Wyzwanie: Weekend w Wiedniu z Mamą!

sdr

Zazwyczaj w podróż udaję się sam, z Ukochaną lub ze znajomymi. Nadarzyła się jednak ostatnio szansa, by spróbować czegoś nowego i jednocześnie wymagającego – urodzinowa podróż do Wiednia z Mamą, zorganizowana przeze mnie z okazji Jej okrągłego jubileuszu. Być może dla wielu z Was nie jest to nic niezwykłego, jednak zanim przejdę do opisu naszego weekendu, muszę napisać kilka słów tytułem wstępu. Otóż, pomimo wielu podobieństw charakterologicznych, nasze preferencje różnią się totalnie, zwłaszcza jeśli chodzi o podróże. Dość powiedzieć, że moja Mama nigdy nie jeździ na wyjazdy „na własną rękę”, lecz zawsze korzysta z pakietów oferowanych przez biura podróży, śpi w drogich hotelach, a wszystkie atrakcje ma zagwarantowane i zaplanowane za nią. Na miejscu nie musi się o nic martwić, ani nic planować. Turystyczny mainstream, od którego zawsze trzymałem i będę się trzymał z daleka. Na pewno to znacie. Dorożki i bryczki kontra wielokilometrowe spacery. Witryny sklepów uznanych projektantów konta schowane przed masową turystyką kurioza. Restauracje z pierwszych stron przewodników kontra autorska i rzemieślnicza kuchnia. Krupówki kontra schodzenie do piwnic pełnych kości. Drinki z palemką kontra rzemieślnicze piwo w nowofalowym pubie. Kawa w sieciówkach z ładnym wystrojem kontra surowa alternatywa z dobrym ziarnem. Ogień i woda. Konflikt murowany. Przynajmniej – interesów. Największym sukcesem wyjazdu było więc to, że – mimo tak odmiennych upodobań – nie pokłóciliśmy się i wróciliśmy do Polski zadowoleni i szczęśliwi. To chyba cieszy mnie najbardziej w związku z wiedeńską eskapadą.

Wszystko zaplanowałem już jesienią, aby 13 grudnia – w urodziny Mamy – wręczyć Jej, jak gdyby nigdy nic, przewodnik po Wiedniu. Dlaczego w ogóle stolica Austrii? Mama zawsze mówiła, że chciałaby polecieć do jednego z klasycznie pięknych europejskich miast. Zazwyczaj wspominała o Wenecji, jednak tę destynację na prezent wybrała już przyjaciółka Mamy, a więc musiałem poszukać czegoś innego. Tradycyjnie zacząłem poszukiwania atrakcyjnych cenowo lotów z Polski i wpadł mi w oko Wiedeń, gdzie byłem jako nastolatek i niewiele z tego pamiętam, a Mama nie widziała stolicy Austrii nigdy. Szybka decyzja, bilety zabukowane, niezły hotel w ścisłym centrum i w dobrej cenie znaleziony (Riess Hotel przy Turkenstrasse) – można konstruować itinerariusz.

Starałem się połączyć to, co piękne dla mojej Mamy, z tym, co interesujące dla mnie. Zapytałem więc zawczasu, jakie punkty zaznaczyła jako konieczne przystanki podczas naszej podróży w ofiarowanym przeze mnie przewodniku. Przeprowadziłem analizę czasową oraz dodałem to, co interesuje mnie. Musiałem pamiętać, że tempo zwiedzania Mamy jest dużo wolniejsze niż moje oraz że dwa i pół dnia (przylecieliśmy w piątek po południu, a wracaliśmy w poniedziałek rano) to za mało, by wszystko zobaczyć. Uważałem równocześnie jednak, że czasu wystarczy, by się paroma rzeczami zachwycić, nawet jak kilka z nich przegapimy (ostatecznie nie udaliśmy się ani do Belwederu, ani do Schönbrunn, ani nie weszliśmy do wielu muzeów czy galerii sztuki). Jestem podróżnikiem emocjonalnym i tzw. efekt wow jest dla mnie o wiele ważniejszy, niż szczegółowe opisy, czy poznawanie historii sztuki lub techniki wykonania. Godzinne gadanie przewodników o tym, do czego służyła ta i ta miska, albo jak kreski stawiał dany malarz, to właśnie to, co mnie w szczenięcym wieku zniechęcało do zwiedzania. Nudy. Dlatego do dziś wolę eksplorować sam. Skupiam się wtedy na tym, co ważne dla mnie – na emocjach. Liczy się to, czy mnie dana rzecz zachwyca, intryguje, prowokuje do myślenia, czy powoduje, że moje serce bije szybciej lub czy myślę o niej parę dni po ekspozycji. Tak jak chociażby drzewo zrobione z łusek pocisków karabinowych, które widziałem kiedyś w Londynie. Technikalia zawsze były dla mnie nudne i powodowały, że przebierałem nogami, aby iść dalej. Jesteśmy w tym z Mamą chyba podobni, sęk jednak w tym, że zachwycają nas inne rzeczy, o czym pisałem we wstępie.

cof

Pierwsze kroki skierowaliśmy do restauracji Figlmüller, która mignęła mi w jednym z filmów na YouTube jako ta, gdzie trzeba się udać, by skonsumować prawdziwy i oryginalny wiedeński sznycel. Takowe oczywiście serwowane są tu praktycznie wszędzie, jednak zaufałem oglądanemu programowi. Miejsce to istnieje od ponad 110 lat i – jak powiedział nam kelner – jest de facto starą winiarnią, która specjalizuje się w kuchni regionalnej. Sznycel, który dostaliśmy, był ogromny, a jego rozmiar potęgował talerz mniejszy od dania, co jest oczywiście znanym trikiem. Do tego zamówiłem tradycyjną sałatkę ziemniaczaną. Próbowałem namówić Mamę, by wzięła coś innego i abyśmy się wszystkim podzielili po połowie, stawiając wszystko na środku stołu, jednak zapomniałem, że nie jestem na spotkaniu foodies w miejscówce z przewodnika Gault & Millau.  Warto też dodać, że moja Mama jest raczej niejadkiem, do tego wybrednym – z długą listą rzeczy których nie je, i zwykle jeszcze musiałem dojadać Jej porcje. Sznycel był pyszny, z chrupiącą panierką i okraszony ćwiartką cytryny. Figlmüller spełnił oczekiwania!

hdr

Jako że powoli zaczynało się ściemniać, poszliśmy spacerem przez starówkę, zahaczając o zachwycający Kościół Jezuitów, którego późnobarokowe wnętrze zapierało dech w piersiach. Niestety dla zdjęć, w środku panował półmrok, z gdzieniegdzie palącymi się świecami i punktowym oświetleniem. Dla ogólnego wrażenia stanowiło to jednak niewątpliwą zaletę. Następnie udaliśmy się do najbardziej centralnego punktu każdej wiedeńskiej wycieczki, czyli Katedry Św. Szczepana, wokół której gromadzili się woźnice stojący przy swych fiakrach, nagabując turystów na przejażdżkę za miliony monet. Mama przez dwa dni bardzo chciała wpaść w tę turystyczną pułapkę, a kiedy już się poddałem i trzeciego dnia sam zaproponowałem pójście na rękę, jednak się rozmyśliła. Wszak do tego czasu zdążyliśmy zobaczyć wszystko pieszo i nie miało to już sensu. W samej katedrze najbardziej interesowała mnie oczywiście krypta i ossuarium, jednak na zwiedzanie było już za późno, więc musieliśmy je przełożyć na kolejny dzień.

W sobotę udaliśmy się ponownie na Stephansplatz, by się następnie… rozdzielić. Mama poszła oglądać wystawy u Diora i Prady, a ja – trumny, urny i kości w podziemiach katedry. Umówiliśmy się, że spotkamy się za pół godziny przed wejściem do katedry i każdy zajął się tym, co mu sprawia przyjemność. Chyba dobry kompromis? Katakumby kryją kilka pomieszczeń. Najpierw mamy podziemną kaplicę oraz miejsce spoczynku biskupów, następnie miedziane urny z zakonserwowanymi w alkoholu wnętrznościami zmumifikowanych Habsburgów oraz trumny ze zwłokami księcia Rudolfa, jego żony oraz kilku innych członków rodziny. Następnie przeszliśmy do drugiej części, gdzie spoczywają szczątki dawnych mieszkańców miasta wśród pozostałości po drewnianych trumnach oraz kości i czaszki ofiar epidemii dżumy. Znakomity klimat dla każdego mrocznego romantyka. Wcześniej z kolei udało mi się zwiedzić kryptę Habsburgów w Kościele Kapucynów. Znajdują się tam ciała członków rodziny cesarskiej sięgające odległych stuleci, a wielbiciele sztuki funeralnej mogą podziwiać dizajn trumien od okresu neoklasycyzmu aż po czasy współczesne. Barokowe sarkofagi stylizowane na pirackie statki z czaszkami u dziobu wprawiły mnie w niebywały zachwyt. Miód na moje czarne serce.

sdr

Wracając do piątku, idąc dalej drogą prowadząca od Katedry do Opery, zajrzeliśmy do sklepiku holenderskiego serowara – Henriego Williga. Na miejscu mogliśmy spróbować wielu odmian sera, a także przyprawowych wariacji na jego temat. Najbardziej do gustu przypadły mi dojrzewające kilka lat sery owcze i kozie, o intensywnym zapachu, wyrazistym, ostrym smaku i twardej, ziarnistej teksturze. Takie doznania sensoryczne powodują wzmożoną pracę ślinianek. Uwielbiam to uczucie.

hdr

Naprzeciwko opery znaleźliśmy otwartą do późna kawiarnię Gerstnera, którą miałem zaznaczoną na swojej mapie miejsc wartych odwiedzenia. Niestety, drugie piętro, najbardziej zdobne i eleganckie, było zamknięte, więc usiedliśmy na pierwszym, tuż przy spiralnych schodach. Do herbaty zamówiliśmy tradycyjny wiedeński strudel jabłkowy w akompaniamencie bitej śmietany. Mimo kilku negatywnych recenzji przeczytanych w internecie na temat jakości tutejszych ciast, uważam, że strudel ten był o wiele lepszy i efektowniejszy niż te, które jedliśmy i widzieliśmy później. Mogę śmiało polecić udanie się nań właśnie tu. O ile mnie zachwycały sery, strudle i ossuaria, Mama nie mogła wyjść z podziwu nad sukienką kosztującą tyle, co nowy samochód z salonu, którą zauważyła w butiku obok kawiarni.

Na zakończenie wieczoru chciałem koniecznie odwiedzić miejsce, gdzie można napić się kraftowego piwa i idealnym wydał się browar restauracyjny 1516 Brewing Company. Niestety, w środku nie było miejsc, więc nie mogłem spróbować ich wyrobów. Stolik znaleźliśmy za to w leżącym nieopodal Stadtboden. Tam nawet niegustująca w piwie Mama skusiła się na kufelek, a ja wypróbowałem trzy austriackie wypusty firmowane przez koncern Ottakringer, a wydawane pod marką Brauwerk jako linia „crafty”. Flanders był mniej kwaśny niż niektóre nasze pale ale, IPA w miarę, porter w porządku. Wiadomo, że to nie jest prawdziwy kraft, ale dało się wypić. Mama spróbowała całkiem przyzwoitego weizena z Die Weisse.

sdr

Najważniejszym punktem wycieczki dla mojej Mamy, jako kolekcjonerki starej porcelany, była wyprawa na pchli targ odbywający się w każdą sobotę na targowisku Naschmarkt. Udaliśmy się tam z samego rana, jednak jakichś wielkich zakupów nie poczyniliśmy. Ceny okazały się wyższe, niż przewidywane. Udało się nam wynegocjować dobrą ofertę na kilka filiżanek i kielich z pozytywką do wina reńskiego. Druga część targu to sekcja żywnościowa, która mnie interesowała bardziej niż antyki. Znów degustowałem dojrzewające sery, a także słodycze sprzedawane przez imigrantów z Bliskiego Wschodu, co nieco przypomniało mi niedawne jordańskie klimaty. Niestety, Mama nie skusiła się na ucztę przy serowym fondue, którą oferował jeden z punktów gastronomicznych na skraju Naschmarktu. Od wejścia jednych odurzał, a drugich przyciągał, bardzo intensywny aromat sera. Sam spędziłbym tam sporo czasu i pojadł, ale zdawałem sobie sprawę, że dla Mamy to męczarnia, a nie przyjemność.

Jako że byliśmy już te kilkadziesiąt minut od centrum, zmienił się i krajobraz. Na ścianach budynków pojawiło się graffiti, a zamiast turystycznych miejscówek można było znaleźć nowofalowe śniadaniownie i kawiarnie. O ile ja w końcu poczułem się jak ryba w wodzie, spożywając kawową alternatywę, Mama wyrażała swoje zdegustowanie, że w Coffee Junkie siedzimy przy stole złożonym z desek, bez obrusa, a kawa podawana jest w musztardówkach z IKEI, kiedy na starówce czeka Wersal i filiżanki Rosenthala. To nic, że serwowanej tam masowej, marketowej kawy nie da się pić. Przyznam Mamie rację w jednym – jajecznica w wysoko ocenianym Budapest Bistro okazała się słaba – sucha i bez smaku.

Następnym punktem, który zaznaczyła w przewodniku Mama, była słynna Opera. Nie mówimy tu o spektaklu, a o zwiedzaniu wnętrz. Nie byliśmy przygotowani tekstylnie na obcowanie ze sztuką wysoką, a – o ile mi to nie robi różnicy – to Mamie owszem. Otrzymaliśmy informację, że zwiedzanie możliwe jest jedynie z przewodnikiem, a także, że w sobotę nie było już takiej możliwości. Ostatnia szansa to 14:00 i 15:00 w niedzielę. Odbiliśmy się więc od drzwi i zapisaliśmy powrót w to miejsce kolejnego dnia do naszego kalendarza. W niedzielę przybyliśmy do świątyni sztuki mniej więcej o 14:40. Mogliśmy wybrać oprowadzanie po angielsku, niemiecku, hiszpańsku, włosku i chińsku. Kupiwszy bilety, ustawiliśmy się więc pod napisem „English” i cierpliwie oczekiwaliśmy na przewodniczkę. Wkrótce przed naszymi oczami ukazało się audytorium ze swoimi lożami, zobaczyliśmy także scenę, backstage i foyer, jak i uginające się pod złotymi zdobieniami salki, które można wynająć sobie na prywatną herbatę podczas przerwy za „jedyne” kilkaset euro za kwadrans. Obejrzeliśmy również film przedstawiający, w jaki sposób sala adaptowana jest pod bal karnawałowy, a nawet udało się nam podejrzeć próby par przed występem debiutantów.

