w Cafe Haiti, w Starym Porcie. Jest to – jak potem przeczytaliśmy – dość kultowe miejsce, prowadzone przez imigrantkę z Karaibów i jej rodzinę. Na miejscu zastaliśmy typowo podróżniczy wystrój, meble w stylu kolonialnym i domowy klimat. To lubimy. Ziarno importują sami – całkiem niezłe, a do tego mają pyszne ciasta. Polecam zwłaszcza sernik bananowy. Skojarzenia z poznańską La Ruiną nasuwały się same. Musicie koniecznie odwiedzić to miejsce.

Gdzie na piwo i nie tylko?

Co ciekawe, na Islandii piwo było zakazane aż do… 1989 roku! Przedziwne, nieprawdaż? To nie wszystko. Tak jak w Szwecji czy Norwegii – tu także jest problem z państwową kontrolą życia obywateli. Alkohol (>2,5%) możemy kupić jedynie w lokalach, strefie bezcłowej na lotnisku oraz w specjalnych sklepach monopolowych. Oczywiście – jak większość rzeczy na wyspie – sklepy te są otwarte od 11 do 18, z chyba jednym czy dwoma wyjątkami otwartymi do 20. Zero alkoholu na stacjach benzynowych i w sklepach spożywczych – nawet całodobowych! Można sobie tam co najwyżej kupić coś niskoalkoholowego typu rozwodniony, dwuprocentowy eurolager w wersji light. Swoją drogą ciekawi mnie, dlaczego nikt na Islandii nie wpadł na pomysł warzenia dwuprocentowego IPA? Nieistotne. Chcąc odkryć smaki islandzkiego kraftu, musimy wypatrywać szyldu Vínbúðin. Tam znajdziemy cały asortyment alkoholowy, a w tym piwo miejscowe i zagraniczne. Bez problemu możemy kupić produkty z oferty popularnych amerykańskich browarów kraftowych, jednak ja chciałem poznać smak lokalnych przysmaków. Najlepszym browarem na wyspie jest zdecydowanie kontraktowiec o nazwie Borg Brugghús, który warzy w Ölgerðin Egill Skallagrímsson w Reykjaviku. Praktycznie każde piwo firmowane tą marką to ścisła krajowa czołówka, a ich imperialne stouty mogą spokojnie konkurować z najlepszymi polskimi wypustami. Jeśli dla kogoś islandzkie nazwy są zbyt trudne, Borg nadaje swoim piwom numery. Udałem się na zakupy do sklepu przy ulicy Skeifan (otwarte do 20!) i zakupiłem cały koszyk piw. Jeśli chodzi o ceny, to nie odbiegają one znacząco od kosztów importowanego kraftu w Polsce. Za butelkę o pojemności 0,33 należało zapłacić około 20-25 złotych. W strefie bezcłowej wychodziło nieco taniej, około 15. Na wódce różnica ta jednak widoczna była dużo bardziej. Przebitka podatkowo-celna wynosiła około… 300%! Tak – Brennivin w mieście był trzykrotnie droższy niż na lotnisku! To, jak państwo okrada Islandczyków, jest niesamowite.

