Ze spopielałych serc ogień krwisty niechaj wciąż broczy!

Tekst ten jest luźną, chaotyczną i pełną dygresji próbą polemiki z artykułem Łukasza Matusika opublikowanym na facebookowej stronie bloga Piwolucja.pl.

Serce

Obraz: pixabay.com

Ciężko jest niedźwiedzia ze snu wybudzić, zwłaszcza gdy miś ten jest już mocno przejedzony i w ogóle z rzadka do ula zagląda, bo najlepiej to by przeszedł na dietę roślinną i zaszył się gdzieś w Bieszczadach, leniwie licząc obłoki na nieboskłonie. Są jednak pewne stwierdzenia, jak to się modnie mówi triggery, które budzą w nim dawno niewidzianego dzikiego zwierza.

Lubię dyskusję i polemikę, a zwłaszcza cenię sobie takowe z ludźmi, którzy potrafią dobrze operować słowem, myślą i logiką – co w dzisiejszych czasach, niestety, należy do rzadkości. Jak mawiał w końcu ś.p. red. Zarzeczny, warto pisać jedynie dla 2% społeczeństwa, ponieważ reszta i tak nie zrozumie. Wpadł mi więc w oczy – bo nie w ręce przecież – tekst Łukasza Matusika opublikowany na facebookowej stronie bloga Piwolucja.pl, który w swym tonie jest wybitnie defensywny, kontrujący, a tezy w nim zawarte niekiedy krzywdzące dla całego pięknego z założenia ruchu, jakim jest piwna rewolucja. Apogeum negatywnych emocji wzbudził we mnie szczególnie jeden komentarz autora umieszczony w dyskusji pod linkowanym artykułem. Padł bowiem slogan, który działa na mnie niczym paradujący z tęczową flagą po Żylecie kibic Polonii Warszawa na kibiców wicemistrza Polski. Oto i słowa złowieszcze: „To tylko piwo!”. Gdybym miał wybrać powiedzenia i mądrości ludowe, które rozsierdzają mnie najmocniej, to na pierwszym miejscu byłoby „pokorne cielę dwie matki ssie” – przyczyna porażki i mentalności chłopa pańszczyźnianego wbitych w kulturowe DNA Niepokalanego Narodu Polskiego – oraz właśnie wspomniany komentarz dotyczący błahej ważkości piwa. Za tymi trzema słowami stoi bowiem wszystko to, co powoduje, iż kraft nie idzie tam, gdzie mógłby iść, a w zamian stał się kolejną nudną, zwykłą gałęzią biznesu spożywczego i zatracił swój pierwotnie buntowniczy, garażowy, brudny, punkrockowy charakter.

Chciałbym pominąć genezę powstania piwolucyjnego tekstu, który jest bowiem wyraźnie motywowanym emotywnie kontratakiem spowodowanym rzekomym wszechobecnym hejtem na współpracę autora z koncernem produkującym piwo Pilsner Urquell. Najpierw nakarmmy łyżką dziegciu rzeczonych hejterów. Łukasz nie jest pierwszym i na pewno nie będzie ostatnim, który ze Złym Mzimu współpracuje. Blogerzy, a nawet piwowarzy – i to ci bardzo poważani w naszym bagienku – z krwiożerczymi korporacjami nieraz już konszachty czynili. Ba – jakby spojrzeć trochę szerzej – blogerzy kulinarni nierzadko angażują się w sponsorowane akcje z sieciami fastfoodowymi, co nie przeszkadza im pisać także o fine diningu, street foodzie czy kulinarnych podróżach. Najważniejsza jest bowiem szczerość. Jeśli ktoś robi materiał z Burger Kinga czy z browaru w Pilznie, nie stanowi to dla mnie problemu – o ile, rzecz jasna, zaznacza, że jest to materiał sponsorowany. Zupełnie inną – jakkolwiek smutną – sprawą jest fakt, że internet – niestety – nie wygląda tak, jak w jego anarchicznych początkach, i najpoczytniejsi influencerzy na świecie raczej z własnej inwencji niczego nie publikują, starannie dbając o treść kanałów komunikacji i swój portfel. Co więcej, posiadają przejrzyste cenniki usług marketingowych, co nie jest żadną tajemnicą. Internetowi celebryci stali się słupami reklamowymi. Może się nam to nie podobać, ale tak jest. Operując w branży piwnej raczej nikt nigdy nie będzie miał takich zasięgów, aby obsypywano go koksem na salonach modnych warszawskich klubów i płacono sześciocyfrowe sumy, aby pokazał się z jakimś sprzętem audio czy zegarkiem na swoim Instagramie, ale parę groszy zapewne można zarobić przy relatywnie małym wysiłku, łącząc to z pasją picia piwa. Czy można blogera za to winić? Pozostawiam ocenie osobistej.

