VII KAWA Festival Poznań – Z mlekiem*

kava.png

Źródło: facebook.com

W poniedziałkowe przedpołudnie w otwartym na nowo bistro Wartko nad Wartą odbyła się konferencja prasowa promująca trwający od wczoraj VII KAWA Festival. W byłej loży masońskiej przy Marcinkowskiego byliśmy kiedyś z okazji urodzin, ale od tamtego czasu wiele się tu zmieniło. W Wartko nad Wartą można zjeść m.in. sowite śniadania bazujące w większości na recepturach jajecznych, z wyraźnymi brytyjskimi inspiracjami. Spróbowałem omletu z chili, gdyż – jak wiecie – ten dodatek zawsze budzi moje zainteresowanie i nie zawiodłem się. Porcja rozsądnej wielkości, smak w porządku, choć oczywiście na moje zmysły zdecydowanie za mało ostre. Rozumiem jednak, że chodziło tylko o delikatną pieszczotę podniebienia, a nie o walenie obuchem przez łeb. Od tego mam wszak degustacje papryczek w piwnym towarzystwie. Poza omletami znajdziecie tu jajka w koszulkach, kiełbaski, tosty czy naleśniki. Po śniadaniu restauracja serwuje zestawy lunchowe w przyzwoitych cenach. Warto wpaść, bo pomimo śniadaniowego boomu wciąż brakuje w Poznaniu tego typu miejsc.

Clou spotkania była jednak zapowiedź VII KAWA Festival. Tym razem motywem przewodnim jest hasło Z mlekiem*. Zanim zjawiłem się na konferencji, wiedziałem o tym, że królować będzie kawa wchodząca na stół cała na biało, natomiast – przyznaję się bez bicia – nie zauważyłem, iż chodzi o mleko roślinne. W tej edycji organizatorzy postanowili wykonać ukłon w stronę osób preferujących opcje wegańskie. Oprócz zamiany mleka krowiego na roślinny substytut, także ciasta pojawią się w wersji bez produktów odzwierzęcych. W siódmej edycji festiwalu weźmie udział rekordowa liczba 41 poznańskich kawiarni, więc goście mają w czym wybierać. Poza znacznym zwiększeniem zasięgu, wprowadzono również zmienioną formę oceniania miejsc w celu wyłonienia zwycięzcy imprezy. Tym razem zamiast znanych z poprzednich odsłon papierowych kart do głosowania wybór odbędzie się za pośrednictwem internetu. Do wzięcia udziału we wspólnej zabawie motywuje także cena zestawu. Za  kawę i deser zapłacimy jedynie 10 złotych.

Osobiście, jako mięsożerca i zwolennik czarnej kawy, będę miał okazję wyjść nieco ze strefy komfortu i spróbować czegoś innego. Ciekaw jestem, jak uczestnicy festiwalu poradzą sobie z postawionym zadaniem. Łatwo nie będzie! Impreza potrwa do końca bieżącego tygodnia.

Link do wydarzenia: https://www.facebook.com/events/1266765293334110/

Reklamy
VII KAWA Festival Poznań – Z mlekiem*

Konkursy, laureaci i festiwal pyszności

Jako że we czwartek ogłoszono wyniki trzech konkursów: XI Culinary Fest – Nuty Smakowe, Restauracja Roku 2015 oraz IV Kawa Festival, najwyższy czas nie tylko przedstawić laureatów, ale także i podzielić się swoimi wrażeniami z tych wydarzeń.

12674931_1217625038266849_1867106927_o

Niestety, przez nasz islandzki wyjazd nie mogliśmy uczestniczyć w Culinary Feście tak intensywnie, jak zawsze, ale i tym razem pozwoliliśmy sobie na skosztowanie kilku propozycji. Odwiedziliśmy między innymi Koba Cocktail Bar na Tylnym Chwaliszewie – lokal ukryty przed światem, mimo że położony przecież w centrum. Na miejscu zastaliśmy – poza, oczywiście, festiwalowym menu – duży wybór wysokiej klasy alkoholi, wliczając w to ciekawe i rzadko dostępne okazy. Na drinka zdecydowanie warto się tam wybrać. Samo jedzenie również nie budziło zastrzeżeń, a obsługa zapewniała doświadczenie na wysokim poziomie fachowości. Następnie zdecydowaliśmy się Firlejkę – jedno z miejsc, które zdecydowanie zagościło wśród naszych ulubionych. Zestaw przygotowany przez kuchnię tej restauracji zarówno prezentował się, jak i smakował wybornie. Łosoś otulony płatkami owsianymi mógł zainspirować niejednego smakosza, a przegrzebek był taki, jak powinien być – delikatny, kremowy i mięsny. Nasze dobre opinie potwierdziły zresztą wyniki – Firlejka otrzymała pierwsze miejsce w głosowaniu gości. Nie mogliśmy oczywiście pominąć Momo, gdzie gościmy przy okazji każdego festiwalu. Tym razem poznańscy mistrzowie owoców morza zaserwowali nam pyszne ośmiornice w wariancie owocowym, z dodatkiem awokado i mango, a także przegrzebka (ponownie!) z prosciutto na makaronie sojowym. Uznana marka nie zawiodła i wyszliśmy ukontentowani. Z nowych miejsc zaszliśmy jeszcze do dwóch susharniKoku i Tokyo Tey. Jako wielbiciel kolendry ucieszyłem się na jej obecność w przystawkowej zupie, natomiast – tradycyjnie – widząc słowo ostre/pikantne miałem dużo wyższe wymagania w kategorii: pieszczenie podniebienia ogniem. Danie główne – tempura na bogato: krewetka, warzywa, owoce, miód, pieprz…. Mnóstwo wrażeń. A do tego naprawdę można było się na chwilę nasycić! Z przyjemnością polecam. Tokyo Tey z kolei to dość dziwne miejsce – mianowicie wpisujące się w tradycję azjatyckiego fast foodu, z gotowymi już rolkami popakowanymi w pudełka. Niestety, nie wypowiem się na temat ich sushi, gdyż jedliśmy tylko menu festiwalowe, a tam – o dziwo – królowało mięso. Oba dania zostały pięknie podane, w nowoczesnym, nieco artystycznym stylu. Dorada na przystawkę (tak! ryba to też mięso!) miała za kompanów freski z czarnego sosu kokosowego i mango. Ponownie – ostrą tej potrawy nie nazwę, mimo opisu. Danie główne miało potencjał. Niestety, mój wędzony na ciepło schab był lekko surowy w środku, co wieprzowinie zdarzyć się nie może. Nie takie rzeczy oczywiście jadłem w życiu i nie robiłem afery, natomiast skrzętnie zanotowałem to w swej pamięci. Na koniec tej opowieści przypomniałem sobie, że jeszcze byliśmy w Mamasitas, gdzie uraczono nas bardzo smacznym burrito i niezłym kukurydzianym kremem.

 

Jeśli chodzi o konkurs na Restaurację Roku 2015, wzięło w nim udział pięć znanych wszystkim poznańskich foodies miejsc: Bistro La Cocotte, Papierówka, Saute, Lavenda oraz Momo. Tym razem spięliśmy się i trafiliśmy aż do 4 z 5 wymienionych lokali. W La Cocotte przy Murnej uraczeni zostaliśmy pyszną ośmiornicą, jedną z lepszych w mieście, której towarzyszyły duszone warzywa i aioli. Morski stwór we francuskiej interpretacji miał mocno kremowo-maślany smak, co nieco odbiegało od mojego wyobrażenia o mocno zgrillowanej ośmiornicy a la Mykonos. Niemniej jednak, danie okazało się poezją dla podniebienia i z pewnością zasługuje na wysokie noty i wyróżnienie. Następnie – tradycyjnie – trafiliśmy do Momo, gdzie otrzymaliśmy sporych rozmiarów krewetki wraz z ciecierzycą, papryką, chorizo i botwiną. Ten ostatni dodatek pod względem estetycznym uważam za doskonały pomysł na dekorację i cieszę się, że roślina ta przeżywa obecnie swoisty renesans wśród polskich szefów kuchni. Smakowo również – tradycyjnie – Momo nie zawiodło. Trzeci nasz wybór padł na Lavendę, która to okazała się faworytem gości i ostatecznie wygrała cały konkurs. Nie jestem zwolennikiem risotto, więc dwie poprzednie propozycje podeszły mi lepiej, natomiast przegrzebek był taki jaki powinien być: mięsisty, delikatny i delikatnie przypieczony. Dodatki w postaci groszku cukrowego czy sadzonego jajka przepiórczego stanowiły ciekawe uzupełnienie i wprowadzały dodatkowe nuty. Brawo. Niestety, podczas prezentacji wyników i zwycięskich dań niektóre przegrzebki okazały się stanowczo przesolone, w tym mój – błąd w sztuce. Zdarza się. Zajechaliśmy również do Saute, którego największym problemem jest lokalizacja – niby blisko centrum i Ronda Śródka, ale jednak na peryferiach. Tu zaserwowano nam policzki wieprzowe w akompaniamencie fondantu ziemniaczanego. Smakowało nieźle, gdyż policzki uwielbiam, ale muszę napisać kilka gorzkich słów o samej koncepcji. Gotowane czy pieczone ziemniaki są dla mnie swoistym memem kulturowym – synonimem januszady – pewnego zachowania a la inżynier Mamoń z filmu Rejs. Ziemniaki z mielonym/schabowym i mizerią, jedzone dzień w dzień na talerzu z duraleksu w moim mózgu zakodowane zostały jako coś, z czym trzeba walczyć. Coś, co przeczy wszystkiemu, co cenię w kuchni. Symbolizują zwykłość, przeciętność, brak woli poznawania nowego. Tu mieliśmy kontrast: policzki – mimo że podroby, to jednak rzadko jedzone na co dzień, a więc ciekawe – i ziemniaki – ucieleśnienie nieciekawości. Mało jest rzeczy, których nie lubię jeść, natomiast te skrobiowe potwory przypominające o nudzie dnia codziennego należą właśnie do tego grona. Do Papierówki nie poszliśmy, gdyż wciąż pamiętam tego źle wysmażonego steka, ale może w końcu się przełamię i dam im szansę kolejny raz…

Zwycięzcą Kawa Festival została również Lavenda, jednak – jak wiecie – za deserami nie przepadam, więc mogę jedynie napisać tyle, że kciuk do góry za to, iż zaproponowana pozycja nie była mocno przesłodzona, choć niektórzy odnieśli takie wrażenie. Nie mieliśmy tu do czynienia co prawda ze zwiewnym owocowo-ziołowym muśnięciem podniebienia, ale do ekstremów słodkości pokroju turecko-arabskich deserów na pewno propozycji Lavendy trochę brakowało. I dobrze.

12528727_1217625258266827_1794139145_o

Świńskie Uszy – miejsce uroczystego ogłoszenia wyników – to nowe miejsce na kulinarnej mapie Poznania. Dysponuje ono dwoma poziomami: restauracyjną górą i klubowo-barowym dołem. Lokal ma duży potencjał, zwłaszcza, że prowadzony jest przez człowieka doświadczonego na lokalnym rynku – Krzysztofa Hellera odpowiedzialnego za sukces Goko Sushi. Ciekawa jest koncepcja braku stałego menu. Zamiast niezmiennej karty dań, mamy cztery kategorie cenowe i w każdej z nich różne ciekawostki przygotowane przez kuchnię danego dnia. Pomysł popieram, gdyż uwielbiam nowości i ciekawostki, a gardzę sztampą i rutyną. Pytanie – czy poznański rynek to kupi? Mam nadzieję, że tak. Restauracja zrezygnowała też z prowadzenia oficjalnego konta na Facebooku i cały ruch social media chce skanalizować na Instagramie. Podczas kolacji uraczeni zostaliśmy makrelą w asyście malinowego kuskusu. Pierwszy raz jadłem takie połączenie i to już sprawia, że jestem zadowolony z takiego wyboru kuchni. Nie mam zastrzeżeń co do efektu tego eksperymentu – smakowało pysznie i dobrze łączyło się w całość. Warto eksperymentować, warto szukać. Życie jest za krótkie, by zamykać się w swojej ciasnej strefie komfortu.

