Niewiasta z koszyczkiem czyli biedronkowa dysgeuzja

Cup-Noodles-2

Lubię obserwować zachowania ludzi – analizować je czasem nieco przesadnie. Ten typ tak ma. Poszedłem więc dziś na zakupy do popularnego dyskontu. Zawsze, gdy wykładam towar na taśmę, rzucam okiem na to, co do domowej lodówki zabierają moi sąsiedzi z kolejki. Ujrzałem kilka godzin temu taki obrazek: młoda dziewczyna, ubrana normalnie, na taśmie dwie duże paczki „kawy” rozpuszczalnej 3 w 1, kilka zupek chińskich, jakieś słodycze… Zrozumiałbym, gdyby chodziło o pieniądze. Wszak nie każdego stać na steki i egzotyczne owoce. Ale nie – przecież do tego zestawu zaraz wpadają drogie jak cholera papierosy, a gdy przychodzi do płatności, niewiasta wyciąga lśniące „jabłuszko”, którym z uśmiechem uiszcza rachunek korzystając z najnowszych technologii. Tak więc nie – to nie kwestia ograniczonego budżetu. No chyba że wydała ostatni grosz na flagowca z modnego amerykańskiego koncernu, a nałóg ją tak dusi, że na fajki zostać musi, choćby przymierała głodem. Podejrzewam jednak inny powód zaistniałego przede mną zakupowego obrazka. To dysgeuzja, czyli wypaczone pojmowanie smaku.

W takich chwilach nachodzi mnie myśl, którą już niejeden z nas – food/coffee/beer geeków – wyartykułował (Steve Vai mawia, że oryginalni są tylko The Shaggs, więc zrzucam z siebie potrzebę bycia pierwszym i jedynym). Mianowicie – żyjemy w bańce. Za każdym razem, gdy sięgam po kraftowe piwo, stu innych zapija się przed telewizorem Żubrem. Kiedy idę do nowo otwartej (a staram się być w każdej!) restauracji lub kawiarni w Poznaniu, ktoś kupuje w Biedrze karton chińskich zupek nafaszerowanych MSG. Gdy zaś zamawiam – upewniwszy się co do daty palenia ziarna – super kwasowego, owocowego dripa w „modnej” kawiarni, z linii produkcyjnej zjeżdża kolejna tona rozpuszczalnego syfu. Co więc spaczyło nam – jako społeczeństwu – smak? Jedni powiedzą, że to przez koncerny i ich milionowe reklamy, krwiożercze sieci handlowe i badylarzy, którzy tylko patrzą, jak uzależnić nas od śmieciowego jedzenia. Drudzy – że to pięćdziesiąt lat ponurej komuny zrobiło z polskiego narodu stado zombie, którym wystarczy zaspokojenie najbardziej pierwotnych instynktów, a ci, co mieli większe ambicje, zginęli w Katyniu. Jeszcze inni błysną inteligencją i wysuną statystyczny wniosek, że skoro większość pije rozpuszczalną i koncerniaki, to spaczony gust mają nie oni, a my, bo przecież to ta rzekoma syfiastość, a nie jej brak, jest normą. Za chwilę ktoś oburzony przybiegnie i napisze „każdy kupuje i pije/je to, co lubi!” albo „rynek zweryfikował!”. Rzecz jasna będzie miał rację, ale nie do końca. Wszak ogromna większość zaobserwowanych przeze mnie przypadków nigdy nawet nie spróbuje wyłamać się z tego zaklętego kręgu syfu przyjmowanego doustnie. Choć fakt, znam takich, co próbowali i wrócili do swoich przyzwyczajeń. Tak im wygodnie. Za niektórymi przemawia sentyment (wypalone na węgiel „włoskie espresso pite z rodzicami podczas podróży do Włoch”), za innymi strach przed nieznanym („nie wezmę do ust byczych jąder”), a kolejni po prostu nie przywiązują wagi do tego, co jedzą („dla mnie jedzenie mogłoby być w kapsułkach”). I w takim oto środowisku pojawiamy się my – misjonarze dobrego smaku. Polecamy dobrą kuchnię, świeżo paloną kawę, starannie zaprojektowane i uwarzone rzemieślnicze piwo. Stajemy niczym Dawid do nierównej walki z Goliatem – a podczas jej trwania publiczność rzuca w nas krowimi ekskrementami, radośnie podrygując do disco polo. „Panie, piwo za 30 złotych? To ja mam skrzynkę X na promocji”. I wciąż nie mogę tego przeboleć, zaakceptować. Cały dzień mam przed oczami tę dziewczynę, która kupuje zupki chińskie i rozpuszczalną 3 w 1… Aż chciałem krzyknąć „NIE!”, jednak wydałem z siebie jedynie niemy krzyk. Smutno mi.