Na początek opisów poszczególnych piw jeszcze napiszę, że na Islandii wszystko filtrują, więc piwa ogólnie są klarowne jak eurolagery. Degustację zacząłem od borgowego Leifura (nr 32), czyli żytniego saisona z tymiankiem i wrzosem. W aromacie krzątały się tu piękne wiosenne nuty kwiatów, podbite przyprawami i ziołami, jednak w smaku poza nimi dało się wyczuć karmelowość i toffi, co sprawiało wrażenie ciężkości. Bez tego byłaby to świetna propozycja na przedwiośnie, a tak oceniam ją jedynie średnio. Jeszcze więcej karmelu miało inne piwo w tym stylu – żytni saison z arcydzięgielem o nazwie Skadi z browaru Ölvisholt w Selfoss. Tu miałem do czynienia z dużo wyższym wysyceniem, cytrusowością i alkoholową goryczką (7,5% dało się odczuć). Piwo ma oleistą fakturę, świeży smak, jednak karmel i alkohol zaniżają mu ocenę. Einstök Icelandic Toasted Porter to już napitek dostępny także w Polsce, produkowany przez całkiem spory browar Viking w Akureyri, na dalekiej północy, pod samym kołem podbiegunowym. Kiepska piana, orzechowo-chlebowe aromaty z nutą gorzkiej czekolady i słabej kawy – takiej z automatu na dworcowym peronie. Piłem w życiu lepsze portery, ale Einstök daje radę na jakąś niewymagającą wieczorną sesję. Według RateBeer najlepszym islandzkim piwem jest Lava ze wspomnianego wcześniej browaru Ölvisholt. Jako że to wędzony imperialny stout, na samą myśl moje kolana ugięły się w miękkości. Cóż więc ma do zaoferowania najlepsze według RateBeerowiczów piwo na wyspie? Ciemnobrązowa barwa, klarowne, z beżową pianą. W aromacie palone słody i sos sojowy, a także nuta palonego plastiku (fenole). Bardzo gładka faktura w odczuciu w ustach, wyczuwalny alkohol i palony finisz. Piwo jest umiarkowanie wędzone, dość mocno palone i niezbyt pełne jak na imperialnego stouta. Na pewno ciekawe i smaczne, ale moim zdaniem nie najlepsze w kraju. A może tak – dla odmiany – jakieś miejscowe IPA? Tumi Humall to propozycja browaru Gæðingur ze Skagafirði. Napiszę wprost – Islandczycy potrafią zrobić pięknie pachnące, idealnie klarowne IPA o zauważalnej goryczce, która nie zalega. Niby nic, a jednak tak często można znaleźć piwa w owym stylu, którym daleko do takiej charakterystyki. W aromacie mamy tu głównie słodkie owoce – ananasa i mango, coś jak w kilkumiesięcznym piwie chmielonym Simcoe. W tle błąkają się nuty ziołowe i żywiczne. Goryczka jest wyważona, ale zaznaczona – krótka i średnio intensywna. Wytrawne z gorzkim finiszem. Powiem szczerze – chciałbym, by polskie IPA prezentowały taki poziom, jak Tumi Humall. Kontynuując wątek IPA, Borg wypuścił trzy wilcze odmiany. Wilk to po islandzku ulfur. I tak też mamy do wyboru piwa o nazwach: Ulfur, Ulfur Ulfur i Ulfrun (odpowiednio: IPA, double IPA, session IPA). Niestety – wersja podwójna jest sezonowa i nie miałem możliwości jej spróbować. Sesyjny wilczek sprzedawany jest w puszkach i przeznaczony jest do szybkiego picia bez zastanawiania się nad poszczególnymi cechami. W tej roli sprawdza się doskonale. Pachnie amerykańskim chmielem, smakuje świeżo i umiarkowanie gorzko, jest lekki i to by było na tyle. Średni brat – Ulfur – pachnie ananasem, ale nie jest to jakiś uderzający aromat. Goryczka średnia. Pijalne, ale bez większych uniesień. Do Tumi Humall nie ma startu. Najnowszym piwem od Borga jest Magdalena (nr 41), która premierę miała w lutym 2016 roku. To imperialny witbier (8,4% alk.) z dodatkiem trawy cytrynowej, kolendry i… marmolady pomarańczowej. Po pierwsze – jest to zdradziecko pijalne piwo. Alkohol ukryty został znakomicie i pije się go jak zwykłego witbiera – o połowę słabszego. W aromacie dominuje kolendra i ziołowe lekarstwa. Spora przyprawowość przywodzi na myśl saisona. Ziołowość towarzyszy całej degustacji. Dwa ostatnie piwa z browaru Borg, jakie miałem przyjemność degustować, to imperialne stouty: Surtur (nr 38) oraz Garun (nr 19). Garun to mocniejszy gracz (11,5%), jednak alkohol – mimo podbicia ekstraktu cukrem – jest świetnie ukryty. Piwo daje w sobie wyczuć trochę czekolady, lekkiej kawy i odrobinę lukrecji, a także ofertuje wytrawny, palony finisz. Jeśli chodzi o Surtura, to obecna warka to kolejna wersja tego trunku. Tym razem uwarzono go na szeroko opisywane wcześniej święto Þorri. Do zasypu dodano żyto i pszenicę, a całość infuzowano mnóstwem wanilii. W efekcie piwo jest o wiele słodsze w aromacie i smaku, a do tego wprost bucha z niego świeże kakao. Gdybym miał wymarzyć sobie imperialną wersję naszego Dybuka, to chciałbym, by smakowała ona właśnie tak, jak Surtur nr 38. Oba RISy są do kupienia w wielopakach w strefie bezcłowej na lotnisku, więc gorąco polecam ich nabycie.

