Mega podsumowanie roku 2019 + wyróżnienia Beer, Bacon & Liberty

Jaki był ten dzień? Co darował? Co wziął? Czy mnie wyniósł pod niebo, czy rzucił na dno? – śpiewał trzy i pół dekady temu Grzegorz Kupczyk, wówczas wokalista legendarnego zespołu Turbo.

 

 

Czas podsumowań nie ominie i tego miejsca. Jako jednak, że Beer, Bacon & Liberty to przestrzeń mocno introspektywna, skupię się na tym, co przeżywałem – wyjazdowo, piwnie i gastronomicznie. W końcu bloger niewiele różni się od faceta, który nie nosi nic pod płaszczem, tyle że zamiast obnażać się w parku przed Bogu ducha winnymi niewiastami, czyni to metaforycznie za pomocą klawiatury w przepastnej sieci połączonych maszyn obliczeniowych.

 

Styczeń

edf
Talerz rozmaitości: maqluba, moutabbal, sałatka i chlebki

Jego Szczenięctwo 2019 rozpoczął się ekspedite. Z okazji Nowego Roku polecieliśmy z Justyną na naszą pierwszą wyprawę na Bliski Wschód. Obaw było niemało, jednak inherentne pragnienie doświadczania nowości zwyciężyło z pozostałościami neofobii leżącymi odłogiem w zakamarkach naszych mózgów. Przeżyliśmy cudowny tydzień w Jordanii, pochłonęliśmy bezlik rarytasów, nauczyliśmy się gotować jak miejscowi, a do domu przytargaliśmy całą walizkę oryginalnych przypraw i ziół. Wszystko to opisałem zresztą w dwóch częściach: tu oraz tu. Po jordańskiej przygodzie zostają dziś wspomnienia, zdjęcia i… książki o tamtejszej kuchni, które kolekcjonuję w domowej biblioteczce. Bardzo chciałbym powrócić w tamten rejon –wybrać się także do Izraela, Palestyny czy innych krajów regionu. Wszystko przed nami!

 

Styczeń to także miesiąc, kiedy opublikowałem chyba najdłuższy i poparty długą lekturą materiałów źródłowych artykuł na temat odczuwania i preferencji smaków. Tekst ten zaowocował później zaproszeniami do kilku prelekcji, które miałem przyjemność wygłosić. Znajdziecie go tutaj. Od tego czasu dane mi było rozmawiać z wieloma ekspertami w temacie, zweryfikować swoją wiedzę i poznać masę nowych i ciekawych informacji. Za wszystkie wymiany zdań serdecznie dziękuję – tu szczególne ukłony dla Pawła Leszczyńskiego.

 

Luty

Wienerschnitzel

Wyzwanie o wiele większe niż konfrontacja z arabskimi stereotypami czekało mnie w kolejnym miesiącu. Z okazji okrągłych urodzin mojej Mamy zabrałem Ją w wymarzoną podróż do Wiednia. Raczyliśmy się tam m.in. słynnym tortem Sachera, strudlami, przepysznym sznyclem oraz przeogromną podwójną porcją żeberek w lokalnej piwiarni. Mama oglądała witryny designerskich butików, a ja eksplorowałem ossuaria i krypty. Weekend spędziliśmy w miłej atmosferze i – mimo różnic pod względem preferencji spędzania czasu i ogólnej wizji podróżowania – byliśmy w stanie powrócić szczęśliwi i wypoczęci. Wspomnienie tego wyjazdu możecie przeczytać w tym miejscu.

 

Wraz z Browarem Golem zaś rozpoczęliśmy w lutym sezon imprezowo-festiwalowy, od potężnego kranoprzejęcia (rekordowy średni woltaż piw na tablicy), na którym gościła nas wrocławska Szynkarnia. Była to znakomita okazja do spróbowania oferty również innych miejsc na gastromapie stolicy Dolnego Śląska. Zjedliśmy smaczną pizzę w polecanym przez miejscowych Vaffanapoli, odwiedziliśmy firmowy lokal browaru Wielka Wyspa, gdzie zostaliśmy po królewsku ugoszczeni przez kolegów z branży, a także mikropalarnię kawy Mała Czarna niedaleko stadionu – urokliwe miejsce z przepyszną tytułową w roli głównej. Kawowych eksploracji było zresztą więcej – tradycyjnie wpadliśmy do Gniazda na dripa, a sycące śniadanie opędzlowaliśmy w Dinette. Relację z tej miniwyprawy znajdziecie tutaj.

 

Marzec

kiw3
Kufle i Widelce

Początek marca stał pod znakiem prawdziwego maratonu wydarzeń! W Browarze Jana uwarzyliśmy wraz z Golemem nasze czwarte piwo – Golem vs. Werewolf – a dzień później zakotwiczyliśmy w Krakowie, aby pierwszy raz wziąć udział w znakomitym przedsięwzięciu, jakim jest food pairing. Właściwie od początku mojej działalności w krafcie powtarzam do znudzenia, że dobre, rzemieślnicze piwo musi lubić się z doskonałą, autorską kuchnią! Miejsce kraftu jest w kartach degustacyjnych najlepszych szefów kuchni, tuż obok wina z ekologicznych winnic i najlepszych ziaren kawy. Milowy krok do tego celu uczynił lokal Kufle i Widelce w Krakowie, gdzie szef kuchni – Paweł Florczyk – skomponował znakomite cztery dania dopasowane do naszych piw. Imprezę uważam za wielki sukces i jedynie brak czasu spowodował, że jesienią nie zorganizowaliśmy powtórki. W 2020 roku trzeba będzie wrócić do tej idei! Przy okazji pobytu w Grodzie Kraka, nie mogło oczywiście zabraknąć kranoszwędania i gastroeksploracji w przemiłym towarzystwie. Wyróżnię tu wspaniałą ucztę w restauracji Taj oraz wegański lunch w Ka Udon, a także – tradycyjnie – świetną kawę w Tekturze i Wesołej. Poczytać nieco więcej możecie tu.

 

Marzec to także pierwszy typowo piwny wyjazd zagraniczny. Tym razem na cel wzięliśmy stolicę Katalonii i tamtejszy coroczny Barcelona Beer Festival. Pięć browarów: spiritus movens przedsięwzięcia – Maryensztadt, a także Spółdzielczy, Harpagan, Pracownia Piwa i Golem – oferowało gościom imprezy swoje wyroby na polskim stoisku. Podobne mieli także Rosjanie i Finowie. To właśnie my i nasi wschodni sąsiedzi wzbudzali największe zainteresowanie publiczności, a pozytywne opinie o piwach znad Wisły z pewnością były prztyczkiem w nos naszych lokalnych marud. A może po prostu w Barcelonie też uważają, że zagraniczne = lepsze? Oprócz festiwalu piwa, odbywał się w tym samym czasie także inny – jeszcze większy – Spannabis – poświęcony konopiom. Tak to się robi w wolnym świecie…

 

Jeśli chodzi o jedzenie, w osławionym BierCab zjadłem tatara z najlepszej wołowiny na świecie – Wagyu – co było moim pierwszym doświadczeniem z tej klasy mięsem. Dodam, że w Barcelonie wołowina jest dużo tańsza niż np. w Warszawie. W innym lokalu za zestaw stek + frytki + piwo zapłaciłem jedynie 16 euro. Odwiedziłem również pyszny tapas bar mieszczący się na jednej z odnóg słynnej La Rambli i przeszedłem ponad dwadzieścia kilometrów włócząc się po mieście. Nie zabrakło również spotkań towarzyskich – tych zapowiedzianych i zupełnie przypadkowych – ze znajomymi z Polski.