Kolejna edycja Culinary Fest odbędzie się 23-29 maja pod hasłem Sekret, zaś Kawa Festiwal 4-10 kwietnia pod kuszącym mnie mocno sloganem – Bezmlecznie. Jestem bardzo ciekawy, co tym razem wymyślą uczestnicy. Zapowiada się smakowicie.

Konkursy, laureaci i festiwal pyszności

Baranie łby, zepsute ryby i wszechobecna lukrecja – czyli kocham Cię jak Islandię

Od naszej ostatniej podróży minęło już trochę czasu i stęskniliśmy się nieco za życiem na walizkach. Jako że okazja była przednia (Walentynki), postanowiłem zabrać moją Ukochaną na Islandię, która nas oboje od pewnego czasu intrygowała. Korzystając z urodzinowej promocji WizzAir, kilka miesięcy wcześniej zakupiliśmy dwa bilety w cenie jednego, dołożyliśmy do tego duży bagaż i zabukowaliśmy lot z Gdańska do Keflaviku i z powrotem. Czegoż więc warto spróbować na miejscu? Czy mity na temat islandzkiego jedzenia i picia są prawdziwe? Postanowiliśmy stawić czoła tym pytaniom na miejscu, a odpowiedź na nie znajdziecie poniżej. Zapraszam do lektury.

IMG_0878.JPG

Plany kulinarno-piwne

Przed wyprawą nie mogliśmy, rzecz jasna, powstrzymać się przed buszowaniem po sieci w celu odnalezienia najciekawszych i najdziwniejszych atrakcji czekających na nas na Wyspie Gejzerów. W nasze poszukiwania lokalnych dziwot włączyliśmy także ciekawostki kulinarne i piwne. Wiedziałem już wcześniej, że Islandia to jedyne miejsce, gdzie możemy spróbować niektórych rzeczy, które gdzie indziej – o ile nie są wprost zabronione – to powiedzmy… ich konsumpcja nie należy do kręgu kulturowego. Do takich smakołyków na pewno zaliczymy wieloryba – morskiego ssaka chronionego od trzydziestu lat prawem międzynarodowym. Na szczęście są takie krańce świata, gdzie niektóre walenie można ordynarnie zjeść. Islandia daje taką możliwość. Poza wielorybami, przed wyjazdem wiedziałem także o frykasach znajdujących się na zaszczytnych listach pod tytułami w stylu: najbardziej obrzydliwe potrawy świata: fermentowanym rekinie, baranich jądrach, kwaszonym tłuszczu wieloryba czy owczej głowie. Nie darowałbym sobie, gdybym przynajmniej ich nie spróbował. Co do piwa, z okazji tradycyjnego zimowego święta Þorri browar Steðja uwarzył w 2014 roku piwo Hvalur, do którego produkcji użyto… zmielonych kości wieloryba (!), a rok później powtórzono eksperyment pod nazwą Hvalur 2, a napój infuzowano wędzonymi na owczej kupie jądrami finwali (!!). Niestety, piwo Hvalur 3 nie powstało, także przez lobby antywielorybnicze, które rozpętało krucjatę przeciwko używaniu waleni w procesie produkcji piwa. Poza tym, jak zawsze celem wyprawy było zjedzenie i wypicie jak największej ilości lokalnych ciekawostek, o których nie mieliśmy pojęcia przed wylotem.

Lokalne obskuria – czy ludzie naprawdę to jedzą?!

12715654_1001236363302098_4423760712594557386_n

Czytając zestawy tradycyjnych islandzkich potraw, nasuwa się jedno pytanie: czy ci ludzie naprawdę to jedzą? A jeśli tak – to dlaczego? Czy są szaleni, a może jest jakieś drugie dno? Prawda jest taka, że – jak w większości przypadków – tak zwana kuchnia lokalna powstała z biedy i ograniczonego dostępu do zasobów. Gdy nie było samolotów i sieci importowych, a przez pół roku na miejscu nic nie rosło, trzeba było sobie jakoś radzić. Stąd robiono przetwory ze wszystkiego i żadna jadalna część mięsa nie mogła się zmarnować. To właśnie z tego powodu zaczęto choćby jeść baranie głowy, robić coś na kształt polskiej kaszanki czy zakopywać rybę pod ziemią. Ten ostatni proces miał też uzasadnienie medyczne. Rekin grenlandzki, tradycyjnie poddawany takowej obróbce, nie posiada bowiem układu moczowego i w związku z tym wszystkie toksyny przenikają wprost do jego mięsa, czyniąc je trującym dla człowieka. Długotrwały proces dojrzewania pomaga rozłożyć szkodliwe substancje i umożliwia zjedzenie rekiniego mięsa. Dziś na Islandii mamy możliwość spróbowania każdej kuchni świata, a przeciętny mieszkaniec tego kraju zazwyczaj zamiast wędzonych baranich jąder wybierze pad thai, pizzę, burgera lub hot-doga. Co ciekawe, przez zamiłowanie mieszkańców do fast foodu, Islandia należy do najbardziej otyłych krajów Europy. Równocześnie widnieje na liście najszczęśliwszych miejsc. Przypadek? 😉 Starodawne, tradycyjne islandzkie potrawy pełnią dziś dwie funkcje: stanowią atrakcję dla żądnych przygód kulinarnych turystów, a także serwowane są podczas wspomnianego wcześniej święta Þorri. Wtedy to na stole można znaleźć m.in.: fermentowanego rekina, baranie jądra, podpiekane owcze głowy, zrobiony z nich salceson, kaszankę, wątrobiankę, suszone na wietrze ryby, tradycyjny żytni chleb, długodojrzewającą jagnięcinę, koninę, comber jagnięcy oraz płetwy foki. Taką ucztę należy oczywiście sowicie zapić – najlepiej miejscowym alkoholem o nazwie Brennivin – czyli wódką ziemniaczaną z dodatkiem kminku. Smacznego!

Reykjavik Food Walk

Na długo przed wyjazdem wpadł mi w oko pewien profil na Instagramie. Reykjavik Food Walk, bo o nim mowa, obfitował w piękne zdjęcia krajobrazów i opisy smacznych rzeczy. Okazało się, że od pół roku istnieje wydarzenie, dzięki któremu goście są w stanie spróbować 13 lokalnych przysmaków w 6 różnych miejscach w stolicy. Udało się nam zarezerwować miejsca na środę, 17 lutego. Udaliśmy się pod Harpę w południe, a że do rozpoczęcia wydarzenia pozostało jeszcze pół godziny, wypiliśmy kawę w kawiarni na dole. Niestety, była to jedna z gorszych decyzji na miejscu. Przepalone, nieco stęchłe ziarno masowej produkcji – lepiej idźcie gdzie indziej, np. do Haiti (o tym później). RFW zaczęliśmy od wizyty w Islenskim Barinnie, miejscu, które uprzednio odwiedziliśmy już dwukrotnie. Tym razem mieliśmy okazję spróbować zupy na jagnięcinie. Osobiście jestem wielbicielem owczego mięsa i cenię je pod względem smakowym dużo wyżej niż kurczaka. Dlatego też, mimo że w sumie była to zwykła zupa a la bulion z warzywami, dodatek mięsa jagnięcego zapewnił tak zwane punkty dodatkowe, o które przecież chodzi. Drugi przystanek to Ostabúðin – miejsce, gdzie można zarówno zjeść na miejscu, jak i kupić dobre wędliny oraz ser na wynos. Jeśli chodzi o sery, były smaczne, jednak nie rzucały na kolana. Co innego mięso. Mieliśmy okazję spróbować długodojrzewającego konia, kaczki i owcy. Każda z wędlin otoczona była mieszanką ziół i przypraw. Konina w rozmarynie i tymianku pokonała wszystko. Była to jedna z najsmaczniejszych wędlin, jakie jadłem w życiu. Oczywiście połowa wycieczki nawet jej nie spróbowała! Nienawidzę tej fałszywej moralności, w której zjedzenie konia jest nieakceptowalne, ale już świnia czy krowa to nic takiego. Powiedzmy sobie wyraźnie – moralny aspekt zjedzenia konia, psa, kota czy szczura różni się od zjedzenia świni, krowy czy kurczaka tylko ograniczeniami kulturowymi. Na szczęście ja się już ich wyzbyłem i nie pogardzę dobrze sprawioną koniną. Grunt, to rozszerzać swoją strefę komfortu ad infinitum i przestać się bać. Strach to największy wróg postępu. Do tego dochodzi neofobia. O niej jednak – kiedy indziej. Idąc dalej w kierunku kościoła Hallgrimskirkja, trafiliśmy do Cafe Loki, kawiarni nazwanej tak na cześć nordyckiego boga. Mimo odbywającego się tam remontu, w ramach RFW mogliśmy wejść do środka i otrzymać tradycyjne islandzkie lody. Co wyróżnia miejscowy słodki przysmak od znanych nam z Polski lodów tradycyjnych? Dodatek… ciemnego żytniego chleba! Żyto przez 200 lat duńskiej okupacji było głównym surowcem zbożowym na Islandii i właśnie w tym okresie powstały przepisy na rúgbrauð. Kruszony chleb miesza się z masą lodową, co stanowi lokalny przysmak. Jakkolwiek dziwnie to brzmi, połączenie naprawdę dało radę i warto go spróbować. Następnie przeszliśmy nad Tjörnin, czyli staw w centrum Reyjkaviku, gdzie mieszkańcy i turyści karmią dzikie gęsi, kaczki i łabędzie krzykliwe. Ptaki są dorodne i przyzwyczajone do zjadania okruchów z pańskiego stołu. To właśnie tam doszedłem do wniosku, że Tjörnin stanowi doskonałą alegorię etatyzmu. Łabędź posiada z natury tak wielką siłę, że jest w stanie skrzydłem złamać ludzką kość. Tymczasem poprzez systematyczną pampersyzację (nie mylić z pauperyzacją) ptaki te stały się w stu procentach zależne od ludzi – na tyle, że jedzą im z ręki. Dokładnie w ten sam sposób działają państwa socjalne. Człowiek – z natury obdarzony jednostkową wolną wolą, prawem własności i samostanowienia – może być przez działanie opresyjnego aparatu państwowego pozbawiony naturalnej niezależności i zostać uzależniony od socjalnych benefitów oraz opieki urzędników do tego stopnia, że nie tylko się boi, ale nie jest w stanie funkcjonować samodzielnie. Przez całe życie potrzebna mu jest państwowa pielucha. Jest to ludobójstwo en masse na płaszczyźnie duchowej. Dość dygresji. Nad Tjörnin spróbowaliśmy klasycznego islandzkiego skyru. To produkt mleczny podobny do jogurtu, fermentowany nie tylko bakteriami mlekowymi, ale i paciorkowcami. Mieliśmy okazję skosztować zarówno wersji naturalnej, jak i truskawkowej. Obie smakowały bardzo podobnie do znanej z polskich sklepów Jogobelli. Idąc w kierunku Starego Portu, zatrzymaliśmy się przy słynnym Bæjarins Beztu Pylsur, czyli budce z hot-dogami czynnej od… 80 lat. Parówki w Islandii robi się głównie z mięsa jagnięcego, z domieszką wieprzowiny i wołowiny. Bułki w Polsce są lepsze, natomiast jeśli chodzi o wkład, to bardziej przekonał mnie wariant miejscowy. Jako dodatki można zamówić świeżą i prażoną cebulę, remuladę, keczup i musztardę. Po tym posiłku udaliśmy się do Saegreifinn, tawerny w Starym Porcie, którą założył legendarny Morski Baron. Tam skosztowaliśmy zupy homarowej, która przypominała nieco polską pomidorówkę z dodatkowym akcentem w postaci rzeczonego skorupiaka. Na Islandii poławia się dużo homarów i można je dostać w większości nadmorskich knajp. Oczywiście, jeśli myślicie, że przez to są tańsze – mylicie się. Pomimo dostępności, nadal jest to towar luksusowy. Finisz naszego touru miał miejsce w restauracji Matur Og Drykkur, gdzie otrzymaliśmy tradycyjny islandzki deser w postaci smażonych na głębokim tłuszczu warkoczy z ciasta o smaku podobnym do racuchów, przyozdobionych karmelowym sosem. Ogólnie oceniam doświadczenie Reykjavik Food Walk jako bardzo udane. Nasz przewodnik – Egill – wykazał się sporą wiedzą i potrafił ciekawie o wszystkim opowiadać, poznaliśmy sporo fajnych ludzi i – co najistotniejsze – spędziliśmy pół dnia na międzynarodowych pogaduchach i samplingu ciekawych lokalnych dań. Jeśli jesteście foodies, musicie skorzystać z ich oferty będąc w Reykjaviku!