Problem tkwi zupełnie gdzie indziej. Po pierwsze, jest nim wyziewająca z tekstu Łukasza rezygnacja i akceptacja status quo. „Mamy 2019 rok” pisze autor, by za chwilę dodać, że „świat poszedł do przodu”. Jest to klasyczny chwyt psychologiczno-retoryczny polegający na tłumaczeniu (także przed samym sobą) swojej kapitulacji jakimś mitycznym „duchem czasów”. To mentalne założenie ciepłych kapci przed telewizorem i powiedzenie do żony tłukącej w niedzielny poranek schabowego „widzisz, Zośka, tak już jest na tym świecie, wszystko wokół się zmienia, trzeba się dostosować”. Chwilę potem mamy obowiązkowy tekst o dorosłości: „jak można dorabiać ideologię do picia piwa, mając więcej niż 20 lat?!”. Słyszałem tę całą kombinację w niezliczonej liczbie mutacji i kontekstów sam nie wiem ile razy w życiu. Na przykład w jednym z rozlicznych internetowych testów psychologicznych pada pytanie, czy badany zgadza się, że „pogodzenie się z establishmentem” to przejaw dorosłości. Osobiście zawsze uważałem, że taka deklaracja to jednak oznaka porażki. Powiedzenie „skoro tak jest, to trzeba się dostosować” to nie żadna dojrzałość – to biała flaga! Jeśli godzisz się – i nie piszę tego personalnie do autora, a do wszystkich – tkwić w gównie, to nie jesteś dojrzały. Jesteś zdziadziały! Uważam, że z przeddorosłego etapu życia są dwie najważniejsze rzeczy warte zachowania na zawsze, aby do cna nie zgorzknieć. Pierwsza – to ciekawość dziecka. Ta przepiękna neofilia, czyli zachwyt nowością, pragnienie poznawania świata, entuzjazm odkrywcy. Najczęściej zabija ją szkoła. Druga – to nastoletnia niezgoda – bunt przeciwko zastanemu porządkowi – protest, który uczy nas asertywności i posiadania własnego zdania – zwłaszcza, kiedy ktoś próbuje nam je narzucić. Tę najczęściej zabija społeczeństwo. Łukaszu – nie zgub tego w sobie! To wartość, o którą warto dbać.

Sądzę też, że autor przesadza z opisem kałszkwału, jaki rzekomo wylał się na blogera współpracującego komercyjnie z koncernem. Rzecz jasna zawsze znajdzie się kilku internetowych anonimów sączących hejt w komentarzach, jednak – szczerze mówiąc – żadnego zmasowanego ataku nie byłem świadkiem, a raczej nie omijają mnie skandale i kryzysy branżowe. W razie czego polecam jednak mityczny dystans. Swoją drogą – tu dygresja – ostatnio dystans bywa często w sieci wyszydzany, szczególnie przez Bojowników o Sprawiedliwość Społeczną. Przypomina mi się wtedy zawsze zdanie Jeffreya Tuckera, który powiedział, że nikt dla jaj nigdy nie wywołał wojny. Oni wszyscy byli śmiertelnie poważni i nie mieli dystansu. Kiedyś, za czasów, kiedy można było żartować ze wszystkiego bez narażenia się na medialny i społeczny ostracyzm (a czasami nawet i konsekwencje prawne), a standard humoru wyznaczał South Park, dystans był jednak w cenie. Tęsknię za tym. O dystansie jednak może innym razem.

Myślę również, że nikt już nie kreśli fałszywie dychotomicznej opowieści o krafcie przywdzianym w dziewiczą biel i splugawionych koryncką krwią koncernach. Wszyscy zdajemy sobie sprawę, że na rynku liczącym około trzystu podmiotów po pierwsze wysoka jakość to mniejszość, a po drugie czyste intencje i „ideały Sierpnia” też nie przyświecają każdemu. Jeśli ktoś twierdzi inaczej, to jest albo naiwniakiem, albo hipokrytą. Nie przeczymy też, że sami się przyczyniamy do upadku naszej bardzo wrażliwej niszy kupując Pilsnera Urquella w Biedronce czy Perlenbachera w Lidlu, bo nie chce nam się jechać po nieznane IPA z browaru X w Pcimiu Dolnym na drugi koniec miasta. Tak – przekleństwo łatwej dostępności zabija kraft, a rewolucja zjadła własny ogon i pisałem o tym już dawno. Gdy ostatni badylarz zgasi światło, ciemność spuści swe zasłony na piwną rewolucję.

Trzeba jednak rozróżnić okazjonalne sytuacje towarzyskiego spotkania z niekoniecznie kraftowymi znajomymi, degustację od libacji, a także zawsze brać poprawkę na kontekst. Czym innym bowiem jest wypicie zimnego Żywca na szczycie góry po męczącej wspinaczce, a czym innym pójście do sklepu o poranku i kupno tego samego Żywca, „bo przecież to tylko piwo”. Nie zgodzę się też na malowanie obrazu krytyka współpracy na linii bloger-koncern w postaci człowieka, który kupuje kratę Żuberka i pije go w rytm sąsiedzkich alterkacji. Szukanie wszędzie hipokryzji jest modne – i całkiem łatwe. Tu jednak chyba autor zaszedł o krok za daleko.