Przed niedzielnymi odwiedzinami w Operze, zahaczyliśmy o pałac Hofburg, w którym zwiedziliśmy ogromną wystawę sreber, zastaw stołowych i porcelany. Moja Mama, jako miłośniczka zdobnych filiżanek, w końcu poczuła się tu jak w swoim naturalnym środowisku. Gdyby były na sprzedaż, na pewno nie wyszlibyśmy stamtąd z pustymi rękami. Oprócz tej imponującej kolekcji, poznaliśmy historię cesarzowej Elżbiety – popularnej Sisi – oraz mieliśmy okazję przemknąć przez pałacowe apartamenty.

Wracając jeszcze do soboty, przed tym, jak odbiliśmy się od drzwi Opery, poszliśmy na słynny tort serwowany w kawiarni Hotelu Sacher. Sachertorte to czekoladowe ciasto przełożone masą i polane czekoladową polewą. Jako że uchodzi za numer jeden na liście rzeczy do zjedzenia w Wiedniu, przed wejściem do kawiarni ustawiają się kolejki. Nie jest to zresztą jedyne miejsce, gdzie tak to wygląda, ale o tym później. Tort Sachera można co prawda obecnie zjeść wszędzie, nawet w… Polsce, jednak ta pierwsza i oryginalna miejscówka jest właśnie tam – w położonym nieopodal opery luksusowym hotelu, gdzie ubrany w purpurowy kostium lokaj wywozi zawieszone na złotym wieszaku ubrania należące do czekających na podjeździe gości podróżujących nie WizzAirem, lecz mercedesami. Cafe Sacher padła jednak ofiarą własnego sukcesu. Pisałem już o tym w kontekście piwa, jednak zasada ta działa na każdym rynku. Gdy produkt staje się masowy, spada jego jakość. Kawiarnia ta nie musi o nią dbać, gdyż nastawiona jest na turystów, którzy z założenia przyjdą tam raz w życiu. Przychodzić będą zawsze, dopóki w każdym przewodniku znajdzie się informacja o tym, że to legendarne ciasto, które każdy musi spróbować. Produkt, który dostaliśmy, nie dorastał do pięt reputacji, którą posiada. Wysuszone biszkopty sugerujące nie pierwszą świeżość (a przecież przy takim przemiale to praktycznie niemożliwe – mrożone ciasto? Nadprodukcja na wszelki wypadek?) i paskudna kawa. Podziękuję. Jedynie wnętrze lokalu ładne. Ten przykład dobitnie pokazuje, dlaczego należy omijać szerokim łukiem miejsca oblegane przez turystów, a szukać diamentów pochowanych w piwnicach. Oczywiście, dla zaznaczenia pinezki na mapie „must-see places” może i warto, tak jak z Wieżą Eiffela czy La Scalą, ale jeśli ktoś myśli, że smak powali go na kolana – myli się.

A propos turystów, kolejek i tłumów, podobnie ma się rzecz w innych popularnych kafejkach: Cafe Demel i Cafe Central. Te dwa miejsca łączy równie zdobne wzornictwo, kelnerzy pod muchami, tradycja sięgająca czasów cesarstwa i dziesiątki Azjatów czekających w kolejce na stolik. Ostatnio wpadł mi w oko artykuł opisujący inwazję turystów zza Uralu na Europę, co przekłada się na wzrost cen, większe trudności w znalezieniu interesujących kosztowo ofert i – oczywiście – spadek jakości zarówno obsługi, jak i produktu. Po co dbać o klienta, skoro i tak większość przyjdzie tylko raz, a w kolejce czeka nieokreślona liczba Chińczyków, która zostawi posłusznie swój hajs, bez proszenia o rabat i jakichkolwiek wymagań odnośnie do serwisu? Co więcej – to, co otrzymają, uznają, że właśnie tak ma smakować. Czysty biznes! Wystarczy odrobina kasy na reklamę w azjatyckich źródłach. W Cafe Demel odbiliśmy się od kolejki trzykrotnie i w sumie nawet nie żałujemy, bo czytaliśmy, że jest to miejsce mocno przereklamowane. Mimo to, chcieliśmy się sami przekonać. Przynajmniej mieli ładny sklep ze słodyczami na parterze. W Cafe Central za pierwszym razem również nie znaleźliśmy miejsca, jednak w niedzielę to właśnie tam udaliśmy się na śniadanie. Kolejka była mała – może na dwa-trzy stoliki – więc poczekaliśmy i zasiedliśmy do uczty. W internecie wyczytałem, że bywało tu wielu dygnitarzy dawnych czasów, na czele z Leninem i Hitlerem. Co ciekawe, w menu kawiarnia chwali się wieloma postaciami, które odwiedzały ten lokal, jednak wspomnianą dwójką – nie. Byłoby to zrozumiałe, gdyby nie to, że… wśród znamienitych gości wymieniany jest Lew Trocki… Zjadłem tu śniadanie nazwane na cześć miejscowego pisarza – Petera Altenberga, jednego ze stałych klientów sprzed lat, którego figura wita nas przy wejściu. W skład dania wchodzi ser, szynka, jajecznica, kajzerka, ciemny chleb, masło, dżem i sałatka owocowa. Wszystko bardzo smaczne, tylko że podobno Altenberg był… wegetarianinem. Nie wiem więc, jak to jest z tą autentycznością owej propozycji śniadaniowej. Mama zamówiła naleśniki z dżemem morelowym i posypką z cukru pudru, które były przeraźliwie słodkie. W gablotce widniało wiele prawdziwie foodpornowych deserów, jednak nie zamówiliśmy żadnego, oszczędzając miejsce w żołądku na później.

Wyjątkowym zwieńczeniem kawiarnianego rekonesansu była wizyta w Cafe Schwarzenberg. Nieco przypadkowa, bo na zdjęciach wnętrza nie zrobiły na Mamie wrażenia. Okazało się jednak, że czekała tam na nas przepiękna niespodzianka. Trafiliśmy akurat na koncert kameralny. Do kawy przygrywała rudowłosa pianistka i cygański skrzypek, a wokalnie zabawiał towarzystwo śpiewający kelner. Mamę w zachwyt wprawił zwłaszcza „Walc nr 2” Szostakowicza w ich wykonaniu. Mi do pełni szczęścia zabrakło „Smutnej niedzieli” Rezso Seressa, bo przez moment poczułem się jak w tamtych czasach. Część ludzi, zamiast słuchać, siedziała wgapiona w swoje smartfony, ale może właśnie dzielili się z przyjaciółmi swoimi odczuciami? W Schwarzenbergu zjadłem świetne ciasto o nazwie Bomba Mozarta, czyli ciemne biszkopty przełożone wielokrotnie białą masą, a wszystko to pokryte zieloną marcepanową polewą. Wypiłem także piwo – 1475 IPA z browaru Kaltenhausen (własność Heinekena). Wyczułem lekki karmel i ładny chmielowy aromat, a sam napój piło się przyjemnie.

mde

Warto wspomnieć jeszcze o kilku lokalach gastronomicznych, które udało się nam odwiedzić. Pierwszy z nich to pub ze ścianami wyłożonymi przeróżnymi puszkami i birofiliami – Bier & Bierli. Zjadłem tam ogromną ilość żeberek (dwa długie płaty) z ziemniakami i zieleniną, trzema sosami oraz warzywami. Porcji pojedynczej w menu nie znajdziecie! Do tego zamówiłem smacznego lagera wiedeńskiego z browaru Schwechat. Być w stolicy Austrii i nie wypić piwa w stylu, który tu powstał, to jak pojechać do Rzymu i nie zobaczyć papieża. Mama wybrała austriacką wariację na temat mac & cheese, czyli Käsespätzle. Oczywiście danie przyniesiono udekorowane prażoną cebulką i szczypiorkiem, których Mama nie je, więc obsługa została poproszona o usunięcie kłopotliwych składników. Wizyta z Mamą w restauracji to zawsze zapowiedź wyzwania dla kucharza i nierzadko dodatkowych kłopotów dla obsługi. Praktycznie w każdym miejscu Mama chciała zmieniać stolik, bo nie odpowiadało Jej jego usytuowanie. O długiej liście dań wykluczonych z diety już wspominałem. Mimo tych trudności, udało się nam jednak i smacznie zjeść, i – co najważniejsze – bardzo miło spędzić trochę czasu razem, ku czemu mamy bardzo rzadko okazję, mieszkając ponad pięćset kilometrów od siebie.

hdr

W ścisłym centrum siedzibę swoją ma jeden ze słynnych punktów z kanapkami, założony przez krakowianina Franciszka Trześniewskiego. Są to kromki ciemnego chleba z różnymi dodatkami, których bazę stanowi zwykle pasta jajeczna. Smaczne, aczkolwiek nie rozumiem ich tak ogromnej popularności wśród wiedeńczyków i turystów. Być może wynika to z tego, że są zdrowsze – a równie szybkie – co kanapki serwowane przez popularne sieci fast-foodowe? Na miejscu podawane jest także piwo w mikroskopijnych kufelkach.

Tuż obok hotelu, na Turkenstrasse, znajduje się pizzeria Riva, w której co prawda pizzy nie jedliśmy, ale zapachy i ogromny piec opalany drewnem sugerują, że ma szansę być smaczna. My usiedliśmy w przestrzeni kawiarnianej, gdzie wypiłem bardzo przyzwoitego koncernowego zwickla z Ottakringera.

Także niedaleko, tuż obok uniwersytetu, trafiliśmy do Zum Leupold, gdzie zjadłem kiepskiego jabłkowego strudla, dobre Kaiserschmarrn, czyli chaotycznie ułożone, pocięte ciasto jak na ołatki z konfiturą śliwkową oraz przyzwoitą zupę gulaszową, w której oprócz mięsa pływała… pocięta parówka. Parówki zresztą w Wiedniu są na topie. To, co na początku wydawało mi się kolejką do Albertiny, gdzie akurat wystawiali Moneta i Picassa, okazało się tłumem ludzi czekającym na hot-doga w pobliskiej budce. Sam skosztowałem klasycznej wersji na wspomnianym wcześniej targu Naschmarkt. Ot – bułka z parówką – jak wszędzie.

Ostatniego dnia, gdy już zmierzaliśmy z bagażami na lotnisko, zahaczyliśmy jeszcze o dwa położone obok siebie lokale. Była to kawiarnia i palarnia kawy firmowana nazwiskiem Jonas Reindl, gdzie wypiłem perfekcyjne, cieliste, kremowe espresso, a także francuskie bistro Cafe Francais, w którym otrzymałem przepyszne śniadanie składające się z polanych żółtym sosem jajek po benedyktyńsku z wędzonym łososiem, podanych na francuskim toście. Jest to miejsce, gdzie przychodzi bardzo dużo studentów, jako że w pobliżu położny jest Uniwersytet Wiedeński. Do picia zaserwowano mi bardzo ciekawy koktajl z buraka i owoców, w którym to ziemisto-żelazisty smak bulwy dodawał interesującego posmaku. Na pośniadaniowy deser jeszcze spałaszowałem crème brulee i ruszyliśmy na pociąg jadący na lotnisko. Bogu dzięki za aplikacje mobilne! Tuż przed nami w kolejce do automatu z biletami stanęło dwóch serwisantów, którzy oświadczyli, że teraz muszą otworzyć maszynę. Mieliśmy sześć minut do odjazdu, więc wsiedliśmy do pociągu bez biletu i kupiliśmy je przez smartfona. Kocham nowoczesną technologię.

Na zakończenie pytanie-ciekawostka. Wiecie, czym jest „burger wiedeński”? Otóż – według lotniskowej kawiarni – kajzerką z plasterkiem szynki. Za 4,90 euro. Kurtyna.

Reklamy
Wyzwanie: Weekend w Wiedniu z Mamą!

Trzy remedia dla zblazowanych birgiczków

28865882844_deeaa068b0_n.jpg
Fot. flickr.com // This exploration is endless – Scott Richard

Pamiętam festiwal piwny w Olsztynie w 2017 roku, kiedy to rozmawiałem z Marcinem Olszewskim, wówczas jeszcze z Doctor Brew, który to na propozycję wspólnego napicia się piwa odparł, że piwo mu się ostatnio znudziło i zaproponował w zamian cydr. Nie był to wcale przypadek odosobniony. Sam w ostatnim okresie odczuwam lekkie zmęczenie piwem, a i tendencję takową obserwuję u wielu osób ze środowiska. W poprzednich felietonach wyraźnie zaznaczyłem, że piwna rewolucja ma dla mnie sens wtedy, kiedy przekracza granice, poszukuje ciągle czegoś nowego, zaskakuje niespodziewanym i wyrazistym smakiem, jest twórcza, a nie odtwórcza. Sęk w tym, że po spróbowaniu kilku tysięcy piw niewiele jest w stanie człowieka zaskoczyć. Pijesz kolejnego beczkowego RISa, turbo chmielone IPA, wykręcającego twarz kwasa, i… nic nowego nie czujesz. OK, fajnie – smaczny, nawet pyszny, ale… No właśnie – czy rewolucyjny? Raz jeszcze kawa, czekolada, ewentualnie lukrecja, melasa czy popiół; mango, cytrusy, tropiki lub nafta z lekką nuta cebuli; albo – w końcu – stajnia, końska derka, ocet, owoce. Oprócz tego jeszcze wanilia, drewno, kokos, czy – nie daj Boże – przytłaczająca słodycz. Nie wspominam nawet o piwach wadliwych czy zwyczajnie nieudanych kompozycyjnie. NUDA – najgorsze, co może być w życiu. Mam ostatnio wrażenie, że nic nie jest w stanie mnie w piwie zaskoczyć i zachwycić jednocześnie. Bardzo bym chciał się mylić; pragnę znów poczuć się jak w oceanie nowych doznań – tak, jak w 2012, kiedy otwierałem pierwszy raz butelkę Ataku Chmielu. Mój organizm domaga się ciągłej stymulacji, pobudzania nieporuszonych neuronów i szokowania kubków smakowych. EMOCJE. To one napędzają życie. INTENSYWNOŚĆ. Miłość i nienawiść. Życie i śmierć. W przeciwnym razie się po prostu nudzę. Zasypiam. Czuję się, jakbym oglądał kolejny film z Nicolasem Cage’em.