Gdzie i co zjeść?

Po uprzednim wykonaniu internetowego researchu, udaliśmy się do restauracji Islenski Barinn, by tam spróbować lokalnych mięs niedostępnych w Polsce. To tu – według recenzji znalezionych na TripAdvisor – można zjeść renifera, maskonura, wieloryba i baranie jądra, a także wypić dobre piwo. Jak się okazało, nie zawsze i nie wszystko. Co prawda renifera musieliśmy spróbować gdzie indziej, ale udało się nam zamówić przystawki podawane w gustownych słoikach, zawierające mięso maskonura z chili oraz wieloryba w sosie z ostrym cheddarem. Sympatyczny ptaszek w smaku przypominał nieco kurczaka w azjatyckim stylu, natomiast wieloryb (a konkretnie płetwal karłowaty) zachwycał swym smakiem. Mięso tego walenia daje wrażenie, jakby dwie fantastyczne rzeczy – stek wołowy i stek z tuńczyka – połączyły się w jedno. Jędrne, mocno białkowe mięso o wyrazistym smaku, do tego świetnie podkreślone ostrym serem. Znakomite! Każdy spragniony dobrego smaku powinien spróbować płetwala, póki jeszcze jest taka szansa. Jeśli przystawka to dla kogoś za mało, może zamówić cały stek albo udać się do Starego Portu, gdzie we wspomnianej wcześniej restauracji Saegreifinn można raczyć się świeżymi porcjami degustacyjnymi za niewielką cenę.

Kolejną rzeczą, jakiej nie mogliśmy przegapić, był svið – czyli głowa owcy przecięta na pół, pozbawiona mózgu, opalona i podawana na ciepło z ziemniakami i puree z rzepy – zupełnie jak szkockie haggis. Od kilkudziesięciu lat jest to popisowe danie restauracji Fljótt og Gott mieszczącej się na… miejskim dworcu autobusowym (BSI). Zapach potrawa ta miała dość specyficzny, ale to dzięki wyglądowi uznaje się ją za jeden z największych kulinarnych koszmarów. W miarę spożywania części jadalnych (policzki, dziąsła, itd.) odsłaniają się nam bowiem zęby. Dosłownie wyjadamy resztki mięsa spomiędzy kości szczęki i czaszki, a także okolice oka i ucha. Ten widok odrzuca najbardziej odpornych, a czasem powoduje nawet dolegliwości natury gastrycznej. W moim przypadku ciekawość świata zatryumfowała nad strachem kolejny raz i zjadłem wszystko, co było w svidzie do zjedzenia. Policzki to przecież jeden z najsmaczniejszych i najdelikatniejszych frykasów, a skóra i to, co pod nią na myśl przywodziła swojską golonkę. Co ciekawe, istnieje też możliwość zjedzenia svidu na zimno.

Prawdziwym Świętym Graalem był hakarl, czyli fermentowany rekin grenlandzki. Drogie to cholerstwo (około 1500 koron za 100 gramów), ale cóż – być na Islandii i nie zjeść hakarla to grzech. Kultowy status wśród miłośników ekstremalnych doznań sensorycznych potrawa ta zawdzięcza niebywałemu smrodowi (niektórzy porównują aromat hakarla do szwedzkich kiszonych śledzi – surstromming), a także faktowi, że – cóż- de facto jest to zepsuta ryba, która spoczywa miesiącami pod ziemią, a następnie wisi i suszy się na wietrze przez prawie pół roku. Kupując mój garniec złota w sklepie, usłyszałem od sprzedawcy wyartykułowane przerażonym głosem: tylko nie otwieraj tego w domu! Zgodnie z zaleceniem, rekina spróbowaliśmy na zewnątrz, podczas śnieżycy, jaka nawiedziła wówczas Reykjavik. Pogoda dodała nieco majestatycznego charakteru temu wydarzeniu. Justyna skusiła się tylko na kawałek, a mi zostało do zjedzenia całe opakowanie. W aromacie czuć było coś na kształt mocno dojrzałego francuskiego sera, amoniaku i starej ryby. Z czasem profil przechylał się coraz bardziej w stronę sera. W smaku było już bardziej zwyczajnie – rybnie i lekko kwaskowo. Tekstura hakarla przypomina środek ryby, gdy chcemy sobie usmażyć filet i za szybko zdejmiemy go z patelni – taki lekko gumiasty i nieścięty. Nie jest to potrawa, którą chciałbym jeść codziennie, ale na pewno ciekawa i warta poznania. W końcu w życiu chodzi o kolekcjonowanie doświadczeń, by mieć co później wspominać, prawda?

Kontynuując wątek rybny, Islandczycy mają jedną świetną i szeroko dostępną przekąskę, której mi bardzo brakuje w Polsce. Zamiast niezdrowych i tuczących chipsów, w każdym sklepie spożywczym można kupić harðfiskur, czyli suszoną na wietrze rybę. Do wyboru mamy m.in. dorsza i plamiaka, a także kilka innych okazów. Chrupiący smakołyk pachnie i smakuje jak ryba, więc nie powinien odrzucać nikogo, kto gustuje w morskich stworach. To jednak wartość odżywcza czyni go prawdziwie ultymatywnym osiągnięciem dietetyki i przemysłu spożywczego: 86% białka. Tak – dobrze czytacie. Osiemdziesiąt sześć. Zamiast pełnych węglowodanów i transtłuszczu chrupek, można kupić harðfiskur i dać swojemu organizmowi to, co najlepsze! A poza tym to pyszna przekąska do pochrupania przed telewizorem. Polecam!

Spróbowawszy większości obskuriów, został nam jeszcze renifer (baranich jąder nie widzieliśmy nigdzie – zapolujemy następnym razem). Mimo kilku opinii w internecie i paru telefonach, okazało się, że ani Islenski Barinn, ani Hamborgarabúllan (podobno najlepsza burgerownia w mieście) nie mają reniferzego mięsa. Do wyboru mieliśmy burgera z renifera w jednym z ekskluzywnych hoteli i carpaccio jako część czterodaniowego zestawu obiadowego w restauracji Höfnin. Uznaliśmy, że ponad 3000 koron za bułkę to jednak za drogo, więc postanowiliśmy spędzić romantyczny wieczór w portowej knajpce, delektując się ciekawymi potrawami lokalnej kuchni. Carpaccio spełniło nasze oczekiwania, choć porcja była mikroskopijna. Smakowo dobrze, ale konina lepsza. Zupa z owoców morza to już totalny majstersztyk. Nie jestem jakimś miłośnikiem zup, ale mam swoje faworytki. Krewetkowa z mleczkiem kokosowym i trawą cytrynową w Why Thai, ramen z szaszłykami z kurczaka w Yetztu, borowikowa w 3Kolory Malta, czy właśnie ta – z owocami morza w Höfnin. Mule, krewetki, a do tego kwaśna śmietana i kiełki – świetna kompozycja, a sam wywar pieścił podniebienie – nomen omen – niebiańsko. Rewelacyjna jest też lokalizacja tego miejsca. Stary Port to idealne miejsce na randkę. Piękne widoki, świetna kawa (o tym później) i mnóstwo dobrego jedzenia. Wszystkie zmysły dostają dawkę paliwa. Wraz ze wspaniałą kobietą jesz sobie jedną z najlepszych zup, jakie próbowałeś, a przez panoramiczne okno oglądasz statki, morze i ośnieżone szczyty. Danie główne to już fiesta jagnięciny. Owca przygotowana na trzy sposoby – dużo mięsa o charakterystycznym smaku, a to wszystko podane na kaszy w asyście karmelizowanej marchwi. Na deser otrzymaliśmy ciasto czekoladowe z płynną czekoladą, a do tego maliny. Smaczne, acz – jak wiecie – nie jestem fanem słodkości.

Wracając do tematu burgerów, Hamborgarabúllan to podobno najlepsza miejscówka tego typu w całej stolicy Islandii. Mając porównanie do poznańskich burgerowni powiem tyle – nie ma nawet startu! Po pierwsze, mało mięsa (tamtejszy standard to… 80 gramów! Osiemdziesiąt! Kiedy w porządnym burgerze powinno być minimum 200! Chcąc się najeść mięsa, a nie bułki, trzeba zamówić potrójną porcję! – na szczęście była opcja ze 150 gramami polędwicy), po drugie kiepskie, kapciowate bułki. Plus za duży wybór ciekawych sosów – niestety, bez tych superostrych od Blaira i podobnych.

Ciekawie prezentują się islandzkie słodycze. Dla Polaków istotne są przede wszystkim dwie informacje: miejscowi ubóstwiają nasze Prince Polo, które dostępne jest wszędzie, a także do wszystkiego, do czego się da, dodają lukrecję. Lukrecjowa czekolada, cukierki, lody – czasem strach otworzyć lodówkę, bo można tam znaleźć lukrecję. Jako że jest to tzw. smak nabyty, lojalnie ostrzegam. Nie znam zbyt wielu osób w naszym kraju, które przepadają za tym charakterystycznym smakiem. Jeśli do dziś po nocach w koszmarach śni się Wam czarne Haribo, omijajcie produkty z napisem Lakkris.

Gdzie na kawę?

Oprócz piwa i jedzenia, lubię wypić dobrą kawę. W Reykjaviku działa miejscowa palarnio-kawiarnia o nazwie Reykjavik Roasters i tam też udaliśmy się w celu wypicia czegoś lepszego niż sieciówkowe badziewie. Na miejscu znaleźliśmy zabytkową wypalarkę, trochę alternatywnego ziarna i różne warianty parzenia. Super. Niestety… po kwadransie nas wyrzucono za drzwi. W Islandii jak zamykają o 18, to zamykają o 18. Klient nie ma nic do gadania. Widocznie jeszcze nie dotarła na tę odległą wyspę wiadomość, iż najważniejszy jest konsument, a nie człowiek pracy. To konsument stanowi serce i najważniejsze ogniwo gospodarki. Nie do pomyślenia jest dla mnie fakt wypraszania klientów. Niestety, tam jest inaczej i to człowiek pracy jest ważny. Socjalizm, pieprzony socjalizm. Niemniej jednak, to chyba jedyne miejsce, gdzie serwują specialty, więc polecam.

Najczęściej kawę piliśmy jednak w Cafe Haiti, w Starym Porcie. Jest to – jak potem przeczytaliśmy – dość kultowe miejsce, prowadzone przez imigrantkę z Karaibów i jej rodzinę. Na miejscu zastaliśmy typowo podróżniczy wystrój, meble w stylu kolonialnym i domowy klimat. To lubimy. Ziarno importują sami – całkiem niezłe, a do tego mają pyszne ciasta. Polecam zwłaszcza sernik bananowy. Skojarzenia z poznańską La Ruiną nasuwały się same. Musicie koniecznie odwiedzić to miejsce.

Gdzie na piwo i nie tylko?