Dalej jest jednak gorzej. Otóż bowiem Łukasz porusza kwestię „obrońców dobrego smaku” i zdaje się wręcz odmawiać prawa do krytyki zachowań konsumenckich. Ja rozumiem, że stare łacińskie przysłowie mówi, że o gustach się nie dyskutuje. Tak się jednak składa, że to właśnie o gustach i opiniach dyskusje są najciekawsze i najzagorzalsze. Miliony ludzi na całym świecie sprzecza się kto wynalazł rock and rolla, kto nagrał pierwszą płytę heavy metalową, albo kto jest najlepszym piłkarzem na świecie: Cristiano Ronaldo czy Lionel Messi. Co więcej, krytyka słabego – naszym zdaniem – gustu, to jednocześnie promocja zachowań pożądanych. Jak zwykle nawiążę do jedzenia. Jeśli widzę, że ktoś np. smaży stek wołowy i go marnuje: mięso jest zmęczone, bez karmelizacji na powierzchni, a w środku zjarane na podeszwę, to tak – nie tylko moim prawem, ale i obowiązkiem, jest sprowadzenie takiego delikwenta na właściwą ścieżkę, a jedyne co mu zostaje powiedzieć, to „dziękuję”. Podobnie jest z piwem. Dobrego smaku trzeba zawsze bronić, prezentować go i szkalować bylejakość. No chyba, że zamiast ognia w sercu zostały wam już tylko odciski na dupie, ciepłe kapcie  i niedzielny schabowy…

Niestety, diagnoza postawiona w kolejnej części artykułu jest o tyle prawidłowa, co i smutna. Tyczy się jednak ona tak naprawdę każdej branży, która się dopiero rodzi, a później… no właśnie… dojrzewa? A może jednak dziadzieje? Z kraftem jest jak z… blogerami. Kiedy w 2002 roku zaczynałem pisać jakiś egzystencjalne dyrdymały, publikując je w internecie dla oszałamiających kilkudziesięciu osób, nikt chyba nawet nie myślał, że kiedykolwiek na czymś takim można będzie zarabiać pieniądze. Blogi pisały zbuntowane nastolatki, niezrozumiani przez świat samotnicy, natchnieni poeci, filozofowie i ściśle technicznie nastawieni pasjonaci swoich maleńkich nisz. Z części z nich wyrosły potem dochodowe firmy. Większość zamknęła jednak podwoje i nigdy nie zmonetyzowała swojej twórczości. Gdy pojawiły się pierwsze reklamy i zlecenia, ludzie traktowali to jako nagrodę za te wszystkie lata pisania do wirtualnej szuflady – drobne kieszonkowe, które pozwoli im opłacić domenę i miejsce na serwerze. Dziś jednak mamy już inne czasy. Blogi prowadzą nawet największe firmy, zatrudniają do tego ludzi na pełen etat, a chcąc marzyć o tym, by się przebić ze swoim prywatnym bzikiem, trzeba od samego początku albo mieć profesjonalne zaplecze techniczne i pieniądze na promocję, albo niezwykłą smykałkę, by sprawiać takie wrażenie. Profesjonalizacja – chyba tak to się nazywa. Tyle że z nią zawsze wiążą się kompromisy, a ich następstwem u wielu pasjonatów jest wypalenie i rezygnacja – bo nie mogą już robić tego tak jak chcą, nie mogą nie rozglądać się wokół. Zamiast tworzyć – muszą sprzedawać. Dokładnie tak samo jest z tym naszym kochanym kraftem. Na początku właściwie istniał jeden schemat. Zapalony piwowar domowy pewnego dnia, wypełniony przeświadczeniem o swojej znakomitości, postanawiał zacząć produkować swoje autorskie pomysły na większą skalę. Jednym się udawało, drugim nie. Było to wszystko bardzo garażowe, wyrosłe z podziemia, amatorskie w swej otoczce, romantyczne i piękne. A co mamy dziś? Tak jak pisze Łukasz: „małe przedsiębiorstwa, które powstają, próbują się utrzymać, nakarmić rodziny, ale tylko niektórym udaje się przedrzeć do świadomości konsumenta” – czyli rozum zjadł serce, a Małe Książęta ukrzyżowała rzeczywistość. Pasjonatów rzecz jasna nie brakuje, jednak muszą każdego dnia mierzyć się z bezlitosną biznesową grą narzucającą pewien kontekst, w którym przychodzi im działać. Oprócz piwowarów domowych do gry weszły bowiem duże pieniądze, ludzie z kasą, którzy nie mają nic wspólnego ze wspólnym pniem, a trzymają na niejednej inicjatywie ręce. Mając pokaźną poduszkę finansową mogą także grać dumpingowymi cenami i innymi znanymi z każdej innej branży zagrywkami, by wykończyć konkurencję. Rozpoczęły się Igrzyska Śmierci. Wariatom (pozytywnym!) zostaje pełen etat poza browarem i okazjonalne podpinanie ciekawych piw w zaprzyjaźnionych lokalach. Pasję niestety zastąpiła kalkulacja. Nie dziwi mnie (acz smuci) to, że w blogosferze jest być może tak samo.