Musisz wciąż grać stawki va banque – to hazard Twój. Jeśli chcesz żyć, ryzykuj śmierć:

Jestem zblazowanym birgiczkiem, który nigdy nie może zaznać satysfakcji. Zapewne nie czuję tego sam, mimo że reszta milczy i się nie przyznaje. Piją z przyzwyczajenia albo dla towarzystwa. Nie ma zresztą w tym nic złego. W końcu piwo wśród przyjaciół smakuje najlepiej – nawet nie najlepszej jakości. Czym innym jednak jest aspekt społeczny, a czym innym – degustacyjny. Ten drugi pozostaje u mnie wiecznie niespełniony – z definicji. Bo co się stanie, jak w końcu znajdę jakąś bombę, która rzuci mnie na kolana? Ano pocieszę się nią parę chwil, może nawet napiszę na jej cześć pochwalny pean na tym blogu, poopowiadam ludziom, jakie to cudo spotkałem na swojej drodze, a następnego dnia… dalej będę szukał czegoś nowego. Na drugim biegunie jest jeszcze inna grupa znudzonych pogonią za nieuchwytnym króliczkiem. Oni po prostu spasowali i piją poprawne piwa bez cmokania i oczekiwania fajerwerków. Jak nie grasz, to nie przegrasz – jak mi ostatnio napisał znajomy. Jest to podejście obce mojej naturze eksploratora i poszukiwacza skarbów, jednak toleruję to, że ktoś świadomie takie wybiera – być może dla świętego spokoju. Na pewno jest ono zdrowsze dla psychiki niż nieustanna gonitwa. Moim zdaniem jednak życie jest po to, by doświadczać. Jak mam jednak doświadczać, gdy prawie wszystkiego już doświadczyłem? Gdzie jest moja terra incognita? Jak tu być Magellanem, gdy odkryty już każdy ląd?

Postanowiłem więc podzielić się swoimi spostrzeżeniami odnośnie do innych potencjalnych źródeł sensorycznej eksploracji – miejsc, gdzie można udać się w donkiszotowskim poszukiwaniu Atlantydy. Oto kilka propozycji:

INNE ALKOHOLE

Wybór raczej oczywisty. Na festiwalach piwnych pojawiają się cydry i miody pitne, które mogą stanowić jakiś punkt zaczepienia na dobry początek. Cydrownicy robią coraz lepsze i ciekawsze rzeczy, a rzemieślnicze miodosytnictwo powoli kiełkuje obok uznanych regionalnych i tradycyjnych marek. Pojawiają się także miody nowofalowe, również z zagranicy. Nie jestem ich fanem, gdyż zazwyczaj smakują mi jak tanie wino w rodzaju Leśnego Dzbana, pite lata temu na ś.p. białostockiej Magdalence – jednak wiem, że wielu beer geeków z entuzjazmem degustuje wytwory choćby amerykańskiego Superstition Meadery. Na pewno są one jakąś opcją. Znam wiele osób ze środowiska, które także mocno siedzą w winach. Z tym popularnym trunkiem od początku trwała jakaś podświadoma, bratobójcza rywalizacja. Sam zresztą często ją podsycałem, mówiąc o potrzebie zrównania piwa z winem w świadomości społecznej. Jako cel rewolucji widziałem (i widzę nadal!) bowiem plasowanie piwa rzemieślniczego jako towar luksusowy, który dobrze łączy się z wykwintnym jedzeniem i sztuką. Wino – mimo lekkiego konfliktu interesów – jednak może cieszyć równie mocno, co piwo, a poznawanie kolejnych niuansów smakowych pomiędzy różnymi jego rodzajami, a także nauka degustacji i kultury z nim związanej, dostarcza sporo ciekawych wrażeń. Kwestią czasu jest także wyzwolenie wina z potężnych okowów tradycji. Skoro udało się z piwem, to dlaczego by nie z winem? Tu akurat nie ma aż tak dużego problemu z kiepską jakością i nudą czy dostępnością dobrego produktu, co powoduje, że szansa na masowy bunt jest znikoma, jednak z uśmiechem na ustach przyjąłbym jakąś punkową winiarnię eksperymentującą np. z beczkami po torfowej whisky, brettami czy… chmieleniem wina na zimno. Biorąc pod uwagę, jak konserwatywne i przywiązane do tradycji jest winiarstwo, ta twórcza dekonstrukcja i ferment byłyby miodem na moje rewolucyjne serce. Dalej oczywiście mamy destylaty. Tu – tak samo zresztą jak w przypadku wina – barierą może być cena. Nie oznacza to jednak, że nie da się od czasu do czasu spróbować czegoś naprawdę ciekawego. Zacząć można przecież od regionalnych destylatów z dodatkiem miejscowych, unikatowych składników, a skończyć – jeśli portfel pozwoli – na nieprzystępnych whisky dla koneserów. Jako ostatni przykład pozapiwnych alkoklimatów mamy domowe nalewki, czyli nieskończone pole do eksperymentowania z alkoholem infuzowanym owocami, ziołami i innymi dodatkami. Wada wszystkich tych propozycji jest właściwie jedna – większość z nich ma jeszcze więcej etanolu niż piwo, co na dłuższą metę nie jest korzystne dla zdrowia przy większych i regularnych degustacjach.

KAWA

Na szczęście istnieją też uniwersa bezalkoholowe godne zmysłowego rekonesansu. Jeszcze dłużej niż piwna, w Polsce trwa rewolucja kawowa. Na jej temat wydawane są książki, atlasy, przewodniki, a mikropalarnie i autorskie kawiarnie serwujące najwyższej jakości kawę speciality powstają jak grzyby po deszczu – i to nie tylko w wielkich miastach. Tak się składa, że beer crowd to coraz częściej coffee crowd. Dochodzi przecież cały czas do wielu kooperacji na linii browar – palarnia czy browar – kawiarnia podczas warzenia piw kawowych, kawiarze przychodzą na piwne festiwale, a beer geeki na cuppingi czy inne wydarzenia związane z kawą. Idąc na takowe możesz być pewnym, że spotkasz tam jakąś znajomą twarz ze środowiska piwnego – piwowara, bloggera, panelistę czy też znajomego degustatora. Chodzą głosy, że świat sensoryczny kawy może być nawet bardziej zróżnicowany niż świat piwa, a zmiennych decydujących o zmysłowych doznaniach jest naprawdę wiele. Środowisko kawowe także – jak już wspominałem wcześniej – dorobiło się o wiele więcej (niż piwne) ładnie wydanych, ilustrowanych publikacji zdobiących półki nowofalowych kafeterii, czego możemy mu zazdrościć. Brakuje tego typu pozycji w popularnych multitapach. No ale kawa bardziej kojarzy się z książką, niż piwo… To też jest coś, co warto by było zmienić w świadomości ludzi. Książka, sztuka, wyszukana kuchnia + piwo. Tak, jak sobie kiedyś wymarzyłem.

JEDZENIE

Trzecim, najbardziej różnorodnym, światem jest oczywiście jedzenie. Rzecz jasna wszystkie poprzednie, razem z piwem, można by zaklasyfikować jako „napoje” – dla równowagi, jednak chodzi w tym punkcie o coś więcej niż samo spożywanie pożywienia. Wraz z rewolucją piwną i kawową, mamy w Polsce prawdziwą rewolucję gastronomiczną. Od lat 90-tych, kiedy prałat Jankowski święcił restaurację McDonald’s, do 2018 roku, gdy otwierają się mikroskopijne autorskie restauracyjki serwujące najdziwniejsze potrawy wymyślone przez pasjonatów lub pomysły przywiezione z podróży (to kolejna rzecz, którą cudownie by było połączyć z piwem!), a nawet „wędrowne” projekty typu Guerrilla Dining, minęło bardzo wiele czasu, a polski krajobraz gastronomiczny przeżył absolutną i całkowitą metamorfozę. Pomimo to, Polacy wciąż są daleko w tyle jeśli chodzi o jedzenie „na mieście” – częściowo zapewne z braku pieniędzy, jednak – w większości przypadków – z powodu mentalności wykształconej przez komunistyczną i nazistowską okupację, a wcześniej zabory. Wszak Portugalczycy nie zarabiają jakoś dużo lepiej, a w swoich mieniących się kolorami tęczy knajpkach przesiadują całymi dniami, słuchając snującego się gdzieś w oddali fado. W tych mało sprzyjających okolicznościach jednak gastroromantycy otwierają swoje przybytki, dzielą się swoją pasją i – nierzadko – bankrutują. Nie da się ukryć, że – obserwując Poznań – lokale zmieniają szyldy i właścicieli w zastraszającym tempie. Jeszcze nie zdążyłem gdzieś być, a tu się okazuje, że… już w tym miejscu jest inna knajpka. Tak jednak jest zawsze w przypadku biznesów z pasji. Jeden wypali, a dziesięć nie. Trudno. I tak warto. Nie jesteśmy robotami, a nie wyobrażam sobie nic bardziej nudnego i przygnębiającego, niż z góry ustalone role społeczne i zawodowe – oczywiście przydzielane przez wielkiego centralnego planistę w imię bezpieczeństwa i spokoju. Jako klient więc korzystam i próbuję, co tam nowego pojawiło się na gastromapie Poznania oraz miast, które odwiedzam. I tu wciąż znajduję rzeczy zaskakujące. Ciekawe połączenia, smaki, których nie znałem. A przecież gdyby to połączyć z piwem… Zrobić coś naprawdę szalonego. Wywrócić świat do góry nogami. Wyrwać z fundamentów zmurszałe mury stęchłej, nudnej tradycji i pomazać je różowym sprayem – jak grób Morrisona. Gwałcić tabu, szokować, sypać piaskiem po oczach.

Dla zblazowanego birgiczka więc jeszcze ogień nadziei się tli – choćby w trzech wyżej wymienionych uniwersach. A to przecież tylko fragment złożonej magii wszechświata. Są jeszcze – ograniczając się tylko do tego, co przyjmuje się doustnie, ostre sosy, sery, herbata, yerba mate, czy nielegalne substancje psychoaktywne. Toleruję, acz nie pojmuję trwania w jednym miejscu… Życie jest moim zdaniem zbyt krótkie, by przestawać poszukiwać bodźców. To wszystko tak naprawdę zaledwie skrawek skrawka. Przecież jeszcze mamy rzeczy pieszczące inne zmysły, acz pobudzające te same obszary w mózgu, zaspokajające głód nowości czy wytwarzające hormony szczęścia w odpowiedzi na reakcje bólowe czy zagrożenie. O nich jednak być może przeczytacie w którymś kolejnym felietonie…

Trzy remedia dla zblazowanych birgiczków

Poznań Coffee Marathon i mocarstwowe ambicje rozwoju

W życiu bardzo lubię te chwile, gdy inicjatywa, której kibicuję, i którą wspieram, odnosi sukcesy i zdobywa kolejne grunty. Takie wrażenie też odniosłem podczas wczorajszej konferencji prasowej Urban Coffee Marathon, czyli nowej odsłony znanego dobrze Kawa Festival. Projekt ten wielokrotnie gościł tu na blogu, jak i na moim Instagramie, a nawet w okresach największego uśpienia byłem cichym gościem incognito uczestniczącym w kawowej uczcie. Wszak zawsze – obok piwa i jedzenia – kawa była mi bardzo bliska.

Po pierwsze – festiwal zmienia nazwę, o czym już pisałem, a swym zasięgiem obejmie nie tylko Poznań (jako Poznań Coffee Marathon), ale także inne miasta w Polsce: Warszawę, Kraków, Trójmiasto, Wrocław i Łódź. W planach jest również ekspansja na Śląsk oraz za granicę (Lwów, Berlin oraz Praga). Moment, gdy marka lokalna wykazuje ambicję stania się globalną, jest dużym wyzwaniem i swoistym papierkiem lakmusowym dla jakości, jak i umiejętności sprzedażowych całego przedsięwzięcia. Mam nadzieję, że ambitne cele się spełnią, a Urban Coffee Marathon zdobędzie nowe rynki.

Drugą bombą zaprezentowaną wczoraj był fakt nawiązania współpracy z UNICEF w ramach zbiórki pieniędzy na budowę pomp wodnych w Somalii. Do każdego zestawu festiwalowego (standardowo: kawa + deser, tym razem za 12 PLN) w kilkudziesięciu punktach partnerskich dokupić będzie można cegiełki w postaci pocztówek lub małych paczuszek kawy, z których dochód przeznaczony zostanie na wspomniany cel charytatywny. Oprócz UNICEFu, uzyskano także błogosławieństwo Specialty Coffee Association, dzięki czemu zapewniona ma być jakość podawanego surowca.

W Poznaniu festiwal odbędzie się w dniach 2-8 lipca pod hasłem Mrożonki, a więc dedykowany będzie kawie podawanej na zimno. Szczegóły, wydarzenia towarzyszące, jak i menu poszczególnych kawiarni uczestniczących w wydarzeniu, znajdują się na oficjalnej stronie Poznań Coffee Marathon na Facebooku.

Poznań Coffee Marathon i mocarstwowe ambicje rozwoju

Co zjeść i wypić w Budapeszcie? – osobiste reminiscencje weekendowego wypadu

Intensywny weekend

Na Warszawskim Festiwalu Piwa byłem jedynie we czwartek, więc nie czuję się kompetentny, aby wypowiadać się na temat dni kolejnych. Relacje różnych wystawców znam jedynie z drugiej ręki. Cieszę się, że mogłem tam być choć chwilę i porozmawiać z paroma osobami, choć na większość stoisk nawet nie dotarłem. Następnym razem się uda! W miniony weekend ekipa naszego Browaru Golem podzieliła się na dwie, a ja z Michałem udałem się w piątek do Budapesztu na tamtejszy Budapest Beer Week. Jako że materiału mam sporo, postanowiłem wykorzystać dzień wolny (Boże Ciało) i co nieco powspominać…