Reklamy
Niewiasta z koszyczkiem czyli biedronkowa dysgeuzja

Poznań Coffee Marathon i mocarstwowe ambicje rozwoju

W życiu bardzo lubię te chwile, gdy inicjatywa, której kibicuję, i którą wspieram, odnosi sukcesy i zdobywa kolejne grunty. Takie wrażenie też odniosłem podczas wczorajszej konferencji prasowej Urban Coffee Marathon, czyli nowej odsłony znanego dobrze Kawa Festival. Projekt ten wielokrotnie gościł tu na blogu, jak i na moim Instagramie, a nawet w okresach największego uśpienia byłem cichym gościem incognito uczestniczącym w kawowej uczcie. Wszak zawsze – obok piwa i jedzenia – kawa była mi bardzo bliska.

Po pierwsze – festiwal zmienia nazwę, o czym już pisałem, a swym zasięgiem obejmie nie tylko Poznań (jako Poznań Coffee Marathon), ale także inne miasta w Polsce: Warszawę, Kraków, Trójmiasto, Wrocław i Łódź. W planach jest również ekspansja na Śląsk oraz za granicę (Lwów, Berlin oraz Praga). Moment, gdy marka lokalna wykazuje ambicję stania się globalną, jest dużym wyzwaniem i swoistym papierkiem lakmusowym dla jakości, jak i umiejętności sprzedażowych całego przedsięwzięcia. Mam nadzieję, że ambitne cele się spełnią, a Urban Coffee Marathon zdobędzie nowe rynki.

Drugą bombą zaprezentowaną wczoraj był fakt nawiązania współpracy z UNICEF w ramach zbiórki pieniędzy na budowę pomp wodnych w Somalii. Do każdego zestawu festiwalowego (standardowo: kawa + deser, tym razem za 12 PLN) w kilkudziesięciu punktach partnerskich dokupić będzie można cegiełki w postaci pocztówek lub małych paczuszek kawy, z których dochód przeznaczony zostanie na wspomniany cel charytatywny. Oprócz UNICEFu, uzyskano także błogosławieństwo Specialty Coffee Association, dzięki czemu zapewniona ma być jakość podawanego surowca.

W Poznaniu festiwal odbędzie się w dniach 2-8 lipca pod hasłem Mrożonki, a więc dedykowany będzie kawie podawanej na zimno. Szczegóły, wydarzenia towarzyszące, jak i menu poszczególnych kawiarni uczestniczących w wydarzeniu, znajdują się na oficjalnej stronie Poznań Coffee Marathon na Facebooku.

Poznań Coffee Marathon i mocarstwowe ambicje rozwoju

Konkursy, laureaci i festiwal pyszności

Jako że we czwartek ogłoszono wyniki trzech konkursów: XI Culinary Fest – Nuty Smakowe, Restauracja Roku 2015 oraz IV Kawa Festival, najwyższy czas nie tylko przedstawić laureatów, ale także i podzielić się swoimi wrażeniami z tych wydarzeń.

