Weekend w Pradze – najeść się (i napić) szczęściem

Ostatnio doszedłem do wniosku, że Praga jest zagranicznym miastem, w którym bywam najczęściej. Tamże też wybraliśmy się z moją partnerką na urodzinową wyprawę, której sercem był świetny koncert szwedzkiego zespołu metalowego Cult of Luna. Nie zabrakło jednak podczas praskiej eskapady czasu na eksplorację piwno-gastronomiczną tamtejszych lokali. Co więc nowego i… starego odwiedziłem podczas tego krótkiego wypadu? Oto rzucam przed Wasze oczy podsumowanie moich wrażeń z minionego weekendu.

Jako że wyjechaliśmy w piątek po południu, na miejsce dotarliśmy przed północą. Niby przypadkiem najbardziej dogodny nocleg zarezerwowałem w Gallery Hotel SIS, znajdującym się w sąsiedniej ulicy do darzonego przeze mnie sentymentem pubu Zlý časy. W związku z tym, jeszcze przed snem poszliśmy popróbować, co tam nowego na kranach leją w tym legendarnym miejscu. Co prawda bowiem sezon piwnych festiwali się zakończył, to jednak wątroba birgika próżnować nie lubi. Jako że serdecznie dosyć mam nowofalowych soczkowych IPA, na początku wieczoru postawiłem na klasykę. Jak złoto wjechał Prostě ležák z lokalnego browaru Bad Flash. Wszystko tu było na miejscu: rześkość, wytrawność, goryczka, świeżość czeskiego chmielu. Znakomity pils na początek krótkiej czeskiej przygody. Niestety, zachwytów zabrakło przy reprezentancie browaru Permon. Pijąc Zaříkávač chmele czułem się, jakbym wrócił wprost do roku 2013. Ciężka, karmelowa słodowość i ziołowa goryczka. Czechom – jak się dowiedziałem – piwo to bardzo smakuje, jednak sam 330 ml dopiłem bez większej przyjemności. I to tyle z degustacji piątkowych – więcej miało nadejść nazajutrz…

Sobotnie gastromomenty zaczęliśmy od wizyty w pobliskim Dhaba Cafe, gdzie pośród ciekawego, przyjemnego wystroju (porcelanowe filiżanki i spodeczki przyklejone do ścian) można napić się kawy i zjeść śniadanie. Nie liczcie tu na jakieś fajerwerki pokroju specjalistycznych ziaren z mikropalarni, jednakże tutejsze espresso czy cappuccino może wam uratować poranek. Co do śniadań, wzięliśmy różnego rodzaju tosty. Tu zaznaczę, że dostępne są jedynie opcje bezmięsne. Pieczywo zapiekane z serem żółtym oraz wersja z camembert smakowały porządnie, gorzej z dodatkiem w postaci sałatki. W jednej z porcji chyba komuś się trochę przelało oliwy, a obie były wyraźnie przesolone. Jako że swoją miłość do soli zakończyłem gdzieś w okolicach matury (niektórzy do dziś pamiętają, że w liceum jadłem sól z frytkami, a nie na odwrót), to jednak mi to trochę zepsuło ogólne wrażenie posiłku. Na plus na pewno zaliczyć można panujące tu niskie ceny. Za dwa śniadania i dwie kawy zapłaciliśmy 37 złotych. Dalej było tylko lepiej.

W Pradze postanowiłem też zaopatrzyć się w produkty lokalnych palarni kawy. Mając niewiele czasu, kierowałem się głównie odległością. Na pełnych przepięknych kamienic Vinohradach znalazłem lokal firmowy La Bohème, którego wystrój raczej przywodził na myśl wiedeńskie kawiarnie urządzone pod turystów niż znane nowoczesne motywy, jednak w środku można było zakupić rzemieślnicze kawy rodzimej produkcji oraz różnorodne herbaty, w tym także piękne zestawy prezentowe oraz wszelakie kawowe sprzęty. W odległości pięciu minut pieszo mieści się jeszcze palarnia Dos Mundos, z której przywiozłem kolejne ziarna oraz zestaw niszowych czekolad z ciekawymi dodatkami, takimi jak anyż, biały pieprz czy ziarna kakaowca z solą. Trzecia miejscówka w okolicy to polecana przez wszystkie internetowe przewodniki kawiarnia Mezi Srnky, gdzie musieliśmy chwilę poczekać na wolny stolik. Oczekiwanie wykorzystaliśmy, aby udać się do Vom Fass – leżącego nieopodal punktu sprzedającego destylaty, nalewki, octy i oleje w przeróżnych smakach, dozowane wprost z kranu ze szklanych pojemników do wybranych przez siebie opakowań. Doskonały pomysł! Zobaczywszy nalewkę marakuja/habanero nie mogłem się oprzeć i zakupiłem flaszkę do domu. Gdy wróciliśmy do wspomnianej wcześniej kawiarni, zdecydowaliśmy się zamówić lunch oraz… kupić kolejne ziarna kawy, gdyż Mezi Srnky to lokal partnerski praskiej palarni Candycane Coffee. Jeśli chodzi o jedzenie, zdałem się na rekomendację pomocnej kelnerki, która to zaproponowała gryczane naleśniki w amerykańskim stylu, okraszone bekonem, owocami, orzechami, ziarnami i miodem. Wiecie dobrze, jaki mam stosunek do słodyczy, jednak mimo to zdecydowałem się dać szansę specjalności zakładu. Pomimo, że to nie jest mój comfort food, zjadłem zaserwowane mi danie ze smakiem. Same naleśniki były puszyste w środku i przypieczone z zewnątrz, wyraźnie gryczane w smaku, a mnogość ziaren i orzechów zapewniła przełamanie słodyczy pochodzącej z konfitury i miodu. Wiedząc, jak łatwo się mogę „zasłodzić” takim rogiem obfitości, do popicia zamówiłem kieliszek śliwowicy i butelkę niesłodzonej kombuchy z imbirem – wyborne! Właściwie to naładowałem się energią i smakiem na cały dzień, a przecież jeszcze tyle zostało do spróbowania! Justyna z kolei skusiła się na otwartą kanapkę z awokado i kiełkami, wzbogaconą o dodatkowe jajko sadzone, a także na domową lemoniadę z owocami leśnymi. Możemy oboje polecić Mezi Srnky jako miejsce, gdzie klient zje bardzo smacznie i ciekawie oraz napije się rzemieślniczych napitków wszelakiej maści. Nie wspomniałem jeszcze, iż na miejscu kupicie również ciekawe herbaty oraz domowe konfitury. Absolutnie zasłużona rekomendacja Beer, Bacon & Liberty!

Przed wieczornym koncertem mieliśmy jeszcze rezerwację w restauracji Satsang – którą Justyna znalazła jako najwyżej ocenianą miejscówkę wegetariańską. Oprócz jedzenia, zamówiliśmy butelkę rieslinga, jednak nie otrzymaliśmy jej „do wglądu”, lecz od razu przelaną do dużej karafki. Dziwna praktyka. Wino może z nóg nie powalało, ale jako popitka do jedzenia sprawdziło się wybornie. Przyznam, że po lunchu w Mezi Srnky byliśmy dość najedzeni, więc tym razem postawiliśmy na jedną wspólną przystawkę i dwa dania główne do podziału. Na początek na stole pojawił się zestaw czterech mezze w postaci marynowanych buraków z korzennymi przyprawami, pieczarek w occie i dwóch past: warzywnej oraz hummusu – podawanych z chlebkiem pita oprószonym zatarem. Moje pierwsze zdziwienie to fakt, że warzywa dostaliśmy z octu, a nie kiszone, do czego jestem raczej przyzwyczajony zamawiając mezze w bliskowschodnich lokalach, ale i tak smakowały na tyle dobrze, że podobne korzenne buraczki zrobię niedługo w domu. Pasty jak na moje oko wyszły im za rzadkie i mało intensywne w smaku. Do hummusu w Ammanie tutejszy się nie umywał – ani nawet do mojego domowego. O wiele lepsze wrażenie zrobiły na nas dania główne. Beyond Cheeseburger, czyli buła z zamiennikiem mięsa który znam już z poznańskiej restauracji Byczyn, nie zawiódł. Jest to zdecydowanie najlepszy substytut wołowego kotleta jaki jadłem i kolejny raz się utwierdziłem w tym przekonaniu. Smak i tekstura bez zastrzeżeń, podobnie jak akompaniujące główne danie frytki z autorskim sosem. Drugą wypróbowaną przez nas pozycją z długiego menu był pad thai z tofu, w którym smak ostry świetnie współgrał z kwaśnym, a jedyny mały minus stanowiła duża ilość surowego szczypioru, który jednak można było sobie dozować. Najbardziej zaskoczyła nas jednak cena. Dwa obiady z przystawką i butelką wina za 100 złotych? Cena jak marzenie.

Wieża telewizyjna na Žižkowie

Po tym obfitym posiłku udaliśmy się na koncert Cult of Luna w Palác Akropolis. Przemierzając pieszo trasę przez Vinohrady i Žižkov, mijaliśmy świąteczny jarmark, na którym można było się m.in. napić grzańca, zjeść kiełbasę z rusztu czy delektować tradycyjnym praskim trdelníkiem. Impreza na Placu Jerzego z Podiebradów ma dużo mniejszy rozmach niż Betlejem Poznańskie na Placu Wolności, ale również przyciąga tłumy mieszkańców. Po dwugodzinnej uczcie muzycznej w towarzystwie belgijskiej kapeli Brutus oraz szwedzkich gwiazd z Cult of Luna, zdecydowaliśmy się jeszcze na wizytę w BeerGeek Bar, gdzie mogłem się napić pożegnalnego piwa. Wszak w niedzielę musiałem prowadzić auto do Poznania, tak więc była to ostatnia szansa na poczynienie alkoholowych notatek.

Wspomniany pub znam z niejednej mojej wizyty tamże, jednak tym razem udało mu się zaskoczyć mnie pozytywnie po raz kolejny. Oto z okazji mikołajek zorganizowano tam imprezę o nazwie „Po čertech nakouřená piva”, co poskutkowało tym, że na tablicy zaroiło się od piw z dymnymi nutami. Przy obecnych trendach w Polsce jest to nie do wyobrażenia! Pół tablicy wędzonek! Czy ja śnię?! Jakby tego było mało, obok widniały piwa z szalonymi dodatkami, dziwne style i… tylko jedno NEIPA. Poczułem się jakbym wsiadł w wehikuł czasu i wylądował w raju kraftowej czasoprzestrzeni. Czesi są jeszcze na tym etapie zakochiwania się w krafcie, że takie rzeczy ich kręcą. Jak strasznie im tego zazdroszczę i jak mocno tęsknię za tymi czasami w Polsce! Zamówiłem od razu kilka pozycji w pojemnościach degustacyjnych, żeby zanurzyć się w tym morzu dobroci na amen. Na pierwszy ogień poszedł Flamin’ Fruitloops z praskiego parabrowaru* First Order. Jest to kwas z morelami i papryczkami chipotle, a więc aromat dymny miały wnieść właśnie one. Wrażenie, jakie pozostawił po sobie ten trunek, to mocno owocowy smak, duża pijalność i delikatniusi zing na języku od papryczek na samym końcu. Dałbym oczywiście więcej chipotle, bo na moje przejarane kapsaicyną podniebienie niewiele go tu czuć. Obecność papryczek jednak odnotowałem, co oznacza, że dla wielu osób to piwo będzie zapewne zbyt pikantne lub gryzące. Pomimo że nut dymnych jakoś nie uświadczyłem, to jest w tym piwie coś pięknego – Flamin’ Fruitloops zostaje w ustach – tańczy na języku, gryzie, szczypie, jest jakieś! Dokładnie takie, jak powinien być kraft w założeniu. Jako drugi wjechał Uzený bock bez kosti z browaru Mazák. Jest to czeska interpretacja klasycznego wędzonego koźlaka – czyli stylu przeze mnie uwielbianego, którego niestety w Polsce praktycznie nikt nie warzy. Poza lekką siarką w aromacie, wszystko było tu tak jak lubię: solidna wędzonka w bawarskim stylu, wytrawność, bąbelki na języku, leciutka słodowość, ale brak mulącej słodyczy. Tak bardzo brakuje tego typu piw na półkach sklepowych. Trzecia próbka to kooperacja niemieckiego Freigeist Bierkultur oraz jordańskiego Carakale, z którego piwa miałem okazję pić podczas zeszłorocznej podróży do Ammanu i okolic. Jest to gose z dodatkiem anyżu i sumaku. Cóż – dodatki gdzieś się schowały mocno w tle. Nawet charakterystycznej anyżowej nuty próżno było się doszukać w tym dość generycznym gose. Lekki zawód. Podczas moich degustacji i ciumkania nad deską z próbkami, Justyna zamówiła puszkę Nitro Latte z norweskiego browaru Lervig, które mocno dawało aromatem ciemno palonej kawy, w smaku zaznaczała się słodycz, a aksamitną fakturę zapewniało wysycenie azotem. Solidny słodki stout przełamany kawową palonością. Nie mój styl, ale doceniam wykonanie. Największe oczekiwania i ciekawość rozbudził we mnie kran z lambikiem infuzowanym dymioną herbatą lapsang souchong, uwarzonym przez klasyków z Oud Beersel. Nie zawiodłem się ani trochę. Charakterystyczna wędzona nuta chińskiej herbaty doskonale współgrała z kwaśnym, owocowym charakterem piwa bazowego. Jest to na pewno jeden z najciekawszych trunków, jakie piłem w życiu – i jednocześnie jeden z lepszych. Na pewno nie będzie to piwo, o którym szybko zapomnę. Genialne połączenie! Ostatnie trzy sample rozpoczynał Smoked Cannabis Lager z BrewTeam, czyli wędzone piwo dolnej fermentacji z konopiami. Aromatu zioła czuć nie było, a i wędzonka jakaś taka nijaka. Zmarnowany potencjał. Kolejne szkło degustacyjne to jedyne NEIPA na barze, czyli wypust miejscowej Sibeerii pod tytułem Mist Over River. Tak jak nie lubię tego stylu, tak wspomniana pozycja pijalność ma kolosalną. 150 ml wypiłem dosłownie jednym duszkiem. Tylko – no właśnie – czy takie ma być piwo? Smaczne ale bezrefleksyjne? Czy pijalność ważniejsza jest od ciekawości? To już temat do rozważań, który zapewne pociągnę w kolejnym felietonie. Tasting zakończyłem Sourberry – kwasem z dziką różą i świerkiem z browaru Falkon. Filozofia tego kontraktowca jest mi bliska, gdyż starają się robić piwa ciekawe, w których coś się dzieje. Pamiętam, że kilka lat temu piłem od nich znakomite wytrawne i gorzkie double IPA. Smakował mi też ich RIS oraz black IPA. W przypadku wspomnianego kwasa w sumie nie było wielkiego szału, ale na zakończenie imprezy smakowało jak trzeba. Solidne 3/5. Podsumowując wizytę w BeerGeek Bar, żałuję, że na polskim rynku nie ma już miejsca na takie szaleństwo, na które mogą sobie pozwolić kraje, które kraft zaczęły poznawać później niż my. A może jeszcze jest nadzieja? Który pub ma ochotę na coś w stylu tutejszych wędzonych mikołajek? No, śmiało! Wesprę taką inicjatywę bardzo chętnie!

W niedzielę postanowiliśmy trochę pochodzić po Starym Mieście, więc udaliśmy się na dwugodzinny spacer przeciskając się pomiędzy turystami, podziwiając świąteczne dekoracje i oświetlenia oraz bożonarodzeniowy jarmark na płycie rynku. Pod Klausową Synagogą na Josefowie zjedliśmy trdelník oraz kupiliśmy gliniane figurki golema, z których jedna będzie ozdobą stoiska Browaru Golem podczas piwnych festiwali, a druga stanie w poznańskiej Dżungla Cafe.

Zanim jednak zebraliśmy się na wspomniane piesze wędrówki, trzeba było coś wypić i zjeść. Rezerwację na lunch mieliśmy na 13:00, a jako że późno wstaliśmy, bez sensu było najadać się na śniadanie. Zrezygnowaliśmy więc – niestety – z zaplanowanej wizyty w polecanej przez Michelin piekarni Eska. Zajrzeliśmy jednak obok – do kawiarni Můj šálek kávy – w której gościłem kolejny raz. Jak zwykle zamówiłem deskę degustacyjną w postaci trzech kaw przelewowych, które akurat były dostępne i wziąłem udział w zabawie polegającej na zgadywaniu proweniencji ziaren. Naładowani kofeiną pojechaliśmy do Amunì – pizzerii mieszczącej się po drugiej stronie Wełtawy, mającej reputację wyjątkowej. Niektórzy piszą nawet o najlepszej pizzy w tym regionie Europy. Przywitała nas załoga całkowicie włoska, a pizza, którą otrzymaliśmy, nie przypominała niczego, co mogłem próbować w Polsce. Grube, ale bardzo lekkie, mocno napowietrzone ciasto robione na zakwasie z pełnoziarnistej mąki pszennej, przypominało bardziej delikatną bułkę niż ciasto do pizzy. Skusiliśmy się na dwie pozycje z sekcji gourmet (mają naprawdę duży wybór kompozycji pizz!): mozzarella buffala i pomidorki cherry (1), a także surowa szynka, burrata, chutney figowy i mozzarella fior di latte (2). Tu trzeba dodać, iż wszystkie składniki używane w lokalu mają certyfikat Slow Food, którą to filozofię szanuję i wspieram. Placki wjechały podane pokrojone na małe kawałki przypominające nieco bruschetty. Ciasto, jak wspomniałem, było niesamowicie delikatne i pełne pęcherzy powietrza, a dodatki najwyżej jakości. Nasze talerze opustoszały w mig. Mogę z całego serca polecić to miejsce, choć niestety trzeba przyznać, iż jest to jedna z najdroższych pizz, jakie jadłem w naszej części Europy. Moja kompozycja z figami kosztowała w przeliczeniu 60 złotych. Warto jednak choć raz w życiu pójść do Amunì i spróbować ich filozofii smaku. Nigdzie indziej w pobliżu czegoś takiego nie dostaniecie.