W poszukiwaniu majestatu mrocznego piękna

Gdy ostatni raz gościłem nad Dunajem, a było to prawie dekadę temu, chciałem odnaleźć pewne mityczne miejsce… Przed II Wojną Światową grał tu i tworzył pewien żydowski kompozytor nazwiskiem Rudi Spitzer, bardziej znany jako Rezső Seress. Do historii przeszedł jako twórca słynnej węgierskiej ballady samobójców – Szomorú vasárnap (bardziej znanej pod angielskim tytułem Gloomy Sunday), wykonywanej później przez setki artystów w wielu językach. Legenda głosi, że ludzie popełniający samobójstwo z nieszczęśliwej miłości, skakali do Dunaju, a po sobie zostawiali nuty lub słowa tego utworu. Był on zakazany w wielu krajach i dopiero tragedia wojny przyćmiła jego infernalną niesławę. Tak się jakoś składa, że w tego typu historiach od żelaznych faktów wolę opowieści bardów… a jedna z nich głosi, iż Seress – pragnący międzynarodowej sławy – wyruszył do Paryża ze swoją ukochaną, aby tam kontynuować karierę kompozytora i pianisty. Stolica Francji miała jednak swoich artystów i nie potrzebowała kolejnego grajka, zwłaszcza pochodzącego gdzieś z dalekich wschodnich krain. Kiedy grosz się skończył, ukochana rzekomo postawiła Seressowi ultimatum: albo znajdzie sobie zwykłą pracę, albo – do widzenia. Nietrudno się domyślić, iż węgierski romantyk wybrał muzykę. W tej historii siedział samotnie w paryskim apartamencie, wpatrując się w rozgwieżdżone niebo, uderzając w porywie serca w płaczące wraz z nim klawisze fortepianu. W efekcie powstał właśnie wspomniany utwór. Odnalazłem kiedyś szczątkową informację, iż Seress przesiadywać lubił w miejscu o nazwie Kulacs, które nadal funkcjonowało wówczas na gastronomicznej mapie Budapesztu. Podczas męskiej wyprawy w 2009 roku zaszliśmy tam z trójką przyjaciół, by – jak się okazało – doznać goryczy sromotnego zawodu. Zamiast wymarzonej przeze mnie, zadymionej, przedwojennej kawiarni ze starym, zakurzonym fortepianem, ujrzałem coś na kształt weselnej sali, z portretem cygańskiej orkiestry uśmiechniętej od ucha do ucha. Zupełnie nie ten klimat, by targnąć się na własne życie jako przeżywający weltschmerz zrozpaczony kochanek, nieprawdaż? Zagadnięty przeze mnie kelner odparł, iż do niedawna rzeczywiście ścianę ozdabiała metalowa plakietka upamiętniająca kompozytora, a i fortepian jakiś czas temu stał. Twarde reguły biznesu wymusiły jednak zmianę koncepcji lokalu. Teraz, gdy minęła kolejna dekada, zastałem w tym miejscu jedynie stary szyld  i pomazane okna… Lokal obecnie można sobie wynająć albo kupić. Jakże wspaniałe byłoby to miejsce na multitap z historią, prawda? Pamiętający dawne dni fortepian odważnie wybrzmiewający suicydalne epitafium i dystyngowani goście popijający kraftowe piwo podniesione do majestatycznej rangi najszlachetniejszych trunków… Niektóre marzenia jednak nigdy nie powinny zostać dotknięte przez rzeczywistość…

Nieco poza tematem

 

Piszę zwykle o jedzeniu i piwie, jednak jedno i drugie uwielbiam dlatego, że wywołują u mnie pewnego rodzaju, jak mawiają śląscy znajomi, hercklekot. W Budapeszcie iście cesarski rozmach tamtejszych zabytków wprawia nawet najtwardszych samców alfa w prawdziwy zachwyt. Od Bazyliki Św. Stefana (nie pomińcie zmumifikowanej ręki tegoż w złotym relikwiarzu – niby turystyczny gimmick, ale dla zwolenników ciemnej strony mocy jest to coś wartego uwagi), przez niesamowity kompleks Parlamentu, aż po zamek w Budzie, tamtejszą zabytkową drewnianą kolejkę, ogrody i leżący nieopodal piękny Kościół Św. Macieja z przyległą rybacką basztą – wszystko to rzuca na kolana! Niestety – musicie pamiętać, iż na Węgrzech muzea i galerię są zamknięte w poniedziałki – w związku z czym kilku z zaplanowanych punktów nie byłem w stanie odwiedzić. Cóż – zawsze zostawiam coś na następny raz – tak już mam. Gdy wrócę do grodu Macieja Korwina z pewnością nie ominę tych miejsc. Na osobną wzmiankę zasługuje natomiast pewien dość świeży pomnik. Przy Placu Wolności węgierski rząd ustawił monument przedstawiający drapieżnego niemieckiego orła wyrywającego Węgry z rąk anioła, co wzbudziło niesmak i protest wielu środowisk, zarzucających premierowi Orbanowi kłamstwo historyczne. Obok pomnika protestujący wykonali własną instalację ze zdjęciami, artefaktami oraz tekstem w kilku językach, mówiącym o dobrowolnej kolaboracji Węgier z nazistami na długo przed wojną oraz represjach wobec żydowskich obywateli sięgających aż do roku 1920. Co jest jeszcze bardziej ciekawe, dokładnie po drugiej stronie Placu stoją niemalże obok siebie: pomnik Ronalda Reagana i… obelisk wychwalający sowieckich wyzwolicieli – tam instalacji obywatelskich jednak nie widać… Abstrahując od wrażliwych tematów historii XX wieku, na pewno warta odwiedzenia jest hala targowa przy Dunaju, w której znajdziecie mnóstwo stoisk z lokalnymi wyrobami – wędlinami, mięsem, serami, papryką, nalewkami, winem, a także ubraniami i typowo turystycznymi gadżetami. Podobno jest także piwnica, gdzie można się obkupić w kiszonki i inne rarytasy, ale o jej istnieniu dowiedzieliśmy się już po powrocie… Przywiozłem stamtąd mnóstwo ostrej, słodkiej i wędzonej papryki, trzy różne pasty paprykowe, lawendową palinkę, a na miejscu zjadłem na śniadanie kiełbasę z mangalicy robioną na wzór hiszpańskiego chorizo. Miejsce to też jest bardzo ciekawe pod względem architektonicznym, choć zwiedzając trzeba mieć cierpliwość i wziąć poprawkę na masę turystów, która tu przychodzi.

Bezdomni, Ikarusy i potworny upał

 

Budapeszt to, poza ogromnym, cesarskim rozmachem, także miasto wielu kontrastów. Dla osoby mieszkającej w Polsce dość zastanawiający może być widok wyraźnie większej liczby bezdomnych niż w przeciętnym dużym polskim mieście. Są praktycznie wszędzie, nawet w przepięknym, zabytkowym skalnym kościele wpisanym w Górę Gellerta, gdzie jeden z nich uwił sobie gniazdko. W mieście funkcjonują też aż cztery rodzaje transportu publicznego: metro (polecam zwłaszcza przejazd linią numer 1 – zabytkową, z pięknymi kafelkami na stacjach!), tramwaje, autobusy i trolejbusy. Wśród tych ostatnich często można spotkać stare, poczciwe Ikarusy, które zniknęły z polskich miast jakiś czas temu. Ten, którym jechaliśmy, miał wybitą datę produkcji 1988. Aż mi się przypomniały podróże autobusem z babcią w dzieciństwie spędzonym w Białymstoku. Kolejną kwestią związaną z Budapesztem jest pogoda. Za każdym razem, a byłem tam bodajże czterokrotnie, mocno we znaki daje się upał. Gdy przyjechaliśmy w piątek, wszystkie znaki na niebie i ziemi mówiły, iż nadchodzą deszczowe dni, jednak po kilku godzinach deszczu wyszło słońce i nie odpuściło solarnej gehenny aż do ostatniej minuty pobytu na Węgrzech. Tak więc – bierzcie czapki i krem z filtrem UV – albo będziecie cierpieć!

Gastro i kawa

 

Przyszliście tu jednak poczytać o jedzeniu i piciu, prawda? A więc po prawie nieprzespanej nocy (samolot odlatywał bladym świtem) wylądowaliśmy na lotnisku im. Ferenca Liszta i udaliśmy się na podbój Perły Dunaju. Zostawiwszy torby w wynajmowanym mieszkaniu, wyruszyliśmy szukać śniadania. Jako piwno-kulinarny eksplorator miałem rzecz jasna przygotowaną nie tylko spersonalizowaną mapę Google, ale i kompletny itinerariusz wraz z rekomendowanymi miejscówkami przez Atlas Obscura, Dark Tourism i inne strony, które przeważnie odwiedzam przed wyprawą. Okazało się, że jedna z ciekawiej prezentujących się śniadaniowni mieściła się kilkanaście minut spacerem od naszego mieszkania, toteż w piątkowy poranek wybraliśmy się do Cafe Csiga. Oprócz menu jedzeniowego, serwują tam węgierski kraft z butelki, a także… rum. Na przysmak piratów o dziewiątej rano ochoty nie miałem, ale skusiłem się na piwo Jam 72 z browaru Mad Scientist. Jest to ich sztandarowa IPA, która smakiem przypomina polskie produkcje tego typu sprzed trzech lat – czyli delikatny karmel, trochę chmielu, generalnie OK, bez fajerwerków. Na śniadanie zamówiłem omlet z serem i szynką, który był nieco bardziej przysmażony, niż francuskie puszyste odpowiedniki, ale spełnił swoje zadanie zarówno pod względem nasycenia wygłodniałego żołądka (ostatni posiłek – poza batonikiem na lotnisku – jadłem 17 godzin wcześniej), jak i zadowalającego smaku. Espresso – jak to na Węgrzech – mocne, solidne, ale nieprzepalone. Zarówno ja, jak i Michał, zgodnie stwierdziliśmy, że Węgrzy umieją w kawę – właściwie nigdzie nie trafiliśmy na złe espresso, a piliśmy go naprawdę sporo. Może podyktowane to było tym, że raczej nie odwiedzaliśmy sieciówek (no dobra, raz byliśmy w Maku!). Inne polecane przeze mnie miejsca, gdzie można napić się dobrej kawy to The Goat Herder czy Espresso Embassy. Ciekawą lokalizacją jest Vinyl & Wood – Get Lost In Wonderland. Ta stosunkowo nowa kawiarnia łączy ze sobą miłość do trzech rzeczy: solidnej ręcznej roboty w drewnie, smacznej kawy i płyt winylowych, które ozdabiają ściany, a w tle leci nienachalna muzyka elektroniczna. Można tam zakupić np. etui na smartfona albo zegarek, wykonane na specjalne zamówienie. Jest to miejsce prowadzone przez pasjonatów, a więc zdecydowanie zasługujące na certyfikat jakości Beer, Bacon & Liberty. Doskonałą miejscówką na śniadanie okazała się izraelska restauracja Mazel Tov. Bardzo przestrzenna, jasna, wyglądająca jak odnowiona hala targowa restauracja, porośnięta zielonymi roślinami, od razu zyskała moją sympatię. Moje sobotnie dolce vita rozpocząłem od kieliszka Tokaju, espresso i lemoniady z owoców leśnych, które stanowiły piękny tercet egzotyczny będący preludium do śniadania, które podano do stołu chwilę później. Z bogatego menu wybrałem pozycję o nazwie Herzliya Breakfast, w której skład wchodziły dwa jajka sadzone, dwie kiełbaski, tahini oraz solidna porcja sałatki z ogórka i pomidora. Do tego otrzymaliśmy domowe pieczywo. Można było się tym bez problemu najeść ze smakiem (jajka były idealne – z płynnym żółtkiem i ściętym białkiem), podziwiając architektoniczny kunszt miejsca. Zdecydowanie polecam! Wracając do Espresso Embassy, które mieści się tuż obok Placu Wolności, obok znaleźć możecie bardzo ciekawy minilokal o nazwie The Strawberry Project Budapest. W iście Andersonowskim stylu możecie zakupić tu truskawki oblane czekoladą, a nawet zapakować je do kolorowego pudełeczka i podarować ważnej osobie w prezencie. Prawdziwy cukierniczy food porn!  Zawsze podczas podróży staram się jeść lokalne przysmaki, jednak bywa, że trafiam też w miejsca serwujące inną kuchnię. Tak też było tym razem. Tuż obok Budapest Eye, w samym centrum, trafiliśmy do Montenegroi Gurman – dość drogiej (lokalizacja robi swoje) restauracji specjalizującej się w kuchni czarnogórskiej. Do Bałkanów zawsze mam sentyment, więc dlaczego miałbym w Budapeszcie nie spróbować miejscowej interpretacji tamtejszej kuchni? Największy plus – klimatyzatory z mgiełką wodną. Największy minus – czas oczekiwania. Po dobrych trzydziestu minutach otrzymałem mój schab faszerowany serem i przykryty boczkiem, wraz z… surową czerwoną cebulą i czymś na kształt salsy. Mięso było przedniej jakości, mięciutkie, boczek może nie chrupiący – tak jak lubię – ale bardziej mięsisty, a serowy farsz powodował, że całość rozpływała się w ustach. Tylko nie idźcie na randkę po tej cebulowej sałatce 😉

Piwne przeżycia

 

Festiwal Budapest Beer Week, który był głównym powodem moich odwiedzin nad Dunajem, odbywał się według schematu znanego choćby z polskich Beer Geek Madness czy One More Beer Festival, czyli impreza podzielona na sesje, na które się kupuje bilet wstępu na zasadzie: pijesz ile  chcesz. Pośród wystawców nie zabrakło wielu znanych marek w europejskim krafcie oraz przedstawicieli miejscowej sceny. Nam organizatorzy zapewniali sprzęt, stoisko i – jeśli była taka potrzeba – pomoc wolontariuszy. Jako że na Węgrzech również działa browar o tej samej nazwie, dwa Golemy ustawiono obok siebie. W Budapeszcie serwowaliśmy cztery piwa: Owech Owech i Milky Moon Barrel-Aged w piątek oraz Dybuk Laphroaig Barrel-Aged i Owech Owech Owech w sobotę. Z opinii na Untappd można wywnioskować, iż Węgrom nasze piwa smakowały, a kontrowersje wzbudził jedynie Dybuk leżakowany w beczce po Laphroaigu, który swoją pochodzącą z beczki wędzonką albo zachwycał, albo odrzucał – i to jest właśnie piękne! Jak to ostatnio zwykłem mówić – plus i minus są lepsze niż dwa zera, mimo że matematycznie wychodzi na to samo. Przypadek sprawił też, iż zaproponowaliśmy gościom… nowy wymiar milk stoutu. Ktoś z wolontariuszy zostawił karton mleka na naszym stole, a – jako że są z nas pozytywne wariaty – zaczęliśmy je dolewać do Milky Moona. Efekt przerósł nasze oczekiwania i imperialny milk stout na żywo blendowany z mlekiem wzbudził bardzo pozytywne zainteresowanie degustatorów. Co do innych piw, które przyszło mi spróbować, jestem bardzo zaskoczony na plus. Nie przypominam sobie żadnego, które by mnie odrzuciło, czy spowodowało niesmak. Poziom przywiezionych trunków był naprawdę wysoki, a w upalną pogodę najlepiej smakowały mi oczywiście kwasy – najbardziej te z Wild Beer i Birrificio del Ducato. Pragnienie też doskonale gasiły pilsy od naszych sąsiadów z Edge Brewing i Pipeworks. Wiele browarów (w tym my!) przywiozły dużo mocnych piw, które także były znakomite, jednak w taką pogodę najbardziej pragnąłem czegoś orzeźwiającego. Co do Edge Brewing, to panowie mieli ze sobą bardzo ciekawe… szkło (zdjęcie poniżej). W niedzielę w pubie Neked Csak Dezso organizatorzy zorganizowali dla nas i Browaru Stu Mostów kranoprzejęcie. W ofercie pojawiły się piwa, których zabrakło podczas dwóch głównych dni festiwalu, a na imprezę przyszła cała plejada gości z europejskich browarów, organizatorzy oraz – rzecz jasna – mnóstwo lokalnych klientów. Samo miejsce jest przestrzenne, nowoczesne, przypominające w środku pod względem stylu nieco poznańskie Ministerstwo Browaru. Można tu także dobrze zjeść, co przetestowałem spożywając przepyszną panierowaną mangalicę na szparagach. Znajduje się tu także sklep z butelkami oraz nanobrowar Gravity Brewing, w którym będą powstawać autorskie piwa warzone przez piwowara z USA. Po butelkowe piwo na wynos, by zabrać je do domu, poszliśmy do Csak a jó sör. Ten sklep, położony niedaleko Oktogonu, oprócz wyboru miejscowego kraftu i zagranicznej klasyki, oferuje także kilka kranów i minipub, gdzie można usiąść i podelektować się szklaneczką zimnego piwa. Spośród węgierskich browarów, największe wrażenie zrobiły na mnie Brew Your Mind i Mad Scientist, aczkolwiek warto także sięgnąć po piwa z Monyo, Gólem, Balkezes, Horizont czy TuffBuzz. Niezłe piwa można też dorwać od browarów First i Reketye. Warto wspomnieć jeszcze o miejscówce nad samym Dunajem – Jonas Craft Beer House – gdzie kranoprzejęcie miał De Molen. Pub położony jest tuż przy rzece, ze znakomitymi widokami i dwoma barami, w których można zakupić świeże piwa z lokalnych browarów oraz gości z zagranicy. W promieniu kilkunastu metrów są też food trucki oraz inne puby serwujące kraft. W ciepły, węgierski dzień, warto usiąść tam i rozkoszować się widokiem drugiej strony Dunaju, popijając orzeźwiającego pilsa lub IPA.