Dochodzimy w końcu do mitycznego „to tylko piwo” oraz mojego drugiego ulubionego fragmentu artykułu, cytowanego zresztą już wyżej: „jak można dorabiać ideologię do picia piwa, mając więcej niż 20 lat?!”. Zacznijmy od tego drugiego. Rozszerzmy je: „jak można dorabiać ideologię do czegokolwiek?”. Przecież można tylko żyć i żreć, nie mieć żadnych ideałów, poglądów, swojego zdania, tylko brać, co z pańskiego stołu spadnie i cieszyć się, że jeszcze żaden but nas nie rozdeptał. A jak będziemy pokorni – jak to cholerne przysłowiowe cielę – to może czasem i nie tylko okruch, ale i kiełbaski kawałek spadnie? Jakiś boczuś albo skwaruszki? To straszne podejście jest wyrazem kapitulacji totalnej. Trzeba powiedzieć wprost: kraft od początku był bardzo mocno powiązany z ideologią. Przyświecały mu hasła o niezależności, a sam rysował się jako oddolny rewolucyjny zryw przeciwko monopolizacji rynku i wyjaławiania smaku przez koncerny – ergo przeciw masowemu bezguściu. „Independence matters”, jak mawiają za Wielką Wodą. Nawet nie traktując tego sloganu dosłownie (czyli finansowo), bardziej pasuje mi tu znaczenie duchowe, mentalne. Chodzi o zachowanie pewnej integralności, czystości serca, uczciwości wobec siebie i klientów. Porównanie podam muzyczne. Wiadomo, że każdy zespół chce wyjść z garażu, nagrywać płyty i żyć ze swojej pasji, prawda? Niektórzy błędnie podają to zjawisko za argument, iż każda muzyka jest komercyjna, a więc krytyka iż ktoś się „sprzedał” czy „skomercjalizował” jest nieuprawniona. Otóż linia przebiega nie pomiędzy zerem sprzedanych płyt i tą pierwszą. Różnica polega na tym, że „sprzedajesz się” kiedy zaczynasz grać nie to, co lubisz, nie to co kochasz, ale to, co się sprzedaje. Pisząc utwór nie zastanawiasz się „czy to przekazuje moje emocje?” ani „czy to jest dobre?”. Zastanawiasz się „czy ludzie to kupią?” – i właściwie jest to pytanie kluczowe. Gdy Alice Cooper nagrywał „Dirty Diamonds”, nie zastanawiał się, czy jego fani zjadę tę płytę od góry do dołu. Po prostu miał ochotę to nagrać – i to zrobił. Tak samo jest w krafcie. Niestety, przy obecnej strukturze rynku, powszechnej dostępności i ogromnej nadpodaży, ciężko jest tę integralność zachować planując piwa autorskie. Chciałbym, aby wszystkie browary – z tym, który sam współtworzę, na czele – mogły sobie na taką niezależność od humorów rynku pozwolić. Do tego, że nie zawsze jest taka możliwość, przyczynił się zaś cytat pierwszy. To cholerne „to tylko piwo”. No bo przecież jeśli to TYLKO piwo, to po co jechać po nie na koniec miasta? Po co wydawać 12 zł, jak można kupić za 3 zł? Po co jakieś wydziwianie, tysiące stylów? Jakieś wędzonki, kwasy, beczki? Piwo to tylko piwo! Czteropaczek Harnasia, ciepłe kapcie, małyszomania, schabowy na duraleksie, herbata z torebki z dyskontu, żonobijka usyfiona tłuszczem i rezygnacja z jakichkolwiek celów wyższych. Żyć i żreć. To jest dojrzałość? To jest dziadostwo!

 

Ze spopielałych serc ogień krwisty niechaj wciąż broczy!

Steak Ramen – boskie połączenie na idealny obiad

Taką mam tradycję, że przynajmniej raz w tygodniu gotuję jakiś wywar z azjatyckim sznytem. Wraz z upływem litrów bulionu opracowałem metodę na połączenie tego, co lubię najbardziej, a dziś postanowiłem się tym z Wami podzielić. Oto przepis na Steak Ramen by Beer, Bacon & Liberty w odsłonie podstawowej. Istnieje też wersja supreme, z kiszonym habanero i karmelizowanym boczkiem marynowanym w dymnej whisky, jednak na to przyjdzie czas innym razem.

Wersja, którą tu prezentuję, jest o tyle przyjemna, że nie musicie zamawiać żadnych składników przez internet, a wszystko znajdziecie w lokalnym markecie. Puryści oczywiście będą stękać, jednak w tym czasie Wy zajmiecie się pałaszowaniem tej przepysznej zupy.

Do bulionu będziecie potrzebować kości. Ja użyłem wieprzowych, ale myślę, że dobry wołowy szponder także zrobi robotę. Do tego kurze skrzydełka – ponacinane w miejscach zgięć, by uwolnić kolagen do wywaru. Poza tym imbir, czosnek i por – przecięte na pół. No i woda – bez tego ani rusz. Kości i skrzydełka odmoczcie chwilę w zimnej wodzie, przemyjcie pod bieżącym strumieniem, a następnie zagotujcie przez parę minut we wrzątku. Tak przygotowane mięso jest gotowe, aby stać się bazą Waszego wywaru. Włóżcie je do czystej wody, dorzućcie wspomniane warzywa i zagotujcie całość, zmniejszcie moc i zapomnijcie o tym na minimum 3 godziny.