Finałowy akt gastroeksploracji miał miejsce w restauracji Kofein, mieszczącej się – a jakże – na Vinohradach. Na początek zamówiliśmy trzy gorące tapasy. Pieczona macka ośmiornicy z paprykowym sosem romesco to znakomity start uczty, pobudzający apetyt i rozniecający oczekiwania co będzie dalej. Równie świetnie smakował zapieczony z tymiankiem i tamaryndowcem kozi ser, serwowany w akompaniamencie bardzo ciekawej sałatki z pak choia i gruszki. Trzeci tapas to pyszne krokiety ziemniaczane w chrupiącej panierce, do których otrzymaliśmy sos z sera pleśniowego i pietruszki. Nie sposób nie wspomnieć także o wypiekanym na miejscu pieczywie, które jest pyszne i samym nim można się najeść zanim dostaniemy przystawki. Danie główne zamówiliśmy jedno: była to duża, podłużna bułka przyrządzana na parze, trochę w stylu bao, z szarpaną konfitowaną kaczką podaną w sposób orientalny. W tym azjatyckim paraburgerze znalazło się miejsce dla modrej kapusty, pak choia, prażonej cebulki oraz mieszanki sosów z tajskiej bazylii oraz hoisin. Ta unikatowa kompozycja smaku autorstwa tutejszych kucharzy zdecydowanie warta jest mojego polecenia! Na koniec dopchaliśmy się przepysznymi churrosami, które były tak lekkie i delikatne, jak nigdzie indziej, a także wspaniale kwaskowymi lodami z rokitnika. Wizyta w Kofein z przytupem zakończyła nasz krótki praski wypad. Wróciliśmy najedzeni, napici i szczęśliwi. Oby więcej takich wypraw!

Podsumowując, jak zauważyliście, większość naszych kulinarnych momentów spędziliśmy w okolicach Vinohrad, którą to dzielnicę mogę z całego serca rekomendować wszystkim zapalonym foodies. Znajdziecie tu znakomitą kawę, śniadania, lunche, desery, rozmaite alkoholowe i bezalkoholowe napoje, a także doskonałe obiady właściwie w każdym stylu. Zahaczcie także koniecznie o pizzerię Amunì po drugiej stronie rzeki, w dzielnicy Břevnov. Warto dopłacić te parę złotych za trochę inne podejście do pizzy niż najczęściej panujące wariacje na temat Rzymu, Neapolu czy Nowego Jorku. Najbardziej jednak zazdroszczę Czechom miejsca, w którym obecnie znajduje się ich kraft. Wydaje się, że jest to ten szczytowy punkt fascynacji – pogoni za czymś niespotykanym, dziwnym, nowym… Krany pełne wędzonek, anyż, sumak, konopie, świerk i dzika róża… To wszysktko w samej Pradze, w jednym lokalu. A przecież w Ostrawie i w Brnie lał się golemowy Exp. 002, czyli flanders brown ale leżakowany w beczce po Laphroaigu! Oni jeszcze nie dotarli do tego miejsca w czasie, kiedy zblazowani birgicy będą chcieli jedynie napić się nieprzeszkadzającego nikomu w odbiorze słodkiego IPA. Czechy potrafią sprawić, że znów się czuje tę magię kraftu, która nad Wisłą już dawno zginęła… A przecież oprócz tego na każdym kroku są naprawdę świetne, wytrawne, goryczkowe pilsy i lagery. Coś się dzieje na podniebieniu! Mam nadzieję, że niedługo wrócę do Pragi, by dalej eksplorować tamtejszą scenę gastronomiczną i piwną. Zostało tak wiele do odkrycia! Na pohybel nudzie!

* browaru kontraktowego

Weekend w Pradze – najeść się (i napić) szczęściem

Weekend w Krakowie – food pairing, kranoszwędanie i gastroeksploracja

W ubiegłym tygodniu odwiedziłem Wrocław, a – zgodnie z zapowiedzią – miniony weekend spędziłem w Krakowie na piątkowym kranoszwędaniu oraz sobotnim food pairingu w Kuflach i Widelcach.  Zanim jednak do tego doszło, po drodze zajechałem do Zawiercia, gdzie w Browarze Jana powstało nasze kolejne piwo, które premierę będzie miało za kilka tygodni. To white IPA o ekstrakcie 15 Plato, chmielona świeżym zbiorem Enigmy i Citry. Miejmy nadzieję, że dorówna jakością Golem vs. Dinosaur oraz Golem vs. King Kong. Zapowiada się pysznie, chmielowo i orzeźwiająco.

Po zameldowaniu się w krakowskim hotelu ruszyłem od razu „na miasto”, aby zdobyć „krakowską koronę multitapów”, czyli wypić po jednym małym piwie w przynajmniej tych największych, czy najbardziej znanych lokalach. Kranoszwędanie rozpocząłem od T.E.A. Time, miejsca w którym serwowane jest warzone na miejscu piwo – zgodnie z tradycją i historią brytyjskiego piwowarstwa. Wróciliśmy tam jeszcze dzień później, a więc łącznie byłem w stanie przynajmniej spróbować ponad połowy dostępnych trunków. Najbardziej do gustu przypadł mi London Stout, charakteryzujący się ciekawym połączeniem palonych akcentów z cytrusowym chmielem. Cymesem zaserwowanym nam niejako spoza karty był za to znakomity porter Black Prince w wersji imperialnej, leżakowany na płatkach dębowych. Prawdziwa feeria nut suszonych owoców, daktyli, fig, rodzynek, a także mlecznej czekolady z dodatkiem na wpół ususzonych winogron. Kolejny przystanek to Strefa Piwa, gdzie dane mi było spróbować nowej Pinty Miesiąca – mocno aromatycznego Mizi Kizi, które na pewno przypadnie do gustu ludziom spod znaku #teamsłodyczka. Na miejscu spotkałem też grupkę amerykańskich turystek, bardzo zainteresowanych polskim kraftem i opowieściami o nadwiślańskiej rewolucji. Dalej był już legendarny w pewnych kręgach lokal bieszczadzkiego browaru Ursa Maior, słynący ostatnimi laty, bardziej niż z piwa, z krążącej po internecie pasty. W Poznaniu piw spod znaku Wielkiej Niedźwiedzicy praktycznie nie ma, a więc moje wspomnienie o ich jakości pochodzi mniej więcej z początków produkcji, gdy jeszcze co nieco docierało nad Wartę. Skusiłem się na Dzikiego Kota z Berehów, czyli belgijską interpretację NEIPA. Nie mój profil smakowy (słodki), ale w sumie nie ma do czego się przyczepić. Idąc dalej na południe Kazimierza, przekroczyłem Wisłę, aby zajść do patronackiego lokalu browaru Trzech KumpliMiejscówki. Dostałem to, czego się spodziewałem – dobre IPA o stałej jakości. Padło na Taurę, w której profilu pobrzmiewały gdzieś skórki białych winogron. Powróciwszy na drugą stronę rzeki, eksplorowałem dalej kazimierski szlak. Podążając na wschód, trafiłem do Craftowni, gdzie kiedyś zrobiliśmy bardzo udane kranoprzejęcie. Na miejscu spotkałem Alana i Pawła – czyli jak zawsze uśmiechniętą i rozgadaną ekipę, będącą wizytówką tego lokalu. Co do piwa, spróbowałem sahti z browaru Dwie Wieże, z którym będziemy współdzielić bar podczas festiwalu Beerweek w Krakowie. Coś dla miłośników piwnych eksperymentów. Następnym przystankiem był Artefakt Cafe, czyli miejsce prowadzone – podobnie jak nasza docelowa krakowska destynacja – przez Szymona Helmuta Zająca, którego zresztą spotkaliśmy w tym lokalu. W międzyczasie dołączył do mnie Mateusz z Golem Crew, a jakiś czas później ekipę dopełniła Martyna z Pracowni Piwa, której gościnność, towarzystwo oraz rekomendacje gastronomiczne okazały się nie do przecenienia podczas całej wycieczki. W Artefakcie spróbowałem pierwszy raz piwa z inicjatywy kontraktowej Solina. Było to polskie ale o nazwie Cypel. Niestety, nie znalazłem informacji, w jakim browarze fizycznym zostało uwarzone. W Domówka Cafe w końcu dorwałem PIGA – czyli polsko-włosko kooperacyjny projekt browarów Pinta oraz Amarcord. Jestem wielkim fanem piw z winogronami, zwłaszcza białymi, kwaśnych, dzikich i leżakowanych w beczkach po Sauvignon Blanc. Tu miałem do czynienia z czymś zupełnie innym. Dominowały nuty czerwone, bardziej winnymi, podchodzące pod rose, owocowo-słodkawe. Innym białym krukiem, którego nie miałem wcześniej okazji pić, było Brut IPA leżakowane w beczkach po Chardonnay, wyprodukowane przez popularny w kręgach birgików Przystanek Tleń, zakupione w Omercie. Znajdziemy tu dużo winnych nut, białych owoców i lekki kwasek. Całkiem przyjemne. Dalej nogi zaniosły nas do Nowego Kraftowego, w którym to kończyliśmy imprezę po ostatnim One More Beer Fesitval. Tutaj już poszliśmy w zagranicę, a na stole wylądowało m.in. Aun Mas Todo Jesus z Evil Twina, czyli wzbogacona cynamonem, ziarnami kakaowca, kawą i chili wersja popularnego imperialnego stoutu. Jak w każdym przypadku tej serii, słodycz masakruje podniebienie, jednak delikatny papryczkowo-cynamonowy akcent lekko ją kontruje. Na tym zakończyliśmy eksplorowanie Kazimierza i – drogą przez BroPub, gdzie spotkaliśmy przyjaciół z Brokreacji i zjedliśmy dobrą quesadillę, ruszyliśmy w stronę Starego Miasta. Tam zaliczyliśmy jeszcze na szybko Viva La Pinta i – po wizycie w House of Beer – udaliśmy się do nowego miejsca na piwnej mapie miasta – Colombe. Niestety, było już na tyle późno, że jedynie zgarnęliśmy zamykających lokal Karolinę i Macieja, by wspólnie wypić ostatnie piwo w Multi Qlti i udać się do hotelu. To był bardzo intensywny dzień – od pobudki o 5:00, przez wizytę w browarze, przez cały krakowski szlak piwny. W pokoju byliśmy grubo po 2:00. Sen jest dla słabych.

Sobotę rozpoczęliśmy od śniadania w Cafe Mangha, kawiarni mieszczącej się w Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej, dokładnie vis a vis Wawelu przez Wisłę. Urzekła mnie przede wszystkim bardzo ciekawa zastawa stołowa, a konkretnie filiżanki z deseniem przypominającym przyprószenie kawą. Samo śniadanie to jajko i bekon podane na pajdzie chleba w towarzystwie miksu sałat i ziaren. Na pierwszy głód w sam raz. Miałem co prawda ochotę na miso, jednak chciałem zjeść azjatycką zupę na lunch, toteż wybrałem inną pozycję. Następnie znów trafiliśmy do T.E.A. Time, gdzie po krótkiej degustacji zaczęliśmy się zastanawiać nad obiadem.

Początkowym wyborem był nowo otwarty Wschód Bar, jednak z racji braku miejsc udaliśmy się niedaleko – do azjatyckiego lokalu o nazwie Taj. Tu spróbowaliśmy kilku pozycji, w tym kulek z masła orzechowego i orzechów ziemnych podawane na owocach, które jak dla mnie były jednak zbyt słodkie. Plasterek ostrej papryczki na finiszu nieco ratował podniebienie przed cukrzycą. Co innego danie główne, jakie zamówiłem, czyli pad kra prao – siekana wieprzowina na ostro z bazylią i chili, podawana z ryżem jaśminowym i sadzonym jajkiem. Ostrość zaznaczona została wyraźnie, ale całe danie skomponowano z właściwym balansem, dzięki czemu jego konsumpcja dawała dużo przyjemności. Spróbowałem też pad thaia z krewetkami i czerwonego curry, które także mogę śmiało polecić miłośnikom tajskiej kuchni. W tym miejscu nasza ekipa z trzech osób urosła do pięciu, gdyż do Krakowa dojechali Michał i Sebastian. Po krótkiej wizycie w kawiarni Tektura na dobrej kawie i cieście, a także małym piwku w Weźże Krafta, udaliśmy się w końcu do destynacji docelowej.

Food pairing w Kuflach i Widelcach został zorganizowany perfekcyjnie. Wspomniany wcześniej Szymon Helmut Zając oraz szef kuchni – Paweł Florczyk – dopięli wszystko na ostatni guzik. Frekwencja dopisała, a większość gości okazała się być stałymi bywalcami tego typu imprez. Nasza wizyta to już czternase wydarzeniem polegające na parowaniu jedzenia i piwa mające miejsce w tym lokalu. Co więc znalazło się na talerzach i w szkle? Na sam początek wjechało Double Naftali, które doskonale uzupełniało się z pyszną kaczką na zimno, podaną w sosie brzoskwiniowym, ozdobioną mieszanką młodych liści z wyraźną nutą botwinki oraz drobno kruszonym boczkiem, który zastępował sól i nadawał słonego smaku potrawie. To jednak było tylko preludium mocniejszych akcentów. Piwo numer dwa – Gehenna – znane jest bowiem ze swej bezkompromisowości. Tym razem nasz whisky extra stout sparowany został z gulaszem pełnym podrobów. Osobiście jestem wielbicielem piątej ćwiartki, więc cieszyłem się na widok żołądków, serduszek i flaków. Gdy dodamy do tego wędzonkę i ostrość papryczek chipotle – można śmiało uznać wspomnianą pozycję za bilet w jedną stronę do raju. Dalej było już bardziej słodko. Double Dybuk uzupełniał długo gotowaną wołowinę w sosie… czekoladowym, lekko doprawionym chili i solą, podawaną na puree z marchwi. Dominował mocno kakaowy smak, co sprawiało, że mieliśmy tu prawdziwą defiladę ciężkiej artylerii smaku. Gęsty, żytni imperialny porter i potężne, słodkie mięsiwo. Po tej uczcie nastał czas na lekki deser, czyli słodko-słony mus kokosowo-orzechowy z sosem kakaowym z kolei równoważył znaną dobrze smakoszom słodycz Milky Moona. Kilku odważnych skusiło się na wersję z dolewką ostrego sosu. Nie byłbym sobą, gdybym nie zblendował czegoś na żywo. Impreza udała się znakomicie, goście pojedli smacznie i chętnie komentowali kunszt zarówno kuchni, jak i browaru. Nie zabrakło oczywiście drobnych uwag, ale przecież po to organizuje się spotkania tego typu! Dla nas było to znakomite doświadczenie, więc… umówiliśmy się już na drugą rundę. Tym razem poprzeczka powędruje jeszcze wyżej. Przed nami wyzwanie wegańskie!

Golem Crew z Karoliną (Colombe). Źródło: instagram.com/kbytniewska

Po zakończonym food pairingu trafiliśmy w końcu do Colombe, gdzie nie zdążyliśmy zajść dnia poprzedniego. Miejsce założone przez Elę Lucińską-Fałat, znaną z warszawskiego Hoppiness, ma spory potencjał. Na miejscu napijecie się sygnowanego nazwą lokalu weizena z Pracowni Piwa, a także m.in. pilsa z Piwowarowni czy propozycji Absztyfikanta oraz Trzech Kumpli. Nie zabraknie także oczywiście piw Browaru Golem. Obecnie np. możecie rozkoszować się Double Dybukiem w wersji butelkowej. Niestety, nie załapaliśmy się na polecaną pizzę, gdyż kuchnia była już zamknięta. Następnym razem!

W niedzielę trzeba było zjeść coś dobrego przed długą drogą, a więc bladym świtem (tak koło 11:00) udaliśmy się najpierw na kawę i ciasto do Wesołej (gdzie jak zwykle znalezienie stolika graniczyło z cudem), a później na wegetariańskie azjatyckie przysmaki do Ka Udon. W pierwszym miejscu spróbowaliśmy aż czterech różnych kaw specialty, dzięki czemu mogliśmy pobawić się w rozróżnianie smakowych niuansów. W Ka Udon z kolei przywitał nas aromat wigilijnego suszu. Jak się okazało, bulion będący podstawą tamtejszych dań przygotowywany jest na bazie warzywnej, w tym na wędzonej papryce. Nigdy wcześniej nie zamawiałem wywaru bezmięsnego, natomiast ten zdał egzamin w pełni. Dodatkowo jako przystawka zjedliśmy naprawdę pyszne kimchi oraz zestaw kiszonek i boczniaki w panko. Co ciekawe, na miejscu można napić się także piwa warzonego… na miejscu. Na miejscowy browar składa się duży garnek i mini tank z amerykańskiego SS Brewing Technologies. Jako kierowca mogłem jedynie umoczyć usta, więc na temat smakowych doznań się nie mogę wypowiedzieć. Weekend kończyliśmy w ogródku (!) kawiarni Blossom, odpoczywając pod kocami (lub bez), popijając kawę lub yerba mate i szykując się mentalnie do długiej drogi do domu. To był świetny weekend z pysznym jedzeniem i piwem, spędzony w znakomitym towarzystwie. Oby takich więcej!

Weekend w Krakowie – food pairing, kranoszwędanie i gastroeksploracja

Intensywny weekend we Wrocławiu – kawa, jedzenie i wielka piwna impreza

Tym razem podróż nie była aż tak daleka. Wszak do Wrocławia mam nieco ponad dwie godziny pociągiem. To właśnie w stolicy Dolnego Śląska zabawiłem wraz z Browarem Golem w miniony weekend. Okazja nadarzyła się znakomita, gdyż w zaprzyjaźnionej Szynkarni organizowaliśmy wspólnie nasze kranoprzejęcie.