Węgierski street food

 

W sobotę, jak wiadomo, był finał Ligi Mistrzów, jednak na pofestiwalowym afterze przed ekranem zostaliśmy tylko na pierwszą połowę, by udać się na… kolejną imprezę piwną! Okazało się, że w Budapeszcie (a konkretnie w Obudzie) odbywał się także lokalny minitarg piwno-gastronomiczny z jedynie węgierskimi wystawcami. Piwa za dużo nie wypiliśmy, jednak posmakowaliśmy miejscowego street foodu. Węgrzy wpadli na świetny pomysł, który lada moment zapewne skopiuje jakiś polski food truck (kolejna milionowa idea, którą nie ja wykorzystam…). Mianowicie, na późną kolację zjadłem tzw. gulaszbombę, czyli… bułkę od hot-doga faszerowaną gulaszem. Przecież u nas można by było zrobić identyczną rzecz z nadzieniem bigosowym. Ba! Węgrzy już na to wpadli – na street foodowym fyrtlu o nazwie Karavan jest food truck, który serwuje – na modłę polskiego żurku w chlebie – bochenek z pokrywką wypełniony gulaszem lub… transylwańskim bigosem! No – polscy foodtruckersi – do dzieła! Oprócz tego, króluje rzecz jasna langosz odmieniony przez wszystkie przypadki, w tym… langoszpizza, czyli ciasto pieczone w piecu opalanym drewnem (a nie – jak w przypadku tradycyjnego langosza – smażone w głębokim tłuszczu), z nałożonym farszem śmietanowo-serowo-bekonowym (taka wschodnioeuropejska pseudocarbonara) – idealna przekąska na późne imprezowe godziny. Skoro o nich mowa, nie mogło zabraknąć także palinki. Miejscowy destylat występujący w różnych smakach (próbowałem: leśnej, pigwowej, lawendowej, wiśniowej, brzoskwiniowej, śliwkowej i pewnie jeszcze jakiejś, o której nie pamiętam) pije się dość lekko, a nazajutrz nie powoduje nieprzyjemności w postaci bólu głowy czy nudności. Podczas festiwalu w Obudzie serwowano też drinki z palinki w postaci lemoniady z wkładką. Jakie to było dobre! Jedną z rzeczy, jakich nie spróbowałem, był… Choco Kebab. Koncept zanurzania mięsa w czekoladzie jest mi znany od paru lat, kiedy to w L.A. powstał Choco Chicken, czyli połączenie smażonego w głębokim tłuszczu kurczaka z czekoladowym fondue, jednak zostawiłem sobie tę przyjemność na kolejną wizytę. Węgrzy mają też swoją wersję cheeseburgera bez… mięsa. W bułce serwują bowiem panierowany ser z dodatkami, w różnej postaci. Kolejny prosty, acz genialny pomysł. Zupełnie nie trafił do mnie natomiast koncept o nazwie Szimpla. Rozumiem, iż taka brudno-squatterska stylistyka wymazanej graffiti wspólnej przestrzeni gastronomiczno-artystycznej wpisuje się w hipsterską estetykę i przyciąga turystów, czyniąc to miejsce niesamowicie popularnym, jednak to zupełnie nie mój klimat. Mimo ogromnego metrażu, baru z winem, hamaków i jedzenia, czułem się tam nieswojo i miałem wrażenie, jakbym stąpał po klejącym się glucie, a w powietrzu unosił się zapach potu i moczu. Nigdy nie byłem na squacie, ale tak to sobie właśnie wyobrażam. Na szczęście tuż obok był Karavan z food truckami i Vinyl z kawą, a tuż za rogiem brytyjski pub Hops Beer Bar, gdzie na kranie znaleźć można BrewDoga, Duggesa i inne europejskie krafty, a także szeroki wybór butelek.

Podsumowanie

Mój kolejny pobyt w Budapeszcie był znakomitym połączeniem pracy i urlopu. Dwa dni spędzone na festiwalu oraz jeden wieczór na kranoprzejęciu plus mnóstwo zwiedzania sprawiły, iż mój głód ciekawych wrażeń został na chwilę zaspokojony. Pytania jednak w tym niepokornym duchu ciągle rodzą się na nowo: Gdzie dalej? Co więcej? Jak mocno? Serce wciąż chce bić…

Co zjeść i wypić w Budapeszcie? – osobiste reminiscencje weekendowego wypadu

VII KAWA Festival Poznań – Z mlekiem*

kava.png

Źródło: facebook.com

W poniedziałkowe przedpołudnie w otwartym na nowo bistro Wartko nad Wartą odbyła się konferencja prasowa promująca trwający od wczoraj VII KAWA Festival. W byłej loży masońskiej przy Marcinkowskiego byliśmy kiedyś z okazji urodzin, ale od tamtego czasu wiele się tu zmieniło. W Wartko nad Wartą można zjeść m.in. sowite śniadania bazujące w większości na recepturach jajecznych, z wyraźnymi brytyjskimi inspiracjami. Spróbowałem omletu z chili, gdyż – jak wiecie – ten dodatek zawsze budzi moje zainteresowanie i nie zawiodłem się. Porcja rozsądnej wielkości, smak w porządku, choć oczywiście na moje zmysły zdecydowanie za mało ostre. Rozumiem jednak, że chodziło tylko o delikatną pieszczotę podniebienia, a nie o walenie obuchem przez łeb. Od tego mam wszak degustacje papryczek w piwnym towarzystwie. Poza omletami znajdziecie tu jajka w koszulkach, kiełbaski, tosty czy naleśniki. Po śniadaniu restauracja serwuje zestawy lunchowe w przyzwoitych cenach. Warto wpaść, bo pomimo śniadaniowego boomu wciąż brakuje w Poznaniu tego typu miejsc.

Clou spotkania była jednak zapowiedź VII KAWA Festival. Tym razem motywem przewodnim jest hasło Z mlekiem*. Zanim zjawiłem się na konferencji, wiedziałem o tym, że królować będzie kawa wchodząca na stół cała na biało, natomiast – przyznaję się bez bicia – nie zauważyłem, iż chodzi o mleko roślinne. W tej edycji organizatorzy postanowili wykonać ukłon w stronę osób preferujących opcje wegańskie. Oprócz zamiany mleka krowiego na roślinny substytut, także ciasta pojawią się w wersji bez produktów odzwierzęcych. W siódmej edycji festiwalu weźmie udział rekordowa liczba 41 poznańskich kawiarni, więc goście mają w czym wybierać. Poza znacznym zwiększeniem zasięgu, wprowadzono również zmienioną formę oceniania miejsc w celu wyłonienia zwycięzcy imprezy. Tym razem zamiast znanych z poprzednich odsłon papierowych kart do głosowania wybór odbędzie się za pośrednictwem internetu. Do wzięcia udziału we wspólnej zabawie motywuje także cena zestawu. Za  kawę i deser zapłacimy jedynie 10 złotych.

Osobiście, jako mięsożerca i zwolennik czarnej kawy, będę miał okazję wyjść nieco ze strefy komfortu i spróbować czegoś innego. Ciekaw jestem, jak uczestnicy festiwalu poradzą sobie z postawionym zadaniem. Łatwo nie będzie! Impreza potrwa do końca bieżącego tygodnia.

Link do wydarzenia: https://www.facebook.com/events/1266765293334110/

VII KAWA Festival Poznań – Z mlekiem*

Konkursy, laureaci i festiwal pyszności

Jako że we czwartek ogłoszono wyniki trzech konkursów: XI Culinary Fest – Nuty Smakowe, Restauracja Roku 2015 oraz IV Kawa Festival, najwyższy czas nie tylko przedstawić laureatów, ale także i podzielić się swoimi wrażeniami z tych wydarzeń.

12674931_1217625038266849_1867106927_o

Niestety, przez nasz islandzki wyjazd nie mogliśmy uczestniczyć w Culinary Feście tak intensywnie, jak zawsze, ale i tym razem pozwoliliśmy sobie na skosztowanie kilku propozycji. Odwiedziliśmy między innymi Koba Cocktail Bar na Tylnym Chwaliszewie – lokal ukryty przed światem, mimo że położony przecież w centrum. Na miejscu zastaliśmy – poza, oczywiście, festiwalowym menu – duży wybór wysokiej klasy alkoholi, wliczając w to ciekawe i rzadko dostępne okazy. Na drinka zdecydowanie warto się tam wybrać. Samo jedzenie również nie budziło zastrzeżeń, a obsługa zapewniała doświadczenie na wysokim poziomie fachowości. Następnie zdecydowaliśmy się Firlejkę – jedno z miejsc, które zdecydowanie zagościło wśród naszych ulubionych. Zestaw przygotowany przez kuchnię tej restauracji zarówno prezentował się, jak i smakował wybornie. Łosoś otulony płatkami owsianymi mógł zainspirować niejednego smakosza, a przegrzebek był taki, jak powinien być – delikatny, kremowy i mięsny. Nasze dobre opinie potwierdziły zresztą wyniki – Firlejka otrzymała pierwsze miejsce w głosowaniu gości. Nie mogliśmy oczywiście pominąć Momo, gdzie gościmy przy okazji każdego festiwalu. Tym razem poznańscy mistrzowie owoców morza zaserwowali nam pyszne ośmiornice w wariancie owocowym, z dodatkiem awokado i mango, a także przegrzebka (ponownie!) z prosciutto na makaronie sojowym. Uznana marka nie zawiodła i wyszliśmy ukontentowani. Z nowych miejsc zaszliśmy jeszcze do dwóch susharniKoku i Tokyo Tey. Jako wielbiciel kolendry ucieszyłem się na jej obecność w przystawkowej zupie, natomiast – tradycyjnie – widząc słowo ostre/pikantne miałem dużo wyższe wymagania w kategorii: pieszczenie podniebienia ogniem. Danie główne – tempura na bogato: krewetka, warzywa, owoce, miód, pieprz…. Mnóstwo wrażeń. A do tego naprawdę można było się na chwilę nasycić! Z przyjemnością polecam. Tokyo Tey z kolei to dość dziwne miejsce – mianowicie wpisujące się w tradycję azjatyckiego fast foodu, z gotowymi już rolkami popakowanymi w pudełka. Niestety, nie wypowiem się na temat ich sushi, gdyż jedliśmy tylko menu festiwalowe, a tam – o dziwo – królowało mięso. Oba dania zostały pięknie podane, w nowoczesnym, nieco artystycznym stylu. Dorada na przystawkę (tak! ryba to też mięso!) miała za kompanów freski z czarnego sosu kokosowego i mango. Ponownie – ostrą tej potrawy nie nazwę, mimo opisu. Danie główne miało potencjał. Niestety, mój wędzony na ciepło schab był lekko surowy w środku, co wieprzowinie zdarzyć się nie może. Nie takie rzeczy oczywiście jadłem w życiu i nie robiłem afery, natomiast skrzętnie zanotowałem to w swej pamięci. Na koniec tej opowieści przypomniałem sobie, że jeszcze byliśmy w Mamasitas, gdzie uraczono nas bardzo smacznym burrito i niezłym kukurydzianym kremem.

 

Jeśli chodzi o konkurs na Restaurację Roku 2015, wzięło w nim udział pięć znanych wszystkim poznańskich foodies miejsc: Bistro La Cocotte, Papierówka, Saute, Lavenda oraz Momo. Tym razem spięliśmy się i trafiliśmy aż do 4 z 5 wymienionych lokali. W La Cocotte przy Murnej uraczeni zostaliśmy pyszną ośmiornicą, jedną z lepszych w mieście, której towarzyszyły duszone warzywa i aioli. Morski stwór we francuskiej interpretacji miał mocno kremowo-maślany smak, co nieco odbiegało od mojego wyobrażenia o mocno zgrillowanej ośmiornicy a la Mykonos. Niemniej jednak, danie okazało się poezją dla podniebienia i z pewnością zasługuje na wysokie noty i wyróżnienie. Następnie – tradycyjnie – trafiliśmy do Momo, gdzie otrzymaliśmy sporych rozmiarów krewetki wraz z ciecierzycą, papryką, chorizo i botwiną. Ten ostatni dodatek pod względem estetycznym uważam za doskonały pomysł na dekorację i cieszę się, że roślina ta przeżywa obecnie swoisty renesans wśród polskich szefów kuchni. Smakowo również – tradycyjnie – Momo nie zawiodło. Trzeci nasz wybór padł na Lavendę, która to okazała się faworytem gości i ostatecznie wygrała cały konkurs. Nie jestem zwolennikiem risotto, więc dwie poprzednie propozycje podeszły mi lepiej, natomiast przegrzebek był taki jaki powinien być: mięsisty, delikatny i delikatnie przypieczony. Dodatki w postaci groszku cukrowego czy sadzonego jajka przepiórczego stanowiły ciekawe uzupełnienie i wprowadzały dodatkowe nuty. Brawo. Niestety, podczas prezentacji wyników i zwycięskich dań niektóre przegrzebki okazały się stanowczo przesolone, w tym mój – błąd w sztuce. Zdarza się. Zajechaliśmy również do Saute, którego największym problemem jest lokalizacja – niby blisko centrum i Ronda Śródka, ale jednak na peryferiach. Tu zaserwowano nam policzki wieprzowe w akompaniamencie fondantu ziemniaczanego. Smakowało nieźle, gdyż policzki uwielbiam, ale muszę napisać kilka gorzkich słów o samej koncepcji. Gotowane czy pieczone ziemniaki są dla mnie swoistym memem kulturowym – synonimem januszady – pewnego zachowania a la inżynier Mamoń z filmu Rejs. Ziemniaki z mielonym/schabowym i mizerią, jedzone dzień w dzień na talerzu z duraleksu w moim mózgu zakodowane zostały jako coś, z czym trzeba walczyć. Coś, co przeczy wszystkiemu, co cenię w kuchni. Symbolizują zwykłość, przeciętność, brak woli poznawania nowego. Tu mieliśmy kontrast: policzki – mimo że podroby, to jednak rzadko jedzone na co dzień, a więc ciekawe – i ziemniaki – ucieleśnienie nieciekawości. Mało jest rzeczy, których nie lubię jeść, natomiast te skrobiowe potwory przypominające o nudzie dnia codziennego należą właśnie do tego grona. Do Papierówki nie poszliśmy, gdyż wciąż pamiętam tego źle wysmażonego steka, ale może w końcu się przełamię i dam im szansę kolejny raz…

Zwycięzcą Kawa Festival została również Lavenda, jednak – jak wiecie – za deserami nie przepadam, więc mogę jedynie napisać tyle, że kciuk do góry za to, iż zaproponowana pozycja nie była mocno przesłodzona, choć niektórzy odnieśli takie wrażenie. Nie mieliśmy tu do czynienia co prawda ze zwiewnym owocowo-ziołowym muśnięciem podniebienia, ale do ekstremów słodkości pokroju turecko-arabskich deserów na pewno propozycji Lavendy trochę brakowało. I dobrze.