Dalej esencja – czyli tare. Japończycy często używają do niej np. sproszkowanych ryb i kombu – ale można także oprzeć się na bardziej dostępnych składnikach. Wystarczy sos sojowy, sos rybny lub ostrygowy oraz – tu moja wariacja – sos Worcestershire (w tej chwili umiera mały Japończyk). Możecie dodać też jakiś element grzybowy. Ważne, aby było tu mnóstwo skoncentrowanego smaku umami oraz soli. To w tym miejscu bije serce posiłku. Serwis zaczynacie od nałożenia tare na dno miski.

Makaron ugotujcie sobie jaki tylko lubicie. Może być nawet taki z zupki chińskiej. Ważne jednak, by dobrze się go jadło pałeczkami. Chyba nie chcieliście używać łyżki i widelca? Ja wybrałem makaron jajeczny w stylu gniazda. Próbowałem różnych opcji, włącznie z penne i nitkami ryżowymi, ale chyba ten wypada najlepiej.

Stek – tu dochodzimy do kwestii kluczowej: wyboru mięsa. O stekach pisałem już tu, jednak pamiętajcie o kilku najważniejszych sprawach. Po pierwsze – kawałek z górnej partii krowy, mocno marmurkowaty, najlepiej długo sezonowany. Po drugie – temperatura pokojowa przed smażeniem. Po trzecie – maksymalna temperatura patelni i oleju. Po czwarte – jak lubisz well-done, to lepiej zrób karkówkę wieprzową albo boczek, bo szkoda wołowiny. Dorwałem całkiem miły kawałek rostbefu, ociosałem go z niepotrzebnych złogów i nawet zrezygnowałem z marynowania, tenderyzowania czy pieszczenia się z sous vide, bo mięsko wyglądało naprawdę przednio. Wół poszedł prosto na patelnię grillową. Wyszedł znakomity – jędrny, soczysty, z doskonale skarmelizowaną skórką i rare w środku. Idealnie tak, jak lubię. Po pięciu minutach odpoczynku na drewnianej desce, pokroiłem stek w poprzek włókien na cienkie plastry.

Jajko – puryści wymagają, by jajka ugotowane na miękko zamarynować przez noc w sosie sojowym, aby uzyskać charakterystyczny smak znany z dobrych miejsc serwujących ramen. Ja jednak poszedłem na łatwiznę i pominąłem ten krok. W zamian po prostu ugotowałem jajka na miękko – przyznaję – ciut za długo. Żółtko powinno samoistnie wypływać, a – mimo że nie jest ścięte – to jednak mniej więcej o minutę przeciągnięte. Pamiętajcie, by jajka po ugotowaniu od razu wrzucić do kąpieli lodowej, aby zatrzymać proces dochodzenia w środku. Świetnie pasują też gotowane w koszulkach.

Dekoracja, czyli tzw. topping. Tu panuje pełna dowolność. Ważne jednak, by coś chrupało, coś rzęziło, coś dawało dodatkowy twist. Zdecydowałem się zużyć to, co miałem – czyli dorodny szczypior, kiełki słonecznika (choć takie do stir-fry będą lepsze), arkusz nori oraz czarny sezam do posypania całości.

Serwujecie tak: na dno miseczki tare, na to makaron, na górę stek, jajko i dekoracja. Voila. Perfekcyjna zupa gotowa.

Steak Ramen

W skrócie:

Bulion:

  • 1 opakowanie kości wieprzowych (Biedronka)
  • 1 opakowanie skrzydełek kurczaka (Biedronka)
  • 1 por
  • 10 cm korzeń imbiru
  • 1 główka czosnku
  • woda
  1. Namoczyć przez kilkanaście minut mięso.
  2. Wymienić wodę, włożyć mięso, doprowadzić do wrzenia, gotować 3-5 minut.
  3. Wylać wodę, przepłukać mięso pod zimną wodą.
  4. Napełnić garnek wodą, włożyć mięso i warzywa przecięte na pół, doprowadzić do wrzenia, zmniejszyć moc i gotować minimum 3 godziny.
  5. Pozostały bulion po posiłku użyć do kolejnego ramenu. Można go swobodnie mrozić i używać jako naturalnych domowych kostek rosołowych.

Tare (na 2 porcje):

  • 5 łyżek stołowych sosu rybnego
  • 5 łyżek stołowych sosu sojowego
  • 2 łyżki stołowe sosu Worcestershire
  1. Połączyć wszystko.

Na 1 porcję zupy:

  • połowa porcji tare
  • 100 gramów makaronu jajecznego gniazda
  • bulion do wypełnienia miski
  • 1 jajko
  • 1/2 steka wołowego (ok. 100 gramów)
  • garść kiełków słonecznika
  • garść pociętego szczypioru
  • czarny sezam do posypania
  • 1 arkusz nori
  1. Jajko ugotować na miękko. Następnie wrzucić do kąpieli lodowej. Czas gotowania zależy od wielkości jajka. Żółtko powinno wypływać.
  2. Stek wyjąć z lodówki, doprowadzić do temperatury pokojowej i oczyścić ze złogów.
  3. Rozgrzać maksymalnie patelnię grillową i odrobinę oleju na niej.
  4. Smażyć stek około 90 sekund z każdej strony, aby uzyskać stopień wysmażenia rare.
  5. Odłożyć stek na deskę na pięć minut, następnie ciąć na cienkie plastry w poprzek włókien.
  6. Zupę podawać w następującej kolejności od dołu: tare – makaron – bulion – dodatki – sezam do posypki.

