Co i gdzie zjeść (i wypić) w Kazimierzu Dolnym?

Dwa tygodnie z dala od Poznania, codziennych obowiązków i myślenia o rzeczach poważnych. Tego mi było trzeba. Dwa tysiące kilometrów za kierownicą mojego niezawodnego auta. Prawie tuzin osób podwiezionych dzięki BlaBlaCar. Święta z rodziną, wyjścia ze znajomymi i w końcu Sylwester w Kazimierzu Dolnym z Ukochaną. Nie byłbym sobą, gdybym nie zrobił stamtąd kulinarno-piwnej relacji. A więc… co i gdzie warto zjeść (a także wypić) w najromantyczniejszym mieście w Polsce?

P_20160102_143955.jpg

Na miejscu mieliśmy właściwie dwa pełne dni (piątek i sobota) plus sylwestrowy wieczór (czwartek) i niedzielny poranek (dzień wyjazdu). Nie mając jednak wykupionego wyżywienia w pensjonacie, skorzystaliśmy z okazji i eksplorowaliśmy liczne kafejki, restauracje i tawerny w zasięgu wzroku. Zdaję sobie sprawę, że nie weszliśmy wszędzie i zapewne ominęliśmy wiele ciekawych pozycji (Akuku…), ale – jak już mam to w swej prywatnej tradycji – pewne sprawy zostawiam na później, by mieć po co wracać.

Już przed wyjazdem postanowiłem zrobić mały wirtualny rekonesans i dzięki niemu wpadła mi w oko restauracja Kuchnia i Wino, która oferowała sylwestrowe zestawy z ciekawie zapowiadającymi się potrawami, a do tego rekomendowali ją zarówno Gault&Millau, jak i Wojciech Modest Amaro. Kartę win ułożył zaś Marek Kondrat. Dłużej nie trzeba było nas namawiać. Miejsce znajduje się przy ulicy Krakowskiej, przy której praktycznie każdy dom to kawiarnia, hotel lub restauracja. Kuchnia i Wino to gastronomiczna część pensjonatu Vincent. W środku znajdowały się dwie przestrzenie: jedna z małymi stolikami (gdzie zajęliśmy miejsce) oraz większa, skąd dobiegał gwar dzieci (z ulgą nie musieliśmy tam siadać). Jako aperitif otrzymaliśmy kieliszek kir royal, a następnie po kolei delektowaliśmy się elementami kolacji. Degustację zaczęliśmy od koziego sera, buraka w czterech odsłonach, orzecha włoskiego w karmelu i płatków soli. Wszystko podane w iście designerski sposób, godny powitania 2016 roku. Bardzo mnie ucieszył fakt, iż kulinarne trendy, także jeśli chodzi o estetykę, wyszły z dużych miast i powoli trafiają również do mniejszych ośrodków. Druga pozycja w menu to, zdaniem obojga z nas, najsmaczniejsza część wieczoru: aksamitny krem z kalafiora, syrop klonowy, płatki chabrów i gałka muszkatołowa. Od wyglądu, przez piękny aromat, okrągły smak, aż po długo pozostające odczucie w ustach mogliśmy celebrować wspólnie spędzoną chwilę we dwoje przy noworocznym stole, wpatrzeni sobie w oczy, płomień świecy i fioletowe płatki chabrów skąpane w kalafiorowej emulsji. Danie główne, czyli mięsne, stanowiły do wyboru: perliczka, galaretka z jarmużu, sos z czarnej porzeczki, puree z pietruszki i mus marchewkowy lub troć na czarnej soczewicy, groszek cukrowy, piana pomarańczowa, mus ogórkowy i sól pomarańczowa. Za ptactwem jakoś szczególnie nie przepadam, więc perliczkę zjadłem ze smakiem, ale bez sensorycznych egzaltacji. Troć, którą otrzymała moja Ukochana, wydawała się nieco bardziej wyrazista, a cukrowy groszek stanowił ciekawy dodatkowy akcent o całkiem sporym natężeniu smaku, co zawsze jest mile widziane w moim odczuciu. Mus ogórkowy nieco przypominał w konsystencji galaretkę i miał posmak kisielu. Jedzenie deseru u mnie zawsze przypomina chwytanie byka za rogi, gdyż – jak wielokrotnie podkreślałem – nie lubię w nadmiarze smaku słodkiego i bardzo łatwo osiągam pułap przesłodzenia. Solidna porcja musu waniliowego była jednak, dzięki swej konsystencji i lekkości, doskonałym zakończeniem wieczoru, a świetna kwaskowa kontra granatu zapobiegła przekroczeniu limitu odczucia słodyczy. Za mały minus można jedynie uznać brak synchronizacji napojów z jedzeniem (wino dostaliśmy jak już zjedliśmy danie główne, a kawę po skończonym deserze), ale przy bardzo dużym natężeniu ruchu i wszystkich zajętych stolikach (przynajmniej w naszej sali) można to spokojnie wybaczyć. Doświadczenie oboje uznajemy za bardzo udane i polecamy to miejsce na romantyczną kolację we dwoje!