 

Niestety, koniec pierwszego kwartału to także pierwsze uderzenie blogowego lenistwa. Wyprawy do Barcelony nie opisałem, zdjęć nie wrzuciłem, a kolejny tekst mojego autorstwa ukazał się dopiero… w czerwcu! A przecież tyle się działo!

 

Miesiąc kończyła wiosenna edycja Beer Geek Madness na której Golem zaprezentował piwo uwarzone wraz z browarem WagabundaAll The Rage – które powstało jako synteza wszystkiego, czego nie lubi rynek. Warzenie poprzedziła ankieta przeprowadzona w celu wyłonienia najbardziej nielubianych dodatków. Piwo wyszło bardzo pijalne, smaczne, ale ciut za grzeczne. Podczas imprezy wypiłem wiele świetnych propozycji uwarzonych przez inne browary rzemieślnicze, a szczególnie w pamięć zapadła mi znakomita wędzonka z browaru Szpunt.

 

Kwiecień

Jaga

Zanim wszyscy udali się na świąteczną przerwę, gościliśmy jeszcze na Warszawskim Festiwalu Piwa. Wiosenna edycja przebiegła zgodnie z przewidywaniami, obfitowała w rewelacyjne piwa i doskonały odbiór naszych produktów przez klientów. To zdecydowanie najlepsze miejsce zarówno do degustacji, jak i sprzedaży piwa. Nie dziwię się, że WFP cieszy się niesłabnącym zainteresowaniem. Cieszy mnie też, że mamy tam swoje stałe miejsce i wszyscy wiedzą, gdzie Golema znaleźć.

 

Dwa tygodnie później mogłem w końcu na chwilę zawitać w rodzinnym Białymstoku, ku czemu pretekstem była oczywiście Wielkanoc. Korzystając z okazji – pierwszy raz zagościłem na nowym stadionie mojej Jagiellonii. Tak to jest, jak mieszka się pięćset kilometrów od klubu, któremu się kibicuje! Lepiej jednak późno – niż wcale. Zakupiłem aktualną koszulkę klubu, do czego raczej skłonił mnie fakt, iż poprzednia – jakby to ująć – nie jest już w moim rozmiarze – aniżeli nowy wzór żółto-czerwonego pasiaka, a następnie udałem się na stadion przy ulicy Słonecznej. Obiekt zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Pamiętam jak przez mgłę pojedyncze mecze przy Jurowieckiej, na których dane było mi być, a także te rozgrywane już po przenosinach na – jak się wówczas mówiło – stadion Hetmana, jednak jeszcze przed jego rekonstrukcją. Najbardziej zaskoczyła mnie infrastruktura. Na każdym sektorze łazienka, toaleta, a nawet mikrogastronomia! Pamiętam przecież, że za potrzebą musieliśmy chodzić do pobliskiego lasku, a jedynym jedzeniem, o jakim można było marzyć, to przyniesione ze sobą pestki słonecznika. Białystok doczekał się w końcu świetnego stadionu na europejskim poziomie – i mówię to bez cienia ironii. Żeby dodać pikanterii do tego przeżycia – Jagiellonia grała z Lechem, a przecież od trzynastu lat mieszkam w Poznaniu, który stał się moim drugim domem. Tu mam przyjaciół, pracę i z tym miastem wiążę swoją przyszłość. Pomimo, że nie uważam się za kibica Kolejorza, to przez wspomniane powiązania żywię do tej drużyny szacunek. Można powiedzieć, że już ponad dekadę buduję w stolicy Wielkopolski białostocko-poznański most przyjaźni. Biorąc to wszystko pod uwagę, mecz nie mógł mieć lepszego przebiegu! Padło w nim aż sześć bramek – po trzy dla każdej z drużyn. Sprawiedliwy remis i dużo emocji na boisku stanowiły doskonałą ucztę dla każdego fana piłki. Pomimo że wróciłem do domu z lekkim poczuciem niedosytu spowodowanym brakiem zwycięstwa, na mojej twarzy rysował się jednocześnie uśmiech zadowolenia z tego, jak spędziłem ten kwietniowy wieczór.

 

Maj

Rakotzbrucke

Nie ukrywam, że w wyborze miejsca na majówkę zainspirowały mnie dwie rzeczy: wpis poświęcony Spreewaldowi na blogu Krytyka Kulinarna oraz zdjęcie Rakotzbrücke na Atlas Obscura. Chciałem koniecznie zobaczyć słynny diabelski most tworzący z własnego odbicia w wodzie idealny okrąg. Jako że znajduje się on niedaleko polskiej granicy, podobnie jak wspominany Spreewald, postanowiłem właśnie tam spędzić weekend majowy. Niestety, zbiornik nad którym poprowadzony jest most, był wysuszony, a sam teren ogrodzony i w trakcie renowacji. Mimo to, udało się nam zobaczyć choćby namiastkę tego magicznego miejsca, podobnie jak pobliski park rododendronów, które dopiero przymierzały się do kwitnienia. Spreewald, kraina nazywana „Niemiecką Wenecją”, to skarb wciąż przez Polaków nieodkryty. Na miejscu dało się słyszeć jedynie pojedyncze polskie głosy. Krajobrazy mają tam bajkowe. Przemierzając kajakiem zielone labirynty czuliśmy się, jakbyśmy znaleźli się w zupełnie innym świecie. Nie zabrakło także tradycyjnego niemieckiego mięsiwa, wypieków i… kebabu! Znak czasów! Jednym z najciekawszych punktów wycieczki była wizyta na ekofarmie, gdzie obserwowaliśmy połacie rosnących ziół, próbowaliśmy lokalnych octów, miodów i nalewek i – jak zwykle w tego typu sytuacjach – sporo z tych rzeczy zabraliśmy ze sobą. Najciekawszym odkryciem był dla mnie ocet pomarańczowy! Rewelacyjna sprawa.

 

Trzy tygodnie później zawitałem w Norwegii – w Bergen. Tu z Browarem Golem braliśmy udział w minifestiwalu piwnym odbywającym się w pubie Apollon. Miejsce to niezwykłe, gdyż połączone ze… sklepem z płytami winylowymi, prowadzone przez prawdziwego entuzjastę rockowego i metalowego grania. Było tam wszystko, co kocham, włącznie z oryginałem najlepszego albumu wszech czasów – Rainbow „Rising”. Wypiłem morze piwa z miejscowych i pozostałych goszczących w Bergen browarów, pozwiedzałem urokliwe miasteczko, obejrzałem z góry fiordy, a swą krótką wyprawę zamknąłem z przytupem na legendarnym targu rybnym, gdzie spróbowałem po raz pierwszy jeżowca, a na wynos zakupiłem kawałek mięsa wieloryba, które następnie przemyciłem przez unijną granicę. Mięso tych ssaków nazywane jest „wołowiną morza” i zachwyci każdego fanatyka steków. Moje zdumienie wzbudziła obsługa stoisk – w większości… latynoska. Okazało się, że byli to Meksykanie, którzy w kilka tygodni są w stanie zarobić w Norwegii tyle, żeby przez kolejne miesiące nic nie robić w rodzinnym kraju. Za to między innymi kocham współczesny globalizm!