12528727_1217625258266827_1794139145_o

Świńskie Uszy – miejsce uroczystego ogłoszenia wyników – to nowe miejsce na kulinarnej mapie Poznania. Dysponuje ono dwoma poziomami: restauracyjną górą i klubowo-barowym dołem. Lokal ma duży potencjał, zwłaszcza, że prowadzony jest przez człowieka doświadczonego na lokalnym rynku – Krzysztofa Hellera odpowiedzialnego za sukces Goko Sushi. Ciekawa jest koncepcja braku stałego menu. Zamiast niezmiennej karty dań, mamy cztery kategorie cenowe i w każdej z nich różne ciekawostki przygotowane przez kuchnię danego dnia. Pomysł popieram, gdyż uwielbiam nowości i ciekawostki, a gardzę sztampą i rutyną. Pytanie – czy poznański rynek to kupi? Mam nadzieję, że tak. Restauracja zrezygnowała też z prowadzenia oficjalnego konta na Facebooku i cały ruch social media chce skanalizować na Instagramie. Podczas kolacji uraczeni zostaliśmy makrelą w asyście malinowego kuskusu. Pierwszy raz jadłem takie połączenie i to już sprawia, że jestem zadowolony z takiego wyboru kuchni. Nie mam zastrzeżeń co do efektu tego eksperymentu – smakowało pysznie i dobrze łączyło się w całość. Warto eksperymentować, warto szukać. Życie jest za krótkie, by zamykać się w swojej ciasnej strefie komfortu.

Kolejna edycja Culinary Fest odbędzie się 23-29 maja pod hasłem Sekret, zaś Kawa Festiwal 4-10 kwietnia pod kuszącym mnie mocno sloganem – Bezmlecznie. Jestem bardzo ciekawy, co tym razem wymyślą uczestnicy. Zapowiada się smakowicie.

Konkursy, laureaci i festiwal pyszności

Baranie łby, zepsute ryby i wszechobecna lukrecja – czyli kocham Cię jak Islandię

Od naszej ostatniej podróży minęło już trochę czasu i stęskniliśmy się nieco za życiem na walizkach. Jako że okazja była przednia (Walentynki), postanowiłem zabrać moją Ukochaną na Islandię, która nas oboje od pewnego czasu intrygowała. Korzystając z urodzinowej promocji WizzAir, kilka miesięcy wcześniej zakupiliśmy dwa bilety w cenie jednego, dołożyliśmy do tego duży bagaż i zabukowaliśmy lot z Gdańska do Keflaviku i z powrotem. Czegoż więc warto spróbować na miejscu? Czy mity na temat islandzkiego jedzenia i picia są prawdziwe? Postanowiliśmy stawić czoła tym pytaniom na miejscu, a odpowiedź na nie znajdziecie poniżej. Zapraszam do lektury.

IMG_0878.JPG

Plany kulinarno-piwne

Przed wyprawą nie mogliśmy, rzecz jasna, powstrzymać się przed buszowaniem po sieci w celu odnalezienia najciekawszych i najdziwniejszych atrakcji czekających na nas na Wyspie Gejzerów. W nasze poszukiwania lokalnych dziwot włączyliśmy także ciekawostki kulinarne i piwne. Wiedziałem już wcześniej, że Islandia to jedyne miejsce, gdzie możemy spróbować niektórych rzeczy, które gdzie indziej – o ile nie są wprost zabronione – to powiedzmy… ich konsumpcja nie należy do kręgu kulturowego. Do takich smakołyków na pewno zaliczymy wieloryba – morskiego ssaka chronionego od trzydziestu lat prawem międzynarodowym. Na szczęście są takie krańce świata, gdzie niektóre walenie można ordynarnie zjeść. Islandia daje taką możliwość. Poza wielorybami, przed wyjazdem wiedziałem także o frykasach znajdujących się na zaszczytnych listach pod tytułami w stylu: najbardziej obrzydliwe potrawy świata: fermentowanym rekinie, baranich jądrach, kwaszonym tłuszczu wieloryba czy owczej głowie. Nie darowałbym sobie, gdybym przynajmniej ich nie spróbował. Co do piwa, z okazji tradycyjnego zimowego święta Þorri browar Steðja uwarzył w 2014 roku piwo Hvalur, do którego produkcji użyto… zmielonych kości wieloryba (!), a rok później powtórzono eksperyment pod nazwą Hvalur 2, a napój infuzowano wędzonymi na owczej kupie jądrami finwali (!!). Niestety, piwo Hvalur 3 nie powstało, także przez lobby antywielorybnicze, które rozpętało krucjatę przeciwko używaniu waleni w procesie produkcji piwa. Poza tym, jak zawsze celem wyprawy było zjedzenie i wypicie jak największej ilości lokalnych ciekawostek, o których nie mieliśmy pojęcia przed wylotem.

Lokalne obskuria – czy ludzie naprawdę to jedzą?!

12715654_1001236363302098_4423760712594557386_n

Czytając zestawy tradycyjnych islandzkich potraw, nasuwa się jedno pytanie: czy ci ludzie naprawdę to jedzą? A jeśli tak – to dlaczego? Czy są szaleni, a może jest jakieś drugie dno? Prawda jest taka, że – jak w większości przypadków – tak zwana kuchnia lokalna powstała z biedy i ograniczonego dostępu do zasobów. Gdy nie było samolotów i sieci importowych, a przez pół roku na miejscu nic nie rosło, trzeba było sobie jakoś radzić. Stąd robiono przetwory ze wszystkiego i żadna jadalna część mięsa nie mogła się zmarnować. To właśnie z tego powodu zaczęto choćby jeść baranie głowy, robić coś na kształt polskiej kaszanki czy zakopywać rybę pod ziemią. Ten ostatni proces miał też uzasadnienie medyczne. Rekin grenlandzki, tradycyjnie poddawany takowej obróbce, nie posiada bowiem układu moczowego i w związku z tym wszystkie toksyny przenikają wprost do jego mięsa, czyniąc je trującym dla człowieka. Długotrwały proces dojrzewania pomaga rozłożyć szkodliwe substancje i umożliwia zjedzenie rekiniego mięsa. Dziś na Islandii mamy możliwość spróbowania każdej kuchni świata, a przeciętny mieszkaniec tego kraju zazwyczaj zamiast wędzonych baranich jąder wybierze pad thai, pizzę, burgera lub hot-doga. Co ciekawe, przez zamiłowanie mieszkańców do fast foodu, Islandia należy do najbardziej otyłych krajów Europy. Równocześnie widnieje na liście najszczęśliwszych miejsc. Przypadek? 😉 Starodawne, tradycyjne islandzkie potrawy pełnią dziś dwie funkcje: stanowią atrakcję dla żądnych przygód kulinarnych turystów, a także serwowane są podczas wspomnianego wcześniej święta Þorri. Wtedy to na stole można znaleźć m.in.: fermentowanego rekina, baranie jądra, podpiekane owcze głowy, zrobiony z nich salceson, kaszankę, wątrobiankę, suszone na wietrze ryby, tradycyjny żytni chleb, długodojrzewającą jagnięcinę, koninę, comber jagnięcy oraz płetwy foki. Taką ucztę należy oczywiście sowicie zapić – najlepiej miejscowym alkoholem o nazwie Brennivin – czyli wódką ziemniaczaną z dodatkiem kminku. Smacznego!

Reykjavik Food Walk

Na długo przed wyjazdem wpadł mi w oko pewien profil na Instagramie. Reykjavik Food Walk, bo o nim mowa, obfitował w piękne zdjęcia krajobrazów i opisy smacznych rzeczy. Okazało się, że od pół roku istnieje wydarzenie, dzięki któremu goście są w stanie spróbować 13 lokalnych przysmaków w 6 różnych miejscach w stolicy. Udało się nam zarezerwować miejsca na środę, 17 lutego. Udaliśmy się pod Harpę w południe, a że do rozpoczęcia wydarzenia pozostało jeszcze pół godziny, wypiliśmy kawę w kawiarni na dole. Niestety, była to jedna z gorszych decyzji na miejscu. Przepalone, nieco stęchłe ziarno masowej produkcji – lepiej idźcie gdzie indziej, np. do Haiti (o tym później). RFW zaczęliśmy od wizyty w Islenskim Barinnie, miejscu, które uprzednio odwiedziliśmy już dwukrotnie. Tym razem mieliśmy okazję spróbować zupy na jagnięcinie. Osobiście jestem wielbicielem owczego mięsa i cenię je pod względem smakowym dużo wyżej niż kurczaka. Dlatego też, mimo że w sumie była to zwykła zupa a la bulion z warzywami, dodatek mięsa jagnięcego zapewnił tak zwane punkty dodatkowe, o które przecież chodzi. Drugi przystanek to Ostabúðin – miejsce, gdzie można zarówno zjeść na miejscu, jak i kupić dobre wędliny oraz ser na wynos. Jeśli chodzi o sery, były smaczne, jednak nie rzucały na kolana. Co innego mięso. Mieliśmy okazję spróbować długodojrzewającego konia, kaczki i owcy. Każda z wędlin otoczona była mieszanką ziół i przypraw. Konina w rozmarynie i tymianku pokonała wszystko. Była to jedna z najsmaczniejszych wędlin, jakie jadłem w życiu. Oczywiście połowa wycieczki nawet jej nie spróbowała! Nienawidzę tej fałszywej moralności, w której zjedzenie konia jest nieakceptowalne, ale już świnia czy krowa to nic takiego. Powiedzmy sobie wyraźnie – moralny aspekt zjedzenia konia, psa, kota czy szczura różni się od zjedzenia świni, krowy czy kurczaka tylko ograniczeniami kulturowymi. Na szczęście ja się już ich wyzbyłem i nie pogardzę dobrze sprawioną koniną. Grunt, to rozszerzać swoją strefę komfortu ad infinitum i przestać się bać. Strach to największy wróg postępu. Do tego dochodzi neofobia. O niej jednak – kiedy indziej. Idąc dalej w kierunku kościoła Hallgrimskirkja, trafiliśmy do Cafe Loki, kawiarni nazwanej tak na cześć nordyckiego boga. Mimo odbywającego się tam remontu, w ramach RFW mogliśmy wejść do środka i otrzymać tradycyjne islandzkie lody. Co wyróżnia miejscowy słodki przysmak od znanych nam z Polski lodów tradycyjnych? Dodatek… ciemnego żytniego chleba! Żyto przez 200 lat duńskiej okupacji było głównym surowcem zbożowym na Islandii i właśnie w tym okresie powstały przepisy na rúgbrauð. Kruszony chleb miesza się z masą lodową, co stanowi lokalny przysmak. Jakkolwiek dziwnie to brzmi, połączenie naprawdę dało radę i warto go spróbować. Następnie przeszliśmy nad Tjörnin, czyli staw w centrum Reyjkaviku, gdzie mieszkańcy i turyści karmią dzikie gęsi, kaczki i łabędzie krzykliwe. Ptaki są dorodne i przyzwyczajone do zjadania okruchów z pańskiego stołu. To właśnie tam doszedłem do wniosku, że Tjörnin stanowi doskonałą alegorię etatyzmu. Łabędź posiada z natury tak wielką siłę, że jest w stanie skrzydłem złamać ludzką kość. Tymczasem poprzez systematyczną pampersyzację (nie mylić z pauperyzacją) ptaki te stały się w stu procentach zależne od ludzi – na tyle, że jedzą im z ręki. Dokładnie w ten sam sposób działają państwa socjalne. Człowiek – z natury obdarzony jednostkową wolną wolą, prawem własności i samostanowienia – może być przez działanie opresyjnego aparatu państwowego pozbawiony naturalnej niezależności i zostać uzależniony od socjalnych benefitów oraz opieki urzędników do tego stopnia, że nie tylko się boi, ale nie jest w stanie funkcjonować samodzielnie. Przez całe życie potrzebna mu jest państwowa pielucha. Jest to ludobójstwo en masse na płaszczyźnie duchowej. Dość dygresji. Nad Tjörnin spróbowaliśmy klasycznego islandzkiego skyru. To produkt mleczny podobny do jogurtu, fermentowany nie tylko bakteriami mlekowymi, ale i paciorkowcami. Mieliśmy okazję skosztować zarówno wersji naturalnej, jak i truskawkowej. Obie smakowały bardzo podobnie do znanej z polskich sklepów Jogobelli. Idąc w kierunku Starego Portu, zatrzymaliśmy się przy słynnym Bæjarins Beztu Pylsur, czyli budce z hot-dogami czynnej od… 80 lat. Parówki w Islandii robi się głównie z mięsa jagnięcego, z domieszką wieprzowiny i wołowiny. Bułki w Polsce są lepsze, natomiast jeśli chodzi o wkład, to bardziej przekonał mnie wariant miejscowy. Jako dodatki można zamówić świeżą i prażoną cebulę, remuladę, keczup i musztardę. Po tym posiłku udaliśmy się do Saegreifinn, tawerny w Starym Porcie, którą założył legendarny Morski Baron. Tam skosztowaliśmy zupy homarowej, która przypominała nieco polską pomidorówkę z dodatkowym akcentem w postaci rzeczonego skorupiaka. Na Islandii poławia się dużo homarów i można je dostać w większości nadmorskich knajp. Oczywiście, jeśli myślicie, że przez to są tańsze – mylicie się. Pomimo dostępności, nadal jest to towar luksusowy. Finisz naszego touru miał miejsce w restauracji Matur Og Drykkur, gdzie otrzymaliśmy tradycyjny islandzki deser w postaci smażonych na głębokim tłuszczu warkoczy z ciasta o smaku podobnym do racuchów, przyozdobionych karmelowym sosem. Ogólnie oceniam doświadczenie Reykjavik Food Walk jako bardzo udane. Nasz przewodnik – Egill – wykazał się sporą wiedzą i potrafił ciekawie o wszystkim opowiadać, poznaliśmy sporo fajnych ludzi i – co najistotniejsze – spędziliśmy pół dnia na międzynarodowych pogaduchach i samplingu ciekawych lokalnych dań. Jeśli jesteście foodies, musicie skorzystać z ich oferty będąc w Reykjaviku!