To tyle, jeśli chodzi o piwa pite w hotelu czy w domu po powrocie do Poznania. Właściwie to jeszcze piłem Myrkvi (nr 13) –porter z kolumbijską kawą paloną przez Reykjavik Roasters, jednak nie robiłem wówczas szczegółowych notatek, a samo piwo oceniłem minimalnie powyżej przeciętnej. W Reykjaviku sporo jest miejsc, gdzie można się napić dobrego piwa, jednak wyróżnić trzeba przede wszystkim dwa: Mikkeller & Friends, gdzie – jak sama nazwa wskazuje – można opić się duńskimi specjałami, a także leżący nieopodal Micro Bar, który serwuje głównie miejscowy kraft. Moim celem było przede wszystkim spróbowanie lokalnych przysmaków, więc udałem się do tej drugiej lokalizacji. Knajpa oferuje kilkanaście piw z islandzkich i grenlandzkich (!) browarów z kranu, a także propozycje butelkowe. Obsługa zna się na rzeczy, a w środku można spokojnie usiąść i porozmawiać przy stoliku. Jak przystało na pub dla geeków, dostępne są deski degustacyjne w opcji 5 lub 10 piw. Miodnie! Jako że część trunków próbowałem wcześniej w wersji butelkowej, odpuściłem je i zamówiłem pięć próbek. Na pierwszy ogień poszedł grenlandzki browar Godthaab i ich kolsch pod nazwą Nuummiut. Był to nie tylko mój debiut jeśli chodzi o Grenlandię (yay, kolejna pinezka na mapie!), ale i… pierwsze piwo w stylu kolońskim, jaki dane mi było spróbować. Wrażenia? Praktycznie brak. Wodniste, lekko kwaskowe, bez jakichkolwiek uniesień. Żadnych wad, ale i – prawdę mówiąc – żadnych zalet, poza pijalnością i rześkością. Wiem, że wielu osobom to wystarcza, ale ja jednak wolę bardziej degustacyjne trunki. Druga próbka to równie nudny niemiecki styl –altbier. Dökkur Bjór ze znanego z warzenia piw z wielorybimi dodatkami browaru Steðja to poprawne słodowe piwo o nutach przypieczonego chleba, toffi i karmelu. Wypić i zapomnieć. Nuda. Przyszedł czas na specjalistów od chmielu, twórców wspomnianego wcześniej świetnego IPA – browar Gæðingur z Selfoss. To właśnie w kooperacji z nim i browarem Two Roads Jeppe Bjergso z Evil Twin uwarzył piwo kwaszone… skyrem. Skyrgosi pachnie nieco wodą po ogórkach i kapustą kiszoną, w smaku jest lekki kwasek, soli jakoś mocno nie wyczułem. Są nuty mleczne i cytrynowe. Ot taka lemoniadowa ciekawostka z kiszonką. Po tym eksperymencie trzeba było spróbować czegoś potężnego – mianowicie świeżego double IPA. Najnowsza wersja Fulltrúi Syslumanns ma 10% alkoholu zamiast poprzedniego 8,6%. Bursztynowa barwa, aromat marakui i mango, delikatny stary chmiel z tyłu, porządna goryczka, alkohol świetnie ukryty (jak w większości islandzkich piw) i gorzki finisz w stylu grejpfrutowego albedo. Gæðingur nie zawodzi jeśli chodzi o mocno chmielone piwa.