Nie byłbym jednak sobą, gdybym wycieczki do Wrocławia nie potraktował również jako okazji do krótkiej eksploracji tamtejszej sceny gastronomicznej. Wszak trzeba trzymać rękę na pulsie! Początkowo mieliśmy udać się do Ośmiu Misek, jednak tak wyszło, że przez trzy dni przed wyjazdem jadłem domowy ramen, więc tym razem zdecydowałem się na coś innego. Po krótkiej dyskusji odbytej w pociągu, stanęło na Italii, a konkretnie osławionej pizzerii Vaffanapoli, zahaczając wcześniej o 4Hops, gdzie spróbowaliśmy pyszności z Browaru Łąkomin.

cof

Tak się złożyło, że mimo tego, iż we Wrocławiu goszczę przynajmniej kilka razy w roku, jakoś nigdy do tego miejsca nie trafiłem. Na pewno ciekawą i wartą odnotowania rzeczą jest to, iż w tej restauracji mamy do dyspozycji także sześć kranów z piwem – i to wcale niekiepskim. Szczerze mówiąc, to nieco nam to uratowało życie, gdyż wobec braku wolnych stolików zasiedliśmy na parę minut przy barze, racząc się serwowanymi tu trunkami. Miejsce dla sześciu osób znalazło się na dole (oprócz naszej czwórki z Poznania był z nami także znany w środowisku Tomek Wilk oraz Paweł Paluchowski z Piwnego Klubu), gdzie powitała nas nieco inna atmosfera, niż na górze. Piwnica – jak to piwnica – ma swój specyficzny klimat. Mnie on szczególnie nie przeszkadza. Dywany na ścianie przywoływały nieco skojarzenia z moimi wschodnimi korzeniami. Pizza neapolitańska, serwowana tutaj, była dość miękka, mimo tego, iż specjalnie nie brałem pozycji z wieloma składnikami. Postawiłem na pewnego konia – czyli placek z szynką parmeńską i rukolą. Na plus można zaliczyć obecność dużej ilości twardego sera na górze. Smakowo pizza była bez zarzutu, choć jeśli chodzi o samo doświadczenie jedzenia, to od miękkiego ciasta wolę takie, które trzymane za brzeg nie opada jak fallus sześćdziesięciolatka. Taki jednak urok tego stylu.

cof

Udaliśmy się też – wliczając to konkretny spacer przez park – do Małej Czarnej. To urokliwe i zaskakujące miejsce przy samym Stadionie Olimpijskim. Na pierwszy rzut oka raczej nie spodziewałbym się, że palarnia kawy w takim miejscu może być sukcesem. A jednak – okazuje się, że jest tam prawie zawsze pełno, a na naprawdę pyszne espresso i przelewy przychodzą nie tylko mieszkańcy okolicznych willi, ale i ludzie z całego miasta. Zdecydowanie warto się tu wybrać, jeśli lubicie dobrą, świeżo paloną i umiejętnie zaparzoną kawę. Można też zaopatrzyć się w ziarna na wynos.

sdr

Przed punktem kulminacyjnym wieczoru wybraliśmy się jeszcze w odwiedziny do Wielkiej Wyspy – browaru kontraktowego warzącego w Profesji, który otworzył małą osiedlową knajpkę w dzielnicy pełnej nowych mieszkań. Zawsze marzyłem o tym, by mieć pod nosem tego typu miejscówkę, jednak w Poznaniu wszystko, co nie jest na głównym piwnym szlaku, ledwo wiąże koniec z końcem, albo po prostu pada. Taki los spotkał niegdyś pub sportowy, który serwował kraft niedaleko miejsca, w którym mieszkam. Chyba to jeszcze nie czas na osiedlowe multitapy w Poznaniu. Wrocław jednak – jak się okazuje – już do tego dojrzał. Ładnie urządzony w drewnie lokal, w którym można napić się autorskiego piwa w rozsądnej cenie (małe – 8 zł, duże – 10 zł) przyciąga gości o każdej porze. Wypiliśmy co nieco i ruszyliśmy do miejsca docelowego.

Pod wieloma względami Golemoprzejęcie było rekordowe. Po pierwsze – jak wyliczył Piotrek Rapacz – średnia alkoholu piw Golema na tablicy wynosiła 8,3%, co plasuje akuszerów piwnej rewolucji z Poznania wśród najmocniejszych gości szynkarnianych kranów. Po drugie – nie przypominam sobie drugiej imprezy, kiedy w pubie podłączaliśmy aż 13 różnych piw, w tym dwie zagraniczne kooperacje. Jedna z nich – The Dark Kveik uwarzony z Åben – pojawiła się jedyny raz w polskim pubie. Gotowego piwa wyszło niecałe 300 litrów, z czego prawie połowa trafiła w nasze ręce: kilkadziesiąt butelek i cztery kegi. Pozostałe trzy beczki rozlane zostaną podczas ogólnopolskich festiwali. Samo piwo to imperialny stout z dodatkiem niesłodowanego przydomowego żyta z pola należącego do piwowara oraz jagód jałowca, fermentowany norweskimi drożdżami kveik. Jednocześnie jest to najbardziej ekstraktywne piwo Browaru Golem (pomijając wymrażane). Gęstość początkowa naszego duńsko-polskiego cymesu wyniosła 29 Plato, z czego uzyskaliśmy 12% alkoholu. Impreza w Szynkarni trwała długo, a swoją obecnością zaszczyciło nas mnóstwo znajomych z Dolnego Śląska, z bardzo różnych środowisk – zaczynając od zaprzyjaźnionych birgiczek i birgików, przez piwnych blogerów (Piwny Klub, Blog Kopyra), organizatorów festiwali (Beer Geek Madness), starą ekipę z Forum CM, aż po dwuosobową reprezentację Stowarzyszenia Libertariańskiego. Dzięki wszystkim za przybycie!

sdr

W niedzielę rano trzeba było już wracać do domu, ale nie ma przecież powrotu bez powydarzeniowego śniadania i kawy! Postanowiłem dać drugą szansę Dinette. Właściwie to pierwszą, gdyż ta pierwsza miała miejsce w skytowerowym Di Deli Cafe, czyli miejscówce siostrzanej, ale jednak nie głównej. Tamto doświadczenie wypadło dość średnio, jednak tym razem muszę przyznać, iż z przyjemnością zjadłem śniadanie marokańskie, składające się z chleba z awokado, humusem, miętą, zatarem i jajkami w koszulkach. Domówiłem do tego frankfurterki i uznałem, że jestem wystarczająco i smacznie najedzony. Można było przenieść się dalej na kawę.

cof

Do odjazdu pozostało niewiele czasu, a więc udaliśmy się w sprawdzone miejsce. Jakoś tak już jest, że we Wrocławiu zawsze trafiam do Gniazda. Tu – tradycyjnie – wypiłem pysznego dripa, a jako akompaniament kawowej symfonii wybrałem słodko-kwaśny sernik cytrynowy. Śmiało polecam to miejsce wszystkim miłośnikom kawy i słodyczy.

Pisząc to, szykuję się do kolejnej trasy. Tym razem jedziemy do Krakowa, gdzie robimy nasz pierwszy pełny food pairing. W lokalu Kufle i Widelce pojawią się cztery piwa Browaru Golem wraz ze stworzonym specjalnie pod nie menu. O tym wydarzeniu jednak przeczytacie w przyszłym tygodniu! Trzymajcie kciuki.

Intensywny weekend we Wrocławiu – kawa, jedzenie i wielka piwna impreza

Wyzwanie: Weekend w Wiedniu z Mamą!

sdr

Zazwyczaj w podróż udaję się sam, z Ukochaną lub ze znajomymi. Nadarzyła się jednak ostatnio szansa, by spróbować czegoś nowego i jednocześnie wymagającego – urodzinowa podróż do Wiednia z Mamą, zorganizowana przeze mnie z okazji Jej okrągłego jubileuszu. Być może dla wielu z Was nie jest to nic niezwykłego, jednak zanim przejdę do opisu naszego weekendu, muszę napisać kilka słów tytułem wstępu. Otóż, pomimo wielu podobieństw charakterologicznych, nasze preferencje różnią się totalnie, zwłaszcza jeśli chodzi o podróże. Dość powiedzieć, że moja Mama nigdy nie jeździ na wyjazdy „na własną rękę”, lecz zawsze korzysta z pakietów oferowanych przez biura podróży, śpi w drogich hotelach, a wszystkie atrakcje ma zagwarantowane i zaplanowane za nią. Na miejscu nie musi się o nic martwić, ani nic planować. Turystyczny mainstream, od którego zawsze trzymałem i będę się trzymał z daleka. Na pewno to znacie. Dorożki i bryczki kontra wielokilometrowe spacery. Witryny sklepów uznanych projektantów konta schowane przed masową turystyką kurioza. Restauracje z pierwszych stron przewodników kontra autorska i rzemieślnicza kuchnia. Krupówki kontra schodzenie do piwnic pełnych kości. Drinki z palemką kontra rzemieślnicze piwo w nowofalowym pubie. Kawa w sieciówkach z ładnym wystrojem kontra surowa alternatywa z dobrym ziarnem. Ogień i woda. Konflikt murowany. Przynajmniej – interesów. Największym sukcesem wyjazdu było więc to, że – mimo tak odmiennych upodobań – nie pokłóciliśmy się i wróciliśmy do Polski zadowoleni i szczęśliwi. To chyba cieszy mnie najbardziej w związku z wiedeńską eskapadą.

Wszystko zaplanowałem już jesienią, aby 13 grudnia – w urodziny Mamy – wręczyć Jej, jak gdyby nigdy nic, przewodnik po Wiedniu. Dlaczego w ogóle stolica Austrii? Mama zawsze mówiła, że chciałaby polecieć do jednego z klasycznie pięknych europejskich miast. Zazwyczaj wspominała o Wenecji, jednak tę destynację na prezent wybrała już przyjaciółka Mamy, a więc musiałem poszukać czegoś innego. Tradycyjnie zacząłem poszukiwania atrakcyjnych cenowo lotów z Polski i wpadł mi w oko Wiedeń, gdzie byłem jako nastolatek i niewiele z tego pamiętam, a Mama nie widziała stolicy Austrii nigdy. Szybka decyzja, bilety zabukowane, niezły hotel w ścisłym centrum i w dobrej cenie znaleziony (Riess Hotel przy Turkenstrasse) – można konstruować itinerariusz.

Starałem się połączyć to, co piękne dla mojej Mamy, z tym, co interesujące dla mnie. Zapytałem więc zawczasu, jakie punkty zaznaczyła jako konieczne przystanki podczas naszej podróży w ofiarowanym przeze mnie przewodniku. Przeprowadziłem analizę czasową oraz dodałem to, co interesuje mnie. Musiałem pamiętać, że tempo zwiedzania Mamy jest dużo wolniejsze niż moje oraz że dwa i pół dnia (przylecieliśmy w piątek po południu, a wracaliśmy w poniedziałek rano) to za mało, by wszystko zobaczyć. Uważałem równocześnie jednak, że czasu wystarczy, by się paroma rzeczami zachwycić, nawet jak kilka z nich przegapimy (ostatecznie nie udaliśmy się ani do Belwederu, ani do Schönbrunn, ani nie weszliśmy do wielu muzeów czy galerii sztuki). Jestem podróżnikiem emocjonalnym i tzw. efekt wow jest dla mnie o wiele ważniejszy, niż szczegółowe opisy, czy poznawanie historii sztuki lub techniki wykonania. Godzinne gadanie przewodników o tym, do czego służyła ta i ta miska, albo jak kreski stawiał dany malarz, to właśnie to, co mnie w szczenięcym wieku zniechęcało do zwiedzania. Nudy. Dlatego do dziś wolę eksplorować sam. Skupiam się wtedy na tym, co ważne dla mnie – na emocjach. Liczy się to, czy mnie dana rzecz zachwyca, intryguje, prowokuje do myślenia, czy powoduje, że moje serce bije szybciej lub czy myślę o niej parę dni po ekspozycji. Tak jak chociażby drzewo zrobione z łusek pocisków karabinowych, które widziałem kiedyś w Londynie. Technikalia zawsze były dla mnie nudne i powodowały, że przebierałem nogami, aby iść dalej. Jesteśmy w tym z Mamą chyba podobni, sęk jednak w tym, że zachwycają nas inne rzeczy, o czym pisałem we wstępie.

cof

Pierwsze kroki skierowaliśmy do restauracji Figlmüller, która mignęła mi w jednym z filmów na YouTube jako ta, gdzie trzeba się udać, by skonsumować prawdziwy i oryginalny wiedeński sznycel. Takowe oczywiście serwowane są tu praktycznie wszędzie, jednak zaufałem oglądanemu programowi. Miejsce to istnieje od ponad 110 lat i – jak powiedział nam kelner – jest de facto starą winiarnią, która specjalizuje się w kuchni regionalnej. Sznycel, który dostaliśmy, był ogromny, a jego rozmiar potęgował talerz mniejszy od dania, co jest oczywiście znanym trikiem. Do tego zamówiłem tradycyjną sałatkę ziemniaczaną. Próbowałem namówić Mamę, by wzięła coś innego i abyśmy się wszystkim podzielili po połowie, stawiając wszystko na środku stołu, jednak zapomniałem, że nie jestem na spotkaniu foodies w miejscówce z przewodnika Gault & Millau.  Warto też dodać, że moja Mama jest raczej niejadkiem, do tego wybrednym – z długą listą rzeczy których nie je, i zwykle jeszcze musiałem dojadać Jej porcje. Sznycel był pyszny, z chrupiącą panierką i okraszony ćwiartką cytryny. Figlmüller spełnił oczekiwania!

hdr

Jako że powoli zaczynało się ściemniać, poszliśmy spacerem przez starówkę, zahaczając o zachwycający Kościół Jezuitów, którego późnobarokowe wnętrze zapierało dech w piersiach. Niestety dla zdjęć, w środku panował półmrok, z gdzieniegdzie palącymi się świecami i punktowym oświetleniem. Dla ogólnego wrażenia stanowiło to jednak niewątpliwą zaletę. Następnie udaliśmy się do najbardziej centralnego punktu każdej wiedeńskiej wycieczki, czyli Katedry Św. Szczepana, wokół której gromadzili się woźnice stojący przy swych fiakrach, nagabując turystów na przejażdżkę za miliony monet. Mama przez dwa dni bardzo chciała wpaść w tę turystyczną pułapkę, a kiedy już się poddałem i trzeciego dnia sam zaproponowałem pójście na rękę, jednak się rozmyśliła. Wszak do tego czasu zdążyliśmy zobaczyć wszystko pieszo i nie miało to już sensu. W samej katedrze najbardziej interesowała mnie oczywiście krypta i ossuarium, jednak na zwiedzanie było już za późno, więc musieliśmy je przełożyć na kolejny dzień.

W sobotę udaliśmy się ponownie na Stephansplatz, by się następnie… rozdzielić. Mama poszła oglądać wystawy u Diora i Prady, a ja – trumny, urny i kości w podziemiach katedry. Umówiliśmy się, że spotkamy się za pół godziny przed wejściem do katedry i każdy zajął się tym, co mu sprawia przyjemność. Chyba dobry kompromis? Katakumby kryją kilka pomieszczeń. Najpierw mamy podziemną kaplicę oraz miejsce spoczynku biskupów, następnie miedziane urny z zakonserwowanymi w alkoholu wnętrznościami zmumifikowanych Habsburgów oraz trumny ze zwłokami księcia Rudolfa, jego żony oraz kilku innych członków rodziny. Następnie przeszliśmy do drugiej części, gdzie spoczywają szczątki dawnych mieszkańców miasta wśród pozostałości po drewnianych trumnach oraz kości i czaszki ofiar epidemii dżumy. Znakomity klimat dla każdego mrocznego romantyka. Wcześniej z kolei udało mi się zwiedzić kryptę Habsburgów w Kościele Kapucynów. Znajdują się tam ciała członków rodziny cesarskiej sięgające odległych stuleci, a wielbiciele sztuki funeralnej mogą podziwiać dizajn trumien od okresu neoklasycyzmu aż po czasy współczesne. Barokowe sarkofagi stylizowane na pirackie statki z czaszkami u dziobu wprawiły mnie w niebywały zachwyt. Miód na moje czarne serce.

sdr

Wracając do piątku, idąc dalej drogą prowadząca od Katedry do Opery, zajrzeliśmy do sklepiku holenderskiego serowara – Henriego Williga. Na miejscu mogliśmy spróbować wielu odmian sera, a także przyprawowych wariacji na jego temat. Najbardziej do gustu przypadły mi dojrzewające kilka lat sery owcze i kozie, o intensywnym zapachu, wyrazistym, ostrym smaku i twardej, ziarnistej teksturze. Takie doznania sensoryczne powodują wzmożoną pracę ślinianek. Uwielbiam to uczucie.

hdr

Naprzeciwko opery znaleźliśmy otwartą do późna kawiarnię Gerstnera, którą miałem zaznaczoną na swojej mapie miejsc wartych odwiedzenia. Niestety, drugie piętro, najbardziej zdobne i eleganckie, było zamknięte, więc usiedliśmy na pierwszym, tuż przy spiralnych schodach. Do herbaty zamówiliśmy tradycyjny wiedeński strudel jabłkowy w akompaniamencie bitej śmietany. Mimo kilku negatywnych recenzji przeczytanych w internecie na temat jakości tutejszych ciast, uważam, że strudel ten był o wiele lepszy i efektowniejszy niż te, które jedliśmy i widzieliśmy później. Mogę śmiało polecić udanie się nań właśnie tu. O ile mnie zachwycały sery, strudle i ossuaria, Mama nie mogła wyjść z podziwu nad sukienką kosztującą tyle, co nowy samochód z salonu, którą zauważyła w butiku obok kawiarni.