12674931_1217625038266849_1867106927_o

Niestety, przez nasz islandzki wyjazd nie mogliśmy uczestniczyć w Culinary Feście tak intensywnie, jak zawsze, ale i tym razem pozwoliliśmy sobie na skosztowanie kilku propozycji. Odwiedziliśmy między innymi Koba Cocktail Bar na Tylnym Chwaliszewie – lokal ukryty przed światem, mimo że położony przecież w centrum. Na miejscu zastaliśmy – poza, oczywiście, festiwalowym menu – duży wybór wysokiej klasy alkoholi, wliczając w to ciekawe i rzadko dostępne okazy. Na drinka zdecydowanie warto się tam wybrać. Samo jedzenie również nie budziło zastrzeżeń, a obsługa zapewniała doświadczenie na wysokim poziomie fachowości. Następnie zdecydowaliśmy się Firlejkę – jedno z miejsc, które zdecydowanie zagościło wśród naszych ulubionych. Zestaw przygotowany przez kuchnię tej restauracji zarówno prezentował się, jak i smakował wybornie. Łosoś otulony płatkami owsianymi mógł zainspirować niejednego smakosza, a przegrzebek był taki, jak powinien być – delikatny, kremowy i mięsny. Nasze dobre opinie potwierdziły zresztą wyniki – Firlejka otrzymała pierwsze miejsce w głosowaniu gości. Nie mogliśmy oczywiście pominąć Momo, gdzie gościmy przy okazji każdego festiwalu. Tym razem poznańscy mistrzowie owoców morza zaserwowali nam pyszne ośmiornice w wariancie owocowym, z dodatkiem awokado i mango, a także przegrzebka (ponownie!) z prosciutto na makaronie sojowym. Uznana marka nie zawiodła i wyszliśmy ukontentowani. Z nowych miejsc zaszliśmy jeszcze do dwóch susharniKoku i Tokyo Tey. Jako wielbiciel kolendry ucieszyłem się na jej obecność w przystawkowej zupie, natomiast – tradycyjnie – widząc słowo ostre/pikantne miałem dużo wyższe wymagania w kategorii: pieszczenie podniebienia ogniem. Danie główne – tempura na bogato: krewetka, warzywa, owoce, miód, pieprz…. Mnóstwo wrażeń. A do tego naprawdę można było się na chwilę nasycić! Z przyjemnością polecam. Tokyo Tey z kolei to dość dziwne miejsce – mianowicie wpisujące się w tradycję azjatyckiego fast foodu, z gotowymi już rolkami popakowanymi w pudełka. Niestety, nie wypowiem się na temat ich sushi, gdyż jedliśmy tylko menu festiwalowe, a tam – o dziwo – królowało mięso. Oba dania zostały pięknie podane, w nowoczesnym, nieco artystycznym stylu. Dorada na przystawkę (tak! ryba to też mięso!) miała za kompanów freski z czarnego sosu kokosowego i mango. Ponownie – ostrą tej potrawy nie nazwę, mimo opisu. Danie główne miało potencjał. Niestety, mój wędzony na ciepło schab był lekko surowy w środku, co wieprzowinie zdarzyć się nie może. Nie takie rzeczy oczywiście jadłem w życiu i nie robiłem afery, natomiast skrzętnie zanotowałem to w swej pamięci. Na koniec tej opowieści przypomniałem sobie, że jeszcze byliśmy w Mamasitas, gdzie uraczono nas bardzo smacznym burrito i niezłym kukurydzianym kremem.

 