Miałem jeszcze okazję wypić trzy piwa w restauracjach. Romantycznej kolacji z owocami morza akompaniował najpopularniejszy lager w Reykaviku o nazwie Gull. Piwo pięć lat temu wybrane zostało najlepszym standardowym lagerem na świecie podczas World Beer Awards i… w tej kategorii sprawdza się całkiem nieźle. Jak na piwo codziennego użytku, jest o wiele smaczniejsze niż koncernowe eurolagery. Ma wyczuwalnie słodowy charakter, z zaznaczoną nutą szlachetnego chmielu, a do tego pije się je szybko i bez męczarni. Nadal jest to tylko nudny jasny lager, ale przynajmniej nie wali kukurydzą czy masłem. Do wieloryba i maskonura wypiliśmy zaś z Justyną czekoladowy porter z browaru Kaldi oraz stout z browaru Viking. Oba nieco wodniste, ale z zaznaczonym odpowiednio czekoladowym i palonym charakterem. Do wypicia do obiadu w sam raz.

Post scriptum

To tyle, jeśli chodzi o jedzenie i alkohol. Z powodu ograniczonej dostępności napojów z procentami, Islandczycy zamiast w barach wolą siedzieć w basenach geotermalnych, które stały się dla nich tym, czym puby dla nas – miejscem spotkań towarzyskich. Za jedyne 900 koron możemy siedzieć cały dzień w ciepłym jacuzzi, popływać na basenie, skorzystać z wielu zjeżdżalni czy sauny, a za skromną dopłatą także oddać się w ręce masażysty. Wszystko to nie wyjeżdżając z miasta. Oczywiście są też naturalne gorące źródła w terenie, w tym to w Reykholt – najstarsze na wyspie, pamiętające jeszcze czasy prawdziwej, pięknej średniowiecznej anarchii. Jeśli nie lubicie tłumów, ze swojej strony polecić mogę mały basen o nazwie Klebergslaug, niedaleko Reykjaviku. Najwięcej turystów jedzie do turystycznej mekki – Blue Lagoon, ale my ominęliśmy to miejsce. 45 euro za bardziej odpicowane przez ludzi i zatłoczone termy to raz, że bardzo drogo, a dwa – w okresie Walentynek i tak wszystkie godziny poza 19:00 (o 20:00 zamykają) były zaklepane. Najpiękniejsze na wyspie są przede wszystkim krajobrazy, które zmieniają się z minuty na minutę podczas jazdy samochodem i właściwie to ciągle chce się zatrzymywać i robić zdjęcia. Nie mieliśmy czasu pojechać nigdzie dalej, więc ograniczyliśmy się do zwiedzania południowego zachodu – pięknych wodospadów, górskich potoków i wulkanicznych wzniesień. Warto wypożyczyć auto i wyjechać z miasta – choćby te 100-200 kilometrów. Pogoda potrafi zmienić się tak szybko, że w jednej chwili jest -15 stopni, a po chwili +5. O samochodzie wspominam nie bez przyczyny. Także w tej kwestii spotkała nas niemiła niespodzianka i pokaz, jak nie należy traktować klientów.