Na zakończenie wieczoru chciałem koniecznie odwiedzić miejsce, gdzie można napić się kraftowego piwa i idealnym wydał się browar restauracyjny 1516 Brewing Company. Niestety, w środku nie było miejsc, więc nie mogłem spróbować ich wyrobów. Stolik znaleźliśmy za to w leżącym nieopodal Stadtboden. Tam nawet niegustująca w piwie Mama skusiła się na kufelek, a ja wypróbowałem trzy austriackie wypusty firmowane przez koncern Ottakringer, a wydawane pod marką Brauwerk jako linia „crafty”. Flanders był mniej kwaśny niż niektóre nasze pale ale, IPA w miarę, porter w porządku. Wiadomo, że to nie jest prawdziwy kraft, ale dało się wypić. Mama spróbowała całkiem przyzwoitego weizena z Die Weisse.

sdr

Najważniejszym punktem wycieczki dla mojej Mamy, jako kolekcjonerki starej porcelany, była wyprawa na pchli targ odbywający się w każdą sobotę na targowisku Naschmarkt. Udaliśmy się tam z samego rana, jednak jakichś wielkich zakupów nie poczyniliśmy. Ceny okazały się wyższe, niż przewidywane. Udało się nam wynegocjować dobrą ofertę na kilka filiżanek i kielich z pozytywką do wina reńskiego. Druga część targu to sekcja żywnościowa, która mnie interesowała bardziej niż antyki. Znów degustowałem dojrzewające sery, a także słodycze sprzedawane przez imigrantów z Bliskiego Wschodu, co nieco przypomniało mi niedawne jordańskie klimaty. Niestety, Mama nie skusiła się na ucztę przy serowym fondue, którą oferował jeden z punktów gastronomicznych na skraju Naschmarktu. Od wejścia jednych odurzał, a drugich przyciągał, bardzo intensywny aromat sera. Sam spędziłbym tam sporo czasu i pojadł, ale zdawałem sobie sprawę, że dla Mamy to męczarnia, a nie przyjemność.

Jako że byliśmy już te kilkadziesiąt minut od centrum, zmienił się i krajobraz. Na ścianach budynków pojawiło się graffiti, a zamiast turystycznych miejscówek można było znaleźć nowofalowe śniadaniownie i kawiarnie. O ile ja w końcu poczułem się jak ryba w wodzie, spożywając kawową alternatywę, Mama wyrażała swoje zdegustowanie, że w Coffee Junkie siedzimy przy stole złożonym z desek, bez obrusa, a kawa podawana jest w musztardówkach z IKEI, kiedy na starówce czeka Wersal i filiżanki Rosenthala. To nic, że serwowanej tam masowej, marketowej kawy nie da się pić. Przyznam Mamie rację w jednym – jajecznica w wysoko ocenianym Budapest Bistro okazała się słaba – sucha i bez smaku.

Następnym punktem, który zaznaczyła w przewodniku Mama, była słynna Opera. Nie mówimy tu o spektaklu, a o zwiedzaniu wnętrz. Nie byliśmy przygotowani tekstylnie na obcowanie ze sztuką wysoką, a – o ile mi to nie robi różnicy – to Mamie owszem. Otrzymaliśmy informację, że zwiedzanie możliwe jest jedynie z przewodnikiem, a także, że w sobotę nie było już takiej możliwości. Ostatnia szansa to 14:00 i 15:00 w niedzielę. Odbiliśmy się więc od drzwi i zapisaliśmy powrót w to miejsce kolejnego dnia do naszego kalendarza. W niedzielę przybyliśmy do świątyni sztuki mniej więcej o 14:40. Mogliśmy wybrać oprowadzanie po angielsku, niemiecku, hiszpańsku, włosku i chińsku. Kupiwszy bilety, ustawiliśmy się więc pod napisem „English” i cierpliwie oczekiwaliśmy na przewodniczkę. Wkrótce przed naszymi oczami ukazało się audytorium ze swoimi lożami, zobaczyliśmy także scenę, backstage i foyer, jak i uginające się pod złotymi zdobieniami salki, które można wynająć sobie na prywatną herbatę podczas przerwy za „jedyne” kilkaset euro za kwadrans. Obejrzeliśmy również film przedstawiający, w jaki sposób sala adaptowana jest pod bal karnawałowy, a nawet udało się nam podejrzeć próby par przed występem debiutantów.

Przed niedzielnymi odwiedzinami w Operze, zahaczyliśmy o pałac Hofburg, w którym zwiedziliśmy ogromną wystawę sreber, zastaw stołowych i porcelany. Moja Mama, jako miłośniczka zdobnych filiżanek, w końcu poczuła się tu jak w swoim naturalnym środowisku. Gdyby były na sprzedaż, na pewno nie wyszlibyśmy stamtąd z pustymi rękami. Oprócz tej imponującej kolekcji, poznaliśmy historię cesarzowej Elżbiety – popularnej Sisi – oraz mieliśmy okazję przemknąć przez pałacowe apartamenty.

Wracając jeszcze do soboty, przed tym, jak odbiliśmy się od drzwi Opery, poszliśmy na słynny tort serwowany w kawiarni Hotelu Sacher. Sachertorte to czekoladowe ciasto przełożone masą i polane czekoladową polewą. Jako że uchodzi za numer jeden na liście rzeczy do zjedzenia w Wiedniu, przed wejściem do kawiarni ustawiają się kolejki. Nie jest to zresztą jedyne miejsce, gdzie tak to wygląda, ale o tym później. Tort Sachera można co prawda obecnie zjeść wszędzie, nawet w… Polsce, jednak ta pierwsza i oryginalna miejscówka jest właśnie tam – w położonym nieopodal opery luksusowym hotelu, gdzie ubrany w purpurowy kostium lokaj wywozi zawieszone na złotym wieszaku ubrania należące do czekających na podjeździe gości podróżujących nie WizzAirem, lecz mercedesami. Cafe Sacher padła jednak ofiarą własnego sukcesu. Pisałem już o tym w kontekście piwa, jednak zasada ta działa na każdym rynku. Gdy produkt staje się masowy, spada jego jakość. Kawiarnia ta nie musi o nią dbać, gdyż nastawiona jest na turystów, którzy z założenia przyjdą tam raz w życiu. Przychodzić będą zawsze, dopóki w każdym przewodniku znajdzie się informacja o tym, że to legendarne ciasto, które każdy musi spróbować. Produkt, który dostaliśmy, nie dorastał do pięt reputacji, którą posiada. Wysuszone biszkopty sugerujące nie pierwszą świeżość (a przecież przy takim przemiale to praktycznie niemożliwe – mrożone ciasto? Nadprodukcja na wszelki wypadek?) i paskudna kawa. Podziękuję. Jedynie wnętrze lokalu ładne. Ten przykład dobitnie pokazuje, dlaczego należy omijać szerokim łukiem miejsca oblegane przez turystów, a szukać diamentów pochowanych w piwnicach. Oczywiście, dla zaznaczenia pinezki na mapie „must-see places” może i warto, tak jak z Wieżą Eiffela czy La Scalą, ale jeśli ktoś myśli, że smak powali go na kolana – myli się.

A propos turystów, kolejek i tłumów, podobnie ma się rzecz w innych popularnych kafejkach: Cafe Demel i Cafe Central. Te dwa miejsca łączy równie zdobne wzornictwo, kelnerzy pod muchami, tradycja sięgająca czasów cesarstwa i dziesiątki Azjatów czekających w kolejce na stolik. Ostatnio wpadł mi w oko artykuł opisujący inwazję turystów zza Uralu na Europę, co przekłada się na wzrost cen, większe trudności w znalezieniu interesujących kosztowo ofert i – oczywiście – spadek jakości zarówno obsługi, jak i produktu. Po co dbać o klienta, skoro i tak większość przyjdzie tylko raz, a w kolejce czeka nieokreślona liczba Chińczyków, która zostawi posłusznie swój hajs, bez proszenia o rabat i jakichkolwiek wymagań odnośnie do serwisu? Co więcej – to, co otrzymają, uznają, że właśnie tak ma smakować. Czysty biznes! Wystarczy odrobina kasy na reklamę w azjatyckich źródłach. W Cafe Demel odbiliśmy się od kolejki trzykrotnie i w sumie nawet nie żałujemy, bo czytaliśmy, że jest to miejsce mocno przereklamowane. Mimo to, chcieliśmy się sami przekonać. Przynajmniej mieli ładny sklep ze słodyczami na parterze. W Cafe Central za pierwszym razem również nie znaleźliśmy miejsca, jednak w niedzielę to właśnie tam udaliśmy się na śniadanie. Kolejka była mała – może na dwa-trzy stoliki – więc poczekaliśmy i zasiedliśmy do uczty. W internecie wyczytałem, że bywało tu wielu dygnitarzy dawnych czasów, na czele z Leninem i Hitlerem. Co ciekawe, w menu kawiarnia chwali się wieloma postaciami, które odwiedzały ten lokal, jednak wspomnianą dwójką – nie. Byłoby to zrozumiałe, gdyby nie to, że… wśród znamienitych gości wymieniany jest Lew Trocki… Zjadłem tu śniadanie nazwane na cześć miejscowego pisarza – Petera Altenberga, jednego ze stałych klientów sprzed lat, którego figura wita nas przy wejściu. W skład dania wchodzi ser, szynka, jajecznica, kajzerka, ciemny chleb, masło, dżem i sałatka owocowa. Wszystko bardzo smaczne, tylko że podobno Altenberg był… wegetarianinem. Nie wiem więc, jak to jest z tą autentycznością owej propozycji śniadaniowej. Mama zamówiła naleśniki z dżemem morelowym i posypką z cukru pudru, które były przeraźliwie słodkie. W gablotce widniało wiele prawdziwie foodpornowych deserów, jednak nie zamówiliśmy żadnego, oszczędzając miejsce w żołądku na później.

Wyjątkowym zwieńczeniem kawiarnianego rekonesansu była wizyta w Cafe Schwarzenberg. Nieco przypadkowa, bo na zdjęciach wnętrza nie zrobiły na Mamie wrażenia. Okazało się jednak, że czekała tam na nas przepiękna niespodzianka. Trafiliśmy akurat na koncert kameralny. Do kawy przygrywała rudowłosa pianistka i cygański skrzypek, a wokalnie zabawiał towarzystwo śpiewający kelner. Mamę w zachwyt wprawił zwłaszcza „Walc nr 2” Szostakowicza w ich wykonaniu. Mi do pełni szczęścia zabrakło „Smutnej niedzieli” Rezso Seressa, bo przez moment poczułem się jak w tamtych czasach. Część ludzi, zamiast słuchać, siedziała wgapiona w swoje smartfony, ale może właśnie dzielili się z przyjaciółmi swoimi odczuciami? W Schwarzenbergu zjadłem świetne ciasto o nazwie Bomba Mozarta, czyli ciemne biszkopty przełożone wielokrotnie białą masą, a wszystko to pokryte zieloną marcepanową polewą. Wypiłem także piwo – 1475 IPA z browaru Kaltenhausen (własność Heinekena). Wyczułem lekki karmel i ładny chmielowy aromat, a sam napój piło się przyjemnie.

mde

Warto wspomnieć jeszcze o kilku lokalach gastronomicznych, które udało się nam odwiedzić. Pierwszy z nich to pub ze ścianami wyłożonymi przeróżnymi puszkami i birofiliami – Bier & Bierli. Zjadłem tam ogromną ilość żeberek (dwa długie płaty) z ziemniakami i zieleniną, trzema sosami oraz warzywami. Porcji pojedynczej w menu nie znajdziecie! Do tego zamówiłem smacznego lagera wiedeńskiego z browaru Schwechat. Być w stolicy Austrii i nie wypić piwa w stylu, który tu powstał, to jak pojechać do Rzymu i nie zobaczyć papieża. Mama wybrała austriacką wariację na temat mac & cheese, czyli Käsespätzle. Oczywiście danie przyniesiono udekorowane prażoną cebulką i szczypiorkiem, których Mama nie je, więc obsługa została poproszona o usunięcie kłopotliwych składników. Wizyta z Mamą w restauracji to zawsze zapowiedź wyzwania dla kucharza i nierzadko dodatkowych kłopotów dla obsługi. Praktycznie w każdym miejscu Mama chciała zmieniać stolik, bo nie odpowiadało Jej jego usytuowanie. O długiej liście dań wykluczonych z diety już wspominałem. Mimo tych trudności, udało się nam jednak i smacznie zjeść, i – co najważniejsze – bardzo miło spędzić trochę czasu razem, ku czemu mamy bardzo rzadko okazję, mieszkając ponad pięćset kilometrów od siebie.

hdr

W ścisłym centrum siedzibę swoją ma jeden ze słynnych punktów z kanapkami, założony przez krakowianina Franciszka Trześniewskiego. Są to kromki ciemnego chleba z różnymi dodatkami, których bazę stanowi zwykle pasta jajeczna. Smaczne, aczkolwiek nie rozumiem ich tak ogromnej popularności wśród wiedeńczyków i turystów. Być może wynika to z tego, że są zdrowsze – a równie szybkie – co kanapki serwowane przez popularne sieci fast-foodowe? Na miejscu podawane jest także piwo w mikroskopijnych kufelkach.

Tuż obok hotelu, na Turkenstrasse, znajduje się pizzeria Riva, w której co prawda pizzy nie jedliśmy, ale zapachy i ogromny piec opalany drewnem sugerują, że ma szansę być smaczna. My usiedliśmy w przestrzeni kawiarnianej, gdzie wypiłem bardzo przyzwoitego koncernowego zwickla z Ottakringera.

Także niedaleko, tuż obok uniwersytetu, trafiliśmy do Zum Leupold, gdzie zjadłem kiepskiego jabłkowego strudla, dobre Kaiserschmarrn, czyli chaotycznie ułożone, pocięte ciasto jak na ołatki z konfiturą śliwkową oraz przyzwoitą zupę gulaszową, w której oprócz mięsa pływała… pocięta parówka. Parówki zresztą w Wiedniu są na topie. To, co na początku wydawało mi się kolejką do Albertiny, gdzie akurat wystawiali Moneta i Picassa, okazało się tłumem ludzi czekającym na hot-doga w pobliskiej budce. Sam skosztowałem klasycznej wersji na wspomnianym wcześniej targu Naschmarkt. Ot – bułka z parówką – jak wszędzie.

Ostatniego dnia, gdy już zmierzaliśmy z bagażami na lotnisko, zahaczyliśmy jeszcze o dwa położone obok siebie lokale. Była to kawiarnia i palarnia kawy firmowana nazwiskiem Jonas Reindl, gdzie wypiłem perfekcyjne, cieliste, kremowe espresso, a także francuskie bistro Cafe Francais, w którym otrzymałem przepyszne śniadanie składające się z polanych żółtym sosem jajek po benedyktyńsku z wędzonym łososiem, podanych na francuskim toście. Jest to miejsce, gdzie przychodzi bardzo dużo studentów, jako że w pobliżu położny jest Uniwersytet Wiedeński. Do picia zaserwowano mi bardzo ciekawy koktajl z buraka i owoców, w którym to ziemisto-żelazisty smak bulwy dodawał interesującego posmaku. Na pośniadaniowy deser jeszcze spałaszowałem crème brulee i ruszyliśmy na pociąg jadący na lotnisko. Bogu dzięki za aplikacje mobilne! Tuż przed nami w kolejce do automatu z biletami stanęło dwóch serwisantów, którzy oświadczyli, że teraz muszą otworzyć maszynę. Mieliśmy sześć minut do odjazdu, więc wsiedliśmy do pociągu bez biletu i kupiliśmy je przez smartfona. Kocham nowoczesną technologię.

Na zakończenie pytanie-ciekawostka. Wiecie, czym jest „burger wiedeński”? Otóż – według lotniskowej kawiarni – kajzerką z plasterkiem szynki. Za 4,90 euro. Kurtyna.

Wyzwanie: Weekend w Wiedniu z Mamą!

Co zjeść w Jordanii? Gastronomiczny przewodnik po Ammanie

Minął już tydzień, odkąd pożegnaliśmy piękną Jordanię, wracając do ośnieżonej Polski. W ostatnim wpisie nieco przybliżyłem Wam aspekty czysto podróżnicze tej wyprawy, a także obiecałem relację kulinarną. W końcu to głównie blog o jedzeniu! A więc – do dzieła. Co i gdzie zjeść w stolicy Królestwa Haszymidów?

Legenda street foodu

Zestaw lunchowy w Hashem

O tym miejscu naczytałem się wiele przed wyjazdem. Nic dziwnego, skoro stołowali się tu wszyscy, od zwykłych mieszkańców, przez turystów, aż po rodzinę królewską. Mowa oczywiście o restauracji Hashem. Spośród dwóch punktów tych samych właścicieli, wybraliśmy ten położony w ścisłym centrum. Nie ma tu ani zdobnych obrusów (na stole kładziona jest przed przyjściem klientów folia), ani drogich ozdób na ścianach. Ba! Nie istnieje tu nawet menu! Standardowy zestaw proponowany przez to legendarne miejsce składa się z hummusu, fulu, falafeli, pomidorów, surowej cebuli (!) oraz mieszanki kiszonek. Bywa też dostępny moutabbal. Zachodni wpływ widać natomiast w dwóch pozostałych propozycjach – frytkach oraz Coca-Coli. My tę ostatnią zastąpiliśmy jednak herbatą, do której zużyliśmy gałązki mięty, które przyozdabiały talerzyk z warzywami. Słyszeliśmy, że dają tu najlepszy hummus na świecie, a jordańskie falafele są znacznie lepsze niż te w krajach sąsiednich. Rzeczywiście pasta z ciecierzycy miała intensywny smak i doskonałą kremową konsystencję, co mogło plasować ją całkiem wysoko w rankingu. Ful medames – czyli lewantyńska pasta z bobu – również rewelacyjnie komponowała się ze rwanymi ręką chlebkami podanymi nam do zestawu. Dołożyć do tego falafele i pyszne kiszonki (rok 2019 ogłaszam rokiem fermentacji warzyw!) i mamy ucztę do syta. Najedliśmy się tym wszystkim we dwoje za… 6,50 JOD, czyli około 35 złotych. Obowiązkowy punkt gastronomiczny do odwiedzenia w Ammanie!