Smacznego!

Steak Ramen – boskie połączenie na idealny obiad

Eksperyment sous vide: ligawa wołowa + genialna tajska sałatka z sosem orzechowym

Ligawa

 

Pomysł – jak większość moich – narodził się spontanicznie. Kupując składniki na wczorajszy obiad przyuważyłem w jednej z sieci handlowych, która niegdyś pozycjonowała się dość wysoko (a teraz podobno się zamyka), całkiem ładnie poprzerastany tłuszczem kawałek ligawy. Nie jest to część wolu, która należy do stekowej pierwszej klasy. Ba, jako – było nie było – część zadu – uchodzi raczej za cheap cut. Jako że uwielbiam robić coś z niczego, postanowiłem jednak – na przekór rozsądkowi – użyć owej ligawy jako mięsa na stek.

Wracając jednak do zupy – przepisu nie będzie, gdyż był to zwykły wywar prawie-że-instant z kupnej pasty tom yum, wody, grzybów shiitake oraz mrożonych krewetek koktajlowych. Ot, wrzucić do gara i zjeść. Natomiast po spożyciu „gęstego” zostało mi sporo bulionu. W tym momencie zapaliła się lampka: „o! i to jest myśl!”. Oglądając boje naszej wspaniałej reprezentacji piłkarskiej stwierdziłem, że gorsze niż ten mecz moje eksperymentalne danie być nie może. Wrzuciłem więc do pozostałego bulionu trzy okołocalowe plastry ligawy i wstawiłem do lodówki na 12 godzin, przez co resztki mojego tom yumu prawie-że-instant zamieniły się w marynatę do tenderyzowania taniej wołowiny. A co mi tam?! Nie napisałem jeszcze o najważniejszym: po kilku godzinach od powrotu ze sklepu, jakie minęły do włożenia mięsa do zupy, zdążyło ono już zmienić kolor na szary z zewnątrz, co świadczy raczej o tym, że nie było pierwszej świeżości i szybko się utleniło. Zadanie więc stało przede mną jeszcze trudniejsze. Spoiler: moja współtowarzyszka kolacji od razu zauważyła, że mięso jest nieświeże.

Skoro już marynata była tajska, postanowiłem dodatki także zrobić na modłę prosto z Bangkoku. Pierwsza sprawa to sałatka. Jako bazy użyłem szatkowanego jarmużu, a także pociętych w cienkie paski marchwi oraz czerwonej papryki. Do tego dorzuciłem pokrojone w kostkę mango, garści świeżej kolendry oraz mięty, prażone orzechy nerkowca oraz białe końcówki dymki, a wszystko to skropiłem sokiem z limonki. Wyszło pysznie. Zdecydowanie topka sałatek, jakie robiłem.

Jako dressing do sałatki vel dip do mięsa przyrządziłem zaś sos orzechowy na bazie mleczka kokosowego i masła orzechowego, z dodatkiem sproszkowanego chili, soku z cytryny, czosnku, sosu sojowego, miodu i imbiru. Udekorowałem go liśćmi mięty. Wyszedł wyborny.

Z dodatkiem węglowodanowym odleciałem nieco z Tajlandii – tak bliżej Warszawy. Pieczone młode ziemniaki w mundurkach z koperkiem – Tajowie chyba nie znają, ale jakby poznali, to nigdy więcej nie wzięliby ryżu do ust.

No i w końcu mięso! Jak sprawić, by ten słaby, stary kawałek wołowiny okazał się zjadliwy? Nie ma oczywiście nic lepszego niż sous vide, więc zdecydowałem się na potrzymanie moich steków przez ponad 2,5 godziny w temperaturze 56 stopni. Następnie osuszyłem je dokładnie i obsmażyłem z każdej strony na patelni grillowej w celu wytworzenia skarmelizowanej skórki. Normalnie steki przygotowuję w dużo niższej temperaturze, jednak trochę bałem się tej ligawy robić w 52 stopniach. Ostatecznie po obsmażeniu mięso było ładnie skarmelizowane na zewnątrz, a w środku w większości szare, jedynie z drobnym zaróżowieniem w środku. Tu trzeba jednak zaznaczyć, że ono mało różowe było już przed obróbką. Dopiero zdjęcie makro z wyostrzeniem kolorów pokazuje wyraźnie różnicę w kolorystyce włókien.

Mięso

Najważniejsze zostało osiągnięte: ligawa była miękka i sprężysta! Yeah! Mogłem jednak nieco bardziej zaryzykować z temperaturą i zrobić ją bardziej krwistą. W smaku przebijały się też nuty… wątróbkowe. Dziwne. Natomiast show skradła genialna sałatka i sos orzechowy. Zdecydowanie do powtórzenia jako akompaniament lepszego kawałka mięcha!

W skrócie:

Mięso

Składniki:

  • 3 steki z ligawy grube na cal
  • resztki zupy tom yum
  1. Zamarynować mięso przez noc
  2. Włożyć do worków próżniowych i gotować sous vide w 56 stopniach (polecam sprawdzić 52 i 54) przez ok. 2,5 godziny.
  3. Osuszyć dokładnie i wrzucić na maksymalnie rozgrzaną patelnię grillową ze skwierczącym olejem.
  4. Po wytworzeniu skarmelizowanej skórki zdjąć z patelni i odczekać 5 minut.