Zabukowaliśmy samochód w firmie Sixt, zapłaciliśmy kartą przez internet, system ściągnął pieniądze i przysłał potwierdzenie, iż samochód jest do odbioru. Na miejscu okazało się, że nie akceptują mojej karty. Jeśli rzeczywiście tak jest, ich system rezerwacji nigdy nie powinien tej karty zaakceptować i ściągnąć pieniędzy z konta. Skoro otrzymałem potwierdzenie rezerwacji, to każda szanująca się firma – nawet jeśli zostało one wydane przez błąd systemu – uznaje rację konsumenta. Jest to podstawa etyki obsługi klienta! Tymczasem tam zakończyło się to wielką awanturą, gdyż nie miałem zamiaru dać za wygraną, a mimo to nawet kierownik nie chciał wydać mi auta, za które zapłaciłem i otrzymałem potwierdzenie. Skandaliczny brak profesjonalizmu i proklienckiego nastawienia. Piszę o tym po to, żeby dzięki temu przynajmniej jedna osoba wybrała inną firmę zajmującą się wynajmem samochodów. Nie musicie korzystać z mojej konkretnej rekomendacji, o której poniżej. Po prostu wypożyczcie od kogo innego, niż Sixt. My trafiliśmy na miejscu na świetnych ludzi – rodzinną firemkę Ice Rental Cars z Njardviku. Prowadzi ją ojciec z synem. Po usłyszeniu naszej historii wypożyczyli nam samochód za gotówkę, dostarczyli go pod Cafe Haiti, gdzie sfrustrowani poziomem obsługi klienta w Sixt zapijaliśmy smutki kawą i zagryzaliśmy sernikiem. Następnie, mimo że mieliśmy oddać auto do wtorkowego wieczoru, napisałem do nich, że jeszcze rano we środę chcielibyśmy podjechać do centrum i zapytałem, czy moglibyśmy przetrzymać naszego Hyundaia i30 o pół dnia dłużej. Bez żadnych problemów zgodzili się na to, nie żądając ani jednej korony dopłaty. Sam zwrot wypożyczonego samochodu również wyglądał bardzo dżentelmeńsko, bez szukania dziury w całym. To też ważne, gdyż – jak można przeczytać w opiniach o firmie Sixt w Internecie – najpierw chcą sprzedać jak najwięcej rodzajów ubezpieczeń jako dodatkowe koszty wynajmu, a gdy ktoś ich nie wykupi, niczym Sherlock Holmes szukają najmniejszych zadrapań, by ściągnąć z ludzi pieniądze. Jeden z klientów otrzymał rachunek na 10 tysięcy euro (!!!) za rzekome uszkodzenie karoserii wywołane przez żwir. Abstrahując od wątpliwych etycznie praktyk Sixt, na Islandii akurat ubezpieczenie od żwiru i pyłu wulkanicznego się przydaje, gdyż na drogach jest tego pełno i można np. łatwo stracić szybę. Jeśli będziecie wynajmować auto – zadzwońcie do chłopaków z Ice Rental Cars – niech im się interes kręci. Oni wiedzą jak się traktuje klienta. Niech rynek zadziała.

A największy minus wycieczki – poza wysokimi cenami i antykonsumencką gospodarką? Niestety, mimo szczerych chęci nie złapaliśmy zorzy polarnej! Zawsze jednak trzeba zostawić coś na następny raz. Polecimy tam kiedyś w lecie i pojedziemy w inne zakątki wyspy. Na pewno warto było to przeżyć. W islandzkiej naturze można się naprawdę zakochać.

Baranie łby, zepsute ryby i wszechobecna lukrecja – czyli kocham Cię jak Islandię

Co i gdzie zjeść (i wypić) w Kazimierzu Dolnym?

Dwa tygodnie z dala od Poznania, codziennych obowiązków i myślenia o rzeczach poważnych. Tego mi było trzeba. Dwa tysiące kilometrów za kierownicą mojego niezawodnego auta. Prawie tuzin osób podwiezionych dzięki BlaBlaCar. Święta z rodziną, wyjścia ze znajomymi i w końcu Sylwester w Kazimierzu Dolnym z Ukochaną. Nie byłbym sobą, gdybym nie zrobił stamtąd kulinarno-piwnej relacji. A więc… co i gdzie warto zjeść (a także wypić) w najromantyczniejszym mieście w Polsce?

P_20160102_143955.jpg

Na miejscu mieliśmy właściwie dwa pełne dni (piątek i sobota) plus sylwestrowy wieczór (czwartek) i niedzielny poranek (dzień wyjazdu). Nie mając jednak wykupionego wyżywienia w pensjonacie, skorzystaliśmy z okazji i eksplorowaliśmy liczne kafejki, restauracje i tawerny w zasięgu wzroku. Zdaję sobie sprawę, że nie weszliśmy wszędzie i zapewne ominęliśmy wiele ciekawych pozycji (Akuku…), ale – jak już mam to w swej prywatnej tradycji – pewne sprawy zostawiam na później, by mieć po co wracać.