Jeśli chodzi o konkurs na Restaurację Roku 2015, wzięło w nim udział pięć znanych wszystkim poznańskich foodies miejsc: Bistro La Cocotte, Papierówka, Saute, Lavenda oraz Momo. Tym razem spięliśmy się i trafiliśmy aż do 4 z 5 wymienionych lokali. W La Cocotte przy Murnej uraczeni zostaliśmy pyszną ośmiornicą, jedną z lepszych w mieście, której towarzyszyły duszone warzywa i aioli. Morski stwór we francuskiej interpretacji miał mocno kremowo-maślany smak, co nieco odbiegało od mojego wyobrażenia o mocno zgrillowanej ośmiornicy a la Mykonos. Niemniej jednak, danie okazało się poezją dla podniebienia i z pewnością zasługuje na wysokie noty i wyróżnienie. Następnie – tradycyjnie – trafiliśmy do Momo, gdzie otrzymaliśmy sporych rozmiarów krewetki wraz z ciecierzycą, papryką, chorizo i botwiną. Ten ostatni dodatek pod względem estetycznym uważam za doskonały pomysł na dekorację i cieszę się, że roślina ta przeżywa obecnie swoisty renesans wśród polskich szefów kuchni. Smakowo również – tradycyjnie – Momo nie zawiodło. Trzeci nasz wybór padł na Lavendę, która to okazała się faworytem gości i ostatecznie wygrała cały konkurs. Nie jestem zwolennikiem risotto, więc dwie poprzednie propozycje podeszły mi lepiej, natomiast przegrzebek był taki jaki powinien być: mięsisty, delikatny i delikatnie przypieczony. Dodatki w postaci groszku cukrowego czy sadzonego jajka przepiórczego stanowiły ciekawe uzupełnienie i wprowadzały dodatkowe nuty. Brawo. Niestety, podczas prezentacji wyników i zwycięskich dań niektóre przegrzebki okazały się stanowczo przesolone, w tym mój – błąd w sztuce. Zdarza się. Zajechaliśmy również do Saute, którego największym problemem jest lokalizacja – niby blisko centrum i Ronda Śródka, ale jednak na peryferiach. Tu zaserwowano nam policzki wieprzowe w akompaniamencie fondantu ziemniaczanego. Smakowało nieźle, gdyż policzki uwielbiam, ale muszę napisać kilka gorzkich słów o samej koncepcji. Gotowane czy pieczone ziemniaki są dla mnie swoistym memem kulturowym – synonimem januszady – pewnego zachowania a la inżynier Mamoń z filmu Rejs. Ziemniaki z mielonym/schabowym i mizerią, jedzone dzień w dzień na talerzu z duraleksu w moim mózgu zakodowane zostały jako coś, z czym trzeba walczyć. Coś, co przeczy wszystkiemu, co cenię w kuchni. Symbolizują zwykłość, przeciętność, brak woli poznawania nowego. Tu mieliśmy kontrast: policzki – mimo że podroby, to jednak rzadko jedzone na co dzień, a więc ciekawe – i ziemniaki – ucieleśnienie nieciekawości. Mało jest rzeczy, których nie lubię jeść, natomiast te skrobiowe potwory przypominające o nudzie dnia codziennego należą właśnie do tego grona. Do Papierówki nie poszliśmy, gdyż wciąż pamiętam tego źle wysmażonego steka, ale może w końcu się przełamię i dam im szansę kolejny raz…

Zwycięzcą Kawa Festival została również Lavenda, jednak – jak wiecie – za deserami nie przepadam, więc mogę jedynie napisać tyle, że kciuk do góry za to, iż zaproponowana pozycja nie była mocno przesłodzona, choć niektórzy odnieśli takie wrażenie. Nie mieliśmy tu do czynienia co prawda ze zwiewnym owocowo-ziołowym muśnięciem podniebienia, ale do ekstremów słodkości pokroju turecko-arabskich deserów na pewno propozycji Lavendy trochę brakowało. I dobrze.

12528727_1217625258266827_1794139145_o

Świńskie Uszy – miejsce uroczystego ogłoszenia wyników – to nowe miejsce na kulinarnej mapie Poznania. Dysponuje ono dwoma poziomami: restauracyjną górą i klubowo-barowym dołem. Lokal ma duży potencjał, zwłaszcza, że prowadzony jest przez człowieka doświadczonego na lokalnym rynku – Krzysztofa Hellera odpowiedzialnego za sukces Goko Sushi. Ciekawa jest koncepcja braku stałego menu. Zamiast niezmiennej karty dań, mamy cztery kategorie cenowe i w każdej z nich różne ciekawostki przygotowane przez kuchnię danego dnia. Pomysł popieram, gdyż uwielbiam nowości i ciekawostki, a gardzę sztampą i rutyną. Pytanie – czy poznański rynek to kupi? Mam nadzieję, że tak. Restauracja zrezygnowała też z prowadzenia oficjalnego konta na Facebooku i cały ruch social media chce skanalizować na Instagramie. Podczas kolacji uraczeni zostaliśmy makrelą w asyście malinowego kuskusu. Pierwszy raz jadłem takie połączenie i to już sprawia, że jestem zadowolony z takiego wyboru kuchni. Nie mam zastrzeżeń co do efektu tego eksperymentu – smakowało pysznie i dobrze łączyło się w całość. Warto eksperymentować, warto szukać. Życie jest za krótkie, by zamykać się w swojej ciasnej strefie komfortu.