 

Czerwiec

Kiss

Na samym początku miesiąca braliśmy udział w imprezie z okazji Nocy Kultury, która odbywała się w podwórku przed Dzikim Wschodem w Lublinie. Z wydarzenia tego zapamiętam przede wszystkim klienta, który zamówił cztery wymrażane piwa za łączną trzycyfrową sumę, po czym poszedł po towarzyszy wieczoru i… nie wrócił po opłacony towar. Furorę zrobiła także adnotacja „najmocniejsze piwo festiwalu” zamieszczona przy naszym Molochu ICE.

Następna wyprawa to jak zawsze świetny Wrocławski Festiwal Dobrego Piwa – tym razem bez ulewnego deszczu przy składaniu stoiska! To tam padły pierwsze nieśmiałe deklaracje, że odchodzimy od plastikowych kubków podczas imprez. Wiekopomna chwila. Plastików nie mieliśmy ani w Warszawie jesienią, ani w Poznaniu!

 

Koniec miesiąca uświetniła mi podróż do Krakowa, gdzie obejrzałem wyreżyserowany z największym rozmachem koncert w moim życiu, podczas którego w rolach głównych wystąpili latający na platformach i ziejący ogniem muzycy legendarnej kapeli Kiss, a także odbywający się tydzień później równie świetny show w wykonaniu Muse z wielkim nadmuchiwanym robotem, który próbował zdejmować muzyków ze sceny. To także podczas tej wędrówki zawitałem pierwszy raz do Pracowni Piwa i Prostego Żarcia, spróbowałem tamtejszej genialnej pizzy i umówiłem się na kooperację, której owocem kilka miesięcy później stał się Hern – jedno z nielicznych goryczkowych IPA w Polsce.

 

Wspomniałem, że czerwiec to duże zmiany na blogu. Przede wszystkim nieco odmieniłem profil mojej działalności – zamiast opisów wypraw i eksploracji gastronomicznych więcej miejsca zacząłem poświęcać publicystyce. Od czerwca regularnie piszę o tym, co nie podoba mi się na piwnym rynku, punktując jego przywary, a także uruchomiłem sekcję „Inspiracje BBL”, gdzie zamieszczam autorskie przepisy na ciekawe dania, które sam przyrządzam jako kucharz-amator.

 

Lipiec

Golem w Spółdzielczym, gościnnie Browar Absztyfikant i Browar Domowy Upperbeer

W lipcu zawitaliśmy wraz z Golemem do kolejnego partnerskiego lokalu – Pubu Spółdzielczego. Tam tradycyjnie impreza była na całego i bez trzymanki, a przy okazji pozwiedzaliśmy trochę Trójmiasto. Wykąpaliśmy się w morzu w Brzeźnie, zjedliśmy świetne sushi w MaMi, a także odwiedziliśmy festiwal piwa w Gdyni, w którym… nie braliśmy udziału! Pierwszy raz od dawna byłem na festiwalu piwa jako gość, a nie jako wystawca. To odświeżające doświadczenie. Przybiłem piątki z większością znajomych, pogadałem, wbiłem się po piracku kilku blogerom przed kamerę na lajwy i wróciliśmy z ekipą do Gdańska.

 

Koniec miesiąca to tradycyjny coroczny Zlot CeeManiaków, czyli fanów gry Championship/Football Manager. Spotykamy się co roku w ostatni weekend lipca od samego początku XXI wieku. Tym razem daleko nie miałem, gdyż ugościł nas Ośrodek Wypoczynkowy Wrzos w Stęszewku. Malownicze wielkopolskie pojezierze i tereny Puszczy Zielonki to doskonałe miejsce, by ugościć ekipę około dwudziestu facetów i kilka rodzin z dziećmi. Bawiliśmy się przednio w gronie starych znajomych, mimo że jedzenie było fatalne, a obsługa ośrodka wyjęta z PRL-owskich koszmarów. Nie o to jednak chodzi w Zlotach. Odmóżdżenie – mimo że tylko trzydniowe – to coś, czego wszyscy bardzo potrzebowaliśmy.

 

Sierpień

Kanion Szaryński

Kolejny miesiąc i kolejna podróż z Browarem – znów do lokalu partnerskiego. Tym razem ugościła nas Piwoteka Narodowa – miejsce znane wszystkim fanom piwa w Łodzi. Tym razem przy okazji imprezy w tym miejscu nie pokusiliśmy się na wytworną kolację w Qualle, na co zdecydowaliśmy się rok wcześniej (rewelacja – polecam!), jednak nie zabrakło innych atrakcji. Zwiedziliśmy w końcu większość Piotrkowskiej i okolice, finiszując w sieciowym Whisky In The Jar przy Manufakturze. Jadłem tam niestety jeden z najgorszych steków w życiu – antrykot, który proporcje mięsa do złogów tłuszczu i tkanki łącznej miał mniej więcej odwrotne do tych, które powinien mieć. Niestety, złego doświadczenia dopełniła obsługa, która zaczęła mi wmawiać, że tak powinien wyglądać ten kawałek mięsa. Oj – nie lubię takich zachowań. Nie jednego steka w życiu jadłem i to w niczym nie przypominało antrykotu ani w ogóle wołowiny. Tego typu kawałki wyrzuca się do kosza, a nie wydaje klientom. No ale czego spodziewać się po sieciówce?

 

Na plus wypadła wizyta na karaoke w Ganimedesie na OFF Piotrkowska. Oprócz bycia fanem piwa, piłki nożnej i jedzenia – śpiewanie to moja kolejna pasja. Nie wiem co jest takiego w wydzieraniu się do mikrofonu, że bardzo często tego typu zabawy odbywają się w klubach „LGBT-friendly” , ale tak już się jakoś złożyło. Oczywiście w niczym mi to nie przeszkadza i bawiłem się tam znakomicie. Warto dodać, że drinki w Ganimedesie są naprawdę tanie. Nic wyszukanego – ot zwykły Jack z colą – ale za dychę to jak za darmo. Co do koktajli bardziej wyszukanych, na OFF-ie weszliśmy jeszcze do jednego miejsca – Brush Barber Shop – w którym połączono drink bar z… salonem fryzjerskim. Osobliwa kombinacja i dwa biznesy w jednym. Jak zamyka się barber, otwiera się bar. Swoją drogą, w słowie „barber” zawiera się „bar” i „barba”, a w słowie „barba” zawiera się „bar”… Czyżby dlatego brodaczy ciągnęło do piwa?! 😉 W każdym razie wypiłem tam znakomity firmowy koktajl na bazie torfowej whisky i popiołu z cygara. Totalnie moje smaki!