Jerozolimskie falafele i mansaf

Sława falafeli z Al-Quds (arabska nazwa Jerozolimy) przy Rainbow Street dotarła podobno nawet do Egiptu, gdzie polecają wybrać się właśnie do tej budki umiejscowionej przy turystycznej ulicy stolicy Jordanii, aby spróbować przysmaków przygotowywanych w pocie czoła przez ściśniętych na mikroskopijnej przestrzeni kucharzy. Przy witrynie stoi zaś czwarty – młodszy – pracownik, szykujący intensywnie zieloną masę, którą następnie starszyzna wrzuca na rozgrzany olej. Możemy wybrać dwa rodzaje bułek, do których trafi nasza pyszność: z sezamem lub bez, oraz dodatki warzywne: ogórek i pomidor, a także jogurtowy sos. Polecam serdecznie tego typu przekąskę, gdy będziecie przechodzić nieopodal.

Co ciekawe, w ścisłym centrum istnieje drugi lokal o tej samej nazwie – będący restauracją. Szczerze mówiąc, można przejść obok i go nie zauważyć, gdyż jego nazwa zapisana jest w formie „Jerusalem Restaurant” i dopiero pod tym szyldem widać napis Al-Quds. Lokal mieści się nieopodal opisywanego wcześniej Hashem. To właśnie tutaj zdecydowaliśmy się na narodowe danie Jordanii – mansaf. Jest to ryż podawany z kawałkami jagnięciny z kością, posypany orzechami piniowymi i prażonymi migdałami. Przysmak ten serwuje się z wywarem na bazie jameedu, czyli koziego bądź owczego jogurtu, który najpierw przechodzi proces suszenia i formowania w kulki podobne do mozzarelli, a następnie jest składnikiem bulionu, w którym gotuje się jagnięcina. Tradycyjna metoda jedzenia mansafu polega na polewaniu ryżu gorącym jogurtem, a następnie formowaniu jedną ręką kulki nadziewanej mięsem. Jeśli chcecie zanurzyć się w pełnym jordańskim doświadczeniu, zapomnijcie o sztućcach!

Kunafa w Habibah

Kunafa to, pochodzący z Palestyny, jeden z najpopularniejszych deserów jedzonych na ulicach Ammanu. Można go spotkać w większości cukierni i kawiarni, jednak najlepsze serwuje istniejący od 1951 roku Habibah Sweets. Znów łatwo o pomyłkę, bo niedaleko – przy ulicy Al Hashemi – znajduje się Habibeh (jedna litera różnicy), które to miejsce… także serwuje niezłą kunafę. „Prawdziwe” i oryginalne Habibah to jednak to schowane pomiędzy budynkami, na tałych banku, gdzie zobaczycie pokaźną kolejkę tubylców stojących przed budką, w której należy uiścić opłatę. Następnie, w pomieszczeniu obok, panowie przyrządzą Twój pyszny deser po uprzednim zapytaniu o wersję słodkości, jaką mają podać. Kunafa to bowiem ciasto wykonane – zależnie od wersji – z semoliny lub nitek makaronowych, syropu cukrowego oraz wody różanej, nadziewane ciągnącym się lokalnym serem (wcale nie słodkim!), a następnie posypane kruszonymi pistacjami. Idealna słodka przekąska do złapania podczas zwiedzania Ammanu! Ciekawostką jest, że Habibah Sweets to już obecnie mała sieć, posiadająca pięć oddziałów w stolicy Jordanii oraz sprzedaż wysyłkową!

Bogactwo kolorów i smaków ulicy

Wiele się mówi o tym, że jadąc do krajów arabskich, należy unikać jedzenia na ulicy ze względów sanitarnych. Umówmy się jednak – nie ma nic lepszego i bardziej autentycznego niż street food. Ammańskie suki, na których możesz kupić wszystko: od dywanu, przez żywe ryby (trzymane w okropnych warunkach), aż po kolorowe, pieczołowicie ułożone na wystawie owoce, od razu przykuwające uwagę przechodniów. Styczeń to w Jordanii sezon na granaty, a więc można było je dostać wszędzie i tanio. Do tego uśmiechały się do nas miejscowe pomarańcze i inne owoce natury. Na innym stoisku handlarze, niezmordowani całodziennym nawoływaniem, oferują przyprawy i zioła w przeróżnych kolorach i aromatach. Zakupiliśmy to, o co ciężko w Polsce: sumak (jak się dowiedzieliśmy – jordański jest ciemniejszy, a turecki – jaśniejszy), gałązki szałwii, suszone i opalane cytryny, jabłka cukrowe (owoce flaszowca łuskowatego), a także inne przysmaki. Wszystko to jest strasznie tanie. Obkupiliśmy się za niecałe dwa dinary. Warto też zapytać o pochodzenie surowców, gdyż np. orzechy laskowe sprowadzają z… Polski! Oprócz suków, warto zajrzeć do miejsc, gdzie można wprost z ulicy napić się świeżo wyciskanego soku. Taki napój z granatu, w szczycie sezonu, jest niesamowicie intensywny: ziemisty, cierpki, kwaskowy, z delikatną nutą słodyczy – pyszny! Oprócz tego ciekawostką jest „sok” z trzciny cukrowej (jakby was zastanawiało, co to za długie, drewnopodobne patyki stoją oparte o ścianę – to właśnie trzcina), również robiony na miejscu w specjalnie skonstruowanych do tego celu maszynach. Smak tego napoju leży gdzieś pomiędzy melonem a papają, a jego słodycz nie jest aż tak powalająca, jakby można było się tego spodziewać. Zdecydowanie warto się skusić, mimo że istnieje pewne ryzyko zdrowotne.

Kawa i szisza

Szisza i kawa - zestaw obowiązkowy

Obowiązkowy zestaw odpoczynkowy. Kawę podaje się tu domyślnie parzoną „po turecku”, sowicie doprawioną kardamonem i mocno słodzoną. Można oczywiście poprosić o wersję bez cukru, jednak nie jest to wówczas do końca autentyczne doświadczenie. Do kawy zamawialiśmy zwykle nie ciasto, a sziszę. Fajkę wodną pali się tu na tarasach, obserwując żywy ruch miasta, a nie w zatęchłych piwnicach europejskich sziszabarów – aczkolwiek palenie wewnątrz lokalu jest także legalne i praktykowane. Spośród wielu aromatów tytoniu, najbardziej do gustu przypadł nam arbuz z miętą oraz jabłko z anyżem. Zdaję sobie przy tym sprawę, że moje uwielbienie dla lukrecji i anyżu nie jest zbyt reprezentatywne dla populacji Polski. Najfajniej piło i paliło się nam w Zajal, gdzie kelnerzy byli bardzo uważni, dokładali nam węgielki i nie trzeba było ich szukać. Miejsce to znajduje się tuż obok najpopularniejszej kawiarni – Jafra, również przyjemnej. Poza tradycyjnymi kawami w tureckim stylu, w Ammanie działają też prężnie mikropalarnie, często ulokowane nie w kawiarni, a w… sklepie z przyprawami. Jeśli chodzi o kawową alternatywę, trafiliśmy do Kaffeine – miejsca, gdzie czuliśmy się dość… dziwnie. Mianowicie – mimo, że znajdowaliśmy się w centrum miasta, nie było tam nikogo oprócz nas! Wkrótce przekonaliśmy się dlaczego. Kawa – owszem – smaczna, natomiast na jakąkolwiek obsługę trzeba było czekać BARDZO długo (mimo, że nie było ludzi!), to samo z oczekiwaniem na zamówienie, rachunek i jakiekolwiek zainteresowanie. Mieli jednak świeżo paloną kawę trzech rodzajów ziaren oraz przelew. Jak się Wam nie spieszy, to polecam zajść z ciekawości.

Miejsce na randkę

Jeden wieczór postanowiliśmy spędzić w restauracji uważanej za doskonałe miejsce na randkę. Zdecydowaliśmy się na lokal urządzony w nieco bardziej eleganckim stylu, aniżeli dotychczasowe street foodowe doświadczenia. Wybraliśmy się do miejsca o nazwie Sufra na turystycznej Rainbow Street. Restauracja mieści się w willi otoczonej przepięknym, zielonym, kwiecistym ogrodem. Obsługiwało nas bodajże trzech kelnerów, w tym jeden przyodziany w sułtański pas z ogromnym nożem. Wyglądał jak wyjęty z „Księgi tysiąca i jednej nocy”. Na początek zamówiliśmy zupę z kaszą bulgur, która bardzo przypominała nasz krupnik. Jako przystawki wjechały bardzo sycący fattet hummus (jordański przysmak polegający na podaniu hummusu na ciepło wraz z jogurtem i rozmoczonym chlebem w środku) oraz sfeeha (cztery kulki z ciasta chlebowego faszerowane mięsem mielonym oraz tahini i orzechami piniowymi). Na danie główne wybrałem kubbeh lamaneyeh, czyli zatopione w gorącym jogurcie kulki zrobione z masy powstałej z połączenia kaszy bulgur oraz mielonej jagnięciny, faszerowane mięsem, cebulą i – jak wszystko tutaj – orzechami piniowymi, podawane z ryżem. Pojedliśmy bardzo smacznie i do syta, a przecież jeszcze trzeba było spróbować deserów! Zamówiliśmy lody z chałwą, która miała konsystencję nitek waty cukrowej – pyszne, oraz suszone płaty melasy winogronowej z zatopionymi w niej ziarnami i posypane mieszanką orzechów – smaczne, aczkolwiek przeraźliwie słodkie. Za te wszystkie dania łącznie zapłaciliśmy aż 40 dinarów, jednak biorąc pod uwagę wyższy niż street foodowy standard i turystyczną lokalizację – warto. Uwaga! Ceny w menu nie zawierają tu podatku VAT! Doliczany jest do rachunku na koniec. Nie zdziwcie się!

Abuzaghleh – czyli street foodu ciąg dalszy

Nie chcąc drugi raz jeść w tym samym miejscu, trafiliśmy na centralnie położoną restaurację Abuzaghleh, podobną w swym stylu do Hashem, jednak dysponującą szerszym menu i serwującą mięso. Jak się okazuje, jest to jedna z czterech lokalizacji tej ammańskiej sieci. Tradycyjnie na początek zamówiliśmy hummus, który tu był nieco inny niż w pozostałych miejscach, jednak równie dobry. Jakoś tak wyszło, że skoro w Polsce wszędzie traktuję tatar wołowy jako papierek lakmusowy jakości restauracji, tak tu rolę tę przejął hummus. Czas na przystawki (a właściwie sałatki). Na stole pojawiły się arabskie standardy: tabbouleh oraz fattoush. W prostocie i smaku tych dań zakochaliśmy się na tyle, że od przyjazdu już dwukrotnie domowy tabbouleh zagościł na naszym stole. Niesamowita orzeźwiająca soczystość natki pietruszki, mięty, odrobiny soku z cytryny, połączona z ostrością cebuli, słodyczą pomidora i papryki, wzbogacona o treściwą kaszę – kupiły nas od razu. Fattoush jeszcze nie powtarzaliśmy, ale jego unikatowa konsystencja wynikająca z chipsów zrobionych z arabskiego chleba oraz typowo lewantyński smak sumaku na pewno kusi, by przyrządzić go w domu. Jako danie główne spróbowaliśmy kofty tahini, czyli mielonego mięsa baraniego pod płaszczykiem sosu sezamowego z plastrami ziemniaka, a także shish taouk, czyli grillowane kawałki marynowanego kurczaka podane pod miejscowymi chlebkami. Najedliśmy się smacznie i na całego.

Al-Asalah Al-Shameya – czyli sprawdźmy, co dają naprzeciwko

Jak pisałem w poprzednim artykule, mieszkaliśmy w Arab Tower Hotel przy ulicy Al Hashemi. Naprzeciwko znajduje się restauracja Al-Asalah Al-Shameya, o której nie czytaliśmy w żadnym przewodniku, ani na żadnym blogu. Po prostu była obok. Czasem można w ten sposób trafić na prawdziwy diament. Tym razem zamówiliśmy baba ghanoush, czyli przepyszną pastę z opalanego bakłażana o niesamowitym, dymnym smaku. W tym miejscu czuję się zobligowany wyjaśnić, że wbrew temu, co można gdzieniegdzie usłyszeć, baba ghanoush to nie to samo co moutabbal (o którym niżej). Główną różnicą jest użycie sezamowej pasty tahini w tym drugim daniu. Baba ghanoush robi się bez niej. Oprócz przystawki, zamówiliśmy kawałki solidnego kurczaka z frytkami. Wschodnio-zachodni standard. Całkiem smacznie, ale na uwagę obsługi trzeba było czekać bardzo długo.

A może by tak… nauczyć się gotować po jordańsku?

O tym doświadczeniu dowiedziałem się z jednego z blogów i od razu zarezerwowałem miejsce dla nas w Beit Sitti. Tamże jordańskie kobiety uczą osoby spragnione poznania tajników miejscowej kuchni gotować tak, jak robiły to ich babcie. Oprócz gospodyń, w przedsięwzięcie angażowane są także zwykle mieszkanki Ammanu, a firma jako swoją misję głosi walkę o prawa kobiet i danie szansy na inne życie niż tylko ciągłe siedzenie przy mężu i dzieciach. Oprócz kulinarnych warsztatów działa tam sklepik, w którym można nabyć przyprawy, pasty oraz oliwy produkowane na miejscu. Ostatnio panie otworzyły także sklep internetowy, a więc firma rozwija się prężnie. Brawo dla nich! Na samych warsztatach pojawiło około dziesięciu osób z całego świata, w tym nasza dwójka – rodzynki z Polski. Zanim przystąpiliśmy do pracy, zostaliśmy ugoszczeni zupą-krem z soczewicy przyprawioną sumakiem i opowieścią o historii domu, rodziny i całego przedsięwzięcia. Doskonały start dnia. W ramach zajęć przygotowywaliśmy sałatkę palestyńskich rolników, moutabbal, maqlubę i mouhalabieh. Sałatka, którą nasza zgrana drużyna zrobiła, to bardzo prosta i smaczna kompozycja, składająca się z pociętych w kostkę cebuli, pomidorów i ogórka, a także posiekanych drobno listków świeżej mięty i pietruszki – a to wszystko doprawione sokiem z cytryny i oliwą z oliwek. Palce lizać. Aby przygotować moutabbal, musieliśmy najpierw osmalić bakłażany w ogniu: tak, aby skóra była spalona, a smak wnętrza – mocno dymny. Następnie, po ostudzeniu, poszatkowaliśmy drobno miąższ bakłażana na pastę, wymieszaliśmy z posiekanym drobno czosnkiem, pastą tahini i przyprawami oraz skropiliśmy melasą z granatu, oliwą i sokiem z cytryny. Do tego upiekliśmy małe chlebki pita, które stanowiły rewelacyjne „narzędzie” do nabierania i konsumowania naszego wiekopomnego dzieła. Maqluba, czyli „do góry nogami”, to bardzo popularne danie w Jordanii, polegające na ugotowaniu pachnącego orientalnymi przyprawami ryżu z jagnięciną i smażonymi warzywami w dużym garnku, a następnie zaserwowanie potrawy poprzez przykrycie jej talerzem i odwrócenie gara do góry dnem. Efekt to niesamowicie aromatyczna i sycąca potrawa, która cieszy oczy, nos i podniebienie. Na sam koniec przygotowaliśmy deser, czyli mouhalabieh – rodzaj puddingu z wodą różaną i posypaną orzeszkami piniowymi (można też użyć pistacji). Doświadczenie wspólnego gotowania i poznawania smaków to nie tylko doskonały sposób na pyszne spędzenie czasu, ale i na zanurzenie się w kulturze danego kraju. Polecam wizytę w Beit Sitti wszystkim smakoszom! Cena – porównywalna do tego typu atrakcji w Polsce – 35 JOD, czyli około 180 PLN od osoby.

Na zakończenie dodam jeszcze, że w praktycznie każdym lokalu serwowana jest nam butelka wody na osobę – i gdzieniegdzie automatycznie dopisywana do rachunku. Kultura napiwków jest tutaj także nieco wyższa niż w Polsce i właściwie tylko w Sufrze otrzymaliśmy informację, iż serwis jest wliczony w cenę. Kelnerzy w niektórych lokalach wręcz sami sugerowali wysokość napiwku. Oprócz tego, często w formie „czekajki” otrzymywaliśmy oliwki lub chlebki. Gdzieniegdzie można było się napić herbaty za darmo.

Mam nadzieję, że mój mały przewodnik gastronomiczny po Ammanie przyda się podczas Waszych podróży do malowniczej stolicy Jordanii. Dajcie znać w komentarzach, co Wy dobrego zjedliście w Królestwie Haszymidów. Smacznego!

Co zjeść w Jordanii? Gastronomiczny przewodnik po Ammanie

Jordania – 7 dni w Królestwie Haszymidów – subiektywna relacja

49635167_375066766602220_329929822786551808_n

Teksty świeże pisze się najlepiej, bo i pamięć nie szwankuje tak, jak w przypadku tych odtwarzanych z perspektywy czasu (pozdrawiam swój nigdy niedokończony draft z Drezna z maja zeszłego roku…). Korzystając z nowego połączenia linii Ryanair z Krakowa do Ammanu, wybraliśmy się z Ukochaną świętować Nowy Rok do stolicy Jordanii. Dla obojga był to pierwszy kontakt z Bliskim Wschodem na własną rękę, a więc nastawialiśmy się na potężną eksplorację kulturową i kulinarną, a także skonfrontowanie popularnych mitów z rzeczywistością! W końcu na wiadomość o tym, że lecimy w serce Bliskiego Wschodu sami, w miejsce, gdzie tuż za granicą niedawno szalała wojna (byliśmy pięćdziesiąt kilometrów od Syrii), nasi bliscy dostawali drżenia serc. Niesłusznie.