Co ciekawe, na Islandii piwo było zakazane aż do… 1989 roku! Przedziwne, nieprawdaż? To nie wszystko. Tak jak w Szwecji czy Norwegii – tu także jest problem z państwową kontrolą życia obywateli. Alkohol (>2,5%) możemy kupić jedynie w lokalach, strefie bezcłowej na lotnisku oraz w specjalnych sklepach monopolowych. Oczywiście – jak większość rzeczy na wyspie – sklepy te są otwarte od 11 do 18, z chyba jednym czy dwoma wyjątkami otwartymi do 20. Zero alkoholu na stacjach benzynowych i w sklepach spożywczych – nawet całodobowych! Można sobie tam co najwyżej kupić coś niskoalkoholowego typu rozwodniony, dwuprocentowy eurolager w wersji light. Swoją drogą ciekawi mnie, dlaczego nikt na Islandii nie wpadł na pomysł warzenia dwuprocentowego IPA? Nieistotne. Chcąc odkryć smaki islandzkiego kraftu, musimy wypatrywać szyldu Vínbúðin. Tam znajdziemy cały asortyment alkoholowy, a w tym piwo miejscowe i zagraniczne. Bez problemu możemy kupić produkty z oferty popularnych amerykańskich browarów kraftowych, jednak ja chciałem poznać smak lokalnych przysmaków. Najlepszym browarem na wyspie jest zdecydowanie kontraktowiec o nazwie Borg Brugghús, który warzy w Ölgerðin Egill Skallagrímsson w Reykjaviku. Praktycznie każde piwo firmowane tą marką to ścisła krajowa czołówka, a ich imperialne stouty mogą spokojnie konkurować z najlepszymi polskimi wypustami. Jeśli dla kogoś islandzkie nazwy są zbyt trudne, Borg nadaje swoim piwom numery. Udałem się na zakupy do sklepu przy ulicy Skeifan (otwarte do 20!) i zakupiłem cały koszyk piw. Jeśli chodzi o ceny, to nie odbiegają one znacząco od kosztów importowanego kraftu w Polsce. Za butelkę o pojemności 0,33 należało zapłacić około 20-25 złotych. W strefie bezcłowej wychodziło nieco taniej, około 15. Na wódce różnica ta jednak widoczna była dużo bardziej. Przebitka podatkowo-celna wynosiła około… 300%! Tak – Brennivin w mieście był trzykrotnie droższy niż na lotnisku! To, jak państwo okrada Islandczyków, jest niesamowite.

Na początek opisów poszczególnych piw jeszcze napiszę, że na Islandii wszystko filtrują, więc piwa ogólnie są klarowne jak eurolagery. Degustację zacząłem od borgowego Leifura (nr 32), czyli żytniego saisona z tymiankiem i wrzosem. W aromacie krzątały się tu piękne wiosenne nuty kwiatów, podbite przyprawami i ziołami, jednak w smaku poza nimi dało się wyczuć karmelowość i toffi, co sprawiało wrażenie ciężkości. Bez tego byłaby to świetna propozycja na przedwiośnie, a tak oceniam ją jedynie średnio. Jeszcze więcej karmelu miało inne piwo w tym stylu – żytni saison z arcydzięgielem o nazwie Skadi z browaru Ölvisholt w Selfoss. Tu miałem do czynienia z dużo wyższym wysyceniem, cytrusowością i alkoholową goryczką (7,5% dało się odczuć). Piwo ma oleistą fakturę, świeży smak, jednak karmel i alkohol zaniżają mu ocenę. Einstök Icelandic Toasted Porter to już napitek dostępny także w Polsce, produkowany przez całkiem spory browar Viking w Akureyri, na dalekiej północy, pod samym kołem podbiegunowym. Kiepska piana, orzechowo-chlebowe aromaty z nutą gorzkiej czekolady i słabej kawy – takiej z automatu na dworcowym peronie. Piłem w życiu lepsze portery, ale Einstök daje radę na jakąś niewymagającą wieczorną sesję. Według RateBeer najlepszym islandzkim piwem jest Lava ze wspomnianego wcześniej browaru Ölvisholt. Jako że to wędzony imperialny stout, na samą myśl moje kolana ugięły się w miękkości. Cóż więc ma do zaoferowania najlepsze według RateBeerowiczów piwo na wyspie? Ciemnobrązowa barwa, klarowne, z beżową pianą. W aromacie palone słody i sos sojowy, a także nuta palonego plastiku (fenole). Bardzo gładka faktura w odczuciu w ustach, wyczuwalny alkohol i palony finisz. Piwo jest umiarkowanie wędzone, dość mocno palone i niezbyt pełne jak na imperialnego stouta. Na pewno ciekawe i smaczne, ale moim zdaniem nie najlepsze w kraju. A może tak – dla odmiany – jakieś miejscowe IPA? Tumi Humall to propozycja browaru Gæðingur ze Skagafirði. Napiszę wprost – Islandczycy potrafią zrobić pięknie pachnące, idealnie klarowne IPA o zauważalnej goryczce, która nie zalega. Niby nic, a jednak tak często można znaleźć piwa w owym stylu, którym daleko do takiej charakterystyki. W aromacie mamy tu głównie słodkie owoce – ananasa i mango, coś jak w kilkumiesięcznym piwie chmielonym Simcoe. W tle błąkają się nuty ziołowe i żywiczne. Goryczka jest wyważona, ale zaznaczona – krótka i średnio intensywna. Wytrawne z gorzkim finiszem. Powiem szczerze – chciałbym, by polskie IPA prezentowały taki poziom, jak Tumi Humall. Kontynuując wątek IPA, Borg wypuścił trzy wilcze odmiany. Wilk to po islandzku ulfur. I tak też mamy do wyboru piwa o nazwach: Ulfur, Ulfur Ulfur i Ulfrun (odpowiednio: IPA, double IPA, session IPA). Niestety – wersja podwójna jest sezonowa i nie miałem możliwości jej spróbować. Sesyjny wilczek sprzedawany jest w puszkach i przeznaczony jest do szybkiego picia bez zastanawiania się nad poszczególnymi cechami. W tej roli sprawdza się doskonale. Pachnie amerykańskim chmielem, smakuje świeżo i umiarkowanie gorzko, jest lekki i to by było na tyle. Średni brat – Ulfur – pachnie ananasem, ale nie jest to jakiś uderzający aromat. Goryczka średnia. Pijalne, ale bez większych uniesień. Do Tumi Humall nie ma startu. Najnowszym piwem od Borga jest Magdalena (nr 41), która premierę miała w lutym 2016 roku. To imperialny witbier (8,4% alk.) z dodatkiem trawy cytrynowej, kolendry i… marmolady pomarańczowej. Po pierwsze – jest to zdradziecko pijalne piwo. Alkohol ukryty został znakomicie i pije się go jak zwykłego witbiera – o połowę słabszego. W aromacie dominuje kolendra i ziołowe lekarstwa. Spora przyprawowość przywodzi na myśl saisona. Ziołowość towarzyszy całej degustacji. Dwa ostatnie piwa z browaru Borg, jakie miałem przyjemność degustować, to imperialne stouty: Surtur (nr 38) oraz Garun (nr 19). Garun to mocniejszy gracz (11,5%), jednak alkohol – mimo podbicia ekstraktu cukrem – jest świetnie ukryty. Piwo daje w sobie wyczuć trochę czekolady, lekkiej kawy i odrobinę lukrecji, a także ofertuje wytrawny, palony finisz. Jeśli chodzi o Surtura, to obecna warka to kolejna wersja tego trunku. Tym razem uwarzono go na szeroko opisywane wcześniej święto Þorri. Do zasypu dodano żyto i pszenicę, a całość infuzowano mnóstwem wanilii. W efekcie piwo jest o wiele słodsze w aromacie i smaku, a do tego wprost bucha z niego świeże kakao. Gdybym miał wymarzyć sobie imperialną wersję naszego Dybuka, to chciałbym, by smakowała ona właśnie tak, jak Surtur nr 38. Oba RISy są do kupienia w wielopakach w strefie bezcłowej na lotnisku, więc gorąco polecam ich nabycie.

To tyle, jeśli chodzi o piwa pite w hotelu czy w domu po powrocie do Poznania. Właściwie to jeszcze piłem Myrkvi (nr 13) –porter z kolumbijską kawą paloną przez Reykjavik Roasters, jednak nie robiłem wówczas szczegółowych notatek, a samo piwo oceniłem minimalnie powyżej przeciętnej. W Reykjaviku sporo jest miejsc, gdzie można się napić dobrego piwa, jednak wyróżnić trzeba przede wszystkim dwa: Mikkeller & Friends, gdzie – jak sama nazwa wskazuje – można opić się duńskimi specjałami, a także leżący nieopodal Micro Bar, który serwuje głównie miejscowy kraft. Moim celem było przede wszystkim spróbowanie lokalnych przysmaków, więc udałem się do tej drugiej lokalizacji. Knajpa oferuje kilkanaście piw z islandzkich i grenlandzkich (!) browarów z kranu, a także propozycje butelkowe. Obsługa zna się na rzeczy, a w środku można spokojnie usiąść i porozmawiać przy stoliku. Jak przystało na pub dla geeków, dostępne są deski degustacyjne w opcji 5 lub 10 piw. Miodnie! Jako że część trunków próbowałem wcześniej w wersji butelkowej, odpuściłem je i zamówiłem pięć próbek. Na pierwszy ogień poszedł grenlandzki browar Godthaab i ich kolsch pod nazwą Nuummiut. Był to nie tylko mój debiut jeśli chodzi o Grenlandię (yay, kolejna pinezka na mapie!), ale i… pierwsze piwo w stylu kolońskim, jaki dane mi było spróbować. Wrażenia? Praktycznie brak. Wodniste, lekko kwaskowe, bez jakichkolwiek uniesień. Żadnych wad, ale i – prawdę mówiąc – żadnych zalet, poza pijalnością i rześkością. Wiem, że wielu osobom to wystarcza, ale ja jednak wolę bardziej degustacyjne trunki. Druga próbka to równie nudny niemiecki styl –altbier. Dökkur Bjór ze znanego z warzenia piw z wielorybimi dodatkami browaru Steðja to poprawne słodowe piwo o nutach przypieczonego chleba, toffi i karmelu. Wypić i zapomnieć. Nuda. Przyszedł czas na specjalistów od chmielu, twórców wspomnianego wcześniej świetnego IPA – browar Gæðingur z Selfoss. To właśnie w kooperacji z nim i browarem Two Roads Jeppe Bjergso z Evil Twin uwarzył piwo kwaszone… skyrem. Skyrgosi pachnie nieco wodą po ogórkach i kapustą kiszoną, w smaku jest lekki kwasek, soli jakoś mocno nie wyczułem. Są nuty mleczne i cytrynowe. Ot taka lemoniadowa ciekawostka z kiszonką. Po tym eksperymencie trzeba było spróbować czegoś potężnego – mianowicie świeżego double IPA. Najnowsza wersja Fulltrúi Syslumanns ma 10% alkoholu zamiast poprzedniego 8,6%. Bursztynowa barwa, aromat marakui i mango, delikatny stary chmiel z tyłu, porządna goryczka, alkohol świetnie ukryty (jak w większości islandzkich piw) i gorzki finisz w stylu grejpfrutowego albedo. Gæðingur nie zawodzi jeśli chodzi o mocno chmielone piwa.

Miałem jeszcze okazję wypić trzy piwa w restauracjach. Romantycznej kolacji z owocami morza akompaniował najpopularniejszy lager w Reykaviku o nazwie Gull. Piwo pięć lat temu wybrane zostało najlepszym standardowym lagerem na świecie podczas World Beer Awards i… w tej kategorii sprawdza się całkiem nieźle. Jak na piwo codziennego użytku, jest o wiele smaczniejsze niż koncernowe eurolagery. Ma wyczuwalnie słodowy charakter, z zaznaczoną nutą szlachetnego chmielu, a do tego pije się je szybko i bez męczarni. Nadal jest to tylko nudny jasny lager, ale przynajmniej nie wali kukurydzą czy masłem. Do wieloryba i maskonura wypiliśmy zaś z Justyną czekoladowy porter z browaru Kaldi oraz stout z browaru Viking. Oba nieco wodniste, ale z zaznaczonym odpowiednio czekoladowym i palonym charakterem. Do wypicia do obiadu w sam raz.