 

Największą atrakcją w sierpniu  była jednak z pewnością wyprawa z moim przyjacielem – Markiem – do dalekiego Kazachstanu! W tak egzotycznym miejscu jeszcze nie byliśmy. Kazachstan to jednak materiał na solidny, kilkunastostronicowy wpis. Obiecuję sam sobie (kogo oszukuję?), że go w końcu napiszę… W tym podsumowaniu jedynie wspomnę, że nasza kazachska wyprawa spełniła doskonale rolę totalnej odskoczni od codzienności. Widoków, wrażeń, smaków i anegdot starczy na lata opowieści… Męski wyjazd – 10 lat po ostatnim do Rumunii i Węgier –w okrojonym składzie, ale magiczny i dający mnóstwo frajdy. Oby na następny trzeba było czekać krócej!

 

W sierpniu pokonałem zdecydowanie największą liczbę kilometrów w życiu. Po powrocie z dzikiego Kazachstanu udałem się na Śląsk – do Rybnika, by wziąć udział wraz z Browarem Golem w Rybnickim Zalewie Dobrego Piwa. Być może ta lokalizacja wydaje się ciut egzotyczna dla osób spoza branży, jednak otrzymaliśmy tyle pozytywnych referencji rzeczonej imprezy, że nie mogliśmy odmówić. Okazało się, że goście Zalewu dopisali, piwo smakowało, a wszystko zostało zorganizowane na tip-top przez Bernadkę z Browaru Brewera. Dodatkowo, na festiwalowej scenie poprowadziłem quiz wiedzy o browarach uczestniczących w imprezie, który to spotkał się z bardzo entuzjastycznym przyjęciem. Dzień wcześniej mówiłem także o smakach i tym, jak je odczuwamy. Świetna inicjatywa i znakomity wyjazd. Na pewno wrócimy!

 

Wrzesień

One More Beer Festival

We wrześniu wzięliśmy z Golemem udział w minifestiwalu Pracownia Piwa i Przyjaciele, odbywającym się obok browaru w Modlniczce. Tam wówczas uwarzyliśmy wspomnianego Herna. Zostałem w Krakowie jeszcze tydzień, gdyż w kolejny weekend mieliśmy zaszczyt być jednym z polskich browarów oferujących swoje piwo podczas najbardziej wyczekiwanej piwnej imprezy dla birgików – One More Beer Festival. Sam mogłem uczestniczyć jedynie w piątkowej sesji, ale „liznąłem” nieco tego klimatu i popróbowałem amerykańskich i nie tylko sztosów. Target zdecydowanie nowoczesny. Goryczki próżno szukać było w którymkolwiek piwie, jednak trzeba docenić kunszt wykonania nawet, kiedy coś jest nie w moim stylu. Wypiłem za to kilka świetnych kwasów. Z pewnością powrócę na OMBF w roku 2020, by mocniej zgłębić to, co najnowsze trendy mają do zaoferowania. Warto być na czasie.

 

Po krakowskiej przygodzie udaliśmy się do Kopenhagi, gdzie wzięliśmy udział w znakomitym kranoprzejęciu w pubie Skaal. Polskie piwa uzyskały znów dobre oceny i mnóstwo pochwał od lokalsów, a nasza impreza udowodniła, że nie mamy czego się wstydzić na zachodzie. Zostaliśmy przyjęci po królewsku, a właściciel nawet pokusił się o zaserwowanie polskich pierogów! Jeśli o nich mowa, to w drodze powrotnej zahaczyliśmy o Mandu w Gdańsku, gdzie serwują jedne z lepszych w kraju! Polecam w ciemno wszystkim pierogożercom.

 

Październik

Warszawski Festiwal Piwa

Pracując w branży piwnej tak wychodzi, że 90% wyjazdów związanych jest z tą pracą. Tym razem znów odwiedziłem z kolegami Gdańsk, a konkretnie Pułapkę, by wziąć udział w Brewers Combat. To idea mająca na celu konfrontację dwóch browarów, które mają za zadanie uwarzyć ten sam styl piwa, a następnie publiczność ocenia, który był lepszy. Rywalem Golema był browar Monsters, który ten pojedynek wygrał. Najważniejszym jednak wynikiem tej bitwy jest fakt, że polski rynek zyskał dwa nowe American Stouty – styl piwa warzony niezwykle rzadko, za to jeden z moich ulubionych. Oby więcej tego typu trunków pojawiało się w pubach i sklepach.

 

Następną okazją do piwnych celebracji był rzecz jasna Warszawski Festiwal Piwa. Tradycyjnie, na trzecim piętrze Stadionu im. Marszałka Jóżefa Piłsudskiego, zajęliśmy miejsce przy barze i serwowaliśmy najlepsze piwa z naszego portfolio. Pod względem liczby check-inów w aplikacji Untappd zajęliśmy drugie miejsce – tuż po zdecydowanym zwycięzcy imprezy – browarze Ziemia Obiecana, który obecnie uchodzi za ten, który robi najlepsze IPA w kraju. Warto tu dodać, że to także Łukasz Kierski i jego projekt wygrał Beer Geek Madness, które odbyło się kilka tygodni później. Ja z kolei zadebiutowałem na głównej scenie ze swoją prelekcją „Jak przekonywać ludzi do piwa rzemieślniczego?”, a chwilę później uczestniczyłem w panelu dyskusyjnym na temat przyszłości kraftu, pod batutą Michała Stemplowskiego z blogu Chmielobrody.

 

Listopad

Lilith ICE + Śliwowica

Weekend w okolicach Wszystkich Świętych wykorzystałem na wizytę w rodzinnym Białymstoku, gdzie poza odwiedzeniem rodziny oraz postawieniem zniczy na grobach, udałem się do żydowskiej restauracji Mazel Tov. Jest to miejsce, jakiego brakowało mi, gdy mieszkałem w stolicy Podlasia. Znakomita kuchnia, nowoczesny wystrój, bogaty wybór win i pomocny sommelier. Białystok zasługiwał długo na taki lokal – zwłaszcza biorąc pod uwagę ogromne żydowskie dziedzictwo, jakim może się to miasto szczycić. Cieszy mnie to, że Mazel Tov udowodnił, że w miejscu, które ma bardzo złą prasę w ogólnopolskiej prasie, można stworzyć świetne miejsce odwołujące się do tej części historii miasta, o której wielu wolałoby zapomnieć. Nie słyszałem też o żadnych przypadkach przemocy czy wandalizmu dotyczących tej restauracji. Może więc mieszkańcy terenów znajdujących się niegdyś pod pozostałymi zaborami zrozumieją, że wcale na tej „Białorusi” nie jest tak źle? Dużo się zmieniło od lat dziewięćdziesiątych…

 

Następnie udałem się wraz z Golemem na Beer Geek Madness do Wrocławia. Tematyka imprezy – dla nas idealna: black and sour. Niestety, festiwal uważam za nieudany! Zanim posypią się gromy – nie mam nic do zarzucenia organizacji. Ta jak zwykle była na najwyższym poziomie i nie mogę się przyczepić absolutnie do niczego. Problem leżał po drugiej stronie. Idea BGM zawsze przyświecała taka, żeby robić piwa szalone (Madness!), odjechane, dziwne. Tymczasem większość browarów – zwłaszcza zagranicznych – przywiozła słodkie ulepy albo soczkowe „kwasy”. Nic nie wykręcało twarzy, nic nie atakowało goryczką… Kilka wyjątków stanowiły piwa leżakowane w beczkach po winie czy dosłownie jedno czy dwa z elementem wędzonki torfowej (Kwas Theta Laphroaig BA z Pinty był rewelacyjny!).  Nie znalazłem jednak ani jednego piwa w typie tych ekstremalnych z poprzednich edycji, jak masakrująca podniebienie kapsaicyną pierwsza Czekoladowa Dolina z Podgórza, piwo z gotowanym kurczakiem z Piwoteki czy wędzone eksperymenty ze Szpunta.