Zacznijmy od rzeczy podstawowych, czyli paru wskazówek i odpowiedzi na pytania wybierających się w tym kierunku – te, które i nas gnębiły przed wylotem. W internecie coraz więcej jest artykułów i relacji z Jordanii, także w języku polskim, gdyż dzięki okazyjnej ofercie najpopularniejszego taniego przewoźnika lotniczego Polaków można spotkać w wielu filadelfijskich (tak za czasów rzymskich nazywał się Amman) uliczkach i knajpkach. Trudno właściwie nie usłyszeć ojczystego języka na ulicach stolicy Jordanii przynajmniej raz w ciągu dnia. Oto i nasza, indywidualna i osobista, relacja!

Wiza

Skorzystaliśmy z oferty zakupu Jordan Pass, dzięki któremu wiza na lotnisku w Ammanie jest zwolniona z opłat (40 JOD). Jest to opcja opłacalna pod warunkiem, iż udajemy się do Petry (a być w Jordanii i jej nie odwiedzić, to jak w Białymstoku nie pójść na mecz Jagielloniiw Rzymie nie zobaczyć papieża). Mamy do wyboru kilka opcji, zależnie od tego, ile dni planujemy spędzić w historycznej stolicy Nabatejczyków. My mieliśmy zamiar przeznaczyć na tę atrakcję 2 dni, więc wykupiliśmy Jordan Pass za 75 JOD. Okazało się to zbędne, gdyż wystarczył nam jeden dzień w Petrze, a więc mogliśmy zaoszczędzić 5 JOD. Poza Petrą, przepustka ta pozwala Wam na bezpłatne wejście do 40 atrakcji Jordanii. UWAGA! Jeśli wybieracie się do miejsca chrztu Jezusa nad rzeką Jordan, musicie dokupić sobie taką opcję za 8 JOD. W przeciwnym wypadku, na miejscu czeka was opłata 12 JOD od osoby. Umknęło to nam i mieliśmy przykrą niespodziankę. Jeśli udajecie się do Jordanii drogą lotniczą i wracacie także z Ammanu, jesteście zwolnieni z opłaty wyjazdowej.

Pieniądze i płatności

Na dzień dzisiejszy (7 stycznia 2019), jeden dinar jordański (1 JOD) wart jest w okolicach 5,40 PLN. Szansa na dostanie tej waluty w polskich kantorach jest bliska zeru, zwłaszcza w większych ilościach. Rozwiązania są dwa. Pierwsza to wymiana złotówek na dolary amerykańskie, a na miejscu tychże na dinary. Druga to skorzystanie z rewelacyjnego wynalazku, jakim jest Revolut. Rejestrujecie się odpowiednio wcześnie (rekomenduję dwa tygodnie), dostajecie kartę Mastercard pre-paid pocztą, ładujecie ją przez aplikację za pomocą swojej zwykłej karty i możecie płacić nią w jednej z ponad 100 walut po kursach międzybankowych, dokonywać transakcji internetowych oraz wybierać gotówkę z bankomatów na całym świecie. Najlepiej wymienić wszystkie dolary na dinary w kantorze lub płacić wspomnianą kartą. Wynika to z tego, że pobierając gotówkę w bankomacie w Jordanii płacicie dodatkowo 5 JOD. Ostrzegam też przed płaceniem zwykłą polską kartą. Pomijając niekorzystny kurs i prowizje – Wasza płatność może zwyczajnie nie przejść, o ile nie uzgodnicie wcześniej z bankiem autoryzacji płatności poza Unią Europejską. Z dostępnością płatności kartą nie jest tak źle, jak nas straszono przed wyjazdem. W większości restauracji i kawiarni nie ma z tym problemu. Chcąc jednak zanurzyć się w bogactwo kolorów targu warzyw i owoców lub zjeść street food – lepiej mieć gotówkę. My – wiedząc, że dywersyfikacja przeważnie działa na korzyść – połowę budżetu zabraliśmy w dolarach, a drugą na Revolucie. Dzięki temu uniknęliśmy przykrych niespodzianek odnośnie do płatności, a z drugiej nie musieliśmy nosić przy sobie dużej gotówki.

Transport

O ile nie jesteście mistrzami spontanu z elastycznym grafikiem i nie planujecie wynajmować auta, transport to największy problem, z jakim przyjdzie się Wam mierzyć. Komunikacja miejska w Ammanie teoretycznie istnieje, jest nawet interaktywna jej mapa stworzona przez… mieszkańców, jednak nie posiada ona rozkładów jazdy ani nawet… oznaczonych przystanków. Jedzie – wsiadasz, mówisz gdzie Cię wyrzucić i tam (np. na środku ronda!) kierowca zatrzymuje się, by Cię wypuścić. Na trasach między głównymi miastami jeżdżą minibusy, które także  nie mają rozkładów i ruszają kiedy chcą (czytaj: gdy są pełne) i kończą swoje urzędowanie około godziny 16:00. W piątki może być z transportem (a także sprawami administracyjnymi i urzędowymi) dużo ciężej, gdyż jest to ich dzień wolny od pracy (gastronomia i sklepy działają normalnie). Poza minibusami, podwózkę oferuje wam mnóstwo bardziej i mniej legalnych przewoźników prywatnych, z którymi trzeba ostro negocjować stawkę. Oficjalne taksówki oznaczone są kolorem żółtym – podobnie do tych w Nowym Jorku. Jedynie w nich oraz w Uberze, który działa wyjątkowo sprawnie w stolicy, możecie być pewni tego, ile zapłacicie. Jordańczycy mają też swoją lokalną aplikację przewozową – Careem – jednak z niej nie korzystaliśmy, więc nie mamy o niej zdania. Dajcie znać, jeśli zdecydujecie się podróżować za jej pomocą! Sprawę przemieszczania się po kraju utrudnia też fakt, iż busy jeżdżą jedynie ze skrajnych dworców autobusowych, oddalonych o kilka lub kilkanaście kilometrów od centrum Ammanu. Wyjątkiem jest firma Jett, która ma swoją bazę w dzielnicy Abdali, około 40 minut spacerem od ścisłego centrum. Jako jedyna posiada także rozkład jazdy dostępny w internecie, aczkolwiek ich system rezerwacji nie działa zbyt dobrze. Najlepiej być pół godziny przed odjazdem i zakupić bilet w biurze firmy. Co więcej, nie wszystkie trasy są uwzględnione na stronie. My mieszkaliśmy w samym sercu Ammanu i dojazd do stacji Jett kosztował nas zaledwie 1,5 JOD Uberem. Trasa do dworca północnego (Tarbadour), z którego odjeżdża autobus na lotnisko, kosztowała 2,5 JOD. Jeśli będziecie korzystać z usług Sariyah Express, która to firma oferuje najtańszy transfer z portu lotniczego do miasta i z powrotem, musicie być odpowiednio wcześnie na dworcu w celu zakupu biletu, gdyż zamiast reklamowanych na stronie dużych żółtych autobusów, podstawiają teraz malutkie busiki, które szybko się zapełniają. Aby nie spóźnić się na powrotny lot, wyprosiłem kierowcę, by pozwolił mi jechać na stojąco. Podróż trwa około 50-60 minut i kosztuje 3,3 JOD w jedną stronę.

Ruch uliczny, czyli koszmar motofobów i aktywistów

49335106_1843517619090182_695228233104228352_n

Wszystkiego tego można oczywiście uniknąć wynajmując auto, jednak z dwóch powodów nie zdecydowaliśmy się na ten krok. Po pierwsze, nie posiadamy karty kredytowej, a to już odrzuca 90% firm, a po drugie – te 10%, które wypożycza za gotówkę lub akceptuje kartę debetową, wymaga depozytu w gotówce w wysokości 350 JOD, czyli niewiele mniej, niż planowaliśmy wydać na cały tygodniowy pobyt w Jordanii. Co więcej, z odzyskaniem depozytu nie bywa podobno najłatwiej. Wynika to z tego, że ruch uliczny w Jordanii jest dość… chaotyczny i nieprzewidywalny, a więc łatwo o drobne uszkodzenia samochodu. Kierowcy muszą zachowywać ciągłą czujność, gdyż najważniejszym elementem wyposażenia jordańskiego auta jest klakson. Piesi także nie mają łatwego życia. Mimo nielicznych przejść, i tak każdy chodzi gdzie chce i jak chce, między jadącymi samochodami. Cały ten piękny spontaniczny porządek jakoś im działa – raz lepiej, raz gorzej. Większość aut jest delikatnie obtłuczonych, jednak zamiast stać w korku wszyscy po prostu jadą – wolno, bo inaczej się nie da, ale płynnie. Byłem świadkiem jednej małej stłuczki (podczas cofania na skrzyżowaniu (!), kierowca musnął przedni zderzak samochodu jadącego za nim), jednak panowie tylko sobie kiwnęli głową na znak przeprosin i zgody, po czym pojechali dalej. Gorzej z ofiarami wśród pieszych, których odsetek wynosi nieco więcej niż w innych krajach – jest on jednak zakrzywiony gęstością i częstotliwością ruchu. To jednak temat na inny wpis, bardziej filozoficzny – wszak wolność i bezpieczeństwo znajdują się na przeciwległych biegunach suwaka priorytetów. W Ammanie znani z polskich metropolii aktywiści miejscy nie mieliby czego szukać. Nie widziałem tu ani jednej ścieżki rowerowej, a przez cały tydzień zauważyłem chyba tylko jedną osobę na rowerze, trzy na rolkach i jednego szaleńca na deskorolce. Tu każdy ma samochód i nie wyobraża sobie jeździć niczym innym. Ludzie chcący decydować za innych, czym mogą, a czym nie, poruszać się po mieście, narażeni byliby na Bliskim Wschodzie jedynie na śmieszność. Nie ma tu też maratonów ani wyścigów rowerowych blokujących miasta, nie mówiąc o tzw. Masie Krytycznej. Ludzie, korzystając ze swojego przyrodzonego prawa do wolnego wyboru, zdecydowali, iż chcą jeździć samochodami! To właśnie najbardziej mi się podobało w stolicy Jordanii jeśli chodzi o transport. Mimo, że – z racji braku auta – przeszkadzało mi to nieco jako gościowi, czuję, że odnalazłbym się w tej ulicznej anarchii jako mieszkaniec. Warto też zaznaczyć, że mimo iż miasto położone jest w niecce (dolina i siedem gór), problem smogu wydaje się tu o wiele mniejszy, niż w Polsce. Piece w starych, kamiennych budynkach, opalane są drewnem, a nie śmieciami, a silniki w praktycznie wszystkich samochodach osobowych są benzynowe. Diesle to głównie ciężarówki i autobusy. Króluje motoryzacja koreańska, bogatsi jeżdżą mercedesami, a spora ich część chętnie kupuje wielkie pickupy i SUVy. Przyjezdni z Arabii Saudyjskiej jeżdżą praktycznie tylko takimi autami. Cena benzyny jest porównywalna z Polską – 0,9 JOD/litr za 95-tkę. Co ciekawe, leją tu też… etylinę dziewięćdziesięciooktanową – rzecz niespotykaną w Polsce. 98-tki nie widziałem na żadnej stacji.

Ubiór i bezpieczeństwo

Oj, ile się nasłuchaliśmy przed wyjazdem! Powiem Wam szczerze – w Ammanie czułem się bezpieczniej niż w Poznaniu czy Warszawie po zmroku. Nie musieliśmy udawać małżeństwa, nie nosiliśmy sztucznych obrączek, trzymaliśmy się za ręce na ulicy, a moja towarzyszka podróży nie nosiła nakrycia głowy (poza wizytą w meczecie, gdzie zostało jej bezpłatnie zapewnione na miejscu). Nigdy nikt na nas krzywo nie spojrzał, nie mówiąc nawet o czynieniu jakichkolwiek uwag czy gróźb. Jedynymi osobami, które nas „zaczepiały”, byli handlarze i taksówkarze, oferujący swoje usługi. Odniosłem wrażenie, że Jordańczycy są przemiłymi ludźmi szanującymi innych, chętnie i otwarcie dzielącymi się swoją kulturą oraz odpowiadającymi na pytania dotyczące obyczajów czy religii islamskiej. Jest to jednak tylko nasze doświadczenie i – jak zawsze – radzimy kierować się swoim zdrowym rozsądkiem. Ja wyznaję zasadę, że traktuję ludzi tak, jak chcę być przez nich traktowany. Nie ma powodu do paniki!

Zakwaterowanie

Tu możemy jedynie opowiedzieć o naszym hotelu. Zatrzymaliśmy się w Arab Tower Hotel, ulokowanym w samiutkim centrum Ammanu, obok nimfeum, niedaleko amfiteatru i cytadeli. Do rezerwacji akurat w tym miejscu skusiła mnie – poza lokalizacją – wizja śniadań serwowanych na tarasie znajdującym się na siódmym piętrze, z którego widać całe miasto. Romantyczna wizja wcinania hummusu o poranku, obserwując zabytkową zabudowę z wysokiej perspektywy, przemówiłaby chyba do każdego faustycznego Ikara. Okazało się jednak, że taka opcja istnieje jedynie latem, gdyż obecne temperatury (średnio było około 12-13 stopni w dzień) według Jordańczyków są za niskie (mimo, że taras jest oszklony). Tak więc śniadania jedliśmy w holu na parterze. Mimo to, taras pozostawał dla nas zawsze otwarty i można było sobie tam np. usiąść wieczorem pod kocem z butelką jordańskiego wina w dłoni i oglądać taniec świateł aut mknących ulicami stolicy oraz szyldów i neonów anarchicznie zawieszonych na zabytkowych budynkach (tak! o funkcji plastyka miejskiego na szczęście też tu nikt nie słyszał!). Za siedem nocy w pokoju dwuosobowym zapłaciliśmy 152 JOD. Obsługa była bardzo miła, chętna do rozmów i pomocy w załatwianiu wycieczek. Pokój sprzątano codziennie, ręczniki przynoszono świeże, a jako mały minus można zaliczyć pokaźnego grzyba za łóżkiem oraz dość małą łazienkę. Co do niej – od niewielkiego rozmiaru większy problem stanowiła dostępność ciepłej wody. Z kąpielą trzeba było zmieścić się w widełkach 6-10 rano oraz 18-24 wieczorem. W przeciwnym razie czekał nas zimny prysznic! Śniadania hotel serwuje całkiem smaczne, jednak przez cały tydzień menu nie uległo zmianie: na ciepło omlet z serem i warzywami lub naleśnik z Nutellą, a do tego bufet szwedzki w składzie: pomidory, ogórki, egipski ser a’la feta, hummus, mortadela, serek Panda (nigdy nie odmawiaj Pandzie!), dżem, masło, oliwki zielone, oliwki czarne. Do picia świeży sok z granatu (trafiliśmy na sezon – napój jest przepyszny!) oraz herbata i kawa. Jesteśmy zadowoleni z miejsca zakwaterowania i możemy śmiało polecić je każdemu, kto nie wymaga luksusów, a ceni bliskość atrakcji i przyjacielską atmosferę bez zadęcia. Pamiętajcie, że do kosztu pokoju dolicza się 16% podatku miejskiego, co nie jest uwzględnione w cenie – bądźcie na to przygotowani.

Telekomunikacja

Minuta połączenia (tak wykonywanego, jak i odbieranego) to nawet 8 złotych, a koszt jednego SMSa – 1,50 PLN. Ceny internetu są naprawdę z kosmosu. Pozostaje łapać WiFi w restauracjach  i hotelu. Istnieją miejskie hotspoty, ale musicie mieć jordański numer! Część odwiedzających w związku z tym kupuje kartę SIM pre-paid na lotnisku od jordańskiego operatora (wymaga to podpisania umowy). Przed wyjazdem koniecznie ściągnijcie mapę Jordanii w wersji offline z Map Google. Bez tego ani rusz! Dzięki temu nigdy się nie zgubicie. Lokalizacja GPS działa nawet przy wyłączonym roamingu danych.

Gehenna zwierząt

Wyprawa nas zachwyciła. Spędziliśmy cudowny tydzień, zobaczyliśmy niesamowite miejsca, na widok których serce gubi rytm, poznaliśmy świetnych ludzi. Jest natomiast coś, o czym nie mogę nie napisać… Tuż obok popularnej Rainbow Street ciągnie się ulica Sha’aban 9. Jest to miejsce tortur. Dosłownie. W Ammanie często całe ulice poświęcone są jednemu rodzajowi sklepów. Niedaleko np. sprzedają w kilku punktach tylko maszyny do szycia. Sha’aban 9 natomiast to ulica pełna sklepów zoologicznych. Nie, nie takich, gdzie kupuje się modną karmę opisywaną w drogich magazynach dla psich mam. Psy – także dorosłe – uwięzione w klatkach 24/7. Szczytem cierpienia był chow-chow (wyobraźcie sobie jego wielkość), zamknięty w metalowym więzieniu takiej wielkości, że wielki problem stanowił obrót wokół własnej osi… Przed jednym ze sklepów, na środku ulicy, leżały rozkładające się zwłoki kota. Nikt na nie nie zwracał uwagi. W drugim takim miejscu kaźni – już po zamknięciu – przy zgaszonym świetle – w klatce wiercił się mops. Poza tymi mrożącymi krew w żyłach obrazkami z Sha’aban 9, na ulicach pełno jest bezdomnych kotów – dzieci kotek, które ludzie trzymają w domach i wypuszczają samopas. Zwierzęta traktowane są tu niemal jak przedmioty. Świadomość istnienia praw zwierząt nie występuje. To samo dotyczy ściśniętych do granic możliwości ryb, które żywe pływają wraz ze śniętymi w ciasnych akwariach na targu.