Następnego dnia stwierdziliśmy, że skoro jesteśmy w Kazimierzu, to musimy skosztować trochę żydowskiego dziedzictwa tego miejsca. Wybór był oczywisty – Bajgiel przy starej synagodze, obecnie przerobionej na hotel i muzeum. W menu roi się od żydowskich przysmaków, a jako specjalność zakładu prezentowany jest tytułowy bajgiel w trzech odmianach. Ku mojemu zasmuceniu, okazało się, że goście przed nami zamówili już ostatnią sztukę. Na szczęście ostatecznie bajgle dojechały i mogliśmy spróbować wybranej przeze mnie wersji z wędzonym łososiem. Przecięty na pół wypiek z rybno-jajecznym wnętrzem plus sałatka ze świeżych warzyw były dokładnie tym, czego oczekiwałem. Świeże, chrupiące, pyszne – w sam raz na pożywny śniobiad. Do tego zamówiliśmy jeszcze czulent, w którym moim zdaniem za bardzo dominowały klimaty mączne, ziemiste, ziarniste, strączkowe, a za mało w nim było mięsa, ale to tylko moje preferencje urodzonego mięsożercy. Smakowało całkiem nieźle. Karp w sosie cytrynowym zamówiony przez Justynę był bardzo maślany, co adekwatnie komponowało się z charakterem ryby i kwaskowatą kontrą cytryny. Minus tej wizyty wziąłem całkowicie na własne życzenie. Piwo Kazimierskie Niepasteryzowane wytwarzane przez znany z produkcji smakowych Magnusów Browar Jagiełło to potwornie utleniony lager o nutach kartonowo-starozbożowych, bez piany, goryczki i smaku. Wniosek: idźcie do Bajgla na obiad, darujcie sobie piwo.

Jpeg

 

Na wieczór trafiliśmy do Podcieni na kawę i piwo. Kraftu co prawda nie było, ale mogłem się napić Porteru z Okocimia, który ostatnio zbierał niezłe noty. Ogólnie rzecz biorąc, gdy idziecie do knajpy, w której nie serwuje się piwa rzemieślniczego, pytajcie o portery bałtyckie. Te dostępne w Polsce, nawet z dużych koncernów, zwykle da się z przyjemnością wypić (pod warunkiem że nie traficie na felerną warkę z masakryczną ilością żelaza lub alkoholu w smaku w przypadku Żywca). Wyboru napoju w Podcieniach, w każdym razie, nie żałowałem. Przed pójściem spać zaszliśmy jeszcze do restauracji Pod Wietrzną Górą, gdzie kelner uraczył nas opowieściami o mieście, a na dodatek zjedliśmy pysznego wołowego tatara z dodatkami. Dla wielbicieli surowizny – polecam. Oprócz tego zamówiliśmy pierogi ruskie, które okazały się poprawne – choć ciasto mogło być lepsze.

P_20160102_111238.jpg

 

W sobotę postanowiliśmy solidnie pozwiedzać, przejść się do Galerii Grabskich na wystawę pięknych, romantycznych obrazów autorstwa Dariusza Twardocha, a także w końcu skosztować oferty polecanej przez wszystkich knajpki o nazwie Przystanek Korzeniowa. Utrzymana w stylistyce hippisowsko-góralskiej chatka z miłą obsługą, tłumem ludzi (na szczęście byliśmy pierwszymi gośćmi, bo inaczej zabrakłoby miejsc!) i smacznym jedzeniem na pewno warta jest odwiedzenia przez przemierzających Kazimierz podróżnych. Świetna lokalizacja (tuż przy wąwozie Korzeniowy Dół), lokalne rzemieślnicze lemoniady w wielu smakach, bardzo dobre śniadania i… kraft! Tak jest! Jedynie miejsce (o którym wiem) w Kazimierzu, gdzie można wypić porządne piwo. Co więcej, rzemiosło leje się nie tylko z butelki (standardowe marki), ale także z kija. Na nalewaku rządzi Browar Hopium. Zazwyczaj dostępne jest także produkowane w puławskich Trzech Koronach lokalne piwo Dziad, chmielone czterema polskimi chmielami, w tym na zimno Oktawią. Niestety, mimo moich szczerych chęci spróbowania, nie było tego dnia dostępne. Miejsce bardzo wpisuje się w moje poczucie klimatu i estetyki, a do tego ma ogromny plus za dobre piwo. Polecam mocno!