 

Moim zdaniem browary – a właściwie to rynek, który tego chce – zaprzepaściły ideę Beer Geek Madness. Jako Golem przywieźliśmy ultragoryczkowego, ultrapalonego stouta i kwasa o pH 2,4 i te piwa zupełnie przepadły. Symptomatyczne jednak jest co innego – otóż nasze propozycje zyskały dość wysokie noty i masę pochwał od ludzi z branży: piwowarów, barmanów, właścicieli knajp, menedżerów… oraz mocno przeciętne ze strony klientów, zwłaszcza tych, którzy przyszli „z ulicy” i nie siedzą mocno w krafcie – że tak powiem – ideologicznie. Po prostu lubią wypić piwo, „takie lepsze”. Dlaczego? O tym pisałem wielokrotnie: klient kraftowy się umasowił. Rządzą bezpieczne, słodkie smaki, a wszystko, co dziwne, gryzące, męczące – jest niemile widziane. Idea BGM została zjedzona przez rynek. Wielka szkoda, bo uwielbiam ten festiwal i tę ideę… Oby kolejna edycja pokazała, że się mylę!

 

O wiele lepszy odbiór naszych dziwnych piw mieliśmy podczas Poznańskich Targów Piwnych. Impreza ta budziła w tym roku sporo pytań, gdyż zrezygnowano z Konkursu Piw Rzemieślniczych, który został przesunięty na Sympozjum Piwowarów Zawodowych, a jego miejsce zajął nowy plebiscyt – Greater Poland Beer Cup. Mimo oczywistej niepewności, targi okazały się znakomite! Ludzie dopisali tak, że hale pękały w szwach, a na naszym stoisku praktycznie non stop wiła się wężowa kolejka. Oprócz piwa można było też napić się rzemieślniczych destylatów, o co zadbała Jednorodna. Blend naszej wymrażanej Lilith ze śliwowicą to jedno z ciekawszych połączeń smakowych, jakie piłem w tym roku. Polecam każdemu! Uwielbiam to, że wraz z szeroką ofertą piwną i gastronomiczną zyskujemy również większy wybór w zakresie win, destylatów czy kaw. Rewolucja piwna być może już dawno zjadła swój ogon, ale jej kuzyni w innych segmentach smakowego uniwersum radzą sobie nieźle. Niestety, cykl leja spiralnego dopada każdego i już na facebookowych grupach kawowych słychać przebąkiwania o dokładnie tych samych problemach, które od jakiegoś czasu trawią rynek piwny.

 

Listopad obfitował w wyjazdy. Kolejny weekend to kranoprzejęcie w Jabeerwocky w Warszawie, gdzie polał się ostatni keg Milky Moona leżakowanego dwa lata w beczce po winie, a miesiąc zamknęły rewelacyjne Lubelskie Targi Piw Rzemieślniczych, które po raz kolejny potwierdziły to, o czym wszyscy w branży wiedzą: niedziele na festiwalach piwnych należy raz na zawsze zlikwidować! Piątek i sobota – rewelacja, niedziela – absolutna stypa. Tak jest wszędzie i mam nadzieję, że w końcu organizatorzy imprez pójdą po rozum do głowy i przestaną przedłużać targi do niedzieli. O wiele lepszą opcją jest czwartek. Co ciekawe, tuż obok odbywały się Targi Ślubne, gdzie w przypływie niedzielnej nudy przechadzaliśmy się pomiędzy wypacykowanymi gośćmi umorusani musztardą z kiełbasek od Walentego Kani. Tu warto dodać, że Walenty zaserwował także flambirowane larwy jedwabników – zdecydowanie punkt godny odnotowania! Wracając do Warszawy i Jabeerwocky, przed imprezą udałem się do Butchery and Wine, aby zjeść pierwszy raz w życiu stek z wołowiny rasy Wagyu. To najlepsze mięso, jakie można sobie wyobrazić. Konsystencja niemalże masła, feeria smaków, intensywność, prawdziwy foodgasm. Przynajmniej raz w życiu każdy zdeklarowany mięsożerca musi tego spróbować!

 

Grudzień

Wieża telewizyjna na Žižkowie

Lublin zakończył sezon festiwalowy, więc mogłem grudzień poświęcić na prywatne wyjazdy oraz przygotowania do Świąt. Z okazji moich urodzin Justyna zabrała mnie do Pragi, gdzie uczestniczyliśmy w świetnym koncercie Cult of Luna, ale także zjedliśmy mnóstwo znakomitości, wypiliśmy masę dobrej kawy i – co mnie szczególnie ucieszyło – wzięliśmy udział w minifestiwalu wędzonych piw w BeerGeeku! Kontakt z czeskim kraftem sprawił, że na moją twarz powrócił uśmiech w kontekście piwa rzemieślniczego – taki, jak miałem w Polsce jeszcze dwa czy trzy lata temu. Oni jeszcze się tym bawią. Oni wciąż odkrywają. Tam nadal rzemiosło jest na etapie poszukiwań, eksperymentów i szaleństwa – to cudowne, dziewicze i romantyczne. Relację z praskiej wyprawy możecie przeczytać tutaj.

 

Kolejne tygodnie upłynęły pod znakiem odpoczynku, którego epilog stanowił wyjazd do domu rodzinnego na Boże Narodzenie, wspaniały czas spędzony z rodziną, a także szybka wizyta w 33 Kranach, Kafejeto i Sztuce Mięsa, spotkania ze znajomymi, a po powrocie do Wielkopolski – Sylwester na ostatniej takiej domówce w Poznaniu.

 

Podsumowanie

 

Rok ten obfitował w wyjazdy – głownie służbowe – ale także te prywatne: Jordania, Kazachstan czy Praga były niesamowitymi przeżyciami w cudownym towarzystwie. Jaki będzie rok 2020? Zapowiada się, że zdecydowanie mniej intensywny. Jak jednak się stanie – okaże się w praniu. Na sam koniec chciałbym wyróżnić kilka miejsc, w których zachwyciłem się pysznym jedzeniem i piwem w minionym roku, a także wspomnieć parę trunków, które utkwiły w mojej pamięci.

 

WYRÓZNIENIA I PODZIĘKOWANIA BEER, BACON & LIBERTY 2019:

2019

Multitapy i inne miejsca serwujące alkohol

 

Piwna Stopa, Szynkarnia, Pub Spółdzielczy, Piwoteka Narodowa – cztery lokale, które wiernie wspierają na zasadach partnerskiej współpracy Browar Golem – miejsca, gdzie zawsze możecie się napić piw z autorskiego konceptu, który współtworzę, a także innych fenomenalnych trunków i spędzić czas w przemiłej atmosferze oraz spotkać obsługę, która zapewnia fachowe doradztwo w zakresie piw rzemieślniczych i nie tylko.