Post scriptum

To tyle, jeśli chodzi o jedzenie i alkohol. Z powodu ograniczonej dostępności napojów z procentami, Islandczycy zamiast w barach wolą siedzieć w basenach geotermalnych, które stały się dla nich tym, czym puby dla nas – miejscem spotkań towarzyskich. Za jedyne 900 koron możemy siedzieć cały dzień w ciepłym jacuzzi, popływać na basenie, skorzystać z wielu zjeżdżalni czy sauny, a za skromną dopłatą także oddać się w ręce masażysty. Wszystko to nie wyjeżdżając z miasta. Oczywiście są też naturalne gorące źródła w terenie, w tym to w Reykholt – najstarsze na wyspie, pamiętające jeszcze czasy prawdziwej, pięknej średniowiecznej anarchii. Jeśli nie lubicie tłumów, ze swojej strony polecić mogę mały basen o nazwie Klebergslaug, niedaleko Reykjaviku. Najwięcej turystów jedzie do turystycznej mekki – Blue Lagoon, ale my ominęliśmy to miejsce. 45 euro za bardziej odpicowane przez ludzi i zatłoczone termy to raz, że bardzo drogo, a dwa – w okresie Walentynek i tak wszystkie godziny poza 19:00 (o 20:00 zamykają) były zaklepane. Najpiękniejsze na wyspie są przede wszystkim krajobrazy, które zmieniają się z minuty na minutę podczas jazdy samochodem i właściwie to ciągle chce się zatrzymywać i robić zdjęcia. Nie mieliśmy czasu pojechać nigdzie dalej, więc ograniczyliśmy się do zwiedzania południowego zachodu – pięknych wodospadów, górskich potoków i wulkanicznych wzniesień. Warto wypożyczyć auto i wyjechać z miasta – choćby te 100-200 kilometrów. Pogoda potrafi zmienić się tak szybko, że w jednej chwili jest -15 stopni, a po chwili +5. O samochodzie wspominam nie bez przyczyny. Także w tej kwestii spotkała nas niemiła niespodzianka i pokaz, jak nie należy traktować klientów.

Zabukowaliśmy samochód w firmie Sixt, zapłaciliśmy kartą przez internet, system ściągnął pieniądze i przysłał potwierdzenie, iż samochód jest do odbioru. Na miejscu okazało się, że nie akceptują mojej karty. Jeśli rzeczywiście tak jest, ich system rezerwacji nigdy nie powinien tej karty zaakceptować i ściągnąć pieniędzy z konta. Skoro otrzymałem potwierdzenie rezerwacji, to każda szanująca się firma – nawet jeśli zostało one wydane przez błąd systemu – uznaje rację konsumenta. Jest to podstawa etyki obsługi klienta! Tymczasem tam zakończyło się to wielką awanturą, gdyż nie miałem zamiaru dać za wygraną, a mimo to nawet kierownik nie chciał wydać mi auta, za które zapłaciłem i otrzymałem potwierdzenie. Skandaliczny brak profesjonalizmu i proklienckiego nastawienia. Piszę o tym po to, żeby dzięki temu przynajmniej jedna osoba wybrała inną firmę zajmującą się wynajmem samochodów. Nie musicie korzystać z mojej konkretnej rekomendacji, o której poniżej. Po prostu wypożyczcie od kogo innego, niż Sixt. My trafiliśmy na miejscu na świetnych ludzi – rodzinną firemkę Ice Rental Cars z Njardviku. Prowadzi ją ojciec z synem. Po usłyszeniu naszej historii wypożyczyli nam samochód za gotówkę, dostarczyli go pod Cafe Haiti, gdzie sfrustrowani poziomem obsługi klienta w Sixt zapijaliśmy smutki kawą i zagryzaliśmy sernikiem. Następnie, mimo że mieliśmy oddać auto do wtorkowego wieczoru, napisałem do nich, że jeszcze rano we środę chcielibyśmy podjechać do centrum i zapytałem, czy moglibyśmy przetrzymać naszego Hyundaia i30 o pół dnia dłużej. Bez żadnych problemów zgodzili się na to, nie żądając ani jednej korony dopłaty. Sam zwrot wypożyczonego samochodu również wyglądał bardzo dżentelmeńsko, bez szukania dziury w całym. To też ważne, gdyż – jak można przeczytać w opiniach o firmie Sixt w Internecie – najpierw chcą sprzedać jak najwięcej rodzajów ubezpieczeń jako dodatkowe koszty wynajmu, a gdy ktoś ich nie wykupi, niczym Sherlock Holmes szukają najmniejszych zadrapań, by ściągnąć z ludzi pieniądze. Jeden z klientów otrzymał rachunek na 10 tysięcy euro (!!!) za rzekome uszkodzenie karoserii wywołane przez żwir. Abstrahując od wątpliwych etycznie praktyk Sixt, na Islandii akurat ubezpieczenie od żwiru i pyłu wulkanicznego się przydaje, gdyż na drogach jest tego pełno i można np. łatwo stracić szybę. Jeśli będziecie wynajmować auto – zadzwońcie do chłopaków z Ice Rental Cars – niech im się interes kręci. Oni wiedzą jak się traktuje klienta. Niech rynek zadziała.

A największy minus wycieczki – poza wysokimi cenami i antykonsumencką gospodarką? Niestety, mimo szczerych chęci nie złapaliśmy zorzy polarnej! Zawsze jednak trzeba zostawić coś na następny raz. Polecimy tam kiedyś w lecie i pojedziemy w inne zakątki wyspy. Na pewno warto było to przeżyć. W islandzkiej naturze można się naprawdę zakochać.

Baranie łby, zepsute ryby i wszechobecna lukrecja – czyli kocham Cię jak Islandię

Co i gdzie zjeść (i wypić) w Kazimierzu Dolnym?

Dwa tygodnie z dala od Poznania, codziennych obowiązków i myślenia o rzeczach poważnych. Tego mi było trzeba. Dwa tysiące kilometrów za kierownicą mojego niezawodnego auta. Prawie tuzin osób podwiezionych dzięki BlaBlaCar. Święta z rodziną, wyjścia ze znajomymi i w końcu Sylwester w Kazimierzu Dolnym z Ukochaną. Nie byłbym sobą, gdybym nie zrobił stamtąd kulinarno-piwnej relacji. A więc… co i gdzie warto zjeść (a także wypić) w najromantyczniejszym mieście w Polsce?

P_20160102_143955.jpg

Na miejscu mieliśmy właściwie dwa pełne dni (piątek i sobota) plus sylwestrowy wieczór (czwartek) i niedzielny poranek (dzień wyjazdu). Nie mając jednak wykupionego wyżywienia w pensjonacie, skorzystaliśmy z okazji i eksplorowaliśmy liczne kafejki, restauracje i tawerny w zasięgu wzroku. Zdaję sobie sprawę, że nie weszliśmy wszędzie i zapewne ominęliśmy wiele ciekawych pozycji (Akuku…), ale – jak już mam to w swej prywatnej tradycji – pewne sprawy zostawiam na później, by mieć po co wracać.

Już przed wyjazdem postanowiłem zrobić mały wirtualny rekonesans i dzięki niemu wpadła mi w oko restauracja Kuchnia i Wino, która oferowała sylwestrowe zestawy z ciekawie zapowiadającymi się potrawami, a do tego rekomendowali ją zarówno Gault&Millau, jak i Wojciech Modest Amaro. Kartę win ułożył zaś Marek Kondrat. Dłużej nie trzeba było nas namawiać. Miejsce znajduje się przy ulicy Krakowskiej, przy której praktycznie każdy dom to kawiarnia, hotel lub restauracja. Kuchnia i Wino to gastronomiczna część pensjonatu Vincent. W środku znajdowały się dwie przestrzenie: jedna z małymi stolikami (gdzie zajęliśmy miejsce) oraz większa, skąd dobiegał gwar dzieci (z ulgą nie musieliśmy tam siadać). Jako aperitif otrzymaliśmy kieliszek kir royal, a następnie po kolei delektowaliśmy się elementami kolacji. Degustację zaczęliśmy od koziego sera, buraka w czterech odsłonach, orzecha włoskiego w karmelu i płatków soli. Wszystko podane w iście designerski sposób, godny powitania 2016 roku. Bardzo mnie ucieszył fakt, iż kulinarne trendy, także jeśli chodzi o estetykę, wyszły z dużych miast i powoli trafiają również do mniejszych ośrodków. Druga pozycja w menu to, zdaniem obojga z nas, najsmaczniejsza część wieczoru: aksamitny krem z kalafiora, syrop klonowy, płatki chabrów i gałka muszkatołowa. Od wyglądu, przez piękny aromat, okrągły smak, aż po długo pozostające odczucie w ustach mogliśmy celebrować wspólnie spędzoną chwilę we dwoje przy noworocznym stole, wpatrzeni sobie w oczy, płomień świecy i fioletowe płatki chabrów skąpane w kalafiorowej emulsji. Danie główne, czyli mięsne, stanowiły do wyboru: perliczka, galaretka z jarmużu, sos z czarnej porzeczki, puree z pietruszki i mus marchewkowy lub troć na czarnej soczewicy, groszek cukrowy, piana pomarańczowa, mus ogórkowy i sól pomarańczowa. Za ptactwem jakoś szczególnie nie przepadam, więc perliczkę zjadłem ze smakiem, ale bez sensorycznych egzaltacji. Troć, którą otrzymała moja Ukochana, wydawała się nieco bardziej wyrazista, a cukrowy groszek stanowił ciekawy dodatkowy akcent o całkiem sporym natężeniu smaku, co zawsze jest mile widziane w moim odczuciu. Mus ogórkowy nieco przypominał w konsystencji galaretkę i miał posmak kisielu. Jedzenie deseru u mnie zawsze przypomina chwytanie byka za rogi, gdyż – jak wielokrotnie podkreślałem – nie lubię w nadmiarze smaku słodkiego i bardzo łatwo osiągam pułap przesłodzenia. Solidna porcja musu waniliowego była jednak, dzięki swej konsystencji i lekkości, doskonałym zakończeniem wieczoru, a świetna kwaskowa kontra granatu zapobiegła przekroczeniu limitu odczucia słodyczy. Za mały minus można jedynie uznać brak synchronizacji napojów z jedzeniem (wino dostaliśmy jak już zjedliśmy danie główne, a kawę po skończonym deserze), ale przy bardzo dużym natężeniu ruchu i wszystkich zajętych stolikach (przynajmniej w naszej sali) można to spokojnie wybaczyć. Doświadczenie oboje uznajemy za bardzo udane i polecamy to miejsce na romantyczną kolację we dwoje!

Następnego dnia stwierdziliśmy, że skoro jesteśmy w Kazimierzu, to musimy skosztować trochę żydowskiego dziedzictwa tego miejsca. Wybór był oczywisty – Bajgiel przy starej synagodze, obecnie przerobionej na hotel i muzeum. W menu roi się od żydowskich przysmaków, a jako specjalność zakładu prezentowany jest tytułowy bajgiel w trzech odmianach. Ku mojemu zasmuceniu, okazało się, że goście przed nami zamówili już ostatnią sztukę. Na szczęście ostatecznie bajgle dojechały i mogliśmy spróbować wybranej przeze mnie wersji z wędzonym łososiem. Przecięty na pół wypiek z rybno-jajecznym wnętrzem plus sałatka ze świeżych warzyw były dokładnie tym, czego oczekiwałem. Świeże, chrupiące, pyszne – w sam raz na pożywny śniobiad. Do tego zamówiliśmy jeszcze czulent, w którym moim zdaniem za bardzo dominowały klimaty mączne, ziemiste, ziarniste, strączkowe, a za mało w nim było mięsa, ale to tylko moje preferencje urodzonego mięsożercy. Smakowało całkiem nieźle. Karp w sosie cytrynowym zamówiony przez Justynę był bardzo maślany, co adekwatnie komponowało się z charakterem ryby i kwaskowatą kontrą cytryny. Minus tej wizyty wziąłem całkowicie na własne życzenie. Piwo Kazimierskie Niepasteryzowane wytwarzane przez znany z produkcji smakowych Magnusów Browar Jagiełło to potwornie utleniony lager o nutach kartonowo-starozbożowych, bez piany, goryczki i smaku. Wniosek: idźcie do Bajgla na obiad, darujcie sobie piwo.