Już przed wyjazdem postanowiłem zrobić mały wirtualny rekonesans i dzięki niemu wpadła mi w oko restauracja Kuchnia i Wino, która oferowała sylwestrowe zestawy z ciekawie zapowiadającymi się potrawami, a do tego rekomendowali ją zarówno Gault&Millau, jak i Wojciech Modest Amaro. Kartę win ułożył zaś Marek Kondrat. Dłużej nie trzeba było nas namawiać. Miejsce znajduje się przy ulicy Krakowskiej, przy której praktycznie każdy dom to kawiarnia, hotel lub restauracja. Kuchnia i Wino to gastronomiczna część pensjonatu Vincent. W środku znajdowały się dwie przestrzenie: jedna z małymi stolikami (gdzie zajęliśmy miejsce) oraz większa, skąd dobiegał gwar dzieci (z ulgą nie musieliśmy tam siadać). Jako aperitif otrzymaliśmy kieliszek kir royal, a następnie po kolei delektowaliśmy się elementami kolacji. Degustację zaczęliśmy od koziego sera, buraka w czterech odsłonach, orzecha włoskiego w karmelu i płatków soli. Wszystko podane w iście designerski sposób, godny powitania 2016 roku. Bardzo mnie ucieszył fakt, iż kulinarne trendy, także jeśli chodzi o estetykę, wyszły z dużych miast i powoli trafiają również do mniejszych ośrodków. Druga pozycja w menu to, zdaniem obojga z nas, najsmaczniejsza część wieczoru: aksamitny krem z kalafiora, syrop klonowy, płatki chabrów i gałka muszkatołowa. Od wyglądu, przez piękny aromat, okrągły smak, aż po długo pozostające odczucie w ustach mogliśmy celebrować wspólnie spędzoną chwilę we dwoje przy noworocznym stole, wpatrzeni sobie w oczy, płomień świecy i fioletowe płatki chabrów skąpane w kalafiorowej emulsji. Danie główne, czyli mięsne, stanowiły do wyboru: perliczka, galaretka z jarmużu, sos z czarnej porzeczki, puree z pietruszki i mus marchewkowy lub troć na czarnej soczewicy, groszek cukrowy, piana pomarańczowa, mus ogórkowy i sól pomarańczowa. Za ptactwem jakoś szczególnie nie przepadam, więc perliczkę zjadłem ze smakiem, ale bez sensorycznych egzaltacji. Troć, którą otrzymała moja Ukochana, wydawała się nieco bardziej wyrazista, a cukrowy groszek stanowił ciekawy dodatkowy akcent o całkiem sporym natężeniu smaku, co zawsze jest mile widziane w moim odczuciu. Mus ogórkowy nieco przypominał w konsystencji galaretkę i miał posmak kisielu. Jedzenie deseru u mnie zawsze przypomina chwytanie byka za rogi, gdyż – jak wielokrotnie podkreślałem – nie lubię w nadmiarze smaku słodkiego i bardzo łatwo osiągam pułap przesłodzenia. Solidna porcja musu waniliowego była jednak, dzięki swej konsystencji i lekkości, doskonałym zakończeniem wieczoru, a świetna kwaskowa kontra granatu zapobiegła przekroczeniu limitu odczucia słodyczy. Za mały minus można jedynie uznać brak synchronizacji napojów z jedzeniem (wino dostaliśmy jak już zjedliśmy danie główne, a kawę po skończonym deserze), ale przy bardzo dużym natężeniu ruchu i wszystkich zajętych stolikach (przynajmniej w naszej sali) można to spokojnie wybaczyć. Doświadczenie oboje uznajemy za bardzo udane i polecamy to miejsce na romantyczną kolację we dwoje!