 

Multitapy, które ugościły nas z naszym piwem: Jabeerwocky (zarówno Poznań jak i Warszawa), Fermentownia (znakomity konkurs na domowy klon naszego piwa), Ministerstwo Browaru (Gramy u Siebie – kolejna edycja już za chwilę!), Pułapka (świetna inicjatywa z Brewers Combat, a za chwilę widzimy się na Craft Beer Fieście), Dziki Wschód (Lublin to jedno z ciekawszych miejsc na mapie Polski), Kufle i Widelce (chapeau bas za inicjatywę food pairingu), Apollon (niesamowite połączenie sklepu z winylami z multitapem) i Skaal (czołowe kopenhaskie miejsce dla spijaczy kraftu). Mam nadzieję, że o żadnym nie zapomniałem!

 

Wszystkie lokale, które gościły pijany tłum po festiwalach piwnych w Warszawie, Wrocławiu i Lublinie – poza wymienionymi: U Fotografa, Browar Zakładowy, Kufle i Kapsle, Hoppiness, AleBrowar Wrocław, 4Hops, Kontynuacja, Craftova, Cześć, Artezan Pub, ś.p. Mikkeller Bar Warsaw i inne.

 

Pozostałe multitapy z poznańskiego szlaku piwnego, które zawsze przyjmą spragnionych: Dom Piwa, Wściekły Chmiel i Napiwek.

 

Cały krakowski szlak piwny, ze szczególnym akcentem na Weźże Krafta, Multi Qlti, Nowy Kraftowy, Craftownię, House of Beer, Strefę Piwa, Miejscówkę, BroPub, Beer Street, Omertę i oczywiście jedyny prawdziwy angielski brewpub – TEA Time!

 

Dwa rewelacyjne czeskie: BeerGeek Bar i Zly Casy w Pradze.

 

We wszystkich tych lokalach piłem znakomite piwa w minionym roku i muszę je wszystkie wyróżnić. Wychodźcie, Kochani, z domu i pijcie świetne kraftowe trunki w najlepszych multitapach.

 

W kategorii „inne alkohole” wyróżniam trzy lokale: łódzki Brush Barber Shop za niesamowite autorskie drinki, w tym ten z wędzoną torfem whisky i popiołem z cygara – absolutny sztos, poznański Dram, gdzie na piwnym szlaku zawsze można zboczyć na znakomite whisky lub rum oraz krakowski Mercy Brown – mimo osobliwych zasad tam panujących, serwują świetne koktajle!

 

Piwo (i cydr)

 

Zamieszczam w tym zestawieniu tylko jedno polskie piwo – i to niekraftowe – gdyż unikam oceniania kolegów z rynku, na którym bezpośrednio wspólnie działamy.

 

Oud Beersel Lambic Infused With Lapsang Souchong Black Tea – niesamowite połączenie lambika i wędzonej chińskiej herbaty – coś absolutnie unikatowego

ChorltonSolera Three – wykręcający twarz kwas, który kupiłem z polecenia Maćka Żbikowskiego – rewelacyjny

Industrial ArtsWrench NEIPA – przywiezione z USA, soczyste, delikatnie kwaskowe, wprawiające ślinanki w ruch, nieprzesłodzone

ZagovorHop Division – potężnie nachmielone IPA od sąsiadów zza wschodniej granicy

Staatliches HofbrauhausHofbrau Munchner Weisse – wzorcowy weizen pity w niesamowitej romantycznej scenerii zamku w Budziszynie

Fifth HammerIron Orchid – amerykański stout w starym stylu, z mnóstwem palonych akcentów i genialnym śliwkowym tłem, nie ulepek

3 FonteinenFramboos Oogst 2017 Blend No. 70 oraz Oude Gueze Cuvee Armand & Gaston Blend No. 69 – dwa znakomite lambiki od klasyków gatunku

Ca del Brado – Sei Montagne – kwasik infuzowany herbatą Pu Er Sheng

Toksowskaja Cidreria (On The Bones) Swiatoj Domkrat – rosyjski cydr o potężnej kwaskowości, super

panel Bottle LogicEl Duende, Paisley Cave Complex, Layers of Influence, a także:  The Lost Colony, However Improbable, Fundamental Summation, Beer Geek Observation – pierwsze trzy wymienione były najlepsze, ale ogólnie cały panel Bottle Logic – pomimo że to ulepy – zdecydowanie zapadł mi w pamięć jako smaczny w małych ilościach (w większych powodowałby zasłodzenie całkowite)

oraz na koniec:

Okocim – 0,0% – naprawdę solidne piwo bezalkoholowe – to nic, że z aromatem i z koncernu – a co?!

 

Jedzenie – Polska

 

Było tego naprawdę sporo – ale chcę wyróżnić te, które zapamiętałem najbardziej. Jakie dania i lokale wspominam do dziś? Przekonajmy się! Z góry przepraszam, że nie mogłem umieścić wszystkich miejsc serwujących przepyszne dania.

 

Butchery and Wine (Warszawa) – to tu zjadłem pierwszy raz stek z wołowiny Wagyu – doznania niesamowite, mięso, które ma konsystencję niemalże masła, nic nie jest w stanie tego przebić, absolutnie.

Przyjemność (Poznań) – tu to chyba nie trzeba tłumaczyć – najlepsza pizza w Poznaniu, zabieram tam wszystkich gości z innych miast i jeszcze nie zdarzyło się, by ktoś narzekał  – tak trzymać!

Proste Żarcie (Modlniczka k. Krakowa) – znakomita pizza w każdej wersji plus piwo z Pracowni Piwa w lokalu przy browarze – czego można więcej chcieć?

Figa (Poznań) – rewelacyjna walentynkowa kolacja z przegrzebkami i boczkiem confit w roli głównej, idealny fine dining.

Kuchnia PoWolność (Poznań) – miejscówka wegetariańska na blogu radykalnego mięsożercy?! A jak! Jadłem tu najlepszy bezmięsny gyros, który mógłby spokojnie stawać w szranki z najlepszymi w tej kategorii. Do tego znakomita zupa cebulowa!

Byczyn (Poznań) – druga wegeknajpa to miejsce, gdzie spróbowałem pierwszy raz Beyond Burgera, który z powodzeniem może zastąpić wołowy kotlet – polecam.

Na Winklu (Poznań) – jeśli na pierogi, to przede wszystkim tam – rewelacyjne ruskie, z mięsem, kapustą i grzybami, czy też sezonowe z bobem.

Mandu (Gdańsk) – a skoro mowa o pierogach, to w Trójmieście lepszych nie znajdziecie niż właśnie tu.

Molam (Kraków) – fantastyczne autorskie kompozycje z azjatycką duszą – tam trzeba koniecznie zajść.

Taj (Kraków) – cudowna uczta wielu smaków w tajskim klimacie, zdecydowanie warto odwiedzić.

Mazel Tov (Białystok) – znakomita żydowska kuchnia i przewspaniałe wina w sercu Podlasia.

Show (Zielona Góra) – świetna autorska kuchnia, na czele z pysznym tatarem.