Jpeg

 

Na wieczór trafiliśmy do Podcieni na kawę i piwo. Kraftu co prawda nie było, ale mogłem się napić Porteru z Okocimia, który ostatnio zbierał niezłe noty. Ogólnie rzecz biorąc, gdy idziecie do knajpy, w której nie serwuje się piwa rzemieślniczego, pytajcie o portery bałtyckie. Te dostępne w Polsce, nawet z dużych koncernów, zwykle da się z przyjemnością wypić (pod warunkiem że nie traficie na felerną warkę z masakryczną ilością żelaza lub alkoholu w smaku w przypadku Żywca). Wyboru napoju w Podcieniach, w każdym razie, nie żałowałem. Przed pójściem spać zaszliśmy jeszcze do restauracji Pod Wietrzną Górą, gdzie kelner uraczył nas opowieściami o mieście, a na dodatek zjedliśmy pysznego wołowego tatara z dodatkami. Dla wielbicieli surowizny – polecam. Oprócz tego zamówiliśmy pierogi ruskie, które okazały się poprawne – choć ciasto mogło być lepsze.

P_20160102_111238.jpg

 

W sobotę postanowiliśmy solidnie pozwiedzać, przejść się do Galerii Grabskich na wystawę pięknych, romantycznych obrazów autorstwa Dariusza Twardocha, a także w końcu skosztować oferty polecanej przez wszystkich knajpki o nazwie Przystanek Korzeniowa. Utrzymana w stylistyce hippisowsko-góralskiej chatka z miłą obsługą, tłumem ludzi (na szczęście byliśmy pierwszymi gośćmi, bo inaczej zabrakłoby miejsc!) i smacznym jedzeniem na pewno warta jest odwiedzenia przez przemierzających Kazimierz podróżnych. Świetna lokalizacja (tuż przy wąwozie Korzeniowy Dół), lokalne rzemieślnicze lemoniady w wielu smakach, bardzo dobre śniadania i… kraft! Tak jest! Jedynie miejsce (o którym wiem) w Kazimierzu, gdzie można wypić porządne piwo. Co więcej, rzemiosło leje się nie tylko z butelki (standardowe marki), ale także z kija. Na nalewaku rządzi Browar Hopium. Zazwyczaj dostępne jest także produkowane w puławskich Trzech Koronach lokalne piwo Dziad, chmielone czterema polskimi chmielami, w tym na zimno Oktawią. Niestety, mimo moich szczerych chęci spróbowania, nie było tego dnia dostępne. Miejsce bardzo wpisuje się w moje poczucie klimatu i estetyki, a do tego ma ogromny plus za dobre piwo. Polecam mocno!

P_20160102_164852.jpg

Na obiad trafiliśmy do Knajpy Artystycznej, gdzie – zgodnie z nazwą – spotkałem nawet znajomego artystę. Zajęliśmy sobie z Justyną stolik w kąciku i zamówiliśmy po jednym daniu głównym. Dużym pozytywem była wielkość porcji – solidny kawał mięsa w panierce, do tego frytki i surówka, a także wielki placek po węgiersku, sowicie faszerowany i polany gulaszowym mięsiwem. W Artystycznej jest zupełnie inaczej niż w Kuchni i Winie. Nie ma tu pływających po powierzchni zupy płatków chabrów, natomiast jest wszystko to, czego potrzeba, aby smacznie się posilić: dużo smacznego mięsa za rozsądną, jak na Kazimierz, cenę. Głodomory wyjdą zadowolone!

Deseru nie zamawialiśmy, gdyż ten miał być pretekstem do wypróbowania kolejnej lokalizacji. Tym razem udaliśmy się do Cafe Faktoria, która to słynie z bezglutenowego menu oraz szerokiego wyboru kaw. Napoje podzielone są na sekcję zwykłą i ekskluzywną, a spośród wielu ziaren można sobie zażyczyć nawet słynną Jamaica Blue Mountain. To, czego brakuje, to alternatywne metody parzenia, które jeszcze do Kazimierza chyba nie dotarły. Wszystkie pozycje z listy deluxe przygotowywane są w ten sam sposób (w tygielku na gazie). Jak już wspomniałem, ciasta mają w Faktorii bezglutenowe, ale także całkiem spore. Zamówiliśmy dwa kawałki tortu, jeden sporządzany z z mąki kasztanowej, a drugi z dyniowej. Ciasto nie trzymało się tak ładnie formy, jak tradycyjna wersja z pszenicą, aczkolwiek nie było złe w smaku. Jak dla mnie jednak masa, którą zostało przełożone, okazała się zbyt zamulająca, tłusta i słodka jednocześnie. Zdecydowanie wolę coś lżejszego.

Nim się spostrzegliśmy, nadeszła niedziela i nadszedł czas na wyjazd. Przed południem pozostała chwila na śniadanie i herbatę. Tak się złożyło, że na naszej liście do odwiedzenia zostały jeszcze: U Fryzjera i Herbaciarnia u Dziwisza. W tym pierwszym miejscu raczyliśmy się bardzo dobrym śniadaniem po żydowsku, które inspirowane było wyraźnie tradycyjnym English breakfast, tyle że w judejskiej wersji. Kiełbaski, jajka, pyszne, puszyste grzanki, cebulka i pomidory zadowolą każdego głodomora. Zdecydowanie warto wstąpić. Dodatkowo skusiliśmy się na tatara, nasz papierek lakmusowy obok wołowego steku, który został podany bardzo efektownie i smakował całkiem nieźle. Wizyta u Dziwisza to już doświadczenie w innym stylu – złote ramy, lustra, antyki, książki. Do tego oczywiście główna bohaterka, czyli pyszna herbata. Tak jak prawdopodobnie tylko w Korzeniowej można napić się kraftowego piwa, tak najpewniej tylko u Dziwisza jest okazja zamówić lapsang souchong, czyli herbatę wędzoną, o zniewalającym aromacie ogniskowego dymu połączonego z ziemistością. Przy okazji herbaciarnia oferuje także zakup różnorakich liści do parzenia w domu. Ciast nie próbowaliśmy, gdyż już byliśmy pełni po śniadaniu.

Sylwestrowa wizyta w Kazimierzu okazała się dla nas bardzo udana, tak pod względem turystycznym, jak i kulinarnym. Bez wątpienia jest to piękne miejsce, idealne dla par, które chcą spędzić ze sobą romantyczne chwile we dwoje, a także dobrze zjeść, napić się smacznej kawy, ciekawej herbaty i dobrego piwa. Mam nadzieję, że mój miniprzewodnik pomoże Wam, gdy będziecie planować podróż w to magiczne miejsce. Dajcie znać, jakie Wy macie wrażenia z wizyty w tym urokliwym miasteczku i podrzućcie swoje propozycje!

 

Co i gdzie zjeść (i wypić) w Kazimierzu Dolnym?

Czy w Szkocji warto pić coś poza BrewDogiem?

Prolog

Po opisaniu kopenhaskich wspomnień obiecałem, iż skrobnę parę linijek o tym, czego doświadczyłem smakowo i aromatycznie podczas pobytu w Szkocji. Przede wszystkim – jadąc tam nie nastawiajcie się na ekstremalne doznania sensoryczne jeśli chodzi o piwo. O wiele więcej zaoferować może tam smakoszowi świat whisky. Niemniej jednak, ja lubię odkrywać nowe browary, a wartość dodaną widzę w samym fakcie próbowania czegoś, czego nie znam. Nawet jeśli nie ma nic innego i jest to kolejne nudne, zbalansowane piwo z regionalnego browaru. Może akurat w tym dziewięćdziesiątym czwartym red ale wyczuję coś wyróżniającego? – tak sobie marzę za każdym razem. Czasami wychodzi na moje. Po cóż żyjemy, jeśli nie dla marzeń i ich spełniania?

Akt I – Glasgow

Jpeg
BrewDog Glasgow
Jpeg
Tablica BrewDog Glasgow

Swoją podróż zacząłem od wylądowania w Glasgow, gdzie przywitała mnie w końcu normalna pogoda (31 stopni w Poznaniu zamieniłem na 15 w Szkocji, z czego bardzo się cieszyłem). Po zameldowaniu w hostelu, pierwsze kroki – rzecz jasna – skierowałem do pubu BrewDoga. Oczywiście fakt, że nocowałem dziesięć minut piechotą od tego miejsca to zupełny przypadek. Tak, to na pewno przypadek. Czysty zbieg okoliczności. Szczęście moje polegało na tym, iż na miejscu trafiłem na… urodziny pubu. Na wejściu otrzymałem parę znanych z amerykańskich filmów gadżetów (fujarkę, czapeczkę, balonik, itd.). Darmowego piwa niestety nie było. W środku masa ludzi, witryny ze wszystkimi butelkami, jakie wypuścił browar, bardzo przyjazna obsługa i kilka kranów. Na nich raczej nic, czego nie można dostać w sklepie w Polsce. Wyjątek stanowiła APA o nazwie Deaf Mermaid – dostępne jedynie w beczce. Oprócz tego z ciekawostek lane Tokyo i dla chętnych Sink The Bismarck z buteki. Na kieliszek czarnego jak smoła RISa o woltażu 16,5% się skusiłem, ale Bismarcka odpuściłem, gdyż już raz go próbowałem w Polsce i nie miałem ochoty wydawać pieniędzy (6 funtów za 25 ml) na naparstek niegdyś najmocniejszego piwa świata. Ceny oscylowały w okolicach 4-5 funtów za pintę, nie licząc wspomnianych dwóch smakołyków. Zarówno spróbowane przeze mnie Dead Pony, jak i Deaf Mermaid spełniły wszystkie aromatyczne wymagania, pieszcząc nozdrza kwiatowo-cytrusowo-owocowymi nutami, a następnie oferując oczekiwaną wytrawność i sesyjność. Może nowość w portfolio browaru dawała nieco mniej intensywne i bardziej… lagerowe doznania. Szkoda, że w Poznaniu ciężko o świeżego BrewDoga z beczki. Swoją drogą słyszałem, że planowane jest otwarcie firmowego lokalu w Warszawie. Ciekawy jestem, w jakiej cenie pojawi się tam piwo i czy odnajdzie się na rynku pełnym polskiego craftu. Wracając do samego pubu w Glasgow, to zachwalano mi tamtejsze burgery (i ich opisy rzeczywiście brzmiały niesamowicie smacznie), jednak w momencie odwiedzin lokalu kuchnia była już zamknięta. Cóż – zawsze zostaje coś na następny raz! Oprócz BrewDoga w pubie serwowano również propozycje od browarów zaprzyjaźnionych, spośród których przyszło mi wypić Old Chub z Oskar Blues Brewery. Było to wee heavy w tradycyjnym szkockim stylu, z mocnymi nutami rodzynkowo-śliwkowymi. Przepyszne.

Jpeg
Browar Drygate

Na pubie BrewDoga się oczywiście nie skończyło. Mając limitowany czas, zdołałem odwiedzić w dość szybkim tempie dwa minibrowary: Drygate, mieszczący się drzwi w drzwi obok wielkiego Tennent Caledonian Brewing, a także Clockwork niedaleko stadionu Hampden Park. W przeciwieństwie do wcześniejszych doświadczeń z Glasgow, w Drygate raczej spotkał mnie srogi zawód. O ile wystrój i atmosfera były przyjemne, to esencja – czyli samo piwo – na pewno nie podnosiło duszy pod niebiosa. Bearface to lager o czystym profilu, w sam raz na początek wieczoru. Jednakże, jak to jasny lager, nadaje się co najwyżej do przepłukania jamy ustnej podczas oglądania partyjki golfa na pubowym telewizorze. Druga próbka to Outaspace Apple Ale czyli golden ale z dodatkiem soku z jabłek. Rzeczywiście, w piwie dominowały nuty cydrowe, a spod nich wyczuć dało się jakiegoś słabo nachmielonego bittera. Zgodnie z opisem – czyli nudy. Następny styl w samplingowej kolejce dawał jednak nadzieję na coś lepszego – Gladseye IPA, chmielone na zimno Cascade. Według zapewnień barmana, pozycja ta miała atakować sporą porcją amerykańskiego chmielu i pieścić kubki smakowe niezłą goryczką. Jak później sprawdziłem, ta niby wysoka goryczka to całe… 42 IBU, jednak rzeczywiście dało się ją wyczuć. Niestety, aromatu było tyle, co na lekarstwo. W dodatku, chmiel dał raczej ziołowo-kwiatowe klimaty, a nie cytrusowe. Następnie poprosiłem o Abanusę (black IPA) i okazało się to największym błędem tego popołudnia. Zamiast chmielu, w moje nozdrza trafił aromat trichlorofenolu, a goryczka miała charakter bardzo ściągający i wysuszający, wręcz chemiczny. Na zakończenie jeszcze spróbowałem dwóch propozycji tego browaru – wodniste i lekko kwiatowe Seven Peaks Mosaic IPA, a także słodkawo-karmelowe Reflex Red Ale. Podsumowując – na sześć próbek żadna nie okazała się warta tego, by zamówić pintę. Zrezygnowany, udałem się w dalszą wędrówkę w poszukiwaniu złotego pociągu eliksiru.