Kolejna edycja Culinary Fest odbędzie się 23-29 maja pod hasłem Sekret, zaś Kawa Festiwal 4-10 kwietnia pod kuszącym mnie mocno sloganem – Bezmlecznie. Jestem bardzo ciekawy, co tym razem wymyślą uczestnicy. Zapowiada się smakowicie.

Konkursy, laureaci i festiwal pyszności

I Festiwal Smaków Food Trucków

Z lekkim opóźnieniem, ale jednak są już moje wspomnienia dotyczące I Festiwalu Smaków Food Trucków (9-10 maja). W sobotę udałem się na Franowo w celu spróbowania czegoś nowego, a – w razie braku ciekawostek – zjedzenia solidnych, dobrych burgerów. Zanim dojechałem na miejsce, czytałem pierwsze recenzje, w których przewijały się krytyczne uwagi na temat głośności agregatów czy też kolejek. Były one uzasadnione, gdyż na dłuższą metę ciężko było wytrzymać hałas maszyn prądotwórczych, a kolejki do najciekawszych miejsc ciągnęły się prawie tak, jak na początku lodowej rewolucji na Kościelnej. Mam nadzieję, że następnym razem zostanie pociągnięty prąd z budynków sklepowych, lub zmieni się lokalizacja na taką, która zapewni elektryczność bez inicjowania agresji sonicznej. Pogoda pierwszego dnia dopisała, ale ja sam nie miałem zbyt wiele czasu. Skończyło się na plastrze okazałej szynki ze świń karmionych żołędziami od Celtyckich Smaków. Smacznie, acz bez szału.