 

Jedzenie – zagranica

 

Pominąłem w zestawieniu domową kuchnię, jaką raczyła nas gospodyni w kazachskich Satach, a była przepyszna (genialne manty i baursaki).

 

Hashem (Amman, Jordania) – miejsce, gdzie można najeść się do syta za kilkanaście złotych, a serwują tu pierwszej kategorii hummusy, falafele i kiszonki – legendarna lokalizacja w stolicy Jordanii.

Beit Sitti (Amman, Jordania) – przewspaniałe warsztaty kulinarne ze znakomitymi prowadzącymi, mnóstwo wyniesionej wiedzy i rewelacyjne jedzenie według tradycyjnych receptur oraz sklepik z przyprawami.

Al-Quds (Amman, Jordania) – najlepsze falafele na świecie.

Sufra (Amman, Jordania) – przepyszny kubbeh lamaneyeh, kelner w stroju z „Baśni tysiąca i jednej nocy” i świetny klimat na randkę.

BierCab (Barcelona, Katalonia) – wspaniały tatar z wołowiny Wagyu i świetne piwa, w końcu to multitap!

Targ Rybny (Bergen, Norwegia) – jeżowce, kraby, wieloryby, ryby i inne morskie stwory – wszystko świeże, a czasem nawet żywe – raj dla rybożerców.

Qarlygash Cafe (Ałmaty, Kazachstan) – konina w Kazachstanie jest wszechobecna, a tam zjadłem świetną sałatkę z tym pysznym mięsem.

Zeleny Bazar (Ałmaty, Kazachstan) – tylko tu wypijecie niepasteryzowane zsiadłe mleko wielbłądzicy lane z wiadra plastikowym kubkiem…

Line Brew (Almaty, Kazachstan) – piwo słabe, za to mają szafę z dojrzewającą wołowiną i steki z tejże!

Kiszłak (Almaty, Kazachstan) – świetne szaszłyki i inne mięsa

Zur Krautermuhle (Burg, Niemcy) – ulokowana przy pięknych terenach spacerowych restauracja ze znakomitym mięsem i świetnymi rybami

Zum Haseneck (Budziszyn, Niemcy) – restauracja specjalizująca się w królikach i zającach – świetna inna opcja na mięso – spróbowałem zająca w czerwonym winie z modrą kapustą – rewelacja.

Bier & Bierli (Wiedeń, Austria) – podwójna porcja żeberek z frytkami, trzema sosami i świetnym lagerem wiedeńskim zadowoli każdego mięsożercę i piwożłopa.

Figlmuller (Wiedeń, Austria) – jeśli na oryginalny, ogromny Wienerschnitzel, to tylko tam.

Cafe Schwarzenberg (Wiedeń, Austria) – pyszna „Bomba Mozarta” i cudny kameralny koncert skrzypcowo-fortepianowy

Mezi Srnky (Praga, Czechy) – nie lubię śniadań na słodko, ale ich gryczane pankejki z owocami i orzechami zadowoliły nawet takiego niesłodziaka jak ja

Amuni (Praga, Czechy) – zupełnie wyjątkowa, niespotykana pizza – zapewniam, że takiej nie zjecie nigdzie indziej

Satsang (Praga, Czechy) – świetny Beyond Burger i niezły pad thai – za grosze

Kofein (Praga, Czechy) – fantastyczna kaczka hoisin serwowana w wielkiej bułce a’la bao

Lotnisko w Boryspolu  (Boryspol/Kijów, Ukraina) – tu pojawia się na Waszych twarzach jedno wielkie WTF – ale tak, można tam zjeść znakomite sało, czyli tradycyjną ukraińską słoninę z chrzanem i ciemnym pieczywem – polecam gorąco.

Puzata Hata (Kijów, Ukraina) – niby każdy zna, ale warto wspomnieć – trzydaniowy obiad w cenie jednej kawy specialty w nowoczesnej kawiarni – domowo i pysznie. Weźcie pierogi i barszcz.

 

Miejmy nadzieję, że rok 2020 przyniesie równie dużo doskonałych piw i posiłków, a kreatywność autorów nie da się zamknąć w sztywne rynkowe ramy, mimo których będą oni mogli pozwolić sobie na odrobinę szaleństwa. Wszystkim Wam – a właściwie nam – życzę, abyśmy nadal mogli eksplorować niezbadane terytoria, odkrywać to, co nowe, dziwne i piękne, oraz mogli dzielić się z najbliższymi wspaniałymi doznaniami smakowymi. Szczęśliwego Nowego Roku!

Mega podsumowanie roku 2019 + wyróżnienia Beer, Bacon & Liberty

Weekend w Pradze – najeść się (i napić) szczęściem

Ostatnio doszedłem do wniosku, że Praga jest zagranicznym miastem, w którym bywam najczęściej. Tamże też wybraliśmy się z moją partnerką na urodzinową wyprawę, której sercem był świetny koncert szwedzkiego zespołu metalowego Cult of Luna. Nie zabrakło jednak podczas praskiej eskapady czasu na eksplorację piwno-gastronomiczną tamtejszych lokali. Co więc nowego i… starego odwiedziłem podczas tego krótkiego wypadu? Oto rzucam przed Wasze oczy podsumowanie moich wrażeń z minionego weekendu.

Jako że wyjechaliśmy w piątek po południu, na miejsce dotarliśmy przed północą. Niby przypadkiem najbardziej dogodny nocleg zarezerwowałem w Gallery Hotel SIS, znajdującym się w sąsiedniej ulicy do darzonego przeze mnie sentymentem pubu Zlý časy. W związku z tym, jeszcze przed snem poszliśmy popróbować, co tam nowego na kranach leją w tym legendarnym miejscu. Co prawda bowiem sezon piwnych festiwali się zakończył, to jednak wątroba birgika próżnować nie lubi. Jako że serdecznie dosyć mam nowofalowych soczkowych IPA, na początku wieczoru postawiłem na klasykę. Jak złoto wjechał Prostě ležák z lokalnego browaru Bad Flash. Wszystko tu było na miejscu: rześkość, wytrawność, goryczka, świeżość czeskiego chmielu. Znakomity pils na początek krótkiej czeskiej przygody. Niestety, zachwytów zabrakło przy reprezentancie browaru Permon. Pijąc Zaříkávač chmele czułem się, jakbym wrócił wprost do roku 2013. Ciężka, karmelowa słodowość i ziołowa goryczka. Czechom – jak się dowiedziałem – piwo to bardzo smakuje, jednak sam 330 ml dopiłem bez większej przyjemności. I to tyle z degustacji piątkowych – więcej miało nadejść nazajutrz…

Sobotnie gastromomenty zaczęliśmy od wizyty w pobliskim Dhaba Cafe, gdzie pośród ciekawego, przyjemnego wystroju (porcelanowe filiżanki i spodeczki przyklejone do ścian) można napić się kawy i zjeść śniadanie. Nie liczcie tu na jakieś fajerwerki pokroju specjalistycznych ziaren z mikropalarni, jednakże tutejsze espresso czy cappuccino może wam uratować poranek. Co do śniadań, wzięliśmy różnego rodzaju tosty. Tu zaznaczę, że dostępne są jedynie opcje bezmięsne. Pieczywo zapiekane z serem żółtym oraz wersja z camembert smakowały porządnie, gorzej z dodatkiem w postaci sałatki. W jednej z porcji chyba komuś się trochę przelało oliwy, a obie były wyraźnie przesolone. Jako że swoją miłość do soli zakończyłem gdzieś w okolicach matury (niektórzy do dziś pamiętają, że w liceum jadłem sól z frytkami, a nie na odwrót), to jednak mi to trochę zepsuło ogólne wrażenie posiłku. Na plus na pewno zaliczyć można panujące tu niskie ceny. Za dwa śniadania i dwie kawy zapłaciliśmy 37 złotych. Dalej było tylko lepiej.