Ziemniaki

Składniki:

  • 10 młodych małych lub średnich ziemniaków
  • koperek suszony
  • masło lub olej
  1. Rozgrzać piekarnik z termoobiegiem do 220 stopni.
  2. Ziemniaki dobrze umyć, ale nie obierać.
  3. Położyć ziemniaki na papier do pieczenia, posypać koperkiem i dorzucić tłuszcz.
  4. Zawinąć wszystko w „cukierek”, położyć na blasze i piec ok. 35 minut.

Sałatka

Składniki:

  • 5 garści jarmużu
  • 1 duża marchew
  • 1 papryka czerwona
  • 1 dojrzałe mango
  • sok z 2 limonek
  • garść listków kolendry z łodyżkami
  • garść listków mięty bez łodyżek
  • białe końcówki z 1 pęczka dymki
  • 100 g orzechów nerkowca
  1. Uprażyć orzechy na suchej patelni
  2. Poszatkować lub drobno pociąć jarmuż, kolendrę i miętę
  3. Pociąć w cienkie paski obraną marchew i czerwoną paprykę bez białych błonek
  4. Pociąć miąższ mango w kostkę
  5. Pociąć dymkę w cienkie plastry
  6. Wrzucić wszystko do miski, zalać sokiem z limonek i dobrze wymieszać

Sos orzechowy

Składniki:

  • 100 g masła orzechowego
  • 100 ml mleka kokosowego
  • sok z ½ cytryny
  • łyżeczka miodu
  • łyżka sosu sojowego
  • chili wg uznania (ja dałem ¼ łyżeczki sproszkowanego Bird’s Eye)
  • 1 ząbek czosnku
  • 2 cm obranego korzenia imbiru

Wrzucić wszystko do kielicha blendera i zmiksować na jednolitą masę (masło orzechowe najlepiej na samą górę, bo na dole może zakleić ostrza)

Podawać mięso z ziemniakami, a sosu orzechowego używać albo jako dressing do sałatki, albo jako dip do mięsa.

Smacznego!

Eksperyment sous vide: ligawa wołowa + genialna tajska sałatka z sosem orzechowym

Inspiracje BBL: Torfowy karmelizowany boczek na ostro

Karmelizowany boczek

Karmelizowany boczek od dawna w kręgach kulinarnych świrów – zwłaszcza tych mocno sprofilowanych na mięso – uchodzi za przekąskę ostateczną. Jest doskonały w każdej postaci i dowolnych okolicznościach. Można go jeść przed telewizorem popijając szklaneczkę ulubionego trunku, zaserwować gościom jako substytut kupnych słonych paluszków czy chipsów albo nawet użyć jako podłużnych minitalerzyków – bazy dla innych smakowitości, jak np. guacamole.

Sposobów na zrobienie tego przysmaku jest tyle, ilu domowych kucharzy. Boczek może być surowy, parzony albo wędzony – cienko lub grubo krojony. Jedni przygotowują go na patelni, inni w piekarniku – a to przecież nie wyczerpuje możliwości. Sama karmelowa glazura może być zrobiona w formie marynaty, smarowidła albo używana do polewania mięsa. Składniki również można dowolnie modyfikować, jednak są pewne cechy wspólne, których wymaga ogólna receptura. Potrzebujemy z pewnością trzech rzeczy:

  • mocnego alkoholu o wyraźnym smaku
  • źródła cukru
  • ostrej przyprawy

W proponowanej wersji – bardzo minimalistycznej – użyłem szesnastoletniej whisky Lagavulin – mojej ulubionej, o niepowtarzalnym bukiecie złożonym m.in. z torfowego dymu, pieprzu, wody morskiej, ale także słodu i wanilii. Za element słodki posłużył prosty biały cukier puder, aczkolwiek nie przeczę, że miód wydaje się bardziej eleganckim elementem kompozycji. Ostrość zapewniła sproszkowana papryka Bird’s Eye. Jeśli chodzi o metodę, połączyłem trzy składniki glazury w małym naczyniu, a następnie nasmarowałem plastry boczku z obu stron – tak, aby całe mięso było dokładnie pokryte warstwą dobroci, lecz nie pływało w cieczy. Jako że – niestety – dziś niedziela z zakazem handlu – skazany byłem na dość ograniczoną ofertę wędliniarską jednego z dwóch otwartych w okolicy sklepów. Padło ostatecznie na wędzony surowy boczek w plastrach – dość dużych, ze sporą zawartością mięsa. Nadał się idealnie. Nagrzałem piekarnik do 150 stopni z termoobiegiem, boczek wyłożyłem na papier do pieczenia, naniosłem glazurę i wstawiłem do pieca na około 45 minut, mniej więcej w połowie czasu przewracając plastry na drugą stronę. Ważne, aby wytopił się cały tłuszcz, mięso upiekło się na chrupko, a jednocześnie nie spaliło się. Gdy uznałem, że potrawa jest gotowa, wyjąłem moje małe diabły na ręcznik papierowy, dokładnie osuszyłem z resztek cieczy i odłożyłem na talerz do stwardnienia. Lubię boczek, który ma konsystencję chipsów. Miękki i zwiotczały nie należy do moich ulubieńców.