Atrakcje Ammanu

Centrum Ammanu położone jest w dolinie otoczonej siedmioma górami, na które to wiodą publiczne schody, którymi tubylcy codziennie przemierzają drogę do miasta i z powrotem. W Down Town, jak nazywają z angielska ammańczycy tę dzielnicę, znajdziecie budynki sprzed wielu, wielu lat, często w kiepskim stanie technicznym z zewnątrz. O fasadę raczej nikt się tu nie troszczy. Ma to swój urok, gdyż można się poczuć trochę jak w miejscu, gdzie dopiero co skończyła się wojna, a kontrasty widoczne są na każdym kroku. Macie bowiem nowiutkiego mercedesa, z którego ktoś wyrzuca przez okno papierowy kubek na ulicę, a pod blokiem mieszkańcy uformowali sobie mikrowysypisko śmieci, w którym pożywienia szukają liczne bezdomne koty. Tych jest tu bez liku. Wszystkie są bardzo przyjazne i szukają czułości ludzi, gdyż miejscowi raczej bywają oszczędni w uczuciach dla czworonogów. Dzięki chyba tej sporej cywilizacji dzikich kotów nie ma tu także szczurów, mimo że w takim środowisku powinny czuć się jak ryba w wodzie. Wystarczy jednak wyjechać tuż za centrum, by znaleźć się w zupełnie innym świecie. Cinkciarzy, nielegalne taksówki i naganiaczy chcących sprzedać turystom chińszczyznę zastępują wysokie apartamentowce, wielopiętrowe galerie handlowe z palmami w środku i salony ekskluzywnych marek samochodów. Oczywiście wszystkie te nowoczesne szklano-aluminiowe konstrukcje powstają tuż obok istniejących już starych kamiennych budowli, jednak tak mniej więcej od czwartego do siódmego ronda (w Ammanie miarą lokalizacji i odległości często są właśnie węzły komunikacyjne – tzw. circles) miasto wygląda zupełnie inaczej niż w samym jego sercu. Zwłaszcza dzielnice Abdali i Abdoun pełne są nowoczesnej i bogatej zabudowy.

W centrum Ammanu przede wszystkim warto zobaczyć stare rzymskie budowle – ruiny nimfeum, dobrze zachowany amfiteatr z odeonem, oraz znajdującą się na wzgórzu cytadelę pełną antycznych budowli. Te dwie ostatnie atrakcje zapraszają również do muzeów położonych na ich terenie. Jordan Pass zapewnia gratisowy wstęp do całej rzymskiej architektury stolicy. Amman to także piękne budowle sakralne – przede wszystkim centralnie położony meczet Króla Husajna oraz majestatyczna świątynia Króla Abdullaha z przecudną błękitną kopułą. Co więcej, jest to jedyny dom modlitwy muzułmanów otwarty dla zwiedzających. Koszt – 2 JOD, gdyż Jordan Pass nie obowiązuje. Dokładnie naprzeciwko możemy podziwiać koptyjski kościół chrześcijański, do którego uczęszczają głównie Egipcjanie pracujący w Jordanii. Świątynia zwykle jest zamknięta na klucz, jednak wystarczy skorzystać z dzwonka, a sympatyczny kustosz z chęcią otworzy Wam jej wrota. Oba miejsca kultu sąsiadują ze sobą i przepięknie przedstawiają krajobraz wielokulturowej Jordanii. Chrześcijanie i muzułmanie żyją obok siebie w pokoju i wzajemnym szacunku.

A propos meczetów i wracając do cytadeli, polecam udać się tam w okolicy zachodu słońca. Sam widok jest magiczny, a do tego dochodzi do Was głos wszystkich muezzinów z okolicy, tworzących mistyczną polifonię religijnego uniesienia. Oprócz budynków, nie możecie odpuścić wizyty na targu, gdzie niezmordowani sprzedawcy przekrzykują się w ofertach, polecając przechodniom pięknie ułożone, kolorowe owoce, warzywa i zioła. Znakomity folklor i naprawdę smaczne, świeże produkty w dobrej cenie. Pamiętajcie, że targowanie się jest tam głęboko wryte w fundament kulturowy – pokażcie swoje zdolności negocjacyjne! Nie zapomnijcie też zabrać gotówki, gdyż tam nie zapłacicie kartą. Dopytajcie tylko, które produkty są rzeczywiście jordańskie. Dowiedzieliśmy się, że np. orzechy laskowe jeden ze sprzedawców importuje z… Polski i Ukrainy. Inny przykład to sumak. Turecki jest jaśniejszy, jordański – ciemniejszy. Wizyta na targu owocowo-warzywnym to prawdziwa feeria barw, dźwięków i aromatów. Działa na wszystkie zmysły! O palpitacje serca doprowadzić może jedynie widok ryb (także żywych!) i mięsa, przetrzymywanych w niezbyt higienicznych warunkach – te zakupy odpuściliśmy. Nie sposób jednak oprzeć się pysznej pomarańczy czy sezonowym granatom o rozmiarach niespotykanych w Polsce. O jedzeniu jednak będzie osobna notka – w końcu to blog głównie kulinarny! Gdy będziecie mieli chwilę, możecie udać się także na Rainbow Street, gdzie znajdziecie bardziej turystyczne i europejskie klimaty. Niekoniecznie tego szukaliśmy, ale są tam także dwa ciekawe punkty gastronomiczne, o których w osobnym wpisie!

Poza Ammanem

Siedem dni to stanowczo za mało (a i budżet niezbyt obfity), by zobaczyć wszystko, co Jordania ma do zaoferowania – zwłaszcza bez auta. Dlatego też zdecydowaliśmy się część rzeczy odpuścić lub zostawić na kolejny raz. Z tego względu nie pojechaliśmy do Akaby ani na Wadi Rum, by nocować z Beduinami pod gwiazdami. Tę przyjemność zaliczymy przy okazji odwiedzania Eljatu za jakiś czas. Poza Ammanem przede wszystkim trzeba koniecznie zobaczyć Petrę. To jest absolutny must-see.

Zapewne lepiej oszczędzać siły i spędzić noc w sąsiednim miasteczku, a samo doświadczenie podzielić na dwa dni, jednak skoro i tak mieliśmy wykupione noclegi w Ammanie, zdecydowaliśmy się na coś, przed czym ostrzegają w przewodnikach – zwiedzanie Petry w ciągu jednego dnia. Ba – w pół dnia! Autobus Jett odjeżdża bowiem o 6:30 ze stolicy, a na miejscu jest około 10:30, gdyż robi półgodzinny przystanek w zaprzyjaźnionym sklepie z pamiątkami po drodze (typowa pułapka turystyczna z bardzo drogimi suwenirami). Na dodatek w zimie powrót zaplanowany jest na godzinę 16:00. No cóż – poszliśmy na to! Bilet autobusowy w jedną stronę to 11 JOD od osoby. Wstęp do historycznego miasta mieliśmy zagwarantowany w Jordan Pass, więc obeszło się bez dopłat. Na miejscu co krok praktycznie ktoś chce Wam coś zaoferować, więc musicie notorycznie opędzać się przed sprzedawcami i Beduinami chcącymi Was przewieźć na wielbłądzie lub ośle. Ostatecznie – z racji presji czasu – część trasy rzeczywiście pokonaliśmy na czterech nogach – natomiast w innych okolicznościach byłoby to zupełnie nieopłacalne. Doświadczenie jazdy na grzbiecie zwierzaka po stromych skałach z wizją rychłego upadku w przepaść dodało nam na pewno sporo adrenaliny. Zdołaliśmy przejść cały główny szlak i łagodną część bocznego – a także dotrzeć aż do klasztoru (tam właśnie przez krótki fragment wspomogliśmy się osłem). Darowaliśmy sobie jedynie te fragmenty, gdzie trzeba było wspinać się po stromych skałach lub uprawiać długi trekking poza główny szlak. Większość pięknych rzeczy udało się zobaczyć i jesteśmy bardzo zadowoleni! Dla ludzi będących ciągle pod presją czasu mogę polecić z całego serca taki intensywny dzień w Petrze. W nogach mieliśmy ponad 20 kilometrów, jednak serca i oczy pełne spektakularnych przeżyć. Warto! Pustynne odcienie barw stromych skał, wykute w nich świątynie i grobowce, sceneria z pamiętnego filmu z Indianą Jonesem, zapierające dech w piersiach krajobrazy, dotyk historii, beduińskie ogniska, muzyka i aromatyczna herbata parzona przez tubylców – wszystko to składa się na niezapomniane doświadczenie.

Wciąż prześladowani brakiem auta i niepewną komunikacją międzymiastową, zdecydowaliśmy się na wynajęcie prywatnego kierowcy na dwa dni. Pierwszego pojechaliśmy do zamku w Adżlunie – doskonałego przykładu islamskiej budowli warownej. Na miejscu można także zwiedzić małe muzeum poświęcone okresowi świetności tego miejsca oraz podziwiać niesamowite widoki zjeżdżając serpentynami do miasta. Tego samego dnia udaliśmy się do Dżaraszu – jednego z najlepiej zachowanych miast grecko-rzymskich, założonego przez Aleksandra Wielkiego. Na sporym terenie podziwialiśmy świątynie ku czci Zeusa i Artemidy, katedrę, meczet, a także dwa amfiteatry, ruiny łaźni oraz świetnie zachowane rzymskie drogi i łuki tryumfalne. Następnego dnia zafundowaliśmy sobie dłuższą wycieczkę. Postanowiliśmy się wykąpać w Morzu Martwym, odwiedzić miejsce chrztu Jezusa, zobaczyć na własne oczy słynną mapę z Madaby (pochodzącą z VI wieku mozaikę, znajdującą się w kościele św. Jerzego, obrazującą geografię Ziemi Świętej), a także wjechać na górę Nebo, z której Bóg pokazał Mojżeszowi Ziemię Obiecaną. Znajduje się tam obecnie miejsce pamięci, ruiny starodawnych świątyń i pomnik, a także wielki metalowy krzyż opleciony wężem – rzeźba mająca imitować laskę Mojżesza. Tuż obok świątyni rośnie drzewo oliwne posadzone przez Jana Pawła II. O ile wizyta w Madabie i Nebo udały się bez niespodzianek, to już kolejne dwa miejsca nieco podniosły mi ciśnienie. Oczywiście to moja wina, że nie sprawdziłem, iż kąpać się można jedynie w drogich resortach lub na plaży miejskiej, która… też jest resortem, tylko tańszym. W ten oto sposób wejście do Morza Martwego kosztowało nas 25 JOD (20 + lunch w formie bufetu) od osoby. Mimo astronomicznego kosztu, nie żałuję tego doświadczenia. Rzadko ma się możliwość swobodnego dryfowania w bezruchu w tak zasolonym akwenie. Pal licho tę stówę. Chętni mogli też skorzystać z kąpieli błotnej, podobno doskonałej na skórę. Rzekomo jest jakieś dzikie zejście do morza, ale o nim dowiedzieliśmy się dopiero później. Niestety, następnie okazało się, że Jordan Pass nie pokrywa zwiedzania miejsca chrztu Jezusa nad Jordanem. Takie dwa zgrzyty przytrafiły się nam na koniec naszej wyprawy. Zawsze sprawdzajcie ukryte opłaty i dopłaty. Koszt wynajęcia samochodu z kierowcą na dwa dni plus trasa do Adżlunu, Dżaraszu, Madaby, Nebo, Morza Martwego i miejsca chrztu to łącznie 110 JOD bez biletów wstępu. Ostatni dzień spędziliśmy w Ammanie, kupiliśmy parę pamiątek, wypiliśmy kawę, zapaliliśmy sziszę i trzeba było pakować się na wyjazd. Na przyszłość zostaje jeszcze wschodnia Jordania z jej pustynnymi zamkami. Jest po co wracać!

Nasz itinerariusz

Z racji tego, że oboje jesteśmy ludźmi maksymalnie zabieganymi i zapracowanymi, nie mieliśmy zbyt dużo czasu na dokładne planowanie (nad czym bardzo ubolewam, bo układanie planu podróży to dla mnie jedna z najprzyjemniejszych rzeczy w życiu!), a brak dostępu do internetu poza hotelem i kiepska komunikacja autobusowa spowodowały, że część rzeczy musieliśmy zostawić na później. Na szczęście udało się nam wycisnąć całkiem sporo z tego tygodnia. Zwłaszcza kulinarnie i gastronomicznie zrobiliśmy tyle, ile chcieliśmy! Jesteśmy bardzo zadowoleni. Teraz pora wracać do codzienności…

  • Dzień 1 – przylot do Ammanu wczesnym popołudniem, eksploracje gastronomiczne
  • Dzień 2 – warsztaty kulinarne (o tym szerzej we wpisie o jedzeniu!), zwiedzanie rzymskich zabytków Ammanu
  • Dzień 3 – Petra
  • Dzień 4 – zwiedzanie zabytków sakralnych Ammanu i nowego miasta (Abdali), spacer 15 km po mieście
  • Dzień 5 – Adżlun, Dżarasz
  • Dzień 6 – Madaba, Morze Martwe, miejsce chrztu Jezusa, Nebo
  • Dzień 7 – pamiątki i powrót do amfiteatru (drugiego dnia muzeum było już zamknięte)
  • Dzień 8 – wylot po śniadaniu

Część druga – gastronomiczna – już niedługo!

A jakie Wy mieliście wrażenia po odwiedzeniu Jordanii? Podzielcie się nimi w komentarzu!

Jordania – 7 dni w Królestwie Haszymidów – subiektywna relacja

Co zjeść i wypić w Budapeszcie? – osobiste reminiscencje weekendowego wypadu

Intensywny weekend

Na Warszawskim Festiwalu Piwa byłem jedynie we czwartek, więc nie czuję się kompetentny, aby wypowiadać się na temat dni kolejnych. Relacje różnych wystawców znam jedynie z drugiej ręki. Cieszę się, że mogłem tam być choć chwilę i porozmawiać z paroma osobami, choć na większość stoisk nawet nie dotarłem. Następnym razem się uda! W miniony weekend ekipa naszego Browaru Golem podzieliła się na dwie, a ja z Michałem udałem się w piątek do Budapesztu na tamtejszy Budapest Beer Week. Jako że materiału mam sporo, postanowiłem wykorzystać dzień wolny (Boże Ciało) i co nieco powspominać…

W poszukiwaniu majestatu mrocznego piękna

Gdy ostatni raz gościłem nad Dunajem, a było to prawie dekadę temu, chciałem odnaleźć pewne mityczne miejsce… Przed II Wojną Światową grał tu i tworzył pewien żydowski kompozytor nazwiskiem Rudi Spitzer, bardziej znany jako Rezső Seress. Do historii przeszedł jako twórca słynnej węgierskiej ballady samobójców – Szomorú vasárnap (bardziej znanej pod angielskim tytułem Gloomy Sunday), wykonywanej później przez setki artystów w wielu językach. Legenda głosi, że ludzie popełniający samobójstwo z nieszczęśliwej miłości, skakali do Dunaju, a po sobie zostawiali nuty lub słowa tego utworu. Był on zakazany w wielu krajach i dopiero tragedia wojny przyćmiła jego infernalną niesławę. Tak się jakoś składa, że w tego typu historiach od żelaznych faktów wolę opowieści bardów… a jedna z nich głosi, iż Seress – pragnący międzynarodowej sławy – wyruszył do Paryża ze swoją ukochaną, aby tam kontynuować karierę kompozytora i pianisty. Stolica Francji miała jednak swoich artystów i nie potrzebowała kolejnego grajka, zwłaszcza pochodzącego gdzieś z dalekich wschodnich krain. Kiedy grosz się skończył, ukochana rzekomo postawiła Seressowi ultimatum: albo znajdzie sobie zwykłą pracę, albo – do widzenia. Nietrudno się domyślić, iż węgierski romantyk wybrał muzykę. W tej historii siedział samotnie w paryskim apartamencie, wpatrując się w rozgwieżdżone niebo, uderzając w porywie serca w płaczące wraz z nim klawisze fortepianu. W efekcie powstał właśnie wspomniany utwór. Odnalazłem kiedyś szczątkową informację, iż Seress przesiadywać lubił w miejscu o nazwie Kulacs, które nadal funkcjonowało wówczas na gastronomicznej mapie Budapesztu. Podczas męskiej wyprawy w 2009 roku zaszliśmy tam z trójką przyjaciół, by – jak się okazało – doznać goryczy sromotnego zawodu. Zamiast wymarzonej przeze mnie, zadymionej, przedwojennej kawiarni ze starym, zakurzonym fortepianem, ujrzałem coś na kształt weselnej sali, z portretem cygańskiej orkiestry uśmiechniętej od ucha do ucha. Zupełnie nie ten klimat, by targnąć się na własne życie jako przeżywający weltschmerz zrozpaczony kochanek, nieprawdaż? Zagadnięty przeze mnie kelner odparł, iż do niedawna rzeczywiście ścianę ozdabiała metalowa plakietka upamiętniająca kompozytora, a i fortepian jakiś czas temu stał. Twarde reguły biznesu wymusiły jednak zmianę koncepcji lokalu. Teraz, gdy minęła kolejna dekada, zastałem w tym miejscu jedynie stary szyld  i pomazane okna… Lokal obecnie można sobie wynająć albo kupić. Jakże wspaniałe byłoby to miejsce na multitap z historią, prawda? Pamiętający dawne dni fortepian odważnie wybrzmiewający suicydalne epitafium i dystyngowani goście popijający kraftowe piwo podniesione do majestatycznej rangi najszlachetniejszych trunków… Niektóre marzenia jednak nigdy nie powinny zostać dotknięte przez rzeczywistość…

Nieco poza tematem

 

Piszę zwykle o jedzeniu i piwie, jednak jedno i drugie uwielbiam dlatego, że wywołują u mnie pewnego rodzaju, jak mawiają śląscy znajomi, hercklekot. W Budapeszcie iście cesarski rozmach tamtejszych zabytków wprawia nawet najtwardszych samców alfa w prawdziwy zachwyt. Od Bazyliki Św. Stefana (nie pomińcie zmumifikowanej ręki tegoż w złotym relikwiarzu – niby turystyczny gimmick, ale dla zwolenników ciemnej strony mocy jest to coś wartego uwagi), przez niesamowity kompleks Parlamentu, aż po zamek w Budzie, tamtejszą zabytkową drewnianą kolejkę, ogrody i leżący nieopodal piękny Kościół Św. Macieja z przyległą rybacką basztą – wszystko to rzuca na kolana! Niestety – musicie pamiętać, iż na Węgrzech muzea i galerię są zamknięte w poniedziałki – w związku z czym kilku z zaplanowanych punktów nie byłem w stanie odwiedzić. Cóż – zawsze zostawiam coś na następny raz – tak już mam. Gdy wrócę do grodu Macieja Korwina z pewnością nie ominę tych miejsc. Na osobną wzmiankę zasługuje natomiast pewien dość świeży pomnik. Przy Placu Wolności węgierski rząd ustawił monument przedstawiający drapieżnego niemieckiego orła wyrywającego Węgry z rąk anioła, co wzbudziło niesmak i protest wielu środowisk, zarzucających premierowi Orbanowi kłamstwo historyczne. Obok pomnika protestujący wykonali własną instalację ze zdjęciami, artefaktami oraz tekstem w kilku językach, mówiącym o dobrowolnej kolaboracji Węgier z nazistami na długo przed wojną oraz represjach wobec żydowskich obywateli sięgających aż do roku 1920. Co jest jeszcze bardziej ciekawe, dokładnie po drugiej stronie Placu stoją niemalże obok siebie: pomnik Ronalda Reagana i… obelisk wychwalający sowieckich wyzwolicieli – tam instalacji obywatelskich jednak nie widać… Abstrahując od wrażliwych tematów historii XX wieku, na pewno warta odwiedzenia jest hala targowa przy Dunaju, w której znajdziecie mnóstwo stoisk z lokalnymi wyrobami – wędlinami, mięsem, serami, papryką, nalewkami, winem, a także ubraniami i typowo turystycznymi gadżetami. Podobno jest także piwnica, gdzie można się obkupić w kiszonki i inne rarytasy, ale o jej istnieniu dowiedzieliśmy się już po powrocie… Przywiozłem stamtąd mnóstwo ostrej, słodkiej i wędzonej papryki, trzy różne pasty paprykowe, lawendową palinkę, a na miejscu zjadłem na śniadanie kiełbasę z mangalicy robioną na wzór hiszpańskiego chorizo. Miejsce to też jest bardzo ciekawe pod względem architektonicznym, choć zwiedzając trzeba mieć cierpliwość i wziąć poprawkę na masę turystów, która tu przychodzi.