Gdzie i co zjeść?

Po uprzednim wykonaniu internetowego researchu, udaliśmy się do restauracji Islenski Barinn, by tam spróbować lokalnych mięs niedostępnych w Polsce. To tu – według recenzji znalezionych na TripAdvisor – można zjeść renifera, maskonura, wieloryba i baranie jądra, a także wypić dobre piwo. Jak się okazało, nie zawsze i nie wszystko. Co prawda renifera musieliśmy spróbować gdzie indziej, ale udało się nam zamówić przystawki podawane w gustownych słoikach, zawierające mięso maskonura z chili oraz wieloryba w sosie z ostrym cheddarem. Sympatyczny ptaszek w smaku przypominał nieco kurczaka w azjatyckim stylu, natomiast wieloryb (a konkretnie płetwal karłowaty) zachwycał swym smakiem. Mięso tego walenia daje wrażenie, jakby dwie fantastyczne rzeczy – stek wołowy i stek z tuńczyka – połączyły się w jedno. Jędrne, mocno białkowe mięso o wyrazistym smaku, do tego świetnie podkreślone ostrym serem. Znakomite! Każdy spragniony dobrego smaku powinien spróbować płetwala, póki jeszcze jest taka szansa. Jeśli przystawka to dla kogoś za mało, może zamówić cały stek albo udać się do Starego Portu, gdzie we wspomnianej wcześniej restauracji Saegreifinn można raczyć się świeżymi porcjami degustacyjnymi za niewielką cenę.

Kolejną rzeczą, jakiej nie mogliśmy przegapić, był svið – czyli głowa owcy przecięta na pół, pozbawiona mózgu, opalona i podawana na ciepło z ziemniakami i puree z rzepy – zupełnie jak szkockie haggis. Od kilkudziesięciu lat jest to popisowe danie restauracji Fljótt og Gott mieszczącej się na… miejskim dworcu autobusowym (BSI). Zapach potrawa ta miała dość specyficzny, ale to dzięki wyglądowi uznaje się ją za jeden z największych kulinarnych koszmarów. W miarę spożywania części jadalnych (policzki, dziąsła, itd.) odsłaniają się nam bowiem zęby. Dosłownie wyjadamy resztki mięsa spomiędzy kości szczęki i czaszki, a także okolice oka i ucha. Ten widok odrzuca najbardziej odpornych, a czasem powoduje nawet dolegliwości natury gastrycznej. W moim przypadku ciekawość świata zatryumfowała nad strachem kolejny raz i zjadłem wszystko, co było w svidzie do zjedzenia. Policzki to przecież jeden z najsmaczniejszych i najdelikatniejszych frykasów, a skóra i to, co pod nią na myśl przywodziła swojską golonkę. Co ciekawe, istnieje też możliwość zjedzenia svidu na zimno.

Prawdziwym Świętym Graalem był hakarl, czyli fermentowany rekin grenlandzki. Drogie to cholerstwo (około 1500 koron za 100 gramów), ale cóż – być na Islandii i nie zjeść hakarla to grzech. Kultowy status wśród miłośników ekstremalnych doznań sensorycznych potrawa ta zawdzięcza niebywałemu smrodowi (niektórzy porównują aromat hakarla do szwedzkich kiszonych śledzi – surstromming), a także faktowi, że – cóż- de facto jest to zepsuta ryba, która spoczywa miesiącami pod ziemią, a następnie wisi i suszy się na wietrze przez prawie pół roku. Kupując mój garniec złota w sklepie, usłyszałem od sprzedawcy wyartykułowane przerażonym głosem: tylko nie otwieraj tego w domu! Zgodnie z zaleceniem, rekina spróbowaliśmy na zewnątrz, podczas śnieżycy, jaka nawiedziła wówczas Reykjavik. Pogoda dodała nieco majestatycznego charakteru temu wydarzeniu. Justyna skusiła się tylko na kawałek, a mi zostało do zjedzenia całe opakowanie. W aromacie czuć było coś na kształt mocno dojrzałego francuskiego sera, amoniaku i starej ryby. Z czasem profil przechylał się coraz bardziej w stronę sera. W smaku było już bardziej zwyczajnie – rybnie i lekko kwaskowo. Tekstura hakarla przypomina środek ryby, gdy chcemy sobie usmażyć filet i za szybko zdejmiemy go z patelni – taki lekko gumiasty i nieścięty. Nie jest to potrawa, którą chciałbym jeść codziennie, ale na pewno ciekawa i warta poznania. W końcu w życiu chodzi o kolekcjonowanie doświadczeń, by mieć co później wspominać, prawda?

Kontynuując wątek rybny, Islandczycy mają jedną świetną i szeroko dostępną przekąskę, której mi bardzo brakuje w Polsce. Zamiast niezdrowych i tuczących chipsów, w każdym sklepie spożywczym można kupić harðfiskur, czyli suszoną na wietrze rybę. Do wyboru mamy m.in. dorsza i plamiaka, a także kilka innych okazów. Chrupiący smakołyk pachnie i smakuje jak ryba, więc nie powinien odrzucać nikogo, kto gustuje w morskich stworach. To jednak wartość odżywcza czyni go prawdziwie ultymatywnym osiągnięciem dietetyki i przemysłu spożywczego: 86% białka. Tak – dobrze czytacie. Osiemdziesiąt sześć. Zamiast pełnych węglowodanów i transtłuszczu chrupek, można kupić harðfiskur i dać swojemu organizmowi to, co najlepsze! A poza tym to pyszna przekąska do pochrupania przed telewizorem. Polecam!

Spróbowawszy większości obskuriów, został nam jeszcze renifer (baranich jąder nie widzieliśmy nigdzie – zapolujemy następnym razem). Mimo kilku opinii w internecie i paru telefonach, okazało się, że ani Islenski Barinn, ani Hamborgarabúllan (podobno najlepsza burgerownia w mieście) nie mają reniferzego mięsa. Do wyboru mieliśmy burgera z renifera w jednym z ekskluzywnych hoteli i carpaccio jako część czterodaniowego zestawu obiadowego w restauracji Höfnin. Uznaliśmy, że ponad 3000 koron za bułkę to jednak za drogo, więc postanowiliśmy spędzić romantyczny wieczór w portowej knajpce, delektując się ciekawymi potrawami lokalnej kuchni. Carpaccio spełniło nasze oczekiwania, choć porcja była mikroskopijna. Smakowo dobrze, ale konina lepsza. Zupa z owoców morza to już totalny majstersztyk. Nie jestem jakimś miłośnikiem zup, ale mam swoje faworytki. Krewetkowa z mleczkiem kokosowym i trawą cytrynową w Why Thai, ramen z szaszłykami z kurczaka w Yetztu, borowikowa w 3Kolory Malta, czy właśnie ta – z owocami morza w Höfnin. Mule, krewetki, a do tego kwaśna śmietana i kiełki – świetna kompozycja, a sam wywar pieścił podniebienie – nomen omen – niebiańsko. Rewelacyjna jest też lokalizacja tego miejsca. Stary Port to idealne miejsce na randkę. Piękne widoki, świetna kawa (o tym później) i mnóstwo dobrego jedzenia. Wszystkie zmysły dostają dawkę paliwa. Wraz ze wspaniałą kobietą jesz sobie jedną z najlepszych zup, jakie próbowałeś, a przez panoramiczne okno oglądasz statki, morze i ośnieżone szczyty. Danie główne to już fiesta jagnięciny. Owca przygotowana na trzy sposoby – dużo mięsa o charakterystycznym smaku, a to wszystko podane na kaszy w asyście karmelizowanej marchwi. Na deser otrzymaliśmy ciasto czekoladowe z płynną czekoladą, a do tego maliny. Smaczne, acz – jak wiecie – nie jestem fanem słodkości.

Wracając do tematu burgerów, Hamborgarabúllan to podobno najlepsza miejscówka tego typu w całej stolicy Islandii. Mając porównanie do poznańskich burgerowni powiem tyle – nie ma nawet startu! Po pierwsze, mało mięsa (tamtejszy standard to… 80 gramów! Osiemdziesiąt! Kiedy w porządnym burgerze powinno być minimum 200! Chcąc się najeść mięsa, a nie bułki, trzeba zamówić potrójną porcję! – na szczęście była opcja ze 150 gramami polędwicy), po drugie kiepskie, kapciowate bułki. Plus za duży wybór ciekawych sosów – niestety, bez tych superostrych od Blaira i podobnych.

Ciekawie prezentują się islandzkie słodycze. Dla Polaków istotne są przede wszystkim dwie informacje: miejscowi ubóstwiają nasze Prince Polo, które dostępne jest wszędzie, a także do wszystkiego, do czego się da, dodają lukrecję. Lukrecjowa czekolada, cukierki, lody – czasem strach otworzyć lodówkę, bo można tam znaleźć lukrecję. Jako że jest to tzw. smak nabyty, lojalnie ostrzegam. Nie znam zbyt wielu osób w naszym kraju, które przepadają za tym charakterystycznym smakiem. Jeśli do dziś po nocach w koszmarach śni się Wam czarne Haribo, omijajcie produkty z napisem Lakkris.

Gdzie na kawę?

Oprócz piwa i jedzenia, lubię wypić dobrą kawę. W Reykjaviku działa miejscowa palarnio-kawiarnia o nazwie Reykjavik Roasters i tam też udaliśmy się w celu wypicia czegoś lepszego niż sieciówkowe badziewie. Na miejscu znaleźliśmy zabytkową wypalarkę, trochę alternatywnego ziarna i różne warianty parzenia. Super. Niestety… po kwadransie nas wyrzucono za drzwi. W Islandii jak zamykają o 18, to zamykają o 18. Klient nie ma nic do gadania. Widocznie jeszcze nie dotarła na tę odległą wyspę wiadomość, iż najważniejszy jest konsument, a nie człowiek pracy. To konsument stanowi serce i najważniejsze ogniwo gospodarki. Nie do pomyślenia jest dla mnie fakt wypraszania klientów. Niestety, tam jest inaczej i to człowiek pracy jest ważny. Socjalizm, pieprzony socjalizm. Niemniej jednak, to chyba jedyne miejsce, gdzie serwują specialty, więc polecam.

Najczęściej kawę piliśmy jednak w Cafe Haiti, w Starym Porcie. Jest to – jak potem przeczytaliśmy – dość kultowe miejsce, prowadzone przez imigrantkę z Karaibów i jej rodzinę. Na miejscu zastaliśmy typowo podróżniczy wystrój, meble w stylu kolonialnym i domowy klimat. To lubimy. Ziarno importują sami – całkiem niezłe, a do tego mają pyszne ciasta. Polecam zwłaszcza sernik bananowy. Skojarzenia z poznańską La Ruiną nasuwały się same. Musicie koniecznie odwiedzić to miejsce.

Gdzie na piwo i nie tylko?

Co ciekawe, na Islandii piwo było zakazane aż do… 1989 roku! Przedziwne, nieprawdaż? To nie wszystko. Tak jak w Szwecji czy Norwegii – tu także jest problem z państwową kontrolą życia obywateli. Alkohol (>2,5%) możemy kupić jedynie w lokalach, strefie bezcłowej na lotnisku oraz w specjalnych sklepach monopolowych. Oczywiście – jak większość rzeczy na wyspie – sklepy te są otwarte od 11 do 18, z chyba jednym czy dwoma wyjątkami otwartymi do 20. Zero alkoholu na stacjach benzynowych i w sklepach spożywczych – nawet całodobowych! Można sobie tam co najwyżej kupić coś niskoalkoholowego typu rozwodniony, dwuprocentowy eurolager w wersji light. Swoją drogą ciekawi mnie, dlaczego nikt na Islandii nie wpadł na pomysł warzenia dwuprocentowego IPA? Nieistotne. Chcąc odkryć smaki islandzkiego kraftu, musimy wypatrywać szyldu Vínbúðin. Tam znajdziemy cały asortyment alkoholowy, a w tym piwo miejscowe i zagraniczne. Bez problemu możemy kupić produkty z oferty popularnych amerykańskich browarów kraftowych, jednak ja chciałem poznać smak lokalnych przysmaków. Najlepszym browarem na wyspie jest zdecydowanie kontraktowiec o nazwie Borg Brugghús, który warzy w Ölgerðin Egill Skallagrímsson w Reykjaviku. Praktycznie każde piwo firmowane tą marką to ścisła krajowa czołówka, a ich imperialne stouty mogą spokojnie konkurować z najlepszymi polskimi wypustami. Jeśli dla kogoś islandzkie nazwy są zbyt trudne, Borg nadaje swoim piwom numery. Udałem się na zakupy do sklepu przy ulicy Skeifan (otwarte do 20!) i zakupiłem cały koszyk piw. Jeśli chodzi o ceny, to nie odbiegają one znacząco od kosztów importowanego kraftu w Polsce. Za butelkę o pojemności 0,33 należało zapłacić około 20-25 złotych. W strefie bezcłowej wychodziło nieco taniej, około 15. Na wódce różnica ta jednak widoczna była dużo bardziej. Przebitka podatkowo-celna wynosiła około… 300%! Tak – Brennivin w mieście był trzykrotnie droższy niż na lotnisku! To, jak państwo okrada Islandczyków, jest niesamowite.