P_20160102_164852.jpg

Na obiad trafiliśmy do Knajpy Artystycznej, gdzie – zgodnie z nazwą – spotkałem nawet znajomego artystę. Zajęliśmy sobie z Justyną stolik w kąciku i zamówiliśmy po jednym daniu głównym. Dużym pozytywem była wielkość porcji – solidny kawał mięsa w panierce, do tego frytki i surówka, a także wielki placek po węgiersku, sowicie faszerowany i polany gulaszowym mięsiwem. W Artystycznej jest zupełnie inaczej niż w Kuchni i Winie. Nie ma tu pływających po powierzchni zupy płatków chabrów, natomiast jest wszystko to, czego potrzeba, aby smacznie się posilić: dużo smacznego mięsa za rozsądną, jak na Kazimierz, cenę. Głodomory wyjdą zadowolone!

Deseru nie zamawialiśmy, gdyż ten miał być pretekstem do wypróbowania kolejnej lokalizacji. Tym razem udaliśmy się do Cafe Faktoria, która to słynie z bezglutenowego menu oraz szerokiego wyboru kaw. Napoje podzielone są na sekcję zwykłą i ekskluzywną, a spośród wielu ziaren można sobie zażyczyć nawet słynną Jamaica Blue Mountain. To, czego brakuje, to alternatywne metody parzenia, które jeszcze do Kazimierza chyba nie dotarły. Wszystkie pozycje z listy deluxe przygotowywane są w ten sam sposób (w tygielku na gazie). Jak już wspomniałem, ciasta mają w Faktorii bezglutenowe, ale także całkiem spore. Zamówiliśmy dwa kawałki tortu, jeden sporządzany z z mąki kasztanowej, a drugi z dyniowej. Ciasto nie trzymało się tak ładnie formy, jak tradycyjna wersja z pszenicą, aczkolwiek nie było złe w smaku. Jak dla mnie jednak masa, którą zostało przełożone, okazała się zbyt zamulająca, tłusta i słodka jednocześnie. Zdecydowanie wolę coś lżejszego.

Nim się spostrzegliśmy, nadeszła niedziela i nadszedł czas na wyjazd. Przed południem pozostała chwila na śniadanie i herbatę. Tak się złożyło, że na naszej liście do odwiedzenia zostały jeszcze: U Fryzjera i Herbaciarnia u Dziwisza. W tym pierwszym miejscu raczyliśmy się bardzo dobrym śniadaniem po żydowsku, które inspirowane było wyraźnie tradycyjnym English breakfast, tyle że w judejskiej wersji. Kiełbaski, jajka, pyszne, puszyste grzanki, cebulka i pomidory zadowolą każdego głodomora. Zdecydowanie warto wstąpić. Dodatkowo skusiliśmy się na tatara, nasz papierek lakmusowy obok wołowego steku, który został podany bardzo efektownie i smakował całkiem nieźle. Wizyta u Dziwisza to już doświadczenie w innym stylu – złote ramy, lustra, antyki, książki. Do tego oczywiście główna bohaterka, czyli pyszna herbata. Tak jak prawdopodobnie tylko w Korzeniowej można napić się kraftowego piwa, tak najpewniej tylko u Dziwisza jest okazja zamówić lapsang souchong, czyli herbatę wędzoną, o zniewalającym aromacie ogniskowego dymu połączonego z ziemistością. Przy okazji herbaciarnia oferuje także zakup różnorakich liści do parzenia w domu. Ciast nie próbowaliśmy, gdyż już byliśmy pełni po śniadaniu.

Sylwestrowa wizyta w Kazimierzu okazała się dla nas bardzo udana, tak pod względem turystycznym, jak i kulinarnym. Bez wątpienia jest to piękne miejsce, idealne dla par, które chcą spędzić ze sobą romantyczne chwile we dwoje, a także dobrze zjeść, napić się smacznej kawy, ciekawej herbaty i dobrego piwa. Mam nadzieję, że mój miniprzewodnik pomoże Wam, gdy będziecie planować podróż w to magiczne miejsce. Dajcie znać, jakie Wy macie wrażenia z wizyty w tym urokliwym miasteczku i podrzućcie swoje propozycje!

 

Reklamy
Co i gdzie zjeść (i wypić) w Kazimierzu Dolnym?