Bezdomni, Ikarusy i potworny upał

 

Budapeszt to, poza ogromnym, cesarskim rozmachem, także miasto wielu kontrastów. Dla osoby mieszkającej w Polsce dość zastanawiający może być widok wyraźnie większej liczby bezdomnych niż w przeciętnym dużym polskim mieście. Są praktycznie wszędzie, nawet w przepięknym, zabytkowym skalnym kościele wpisanym w Górę Gellerta, gdzie jeden z nich uwił sobie gniazdko. W mieście funkcjonują też aż cztery rodzaje transportu publicznego: metro (polecam zwłaszcza przejazd linią numer 1 – zabytkową, z pięknymi kafelkami na stacjach!), tramwaje, autobusy i trolejbusy. Wśród tych ostatnich często można spotkać stare, poczciwe Ikarusy, które zniknęły z polskich miast jakiś czas temu. Ten, którym jechaliśmy, miał wybitą datę produkcji 1988. Aż mi się przypomniały podróże autobusem z babcią w dzieciństwie spędzonym w Białymstoku. Kolejną kwestią związaną z Budapesztem jest pogoda. Za każdym razem, a byłem tam bodajże czterokrotnie, mocno we znaki daje się upał. Gdy przyjechaliśmy w piątek, wszystkie znaki na niebie i ziemi mówiły, iż nadchodzą deszczowe dni, jednak po kilku godzinach deszczu wyszło słońce i nie odpuściło solarnej gehenny aż do ostatniej minuty pobytu na Węgrzech. Tak więc – bierzcie czapki i krem z filtrem UV – albo będziecie cierpieć!

Gastro i kawa

 

Przyszliście tu jednak poczytać o jedzeniu i piciu, prawda? A więc po prawie nieprzespanej nocy (samolot odlatywał bladym świtem) wylądowaliśmy na lotnisku im. Ferenca Liszta i udaliśmy się na podbój Perły Dunaju. Zostawiwszy torby w wynajmowanym mieszkaniu, wyruszyliśmy szukać śniadania. Jako piwno-kulinarny eksplorator miałem rzecz jasna przygotowaną nie tylko spersonalizowaną mapę Google, ale i kompletny itinerariusz wraz z rekomendowanymi miejscówkami przez Atlas Obscura, Dark Tourism i inne strony, które przeważnie odwiedzam przed wyprawą. Okazało się, że jedna z ciekawiej prezentujących się śniadaniowni mieściła się kilkanaście minut spacerem od naszego mieszkania, toteż w piątkowy poranek wybraliśmy się do Cafe Csiga. Oprócz menu jedzeniowego, serwują tam węgierski kraft z butelki, a także… rum. Na przysmak piratów o dziewiątej rano ochoty nie miałem, ale skusiłem się na piwo Jam 72 z browaru Mad Scientist. Jest to ich sztandarowa IPA, która smakiem przypomina polskie produkcje tego typu sprzed trzech lat – czyli delikatny karmel, trochę chmielu, generalnie OK, bez fajerwerków. Na śniadanie zamówiłem omlet z serem i szynką, który był nieco bardziej przysmażony, niż francuskie puszyste odpowiedniki, ale spełnił swoje zadanie zarówno pod względem nasycenia wygłodniałego żołądka (ostatni posiłek – poza batonikiem na lotnisku – jadłem 17 godzin wcześniej), jak i zadowalającego smaku. Espresso – jak to na Węgrzech – mocne, solidne, ale nieprzepalone. Zarówno ja, jak i Michał, zgodnie stwierdziliśmy, że Węgrzy umieją w kawę – właściwie nigdzie nie trafiliśmy na złe espresso, a piliśmy go naprawdę sporo. Może podyktowane to było tym, że raczej nie odwiedzaliśmy sieciówek (no dobra, raz byliśmy w Maku!). Inne polecane przeze mnie miejsca, gdzie można napić się dobrej kawy to The Goat Herder czy Espresso Embassy. Ciekawą lokalizacją jest Vinyl & Wood – Get Lost In Wonderland. Ta stosunkowo nowa kawiarnia łączy ze sobą miłość do trzech rzeczy: solidnej ręcznej roboty w drewnie, smacznej kawy i płyt winylowych, które ozdabiają ściany, a w tle leci nienachalna muzyka elektroniczna. Można tam zakupić np. etui na smartfona albo zegarek, wykonane na specjalne zamówienie. Jest to miejsce prowadzone przez pasjonatów, a więc zdecydowanie zasługujące na certyfikat jakości Beer, Bacon & Liberty. Doskonałą miejscówką na śniadanie okazała się izraelska restauracja Mazel Tov. Bardzo przestrzenna, jasna, wyglądająca jak odnowiona hala targowa restauracja, porośnięta zielonymi roślinami, od razu zyskała moją sympatię. Moje sobotnie dolce vita rozpocząłem od kieliszka Tokaju, espresso i lemoniady z owoców leśnych, które stanowiły piękny tercet egzotyczny będący preludium do śniadania, które podano do stołu chwilę później. Z bogatego menu wybrałem pozycję o nazwie Herzliya Breakfast, w której skład wchodziły dwa jajka sadzone, dwie kiełbaski, tahini oraz solidna porcja sałatki z ogórka i pomidora. Do tego otrzymaliśmy domowe pieczywo. Można było się tym bez problemu najeść ze smakiem (jajka były idealne – z płynnym żółtkiem i ściętym białkiem), podziwiając architektoniczny kunszt miejsca. Zdecydowanie polecam! Wracając do Espresso Embassy, które mieści się tuż obok Placu Wolności, obok znaleźć możecie bardzo ciekawy minilokal o nazwie The Strawberry Project Budapest. W iście Andersonowskim stylu możecie zakupić tu truskawki oblane czekoladą, a nawet zapakować je do kolorowego pudełeczka i podarować ważnej osobie w prezencie. Prawdziwy cukierniczy food porn!  Zawsze podczas podróży staram się jeść lokalne przysmaki, jednak bywa, że trafiam też w miejsca serwujące inną kuchnię. Tak też było tym razem. Tuż obok Budapest Eye, w samym centrum, trafiliśmy do Montenegroi Gurman – dość drogiej (lokalizacja robi swoje) restauracji specjalizującej się w kuchni czarnogórskiej. Do Bałkanów zawsze mam sentyment, więc dlaczego miałbym w Budapeszcie nie spróbować miejscowej interpretacji tamtejszej kuchni? Największy plus – klimatyzatory z mgiełką wodną. Największy minus – czas oczekiwania. Po dobrych trzydziestu minutach otrzymałem mój schab faszerowany serem i przykryty boczkiem, wraz z… surową czerwoną cebulą i czymś na kształt salsy. Mięso było przedniej jakości, mięciutkie, boczek może nie chrupiący – tak jak lubię – ale bardziej mięsisty, a serowy farsz powodował, że całość rozpływała się w ustach. Tylko nie idźcie na randkę po tej cebulowej sałatce 😉

Piwne przeżycia

 

Festiwal Budapest Beer Week, który był głównym powodem moich odwiedzin nad Dunajem, odbywał się według schematu znanego choćby z polskich Beer Geek Madness czy One More Beer Festival, czyli impreza podzielona na sesje, na które się kupuje bilet wstępu na zasadzie: pijesz ile  chcesz. Pośród wystawców nie zabrakło wielu znanych marek w europejskim krafcie oraz przedstawicieli miejscowej sceny. Nam organizatorzy zapewniali sprzęt, stoisko i – jeśli była taka potrzeba – pomoc wolontariuszy. Jako że na Węgrzech również działa browar o tej samej nazwie, dwa Golemy ustawiono obok siebie. W Budapeszcie serwowaliśmy cztery piwa: Owech Owech i Milky Moon Barrel-Aged w piątek oraz Dybuk Laphroaig Barrel-Aged i Owech Owech Owech w sobotę. Z opinii na Untappd można wywnioskować, iż Węgrom nasze piwa smakowały, a kontrowersje wzbudził jedynie Dybuk leżakowany w beczce po Laphroaigu, który swoją pochodzącą z beczki wędzonką albo zachwycał, albo odrzucał – i to jest właśnie piękne! Jak to ostatnio zwykłem mówić – plus i minus są lepsze niż dwa zera, mimo że matematycznie wychodzi na to samo. Przypadek sprawił też, iż zaproponowaliśmy gościom… nowy wymiar milk stoutu. Ktoś z wolontariuszy zostawił karton mleka na naszym stole, a – jako że są z nas pozytywne wariaty – zaczęliśmy je dolewać do Milky Moona. Efekt przerósł nasze oczekiwania i imperialny milk stout na żywo blendowany z mlekiem wzbudził bardzo pozytywne zainteresowanie degustatorów. Co do innych piw, które przyszło mi spróbować, jestem bardzo zaskoczony na plus. Nie przypominam sobie żadnego, które by mnie odrzuciło, czy spowodowało niesmak. Poziom przywiezionych trunków był naprawdę wysoki, a w upalną pogodę najlepiej smakowały mi oczywiście kwasy – najbardziej te z Wild Beer i Birrificio del Ducato. Pragnienie też doskonale gasiły pilsy od naszych sąsiadów z Edge Brewing i Pipeworks. Wiele browarów (w tym my!) przywiozły dużo mocnych piw, które także były znakomite, jednak w taką pogodę najbardziej pragnąłem czegoś orzeźwiającego. Co do Edge Brewing, to panowie mieli ze sobą bardzo ciekawe… szkło (zdjęcie poniżej). W niedzielę w pubie Neked Csak Dezso organizatorzy zorganizowali dla nas i Browaru Stu Mostów kranoprzejęcie. W ofercie pojawiły się piwa, których zabrakło podczas dwóch głównych dni festiwalu, a na imprezę przyszła cała plejada gości z europejskich browarów, organizatorzy oraz – rzecz jasna – mnóstwo lokalnych klientów. Samo miejsce jest przestrzenne, nowoczesne, przypominające w środku pod względem stylu nieco poznańskie Ministerstwo Browaru. Można tu także dobrze zjeść, co przetestowałem spożywając przepyszną panierowaną mangalicę na szparagach. Znajduje się tu także sklep z butelkami oraz nanobrowar Gravity Brewing, w którym będą powstawać autorskie piwa warzone przez piwowara z USA. Po butelkowe piwo na wynos, by zabrać je do domu, poszliśmy do Csak a jó sör. Ten sklep, położony niedaleko Oktogonu, oprócz wyboru miejscowego kraftu i zagranicznej klasyki, oferuje także kilka kranów i minipub, gdzie można usiąść i podelektować się szklaneczką zimnego piwa. Spośród węgierskich browarów, największe wrażenie zrobiły na mnie Brew Your Mind i Mad Scientist, aczkolwiek warto także sięgnąć po piwa z Monyo, Gólem, Balkezes, Horizont czy TuffBuzz. Niezłe piwa można też dorwać od browarów First i Reketye. Warto wspomnieć jeszcze o miejscówce nad samym Dunajem – Jonas Craft Beer House – gdzie kranoprzejęcie miał De Molen. Pub położony jest tuż przy rzece, ze znakomitymi widokami i dwoma barami, w których można zakupić świeże piwa z lokalnych browarów oraz gości z zagranicy. W promieniu kilkunastu metrów są też food trucki oraz inne puby serwujące kraft. W ciepły, węgierski dzień, warto usiąść tam i rozkoszować się widokiem drugiej strony Dunaju, popijając orzeźwiającego pilsa lub IPA.

Węgierski street food

 

W sobotę, jak wiadomo, był finał Ligi Mistrzów, jednak na pofestiwalowym afterze przed ekranem zostaliśmy tylko na pierwszą połowę, by udać się na… kolejną imprezę piwną! Okazało się, że w Budapeszcie (a konkretnie w Obudzie) odbywał się także lokalny minitarg piwno-gastronomiczny z jedynie węgierskimi wystawcami. Piwa za dużo nie wypiliśmy, jednak posmakowaliśmy miejscowego street foodu. Węgrzy wpadli na świetny pomysł, który lada moment zapewne skopiuje jakiś polski food truck (kolejna milionowa idea, którą nie ja wykorzystam…). Mianowicie, na późną kolację zjadłem tzw. gulaszbombę, czyli… bułkę od hot-doga faszerowaną gulaszem. Przecież u nas można by było zrobić identyczną rzecz z nadzieniem bigosowym. Ba! Węgrzy już na to wpadli – na street foodowym fyrtlu o nazwie Karavan jest food truck, który serwuje – na modłę polskiego żurku w chlebie – bochenek z pokrywką wypełniony gulaszem lub… transylwańskim bigosem! No – polscy foodtruckersi – do dzieła! Oprócz tego, króluje rzecz jasna langosz odmieniony przez wszystkie przypadki, w tym… langoszpizza, czyli ciasto pieczone w piecu opalanym drewnem (a nie – jak w przypadku tradycyjnego langosza – smażone w głębokim tłuszczu), z nałożonym farszem śmietanowo-serowo-bekonowym (taka wschodnioeuropejska pseudocarbonara) – idealna przekąska na późne imprezowe godziny. Skoro o nich mowa, nie mogło zabraknąć także palinki. Miejscowy destylat występujący w różnych smakach (próbowałem: leśnej, pigwowej, lawendowej, wiśniowej, brzoskwiniowej, śliwkowej i pewnie jeszcze jakiejś, o której nie pamiętam) pije się dość lekko, a nazajutrz nie powoduje nieprzyjemności w postaci bólu głowy czy nudności. Podczas festiwalu w Obudzie serwowano też drinki z palinki w postaci lemoniady z wkładką. Jakie to było dobre! Jedną z rzeczy, jakich nie spróbowałem, był… Choco Kebab. Koncept zanurzania mięsa w czekoladzie jest mi znany od paru lat, kiedy to w L.A. powstał Choco Chicken, czyli połączenie smażonego w głębokim tłuszczu kurczaka z czekoladowym fondue, jednak zostawiłem sobie tę przyjemność na kolejną wizytę. Węgrzy mają też swoją wersję cheeseburgera bez… mięsa. W bułce serwują bowiem panierowany ser z dodatkami, w różnej postaci. Kolejny prosty, acz genialny pomysł. Zupełnie nie trafił do mnie natomiast koncept o nazwie Szimpla. Rozumiem, iż taka brudno-squatterska stylistyka wymazanej graffiti wspólnej przestrzeni gastronomiczno-artystycznej wpisuje się w hipsterską estetykę i przyciąga turystów, czyniąc to miejsce niesamowicie popularnym, jednak to zupełnie nie mój klimat. Mimo ogromnego metrażu, baru z winem, hamaków i jedzenia, czułem się tam nieswojo i miałem wrażenie, jakbym stąpał po klejącym się glucie, a w powietrzu unosił się zapach potu i moczu. Nigdy nie byłem na squacie, ale tak to sobie właśnie wyobrażam. Na szczęście tuż obok był Karavan z food truckami i Vinyl z kawą, a tuż za rogiem brytyjski pub Hops Beer Bar, gdzie na kranie znaleźć można BrewDoga, Duggesa i inne europejskie krafty, a także szeroki wybór butelek.

Podsumowanie

Mój kolejny pobyt w Budapeszcie był znakomitym połączeniem pracy i urlopu. Dwa dni spędzone na festiwalu oraz jeden wieczór na kranoprzejęciu plus mnóstwo zwiedzania sprawiły, iż mój głód ciekawych wrażeń został na chwilę zaspokojony. Pytania jednak w tym niepokornym duchu ciągle rodzą się na nowo: Gdzie dalej? Co więcej? Jak mocno? Serce wciąż chce bić…

Co zjeść i wypić w Budapeszcie? – osobiste reminiscencje weekendowego wypadu