Jpeg
Bar browaru Clockwork Beer
Jpeg
Sześć sampli do degustacji

Po kilkugodzinnym zwiedzaniu i spacerowaniu po parkach na południu miasta, przycupnąłem, by odpocząć w Clockwork Beer. Tu oczywiście też zamówiłem deskę degustacyjną i próbki wszystkiego, co mieli na kranie. Nie muszę chyba pisać, że wrażeń wielkich nie otrzymałem. Wszystkie zamówione piwa okazały się zbalansowanymi, nudnymi real ales bez większej historii. Oregon IPA to jakiś średnio nachmielony bitter, Original Amber to po prostu… rozwodniona wersja Oregona, czyli jeszcze gorsza, nijaka lura, w Cascade Parade zamiast chmielu czuć raczej karmel i toffi, Fresh Start – jak sama nazwa wskazuje – służyć może jedynie jako popitka do frytek, zaś wybijające się minimalnie ponad niski
poziom towarzyszy Hoptopussy (hoppy golden ale) oraz Hampden Roar (altbier) to i tak mocno przeciętne piwa w porównaniu nie tylko z BrewDogiem, ale i większością… polskich piw rzemieślniczych. Naprawdę, nie mamy się czego wstydzić.

Jpeg
Haggis, tatties and neeps

Smutny wniosek moich piwnych przeżyć w Glasgow jest taki, że po nieudanej przygodzie z lokalnymi mikrobrowarami z nieukrywaną przyjemnością delektowałem się klasycznym szkockim stoutem z dużego browaru Belhaven, który akompaniował utratę mojego kulinarnego dziewictwa w zakresie próbowania haggis. Tak – w końcu mi się udało to zjeść. Marzyłem o spróbowaniu legendarnej szkockiej potrawy już od jakiegoś czasu, więc przed wyjazdem sprawdziłem, gdzie mogę dostać prawdziwe i tradycyjne haggis. W ten sposób trafiłem do Babbity Bowster, gdzie sympatyczna pani podała mi narodową potrawę Szkocji, czyli owcze podroby wraz z tradycyjnymi dodatkami: puree z brukwi oraz ziemniaków. Mimo że spodziewałem się raczej smaku podobnego do naszej wątróbki, danie przypominało mi raczej kaszankę. Niemniej jednak, cieszę się, że spróbowałem tego specjału i muszę przyznać, że naprawdę zadowolił on moje gusta. Na zakończenie tej części opowieści mogę jeszcze polecić kawiarnię Tapa Coffee House, w której to można dostać napar z segmentu specialty z brazylijskich plantacji. Ziarna są także wypalane na miejscu. Naprawdę warto tam zajrzeć spacerując po mieście.

Akt II – Pociąg do Hogwartu i Skye

Destynacją właściwą mojej podróży była wyspa Skye, jednak postanowiłem sobie nieco urozmaicić drogę i wykupiłem pociąg na jedną z najpiękniejszych tras kolejowych w Europie – West Highland Railway – znaną fanom sagi J.K. Rowling bardziej z filmów o Harrym Potterze jadącym do Hogwartu. Harrego co prawda nie spotkałem, ale i tak było magicznie. Nie tu jednak miejsce na opisywanie krajobrazów i wzdychania do natury, czy też wspominanie samotnej wędrówki w deszczu przez Quiraing. Co z piwem i jedzeniem na dalekiej północy?

Jpeg
Całkiem dobre Dark Island
Jpeg
Tragiczny Sweetheart Stout

W porcie w Mallaig, do którego dotarłem z Glasgow koleją, wypiłem sobie old ale o nazwie Dark Island z browaru Orkney na Orkadach. Mimo braku jakichkolwiek oczekiwań, napój ten wywarł na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Dało się w nim wyczuć nuty dojrzałych owoców i wina, a także całkiem wyraźną nutę słodową i dużo ciała. Na pewno była to lepsza propozycja niż wypusty Drygate i Clockwork. Na samej wyspie funkcjonują dwa browary: Isle of Skye Brewing w miejscowości Uig oraz Cuillin mieszczący się przy hotelu w Sligachan. O ile piwa z Isle of Skye dostępne są praktycznie w każdym sklepie na wyspie, to Cuillin sprzedaje swoje produkty przede wszystkim u siebie – w hotelowym barze. Zacznijmy od piw sprzedawanych pod marką Skye, produkowanych w Uig. Do dyspozycji miałem trzy rodzaje: Gold (oatmeal golden ale), Red (scotch red ale), oraz Black (oatmeal dark ale). W tej kolejności (od najsłabszego do najlepszego) bym je zresztą ustawił. Propozycja złota pachniała kwiatowymi odmianami chmielu, była dość wytrawna, jednak w sumie nijaka i pusta. Piwo z etykietą czerwoną to zbalansowane ale z nutami orzechowymi i toffi, bez wyczuwalnych dla mnie wad. W końcu kolor czarny – tu znakomite nuty suszonych owoców i wina, do tego lekka paloność, aksamitność i sporo ciała. Idealną rzeczą byłoby uwarzenie wersji imperialnej Skye Black. Miałoby potencjał zostać najlepszym piwem na wyspie. Poza lokalnymi browarami, w markecie w Portree – największym mieście w okolicy – bez problemu można dostać Dead Pony oraz Punk IPA z BrewDoga (z butelki również genialne), a także np. Newcastle Brown Ale (klasyk z północy Anglii produkowany przez browar John Smiths – bez rewelacji, ale wypić można) czy edynburskie Innis and Gunn. To chyba najlepsze krajowe sklepowe piwo poza BrewDogiem szeroko dostępne w Szkocji. Niby zwykłe słodowe scotch ale, ale leżakowane w beczkach po różnych alkoholach, dzięki czemu zawarty w nim aromat wanilii przywodzi na myśl najlepsze doświadczenia z piwami barrel-aged z przeszłości. Istnieje wiele wersji, jednak mi udało się znaleźć jedynie Original i Rum Cask. Rumowe jest rzecz jasna lepsze, bo bogatsze w aromacie. Nie uniknąłem oczywiście degustacji kiepskich i… tragicznych. Do tych pierwszych zaliczę całkiem popularne Deuchars IPA, a do drugich chyba najgorsze piwo, jakie piłem (a właściwie próbowałem pić) w życiu – Sweetheart Stout, oba z Tennent Caledonian Brewing. Ten dwuprocentowy (sic!) stout (?) to właściwie rozpuszczony w czarnej wodzie cukier. Ledwo przełknąłem. Reszta zasiliła system kanalizacji miasta Portree. Z szerzej dostępnych piw, nieźle zaprezentował się Hobgoblin z oksfordzkiego Wynchwood Brewery, będący poprawnym reprezentantem stylu ESB.

Jpeg
Whisky bar przy hotelu w Sligachan
Jpeg
Moje cztery wybranki popołudnia

Odpoczywając po górskich wycieczkach, udałem się autobusem do Sligachan, gdzie mieści się browar Cuillin. To maleńka instalacja w dobudówce do hotelu, a obok bar specjalizujący się w whisky. Można tam znaleźć około 400(!) rodzajów tego trunku. To właśnie miłośnicy popularnej rudej na myszach odnajdą w Szkocji bogactwo aromatów i smaków. Piwoszom pozostaje powolne wdrażanie się w ten świat. Sam whisky lubię, aczkolwiek na pewno nie nazwę się znawcą. Wiem tyle, że w życiu nie pomieszam jej z colą, tak jak nigdy nie dodam do herbaty czy kawy cukru, a do piwa słodkiego syropu. Fuj! Zafundowałem sobie na miejscu coś o nazwie Whisky Flight, czyli cztery kieliszki o pojemności 25 ml (naprawdę, oni piją takie małe porcje…) wybranego zestawu alkoholi. Zdecydowałem się – oczywiście – na najbardziej wyrazistą aromatycznie opcję i nie zawiodłem się. Wszystkie cztery whisky z wyspy Islay zachwycały torfowymi aromatami, nutami palonego węgla, dymu, drewna i bandaży. Największe wrażenie wywarły na mnie Lagavulin 16 (intensywność dymu) i Caol Ila 12 (najmocniejszy węgiel, jakbym lizał brykiet do grilla). Gdy będę miał okazję, na pewno powtórzę w większej ilości.

Jpeg
Kadź zacierna w Cuillin
Jpeg
Fermentacja trwa

Niestety, propozycje piwne hotelowego browaru odzwierciedlały samo podejście piwowara. Ten, zapytany przeze mnie o chmielenie na zimno, stwierdził, że mu się… nie chce myć potem sprzętu, a na eksperymenty też nie ma ochoty, bo ludzie przychodzą pić takie piwo, jakie im smakuje od trzydziestu lat. Jednym zdaniem – targetem browaru Cuillin są tak zwani zjadacze schabowego z mizerią, czyli osoby, które gdy się raz przyzwyczają do jakiegoś smaku, zamykają się na nowe doznania. Nic dziwnego, że wszystkie cztery – rzekomo różne – piwa, pachniały i smakowały praktycznie identycznie, z niewielkimi, subtelnymi różnicami. Nikły aromat, umiarkowana słodowość, niska goryczka i średnio-niska zawartość alkoholu. Opowieści o mocno chmielonym Pinnacle Ale można włożyć między bajki, podobnie jak o palonym niby-stoucie Black Face. Paradoksalnie, Eagle Ale (golden ale) oferowało najwięcej doznań w postaci średniej goryczki, która na tle reszty prezentowała się całkiem pokaźnie. Najsłabiej wypadło sezonowe piwo Glamaig (nazwane na cześć leżącej niedaleko góry i warzone z okazji zawodów sportowych polegających na wbieganiu na szczyt) – mild bez jakiegokolwiek wyrazu.

Jpeg
Jacobite Ale
Jpeg
Maszyneria w CafeSia

Zanim ruszyłem dalej, odwiedziłem jeszcze jedyną rzemieślniczą kawiarnię na Skye, która wypala własne ziarno – Cafesia w Broadford. Espresso serwują przyzwoite, ale jednak w Glasgow piłem lepsze. Nie odmówiłem sobie oczywiście piwa. Otrzymałem… zmrożone szkło, pokryte szronem, a do tego Jacobite Ale ze szkockiego browaru Traquair House. To wee heavy z… kolendrą. Ten swoisty miszmasz aromatów suszonych owoców, wina, toffi i kolendry przypadł mi całkiem do gustu i muszę przyznać, że z przyjemnością ukończyłem butelkę tego wynalazku. Oprócz wspomnianych smaków, wyczuć się tu dało także przypalony karmel. Na minus pozostaje całkowity brak piany.