Następnego dnia stwierdziliśmy, że skoro jesteśmy w Kazimierzu, to musimy skosztować trochę żydowskiego dziedzictwa tego miejsca. Wybór był oczywisty – Bajgiel przy starej synagodze, obecnie przerobionej na hotel i muzeum. W menu roi się od żydowskich przysmaków, a jako specjalność zakładu prezentowany jest tytułowy bajgiel w trzech odmianach. Ku mojemu zasmuceniu, okazało się, że goście przed nami zamówili już ostatnią sztukę. Na szczęście ostatecznie bajgle dojechały i mogliśmy spróbować wybranej przeze mnie wersji z wędzonym łososiem. Przecięty na pół wypiek z rybno-jajecznym wnętrzem plus sałatka ze świeżych warzyw były dokładnie tym, czego oczekiwałem. Świeże, chrupiące, pyszne – w sam raz na pożywny śniobiad. Do tego zamówiliśmy jeszcze czulent, w którym moim zdaniem za bardzo dominowały klimaty mączne, ziemiste, ziarniste, strączkowe, a za mało w nim było mięsa, ale to tylko moje preferencje urodzonego mięsożercy. Smakowało całkiem nieźle. Karp w sosie cytrynowym zamówiony przez Justynę był bardzo maślany, co adekwatnie komponowało się z charakterem ryby i kwaskowatą kontrą cytryny. Minus tej wizyty wziąłem całkowicie na własne życzenie. Piwo Kazimierskie Niepasteryzowane wytwarzane przez znany z produkcji smakowych Magnusów Browar Jagiełło to potwornie utleniony lager o nutach kartonowo-starozbożowych, bez piany, goryczki i smaku. Wniosek: idźcie do Bajgla na obiad, darujcie sobie piwo.

Jpeg

 

Na wieczór trafiliśmy do Podcieni na kawę i piwo. Kraftu co prawda nie było, ale mogłem się napić Porteru z Okocimia, który ostatnio zbierał niezłe noty. Ogólnie rzecz biorąc, gdy idziecie do knajpy, w której nie serwuje się piwa rzemieślniczego, pytajcie o portery bałtyckie. Te dostępne w Polsce, nawet z dużych koncernów, zwykle da się z przyjemnością wypić (pod warunkiem że nie traficie na felerną warkę z masakryczną ilością żelaza lub alkoholu w smaku w przypadku Żywca). Wyboru napoju w Podcieniach, w każdym razie, nie żałowałem. Przed pójściem spać zaszliśmy jeszcze do restauracji Pod Wietrzną Górą, gdzie kelner uraczył nas opowieściami o mieście, a na dodatek zjedliśmy pysznego wołowego tatara z dodatkami. Dla wielbicieli surowizny – polecam. Oprócz tego zamówiliśmy pierogi ruskie, które okazały się poprawne – choć ciasto mogło być lepsze.

P_20160102_111238.jpg

 

W sobotę postanowiliśmy solidnie pozwiedzać, przejść się do Galerii Grabskich na wystawę pięknych, romantycznych obrazów autorstwa Dariusza Twardocha, a także w końcu skosztować oferty polecanej przez wszystkich knajpki o nazwie Przystanek Korzeniowa. Utrzymana w stylistyce hippisowsko-góralskiej chatka z miłą obsługą, tłumem ludzi (na szczęście byliśmy pierwszymi gośćmi, bo inaczej zabrakłoby miejsc!) i smacznym jedzeniem na pewno warta jest odwiedzenia przez przemierzających Kazimierz podróżnych. Świetna lokalizacja (tuż przy wąwozie Korzeniowy Dół), lokalne rzemieślnicze lemoniady w wielu smakach, bardzo dobre śniadania i… kraft! Tak jest! Jedynie miejsce (o którym wiem) w Kazimierzu, gdzie można wypić porządne piwo. Co więcej, rzemiosło leje się nie tylko z butelki (standardowe marki), ale także z kija. Na nalewaku rządzi Browar Hopium. Zazwyczaj dostępne jest także produkowane w puławskich Trzech Koronach lokalne piwo Dziad, chmielone czterema polskimi chmielami, w tym na zimno Oktawią. Niestety, mimo moich szczerych chęci spróbowania, nie było tego dnia dostępne. Miejsce bardzo wpisuje się w moje poczucie klimatu i estetyki, a do tego ma ogromny plus za dobre piwo. Polecam mocno!

