I Festiwal Smaków Food Trucków

Z lekkim opóźnieniem, ale jednak są już moje wspomnienia dotyczące I Festiwalu Smaków Food Trucków (9-10 maja). W sobotę udałem się na Franowo w celu spróbowania czegoś nowego, a – w razie braku ciekawostek – zjedzenia solidnych, dobrych burgerów. Zanim dojechałem na miejsce, czytałem pierwsze recenzje, w których przewijały się krytyczne uwagi na temat głośności agregatów czy też kolejek. Były one uzasadnione, gdyż na dłuższą metę ciężko było wytrzymać hałas maszyn prądotwórczych, a kolejki do najciekawszych miejsc ciągnęły się prawie tak, jak na początku lodowej rewolucji na Kościelnej. Mam nadzieję, że następnym razem zostanie pociągnięty prąd z budynków sklepowych, lub zmieni się lokalizacja na taką, która zapewni elektryczność bez inicjowania agresji sonicznej. Pogoda pierwszego dnia dopisała, ale ja sam nie miałem zbyt wiele czasu. Skończyło się na plastrze okazałej szynki ze świń karmionych żołędziami od Celtyckich Smaków. Smacznie, acz bez szału.

11212714_1634233463466145_2691889759270057573_o(1)Zdjęcie: Van Cygan

Więcej chwil na degustacje mogłem poświęcić w niedzielę, ale wówczas pogoda się nieco popsuła i chłodny wiatr raczej nie sprzyjał staniu w kilkudziesięciominutowych kolejkach. Od samego początku chciałem spróbować wytworów z food trucka o osobliwej nazwie Van Cygan. Nie wiem na ile jest to prowokacja, a na ile ten obwoźny bar ma coś wspólnego z Romami, ale na pewno przyciąga uwagę. Niestety, ofercie jedzeniowej bliżej do Meksyku niż do cygańskich taborów (powinienem raczej napisać: bliżej jej do europejskiego wyobrażenia o kuchni Meksyku niż do tego, co potocznie zwiemy potrawami po cygańsku). Spróbowaliśmy z Ukochaną tacos z krewetkami i panierowanych kalmarów. Dostaliśmy do tego sosy, jednak miały one moim zdaniem zbyt płynną konsystencję i zostały nieco przesolone. Samo mięso bez zarzutu – chrupiące panierowane krewetki spełniły wszelkie oczekiwania mojego podniebienia, podobnie jak kalmary, którymi zajadała się moja partnerka. Minus na pewno należy się za temperaturę samych tacos, gdyż – niby grillowane – były po prostu zimne. Czekam z niecierpliwością na kolejną degustację u Cygana i na ustalenie stałej lokalizacji trucka. Burgerownie ominęliśmy szerokim łukiem, ponieważ mamy ich wiele na co dzień, jednakże naczytaliśmy się dużo dobrego o serwowanej na festiwalu pizzy. Niestety, nie było nam dane jej skosztować. Moim zdaniem w sytuacji, gdy jest tyle różnych rzeczy do jedzenia, sprzedawanie pizzy tylko w całości, bez możliwości zakupu na kawałki, jest dość kiepskim pomysłem. Wszak człowiek nie jedzie tam zjeść jeden solidny obiad, a skosztować różności. Przynajmniej my wyszliśmy z takiego założenia. Następnym razem dobrze by było umożliwić branie porcji degustacyjnych. Posługując się analogią, to jakby na craftowym festiwalu sprzedawać tylko półlitrowe piwo. Może na wiejskich festynach to norma, ale na szanujących się imprezach mniejsza pojemność na spróbowanie to podstawa. Kolejne kroki zaniosły nas do warszawskiego trucka Kiełba w Gębę, który serwował kilkanaście rodzajów kiełbasy z rusztu. Niestety, nie zdążyliśmy na kaszankę (wyszła w sobotę), więc musieliśmy się zadowolić wersjami z chili i curry. Nie wiem, czy to wina czynnika chłodzącego wiatru, czy niedopieczenia, ale jednak po zaniesieniu ich do stolika nasze potrawy były co najwyżej letnie. Gdyby przymknąć oko na temperaturę, w smaku nie ma do czego się przyczepić. Nie interesowały nas ani frytki, ani naleśniki, więc ostatnim punktem, do którego podążyliśmy, były znów Celtyckie Smaki. Tym razem jednak darowaliśmy sobie szynkę, a w zamian zamówiliśmy grillowane ślimaki, hermelina i… kiszonego śledzia. Ślimaczek na raz był… w sam raz, ale raczej nie na tyle dobry, by zjeść ich kilkanaście. Wielki plus, że zdecydowano się na sprzedaż mięczaków na sztuki. Hermelin niczego mi nie urwał – okazał się zjadliwy, ale spodziewałem się więcej. Po smaku stwierdzam, że zabrakło zwyczajnie czasu. Taki serek musi poleżeć w marynacie, by dobrze nią przejść. Trzy tygodnie później zapewne smakowałby o niebo lepiej. Ten sam zarzut właściwie można postawić kiszonym śledziom – za mało kiszonki. Mój wybór tej potrawy inspirowany był oczywiście pragnieniem skosztowania słynnego szwedzkiego przysmaku surströmming, z którym (według opisów szczęściarzy, którzy próbowali skandynawską ambrozję) niewiele miał jednak wspólnego. Ot – troszkę bardziej słony śledzik z octu i cebuli. Do popicia serwowano na festiwalu m.in. robioną na miejscu pyszną lemoniadę. Tu należą się wielkie słowa pochwały: na życzenie nie dodawano cukru! Będę to zawsze podkreślał mocno, bo ostatnio pod Bramą Poznania wszystko było słodzone. Food trucki rozstawią się ponownie w najbliższy weekend z okazji Beer Friends Festival w Starej Rzeźni, więc mam zamiar znów odwiedzić kilka z nich. Być może wynajdę coś nowego? Już zacieram ręce na aktualizację menu Cygana.

IMG_20150510_162215_1Na koniec dopiszę jeszcze, że po kilku godzinach zgłodnieliśmy i trafiliśmy przypadkiem do kawiarni przy hostelu Explorer – Explorer Caffe (ludzie! weźcie poprawcie ten błąd w nazwie…), ukrytej za narożnikiem ulicy Wszystkich Świętych przy Garbarach. Weszliśmy tam skuszeni ofertą pierogów, na które przyszła nam nagle ochota. Muszę w tym miejscu nadmienić, że po likwidacji Chatki Babuni ciężko zaspokoić nas w sprawach pierogowych i ukoić wygłodniałe z tęsknoty za dobrym serca. Na szczęście w Explorerze wszystko smakowało jak należy – pielmieni jak w moich rodzinnych zabużańskich stronach, a ruskie prawie tak dobre jak u babci (no dobra, nic nie jest tak dobre jak u babci, ale było smaczne). No i te ceny – znakomite! Jeśli ktoś ma ochotę zjeść naprawdę smaczne i tanie pierogi to zdecydowanie polecam udać się w to dość słabo rozreklamowane miejsce.

Reklamy
I Festiwal Smaków Food Trucków