11212714_1634233463466145_2691889759270057573_o(1)Zdjęcie: Van Cygan

Więcej chwil na degustacje mogłem poświęcić w niedzielę, ale wówczas pogoda się nieco popsuła i chłodny wiatr raczej nie sprzyjał staniu w kilkudziesięciominutowych kolejkach. Od samego początku chciałem spróbować wytworów z food trucka o osobliwej nazwie Van Cygan. Nie wiem na ile jest to prowokacja, a na ile ten obwoźny bar ma coś wspólnego z Romami, ale na pewno przyciąga uwagę. Niestety, ofercie jedzeniowej bliżej do Meksyku niż do cygańskich taborów (powinienem raczej napisać: bliżej jej do europejskiego wyobrażenia o kuchni Meksyku niż do tego, co potocznie zwiemy potrawami po cygańsku). Spróbowaliśmy z Ukochaną tacos z krewetkami i panierowanych kalmarów. Dostaliśmy do tego sosy, jednak miały one moim zdaniem zbyt płynną konsystencję i zostały nieco przesolone. Samo mięso bez zarzutu – chrupiące panierowane krewetki spełniły wszelkie oczekiwania mojego podniebienia, podobnie jak kalmary, którymi zajadała się moja partnerka. Minus na pewno należy się za temperaturę samych tacos, gdyż – niby grillowane – były po prostu zimne. Czekam z niecierpliwością na kolejną degustację u Cygana i na ustalenie stałej lokalizacji trucka. Burgerownie ominęliśmy szerokim łukiem, ponieważ mamy ich wiele na co dzień, jednakże naczytaliśmy się dużo dobrego o serwowanej na festiwalu pizzy. Niestety, nie było nam dane jej skosztować. Moim zdaniem w sytuacji, gdy jest tyle różnych rzeczy do jedzenia, sprzedawanie pizzy tylko w całości, bez możliwości zakupu na kawałki, jest dość kiepskim pomysłem. Wszak człowiek nie jedzie tam zjeść jeden solidny obiad, a skosztować różności. Przynajmniej my wyszliśmy z takiego założenia. Następnym razem dobrze by było umożliwić branie porcji degustacyjnych. Posługując się analogią, to jakby na craftowym festiwalu sprzedawać tylko półlitrowe piwo. Może na wiejskich festynach to norma, ale na szanujących się imprezach mniejsza pojemność na spróbowanie to podstawa. Kolejne kroki zaniosły nas do warszawskiego trucka Kiełba w Gębę, który serwował kilkanaście rodzajów kiełbasy z rusztu. Niestety, nie zdążyliśmy na kaszankę (wyszła w sobotę), więc musieliśmy się zadowolić wersjami z chili i curry. Nie wiem, czy to wina czynnika chłodzącego wiatru, czy niedopieczenia, ale jednak po zaniesieniu ich do stolika nasze potrawy były co najwyżej letnie. Gdyby przymknąć oko na temperaturę, w smaku nie ma do czego się przyczepić. Nie interesowały nas ani frytki, ani naleśniki, więc ostatnim punktem, do którego podążyliśmy, były znów Celtyckie Smaki. Tym razem jednak darowaliśmy sobie szynkę, a w zamian zamówiliśmy grillowane ślimaki, hermelina i… kiszonego śledzia. Ślimaczek na raz był… w sam raz, ale raczej nie na tyle dobry, by zjeść ich kilkanaście. Wielki plus, że zdecydowano się na sprzedaż mięczaków na sztuki. Hermelin niczego mi nie urwał – okazał się zjadliwy, ale spodziewałem się więcej. Po smaku stwierdzam, że zabrakło zwyczajnie czasu. Taki serek musi poleżeć w marynacie, by dobrze nią przejść. Trzy tygodnie później zapewne smakowałby o niebo lepiej. Ten sam zarzut właściwie można postawić kiszonym śledziom – za mało kiszonki. Mój wybór tej potrawy inspirowany był oczywiście pragnieniem skosztowania słynnego szwedzkiego przysmaku surströmming, z którym (według opisów szczęściarzy, którzy próbowali skandynawską ambrozję) niewiele miał jednak wspólnego. Ot – troszkę bardziej słony śledzik z octu i cebuli. Do popicia serwowano na festiwalu m.in. robioną na miejscu pyszną lemoniadę. Tu należą się wielkie słowa pochwały: na życzenie nie dodawano cukru! Będę to zawsze podkreślał mocno, bo ostatnio pod Bramą Poznania wszystko było słodzone. Food trucki rozstawią się ponownie w najbliższy weekend z okazji Beer Friends Festival w Starej Rzeźni, więc mam zamiar znów odwiedzić kilka z nich. Być może wynajdę coś nowego? Już zacieram ręce na aktualizację menu Cygana.

IMG_20150510_162215_1Na koniec dopiszę jeszcze, że po kilku godzinach zgłodnieliśmy i trafiliśmy przypadkiem do kawiarni przy hostelu Explorer – Explorer Caffe (ludzie! weźcie poprawcie ten błąd w nazwie…), ukrytej za narożnikiem ulicy Wszystkich Świętych przy Garbarach. Weszliśmy tam skuszeni ofertą pierogów, na które przyszła nam nagle ochota. Muszę w tym miejscu nadmienić, że po likwidacji Chatki Babuni ciężko zaspokoić nas w sprawach pierogowych i ukoić wygłodniałe z tęsknoty za dobrym serca. Na szczęście w Explorerze wszystko smakowało jak należy – pielmieni jak w moich rodzinnych zabużańskich stronach, a ruskie prawie tak dobre jak u babci (no dobra, nic nie jest tak dobre jak u babci, ale było smaczne). No i te ceny – znakomite! Jeśli ktoś ma ochotę zjeść naprawdę smaczne i tanie pierogi to zdecydowanie polecam udać się w to dość słabo rozreklamowane miejsce.

I Festiwal Smaków Food Trucków