P_20160102_164852.jpg

Na obiad trafiliśmy do Knajpy Artystycznej, gdzie – zgodnie z nazwą – spotkałem nawet znajomego artystę. Zajęliśmy sobie z Justyną stolik w kąciku i zamówiliśmy po jednym daniu głównym. Dużym pozytywem była wielkość porcji – solidny kawał mięsa w panierce, do tego frytki i surówka, a także wielki placek po węgiersku, sowicie faszerowany i polany gulaszowym mięsiwem. W Artystycznej jest zupełnie inaczej niż w Kuchni i Winie. Nie ma tu pływających po powierzchni zupy płatków chabrów, natomiast jest wszystko to, czego potrzeba, aby smacznie się posilić: dużo smacznego mięsa za rozsądną, jak na Kazimierz, cenę. Głodomory wyjdą zadowolone!

Deseru nie zamawialiśmy, gdyż ten miał być pretekstem do wypróbowania kolejnej lokalizacji. Tym razem udaliśmy się do Cafe Faktoria, która to słynie z bezglutenowego menu oraz szerokiego wyboru kaw. Napoje podzielone są na sekcję zwykłą i ekskluzywną, a spośród wielu ziaren można sobie zażyczyć nawet słynną Jamaica Blue Mountain. To, czego brakuje, to alternatywne metody parzenia, które jeszcze do Kazimierza chyba nie dotarły. Wszystkie pozycje z listy deluxe przygotowywane są w ten sam sposób (w tygielku na gazie). Jak już wspomniałem, ciasta mają w Faktorii bezglutenowe, ale także całkiem spore. Zamówiliśmy dwa kawałki tortu, jeden sporządzany z z mąki kasztanowej, a drugi z dyniowej. Ciasto nie trzymało się tak ładnie formy, jak tradycyjna wersja z pszenicą, aczkolwiek nie było złe w smaku. Jak dla mnie jednak masa, którą zostało przełożone, okazała się zbyt zamulająca, tłusta i słodka jednocześnie. Zdecydowanie wolę coś lżejszego.

Nim się spostrzegliśmy, nadeszła niedziela i nadszedł czas na wyjazd. Przed południem pozostała chwila na śniadanie i herbatę. Tak się złożyło, że na naszej liście do odwiedzenia zostały jeszcze: U Fryzjera i Herbaciarnia u Dziwisza. W tym pierwszym miejscu raczyliśmy się bardzo dobrym śniadaniem po żydowsku, które inspirowane było wyraźnie tradycyjnym English breakfast, tyle że w judejskiej wersji. Kiełbaski, jajka, pyszne, puszyste grzanki, cebulka i pomidory zadowolą każdego głodomora. Zdecydowanie warto wstąpić. Dodatkowo skusiliśmy się na tatara, nasz papierek lakmusowy obok wołowego steku, który został podany bardzo efektownie i smakował całkiem nieźle. Wizyta u Dziwisza to już doświadczenie w innym stylu – złote ramy, lustra, antyki, książki. Do tego oczywiście główna bohaterka, czyli pyszna herbata. Tak jak prawdopodobnie tylko w Korzeniowej można napić się kraftowego piwa, tak najpewniej tylko u Dziwisza jest okazja zamówić lapsang souchong, czyli herbatę wędzoną, o zniewalającym aromacie ogniskowego dymu połączonego z ziemistością. Przy okazji herbaciarnia oferuje także zakup różnorakich liści do parzenia w domu. Ciast nie próbowaliśmy, gdyż już byliśmy pełni po śniadaniu.

Sylwestrowa wizyta w Kazimierzu okazała się dla nas bardzo udana, tak pod względem turystycznym, jak i kulinarnym. Bez wątpienia jest to piękne miejsce, idealne dla par, które chcą spędzić ze sobą romantyczne chwile we dwoje, a także dobrze zjeść, napić się smacznej kawy, ciekawej herbaty i dobrego piwa. Mam nadzieję, że mój miniprzewodnik pomoże Wam, gdy będziecie planować podróż w to magiczne miejsce. Dajcie znać, jakie Wy macie wrażenia z wizyty w tym urokliwym miasteczku i podrzućcie swoje propozycje!

 

Co i gdzie zjeść (i wypić) w Kazimierzu Dolnym?