Na początek opisów poszczególnych piw jeszcze napiszę, że na Islandii wszystko filtrują, więc piwa ogólnie są klarowne jak eurolagery. Degustację zacząłem od borgowego Leifura (nr 32), czyli żytniego saisona z tymiankiem i wrzosem. W aromacie krzątały się tu piękne wiosenne nuty kwiatów, podbite przyprawami i ziołami, jednak w smaku poza nimi dało się wyczuć karmelowość i toffi, co sprawiało wrażenie ciężkości. Bez tego byłaby to świetna propozycja na przedwiośnie, a tak oceniam ją jedynie średnio. Jeszcze więcej karmelu miało inne piwo w tym stylu – żytni saison z arcydzięgielem o nazwie Skadi z browaru Ölvisholt w Selfoss. Tu miałem do czynienia z dużo wyższym wysyceniem, cytrusowością i alkoholową goryczką (7,5% dało się odczuć). Piwo ma oleistą fakturę, świeży smak, jednak karmel i alkohol zaniżają mu ocenę. Einstök Icelandic Toasted Porter to już napitek dostępny także w Polsce, produkowany przez całkiem spory browar Viking w Akureyri, na dalekiej północy, pod samym kołem podbiegunowym. Kiepska piana, orzechowo-chlebowe aromaty z nutą gorzkiej czekolady i słabej kawy – takiej z automatu na dworcowym peronie. Piłem w życiu lepsze portery, ale Einstök daje radę na jakąś niewymagającą wieczorną sesję. Według RateBeer najlepszym islandzkim piwem jest Lava ze wspomnianego wcześniej browaru Ölvisholt. Jako że to wędzony imperialny stout, na samą myśl moje kolana ugięły się w miękkości. Cóż więc ma do zaoferowania najlepsze według RateBeerowiczów piwo na wyspie? Ciemnobrązowa barwa, klarowne, z beżową pianą. W aromacie palone słody i sos sojowy, a także nuta palonego plastiku (fenole). Bardzo gładka faktura w odczuciu w ustach, wyczuwalny alkohol i palony finisz. Piwo jest umiarkowanie wędzone, dość mocno palone i niezbyt pełne jak na imperialnego stouta. Na pewno ciekawe i smaczne, ale moim zdaniem nie najlepsze w kraju. A może tak – dla odmiany – jakieś miejscowe IPA? Tumi Humall to propozycja browaru Gæðingur ze Skagafirði. Napiszę wprost – Islandczycy potrafią zrobić pięknie pachnące, idealnie klarowne IPA o zauważalnej goryczce, która nie zalega. Niby nic, a jednak tak często można znaleźć piwa w owym stylu, którym daleko do takiej charakterystyki. W aromacie mamy tu głównie słodkie owoce – ananasa i mango, coś jak w kilkumiesięcznym piwie chmielonym Simcoe. W tle błąkają się nuty ziołowe i żywiczne. Goryczka jest wyważona, ale zaznaczona – krótka i średnio intensywna. Wytrawne z gorzkim finiszem. Powiem szczerze – chciałbym, by polskie IPA prezentowały taki poziom, jak Tumi Humall. Kontynuując wątek IPA, Borg wypuścił trzy wilcze odmiany. Wilk to po islandzku ulfur. I tak też mamy do wyboru piwa o nazwach: Ulfur, Ulfur Ulfur i Ulfrun (odpowiednio: IPA, double IPA, session IPA). Niestety – wersja podwójna jest sezonowa i nie miałem możliwości jej spróbować. Sesyjny wilczek sprzedawany jest w puszkach i przeznaczony jest do szybkiego picia bez zastanawiania się nad poszczególnymi cechami. W tej roli sprawdza się doskonale. Pachnie amerykańskim chmielem, smakuje świeżo i umiarkowanie gorzko, jest lekki i to by było na tyle. Średni brat – Ulfur – pachnie ananasem, ale nie jest to jakiś uderzający aromat. Goryczka średnia. Pijalne, ale bez większych uniesień. Do Tumi Humall nie ma startu. Najnowszym piwem od Borga jest Magdalena (nr 41), która premierę miała w lutym 2016 roku. To imperialny witbier (8,4% alk.) z dodatkiem trawy cytrynowej, kolendry i… marmolady pomarańczowej. Po pierwsze – jest to zdradziecko pijalne piwo. Alkohol ukryty został znakomicie i pije się go jak zwykłego witbiera – o połowę słabszego. W aromacie dominuje kolendra i ziołowe lekarstwa. Spora przyprawowość przywodzi na myśl saisona. Ziołowość towarzyszy całej degustacji. Dwa ostatnie piwa z browaru Borg, jakie miałem przyjemność degustować, to imperialne stouty: Surtur (nr 38) oraz Garun (nr 19). Garun to mocniejszy gracz (11,5%), jednak alkohol – mimo podbicia ekstraktu cukrem – jest świetnie ukryty. Piwo daje w sobie wyczuć trochę czekolady, lekkiej kawy i odrobinę lukrecji, a także ofertuje wytrawny, palony finisz. Jeśli chodzi o Surtura, to obecna warka to kolejna wersja tego trunku. Tym razem uwarzono go na szeroko opisywane wcześniej święto Þorri. Do zasypu dodano żyto i pszenicę, a całość infuzowano mnóstwem wanilii. W efekcie piwo jest o wiele słodsze w aromacie i smaku, a do tego wprost bucha z niego świeże kakao. Gdybym miał wymarzyć sobie imperialną wersję naszego Dybuka, to chciałbym, by smakowała ona właśnie tak, jak Surtur nr 38. Oba RISy są do kupienia w wielopakach w strefie bezcłowej na lotnisku, więc gorąco polecam ich nabycie.

To tyle, jeśli chodzi o piwa pite w hotelu czy w domu po powrocie do Poznania. Właściwie to jeszcze piłem Myrkvi (nr 13) –porter z kolumbijską kawą paloną przez Reykjavik Roasters, jednak nie robiłem wówczas szczegółowych notatek, a samo piwo oceniłem minimalnie powyżej przeciętnej. W Reykjaviku sporo jest miejsc, gdzie można się napić dobrego piwa, jednak wyróżnić trzeba przede wszystkim dwa: Mikkeller & Friends, gdzie – jak sama nazwa wskazuje – można opić się duńskimi specjałami, a także leżący nieopodal Micro Bar, który serwuje głównie miejscowy kraft. Moim celem było przede wszystkim spróbowanie lokalnych przysmaków, więc udałem się do tej drugiej lokalizacji. Knajpa oferuje kilkanaście piw z islandzkich i grenlandzkich (!) browarów z kranu, a także propozycje butelkowe. Obsługa zna się na rzeczy, a w środku można spokojnie usiąść i porozmawiać przy stoliku. Jak przystało na pub dla geeków, dostępne są deski degustacyjne w opcji 5 lub 10 piw. Miodnie! Jako że część trunków próbowałem wcześniej w wersji butelkowej, odpuściłem je i zamówiłem pięć próbek. Na pierwszy ogień poszedł grenlandzki browar Godthaab i ich kolsch pod nazwą Nuummiut. Był to nie tylko mój debiut jeśli chodzi o Grenlandię (yay, kolejna pinezka na mapie!), ale i… pierwsze piwo w stylu kolońskim, jaki dane mi było spróbować. Wrażenia? Praktycznie brak. Wodniste, lekko kwaskowe, bez jakichkolwiek uniesień. Żadnych wad, ale i – prawdę mówiąc – żadnych zalet, poza pijalnością i rześkością. Wiem, że wielu osobom to wystarcza, ale ja jednak wolę bardziej degustacyjne trunki. Druga próbka to równie nudny niemiecki styl –altbier. Dökkur Bjór ze znanego z warzenia piw z wielorybimi dodatkami browaru Steðja to poprawne słodowe piwo o nutach przypieczonego chleba, toffi i karmelu. Wypić i zapomnieć. Nuda. Przyszedł czas na specjalistów od chmielu, twórców wspomnianego wcześniej świetnego IPA – browar Gæðingur z Selfoss. To właśnie w kooperacji z nim i browarem Two Roads Jeppe Bjergso z Evil Twin uwarzył piwo kwaszone… skyrem. Skyrgosi pachnie nieco wodą po ogórkach i kapustą kiszoną, w smaku jest lekki kwasek, soli jakoś mocno nie wyczułem. Są nuty mleczne i cytrynowe. Ot taka lemoniadowa ciekawostka z kiszonką. Po tym eksperymencie trzeba było spróbować czegoś potężnego – mianowicie świeżego double IPA. Najnowsza wersja Fulltrúi Syslumanns ma 10% alkoholu zamiast poprzedniego 8,6%. Bursztynowa barwa, aromat marakui i mango, delikatny stary chmiel z tyłu, porządna goryczka, alkohol świetnie ukryty (jak w większości islandzkich piw) i gorzki finisz w stylu grejpfrutowego albedo. Gæðingur nie zawodzi jeśli chodzi o mocno chmielone piwa.

Miałem jeszcze okazję wypić trzy piwa w restauracjach. Romantycznej kolacji z owocami morza akompaniował najpopularniejszy lager w Reykaviku o nazwie Gull. Piwo pięć lat temu wybrane zostało najlepszym standardowym lagerem na świecie podczas World Beer Awards i… w tej kategorii sprawdza się całkiem nieźle. Jak na piwo codziennego użytku, jest o wiele smaczniejsze niż koncernowe eurolagery. Ma wyczuwalnie słodowy charakter, z zaznaczoną nutą szlachetnego chmielu, a do tego pije się je szybko i bez męczarni. Nadal jest to tylko nudny jasny lager, ale przynajmniej nie wali kukurydzą czy masłem. Do wieloryba i maskonura wypiliśmy zaś z Justyną czekoladowy porter z browaru Kaldi oraz stout z browaru Viking. Oba nieco wodniste, ale z zaznaczonym odpowiednio czekoladowym i palonym charakterem. Do wypicia do obiadu w sam raz.

Post scriptum

To tyle, jeśli chodzi o jedzenie i alkohol. Z powodu ograniczonej dostępności napojów z procentami, Islandczycy zamiast w barach wolą siedzieć w basenach geotermalnych, które stały się dla nich tym, czym puby dla nas – miejscem spotkań towarzyskich. Za jedyne 900 koron możemy siedzieć cały dzień w ciepłym jacuzzi, popływać na basenie, skorzystać z wielu zjeżdżalni czy sauny, a za skromną dopłatą także oddać się w ręce masażysty. Wszystko to nie wyjeżdżając z miasta. Oczywiście są też naturalne gorące źródła w terenie, w tym to w Reykholt – najstarsze na wyspie, pamiętające jeszcze czasy prawdziwej, pięknej średniowiecznej anarchii. Jeśli nie lubicie tłumów, ze swojej strony polecić mogę mały basen o nazwie Klebergslaug, niedaleko Reykjaviku. Najwięcej turystów jedzie do turystycznej mekki – Blue Lagoon, ale my ominęliśmy to miejsce. 45 euro za bardziej odpicowane przez ludzi i zatłoczone termy to raz, że bardzo drogo, a dwa – w okresie Walentynek i tak wszystkie godziny poza 19:00 (o 20:00 zamykają) były zaklepane. Najpiękniejsze na wyspie są przede wszystkim krajobrazy, które zmieniają się z minuty na minutę podczas jazdy samochodem i właściwie to ciągle chce się zatrzymywać i robić zdjęcia. Nie mieliśmy czasu pojechać nigdzie dalej, więc ograniczyliśmy się do zwiedzania południowego zachodu – pięknych wodospadów, górskich potoków i wulkanicznych wzniesień. Warto wypożyczyć auto i wyjechać z miasta – choćby te 100-200 kilometrów. Pogoda potrafi zmienić się tak szybko, że w jednej chwili jest -15 stopni, a po chwili +5. O samochodzie wspominam nie bez przyczyny. Także w tej kwestii spotkała nas niemiła niespodzianka i pokaz, jak nie należy traktować klientów.

Zabukowaliśmy samochód w firmie Sixt, zapłaciliśmy kartą przez internet, system ściągnął pieniądze i przysłał potwierdzenie, iż samochód jest do odbioru. Na miejscu okazało się, że nie akceptują mojej karty. Jeśli rzeczywiście tak jest, ich system rezerwacji nigdy nie powinien tej karty zaakceptować i ściągnąć pieniędzy z konta. Skoro otrzymałem potwierdzenie rezerwacji, to każda szanująca się firma – nawet jeśli zostało one wydane przez błąd systemu – uznaje rację konsumenta. Jest to podstawa etyki obsługi klienta! Tymczasem tam zakończyło się to wielką awanturą, gdyż nie miałem zamiaru dać za wygraną, a mimo to nawet kierownik nie chciał wydać mi auta, za które zapłaciłem i otrzymałem potwierdzenie. Skandaliczny brak profesjonalizmu i proklienckiego nastawienia. Piszę o tym po to, żeby dzięki temu przynajmniej jedna osoba wybrała inną firmę zajmującą się wynajmem samochodów. Nie musicie korzystać z mojej konkretnej rekomendacji, o której poniżej. Po prostu wypożyczcie od kogo innego, niż Sixt. My trafiliśmy na miejscu na świetnych ludzi – rodzinną firemkę Ice Rental Cars z Njardviku. Prowadzi ją ojciec z synem. Po usłyszeniu naszej historii wypożyczyli nam samochód za gotówkę, dostarczyli go pod Cafe Haiti, gdzie sfrustrowani poziomem obsługi klienta w Sixt zapijaliśmy smutki kawą i zagryzaliśmy sernikiem. Następnie, mimo że mieliśmy oddać auto do wtorkowego wieczoru, napisałem do nich, że jeszcze rano we środę chcielibyśmy podjechać do centrum i zapytałem, czy moglibyśmy przetrzymać naszego Hyundaia i30 o pół dnia dłużej. Bez żadnych problemów zgodzili się na to, nie żądając ani jednej korony dopłaty. Sam zwrot wypożyczonego samochodu również wyglądał bardzo dżentelmeńsko, bez szukania dziury w całym. To też ważne, gdyż – jak można przeczytać w opiniach o firmie Sixt w Internecie – najpierw chcą sprzedać jak najwięcej rodzajów ubezpieczeń jako dodatkowe koszty wynajmu, a gdy ktoś ich nie wykupi, niczym Sherlock Holmes szukają najmniejszych zadrapań, by ściągnąć z ludzi pieniądze. Jeden z klientów otrzymał rachunek na 10 tysięcy euro (!!!) za rzekome uszkodzenie karoserii wywołane przez żwir. Abstrahując od wątpliwych etycznie praktyk Sixt, na Islandii akurat ubezpieczenie od żwiru i pyłu wulkanicznego się przydaje, gdyż na drogach jest tego pełno i można np. łatwo stracić szybę. Jeśli będziecie wynajmować auto – zadzwońcie do chłopaków z Ice Rental Cars – niech im się interes kręci. Oni wiedzą jak się traktuje klienta. Niech rynek zadziała.

A największy minus wycieczki – poza wysokimi cenami i antykonsumencką gospodarką? Niestety, mimo szczerych chęci nie złapaliśmy zorzy polarnej! Zawsze jednak trzeba zostawić coś na następny raz. Polecimy tam kiedyś w lecie i pojedziemy w inne zakątki wyspy. Na pewno warto było to przeżyć. W islandzkiej naturze można się naprawdę zakochać.

Baranie łby, zepsute ryby i wszechobecna lukrecja – czyli kocham Cię jak Islandię