Ostatni dzień na Skye upłynął na degustacjach marketowych, gdyż znalazłem świeżą dostawę rzeczy, których wcześniej nie próbowałem. Na pierwszy ogień poszła legendarna APA z amerykańskiego browaru Sierra Nevada. Mimo daty ważności do maja 2016, aromatu było tam bardzo niewiele. Sesyjne, wytrawne, ale jednak brakowało tego cytrusowego szczypania w nosie. Następnymi dwiema pozycjami były dwa piwa od Williams Brothers, a konkretnie Caesar Augustus (india pale lager), który doskonale łączył pijalność i czystość jasnego lagera z cytrusowo-owocowymi aromatami chmielowymi w amerykańskim stylu, a także Seven Giraffes (IPA w stylu angielskim, z cytryną i bzem). Tu z kolei bardzo pozytywną rolę odegrał dodatek owocowy, który dodał piwu rześkości i przyjemnej kwaskowatości.

Jpeg
Dorada pod pesto

Poza piwem – rzecz jasna – interesowało mnie jedzenie. Skye jako wyspa słynie ze świeżych ryb i owoców morza, więc to na tego rodzaju kuchnie się nastawiałem. Co ciekawe, w restauracjach obłożenie jest niemiłosierne i bez rezerwacji często trzeba… czekać w kolejce, albo nawet i w ogóle nie ma co próbować się dostać do środka. Na supermarketowym parkingu zaś można spotkać rybaka handlującego świeżymi rybami z bagażnika swojego samochodu. Udało mi się odwiedzić dwa miejsca w Portree: The Lower Deck oraz Scorrybreac. Są to zupełnie różne od siebie lokale. The Lower Deck to typowa portowa restauracja ze świeżymi rybami i nie tylko, zaś Scorrybreac oferuje bardziej wykwintne posiłki i sposób podania – zresztą za konkretną cenę. Cóż – raz się żyje. W TLD spróowałem lokalnej dorady podawanej podawanej pod pesto pomidorowym, wraz z bukietem warzyw. Ryba rozpływała się w ustach, a dodatek przywodzący na myśl raczej kuchnię włoską okazał się celnym uzupełnieniem. W Scorrybreac – ku mojemu zdziwieniu – spotkałem… polską obsługę kelnerską.

Jpeg
Świeże ostrygi

Polonizujemy więc nawet tak odległe regiony Wysp Brytyjskich jak Skye. W tej restauracji nie można zamówić po prostu jednego dania. Są tylko zestawy składające się z kilku pozycji – wszystkie w tej samej cenie. Skusiłem się na talerz świeżych ostryg wraz z zamrożoną krwawą Mary oraz smażonego morszczuka podawanego na kremie z rzepy oraz świeżymi (pod koniec lipca!) szparagami. Podobnie jak w przypadku haggis, był to mój pierwszy raz jeśli chodzi o ostrygi.

Jpeg
Morszczuk na kremie z rzepy

Dodatek w postaci lodu o smaku pomidorowym nie podszedł mi za bardzo, a same ostrygi nie zostaną moją ulubioną potrawą. Nie żałuję jednak, że ich spróbowałem. Wyglądały niesamowicie na talerzu. Ryba z kolei była przepyszna i doskonale komponowała się z podanymi dodatkami, zwłaszcza z aksamitnym kremem z rzepy. Jedynym mankamentem uczty w Scorrybreac pozostaje cena.

Akt III – Inverness i Aviemore

Jpeg
Banner przed Castle Tavern

W Inverness trafiłem nawet na typowo specjalistyczny sklep z piwem, jednak był on zamknięty, a ja wyjeżdżałem następnego dnia rano. Przez szybę widziałem, iż mają bardzo duży wybór nie tylko wyspiarskich, ale także kontynentalnych i amerykańskich browarów. W pubie karaoke nic lepszego niż Guinness czy Newcastle Brown Ale nie znalazłem, ale w końcu trafiłem na coś w rodzaju minifestiwalu piwnego lokalnych browarów w ogródku przy restauracji hotelowej. Tam spróbowałem nazwanego na cześć legendy o Wilku z Badenoch piwa Wolf ze szkockiego browaru Windswept. Wybór okazał się całkiem dobry – melasa, ciemne słody, suszone owoce, toffi. Druga propozycja tego samego browaru – APA – już prezentowała się gorzej – kwaskowa, z nikłym aromatem. Jedynie goryczka trzymała poziom. Przy samym hostelu (znów przypadek, prawda?) miałem do dyspozycji najlepszą według RateBeera knajpę w Inverness – Castle Tavern. Tu na kranach oczywiście królowały real ales z caska. Mimo kiepskich recenzji, nieźle smakowało An Teallach Ale z browaru o tej samej nazwie, a najpopularniejsze piwo Kornwalii – Tribute Cornish Ale z St. Austell  – ładnie pachniało kwiatowymi odmianami chmielu. W hostelu wraz z nowo poznanym znajomym z USA zdegustowaliśmy jeszcze zakupione w sklepie Bitter & Twisted z Harviestoun (całkiem przyjemne, rześkie golden ale) oraz dwa piwa z polecanego mi jeszcze na Skye browaru Black IsleRed Kite Ale i Blonde. Te, niestety, powieliły schemat znany z Drygate, Clockwork i Cuillin. Nijakość i nuda.

Jpeg
Black Gold w Aviemore

W drodze do Edynburga zatrzymałem się jeszcze w Aviemore pospacerować w parku narodowym, a przy okazji zwiedzić miejscowy browar Cairngorm. Trochę na tzw. krzywy ryj dołączyłem się do wycieczki oprowadzanej przez ponad siedemdziesięcioletniego przewodnika. Gadkę miał dobrą, tryskał poczuciem humoru i potrafił zaciekawić ludzi. Przy okazji poznałem austriackiego piwowara domowego, który jednak – jak mówi – warzy tylko lagery zgodne z Niemieckim Prawem Czystości. Rewolucja tam jeszcze nie zapukała. Spróbowałem kilkunastu próbek i – autentycznie – wszystkie były praktycznie identyczne. Nawet nazw nie pomnę. Jedynie stout o nazwie Black Gold miał nieco nut palonych, a pozostałe propozycje zlewały się w jedną, bezkształtną masę. Z każdym łykiem tęskniłem za BrewDogiem i za… polskim craftem. Naprawdę, po tych wszystkich bezbarwnych, nijakich szkockich piwach, doceniłem wszystkie – nawet te średniej klasy – polskie browary rzemieślnicze. Dodam, że mimo oferty prawie dwudziestu rzekomo różnych piw, zasięg woltażu w Aviemore sięgał od ok. 4% do ok. 5,5 %. Piwo o zawartości alkoholu 5,6% podano mi z komentarzem: very strong!

Akt IV – Edynburg

Jpeg
Osobliwa… toaleta w The Hanging Bat
Jpeg
Bar i tablica w The Hanging Bat

Epilogiem podróży i szkockich degustacji, a także ostatnią nadzieją na uratowanie honoru kraju Roberta Burnsa, Williama Wallace i Waltera Scotta był Edynburg. W stolicy kraju czasu miałem najmniej, więc ograniczyłem się do jednego konkretnego pubu – The Hanging Bat – z racji wysokiego rankingu na RateBeer. Na miejscu istnieje też minibrowar, a ponadto lokal współpracuje z innymi placówkami, gdzie warzy w kooperacji. Na kranach w Nietoperzu znalazło się sporo dobrego piwa, a ściany przyozdobione były gustownymi grafikami nawiązującymi do sztuki piwowarskiej. Zdążyłem spróbować siedmiu sampli. Na pierwszy ogień poszedł kooperacyjny kwach The Hanging Bat i mającego bazę w Newcastle Northern Alchemy pod nazwą Cola Sour. Jako przystawka do piw cięższego kalibru ten sour ale spisał się bardzo dobrze: orzeźwiał i pobudzał apetyt. Domowego syropu z coli jakoś nie zarejestrowałem, bardziej nuty… pomidorówki i solidną kwaśność. Druga próbka to wypust lokalnego edynburskiego browaru PilotMochaccino Stout, czyli milk stout z czekoladą i kawą. Pierwsze wrażenie to intensywna kawa w aromacie, natomiast w smaku dominuje słodycz. Da się ją jednak wybaczyć, gdyż oprócz świetnej kawowości, mamy tu też aksamitną kremowość. Mniej słodką wersję mógłbym pić codziennie. Następne piwo w kolejce to już dzieło sąsiadów BrewDoga – SixºNorth spod Aberdeen. W przeciwieństwie do zakochanych w amerykańskich chmielach punkach, piwowarzy ze Stonehaven to pasjonaci stylów belgijskich. W moje ręce trafił zapomniany i dla mnie zupełnie nowy styl – grisette. Jak można wyczytać w internecie, w przeciwieństwie do saisona, było to piwo warzone nie dla rolników, a dla górników. Sama nazwa pochodzi od stroju ludowego kobiet, które przynosiły ten napój swoim zmęczonym pracą mężczyznom. Co do walorów smakowych, był to taki troszkę lżejszy, miej kwaśny i mniej przyprawowy saison – orzeźwiające piwo w sam raz na uzupełnienie mikroelementów po ciężkiej fizycznej pracy w kopalni. La Place Du Soleil spełnił wymogi stylu – niczym nie powalał na kolana, aczkolwiek dawał sporo orzeźwienia. Czwartą próbką był Any Porter In A Storm, kooperacja lokalu z… Drygate! Znając nijakość miejscowych produktów browaru z Glasgow byłem pełen obaw, natomiast wyszło całkiem nieźle. Właściwie to piwo to taka hybryda, gdyż jest mocno nachmielone Chinookiem, także na zimno, dzięki czemu ma amerykański charakter (czyli to, czego brakowało piwom z Drygate na miejscu). Dodatkowo w smaku dostajemy całkiem sporą porcję lukrecji i odrobinę kawy. Bardzo dobre. Jakoś tak wyszło, że na kranach The Hanging Bat znalazło się wiele piw kwaśnych, a więc korzystałem. Piąta degustacja to Wild Maple Brown z Redchurch. Kwaśność tego sour browna zahaczała o ocet, jednak w połączeniu z toffi i orzechowymi nutami współgrała świetnie. Co więcej, piwo miało prawie 8 procent alkoholu, więc wyróżniało się na plus ponad standardowe brytyjskie propozycje oscylujące w okolicy 5%. Następna propozycja pobiła jednak wszystkie poprzednie. The Blend w wersji Summer 2015 z angielskiego The Wild Beer zachwycał aromatami stajennymi i beczkowymi, w smaku oferując nie tylko mocną kwaśność, ale i lekką… słoność. Piwo to powstało poprzez zmieszanie (stąd nazwa) ze sobą kilku piw fermentowanych różnymi rodzajami dzikich drożdży, leżakowanych w beczkach po różnych trunkach. Efekt niesamowity. Polecam każdemu. Na zakończenie szkockiej przygody przyszło mi wypić Salzpeicher Raspberry – kwaśny malinowy porter z Freigeist Bierkultur z Kolonii. Owocowość i kwaśność w tym trunku dawały o sobie znać, natomiast nut porterowych trochę brakowało. Do wypicia, ale nie mogło równać się z poprzednikiem.

Epilog

W Szkocji spróbowałem sampli kilkudziesięciu różnych piw, w większości z lokalnych browarów. Lwia ich część prezentowała stały, wyrównany i… nudny poziom. Tak jak Polacy piją masowo jasnego, bezsmakowego lagera, tak też multum Szkotów od sensorycznych uniesień woli lekkie, pijalne i zbalansowane real ales nalewane z caska. Na szczęście oferta dla piwnych geeków istnieje, tylko trzeba dobrze poszukać i trafić. W Glasgow czy Edynburgu to nie problem, natomiast w mniejszych miastach jest to nieco większe wyzwanie. Wszystko jednak przed nimi. W hostelu w Portree częstowałem ludzi z całego świata BrewDogiem z butelki i byli zachwyceni. Misja dla craftowych browarów to dotrzeć tam, gdzie jeszcze ich nie ma. Mówiąc zaś o geekach, już w sobotę rozpoczyna się trzecia edycja Beer Geek Madness. Podobnie jak ostatnio, będę tam, a następnie podzielę się wrażeniami. W Szkocji zaś – oprócz piwa – skupcie się na magicznych krajobrazach i nie zapomnijcie o dobrej, torfowej whisky. Polecam taki wypad wszystkim.

Czy w Szkocji warto pić coś poza BrewDogiem?