Jako że w dzisiejszym wydaniu boczek był przekąską pod oglądanie Grand Prix Włoch, wystarczył mi do niego prosty dip, który zrobiłem z sera niebieskiego Lazur i śmietany 18%, delikatnie przyprawiając mieszankę pieprzem syczuańskim i odrobiną soli.

Do popicia polecam szklaneczkę ulubionego mocnego trunku albo kawę na lodzie. U mnie dziś wygrała druga opcja – El Salvador Finca Divina Providencia z palarni Fjord z Berlina. Zaparzyłem ją z podwójnej porcji w Aeropressie, a następnie przelałem do półlitrowej szklanki pełnej lodu.

Polecam swobodne modyfikacje przepisu, od kombinowania z rodzajem alkoholu (widzę tu pole dla wszystkiego z nutą wiśni), cukru (miód, syrop klonowy) czy przyprawami (może jakiś arabski albo tajski mix?).

A Wy jak lubicie robić swój karmelizowany boczek?

W skrócie:

Składniki:

  • opakowanie boczku surowego wędzonego
  • 50 ml Lagavulin 16
  • łyżeczka cukru pudru
  • 1/2 łyżeczki sproszkowanej papryki Bird’s Eye

Procedura:

  • Nagrzać piekarnik do 150 stopni Celsjusza z termoobiegiem
  • Układać boczek w plastrach na blasze na papierze do pieczenia
  • Wymieszać składniki glazury i nakładać ją na plastry tak, by pokryć je z obu stron, ale uważać, by mięso nie pływało w zbyt dużej ilości cieczy
  • Piec do momentu, aż mięso będzie chrupkie, a tłuszcz wytopiony (około 45 minut, po 20-25 z obu stron)
  • Osuszyć mięso i odstawić do stwardnienia
  • Podawać z dipem blue cheese lub BBQ oraz szklaneczką whisky lub kawą na lodzie
Inspiracje BBL: Torfowy karmelizowany boczek na ostro

BBL Hot Sauces Series: The Vampire Slayer

The Vampire Slayer

Przychodzi taki dzień w roku, kiedy trzeba zrobić ostry sos. Jakoś tak już jest, że często miłość do mięsa, piwa i samochodów łączy się także z preferencjami odnośnie do ostrej kuchni. Jako że ostatnimi czasy robię dużo kiszonek, postanowiłem połączyć te rzeczy i wyprodukować swój pierwszy kiszony diabelski sos, który można używać zarówno jako dipa do mięs, wędlin i serów (mój ulubiony sposób), ale i jako bazy do dań jednogarnkowych, spaghetti, czy czego tam jeszcze dusza zapragnie.

Z kiszonymi sosami problem jest taki, że nie możecie go sobie zrobić od razu – ot tak. Jego produkcja trwa tygodniami, gdyż oprócz was bardzo ważną rolę pełnią w niej bakterie kwasu mlekowego. W domu fermentuję wszystko spontanicznie, więc nie ma mowy o dodawaniu gotowych kultur czy dolewaniu octu. Trzeba dać się rozwinąć bakteriom zawartym w warzywach i owocach, stwarzając im optymalne warunki. Przepis – poza wymogiem dania czasu drobnoustrojom – jest banalnie prosty.

A więc najpierw solanka. Tu wielkiej filozofii nie ma. Do moich kiszonek dałem 20 gramów soli morskiej z Dorset wraz z płatkami chili na litr przegotowanej, odstanej i ostudzonej do około 40 stopni Celsjusza wody. Następnie podzieliłem solankę na słoiki i do jednego wrzuciłem papryczki habanero, do drugiego czosnek, do trzeciego ogórki ze standardowym zestawem (koper, chrzan, zielsko) wraz z papryczkami jalapeno, a do czwartego – czereśnie z ogonkami! Tak, tak – to mój eksperyment, który niedługo przejdzie do fazy testowania smaku.

Po tygodniu w cieple i czterech tygodniach w lodówce (można sprawdzić wcześniej) moje fermenty uznałem za gotowe, więc można było przejść do produkcji sosu. Do blendera poszło:

  • 15 kiszonych papryczek habanero bez ogonków (ale z gniazdami i pestkami)
  • 2 kiszone papryczki jalapeno
  • 11 kiszonych ząbków czosnku
  • pół surowej cebuli
  • około 100 gramów koncentratu pomidorowego 30%
  • łyżeczka cukru pudru
  • odrobina wody dla ułatwienia blendowania

Wszystko zmiksowałem na w miarę jednolitą masę i zapakowałem w dwa słoiki po około 200 gramów.

Aromat sosu powala – dosłownie. Jest niesamowicie intensywny, a o prym walczą w nim olejki eteryczne papryki oraz czosnku, połączone z charakterystycznymi nutami kiszonymi. W smaku również dostajemy solidnego kopa ostrości prosto w twarz.

Uwaga: polecam stosowanie rękawiczek oraz zachowanie szczególnej ostrożności jeśli chodzi o oczy i inne wrażliwe części ciała!

Smacznego!

 

 

BBL Hot Sauces Series: The Vampire Slayer