W Pradze postanowiłem też zaopatrzyć się w produkty lokalnych palarni kawy. Mając niewiele czasu, kierowałem się głównie odległością. Na pełnych przepięknych kamienic Vinohradach znalazłem lokal firmowy La Bohème, którego wystrój raczej przywodził na myśl wiedeńskie kawiarnie urządzone pod turystów niż znane nowoczesne motywy, jednak w środku można było zakupić rzemieślnicze kawy rodzimej produkcji oraz różnorodne herbaty, w tym także piękne zestawy prezentowe oraz wszelakie kawowe sprzęty. W odległości pięciu minut pieszo mieści się jeszcze palarnia Dos Mundos, z której przywiozłem kolejne ziarna oraz zestaw niszowych czekolad z ciekawymi dodatkami, takimi jak anyż, biały pieprz czy ziarna kakaowca z solą. Trzecia miejscówka w okolicy to polecana przez wszystkie internetowe przewodniki kawiarnia Mezi Srnky, gdzie musieliśmy chwilę poczekać na wolny stolik. Oczekiwanie wykorzystaliśmy, aby udać się do Vom Fass – leżącego nieopodal punktu sprzedającego destylaty, nalewki, octy i oleje w przeróżnych smakach, dozowane wprost z kranu ze szklanych pojemników do wybranych przez siebie opakowań. Doskonały pomysł! Zobaczywszy nalewkę marakuja/habanero nie mogłem się oprzeć i zakupiłem flaszkę do domu. Gdy wróciliśmy do wspomnianej wcześniej kawiarni, zdecydowaliśmy się zamówić lunch oraz… kupić kolejne ziarna kawy, gdyż Mezi Srnky to lokal partnerski praskiej palarni Candycane Coffee. Jeśli chodzi o jedzenie, zdałem się na rekomendację pomocnej kelnerki, która to zaproponowała gryczane naleśniki w amerykańskim stylu, okraszone bekonem, owocami, orzechami, ziarnami i miodem. Wiecie dobrze, jaki mam stosunek do słodyczy, jednak mimo to zdecydowałem się dać szansę specjalności zakładu. Pomimo, że to nie jest mój comfort food, zjadłem zaserwowane mi danie ze smakiem. Same naleśniki były puszyste w środku i przypieczone z zewnątrz, wyraźnie gryczane w smaku, a mnogość ziaren i orzechów zapewniła przełamanie słodyczy pochodzącej z konfitury i miodu. Wiedząc, jak łatwo się mogę „zasłodzić” takim rogiem obfitości, do popicia zamówiłem kieliszek śliwowicy i butelkę niesłodzonej kombuchy z imbirem – wyborne! Właściwie to naładowałem się energią i smakiem na cały dzień, a przecież jeszcze tyle zostało do spróbowania! Justyna z kolei skusiła się na otwartą kanapkę z awokado i kiełkami, wzbogaconą o dodatkowe jajko sadzone, a także na domową lemoniadę z owocami leśnymi. Możemy oboje polecić Mezi Srnky jako miejsce, gdzie klient zje bardzo smacznie i ciekawie oraz napije się rzemieślniczych napitków wszelakiej maści. Nie wspomniałem jeszcze, iż na miejscu kupicie również ciekawe herbaty oraz domowe konfitury. Absolutnie zasłużona rekomendacja Beer, Bacon & Liberty!

Przed wieczornym koncertem mieliśmy jeszcze rezerwację w restauracji Satsang – którą Justyna znalazła jako najwyżej ocenianą miejscówkę wegetariańską. Oprócz jedzenia, zamówiliśmy butelkę rieslinga, jednak nie otrzymaliśmy jej „do wglądu”, lecz od razu przelaną do dużej karafki. Dziwna praktyka. Wino może z nóg nie powalało, ale jako popitka do jedzenia sprawdziło się wybornie. Przyznam, że po lunchu w Mezi Srnky byliśmy dość najedzeni, więc tym razem postawiliśmy na jedną wspólną przystawkę i dwa dania główne do podziału. Na początek na stole pojawił się zestaw czterech mezze w postaci marynowanych buraków z korzennymi przyprawami, pieczarek w occie i dwóch past: warzywnej oraz hummusu – podawanych z chlebkiem pita oprószonym zatarem. Moje pierwsze zdziwienie to fakt, że warzywa dostaliśmy z octu, a nie kiszone, do czego jestem raczej przyzwyczajony zamawiając mezze w bliskowschodnich lokalach, ale i tak smakowały na tyle dobrze, że podobne korzenne buraczki zrobię niedługo w domu. Pasty jak na moje oko wyszły im za rzadkie i mało intensywne w smaku. Do hummusu w Ammanie tutejszy się nie umywał – ani nawet do mojego domowego. O wiele lepsze wrażenie zrobiły na nas dania główne. Beyond Cheeseburger, czyli buła z zamiennikiem mięsa który znam już z poznańskiej restauracji Byczyn, nie zawiódł. Jest to zdecydowanie najlepszy substytut wołowego kotleta jaki jadłem i kolejny raz się utwierdziłem w tym przekonaniu. Smak i tekstura bez zastrzeżeń, podobnie jak akompaniujące główne danie frytki z autorskim sosem. Drugą wypróbowaną przez nas pozycją z długiego menu był pad thai z tofu, w którym smak ostry świetnie współgrał z kwaśnym, a jedyny mały minus stanowiła duża ilość surowego szczypioru, który jednak można było sobie dozować. Najbardziej zaskoczyła nas jednak cena. Dwa obiady z przystawką i butelką wina za 100 złotych? Cena jak marzenie.

Wieża telewizyjna na Žižkowie

Po tym obfitym posiłku udaliśmy się na koncert Cult of Luna w Palác Akropolis. Przemierzając pieszo trasę przez Vinohrady i Žižkov, mijaliśmy świąteczny jarmark, na którym można było się m.in. napić grzańca, zjeść kiełbasę z rusztu czy delektować tradycyjnym praskim trdelníkiem. Impreza na Placu Jerzego z Podiebradów ma dużo mniejszy rozmach niż Betlejem Poznańskie na Placu Wolności, ale również przyciąga tłumy mieszkańców. Po dwugodzinnej uczcie muzycznej w towarzystwie belgijskiej kapeli Brutus oraz szwedzkich gwiazd z Cult of Luna, zdecydowaliśmy się jeszcze na wizytę w BeerGeek Bar, gdzie mogłem się napić pożegnalnego piwa. Wszak w niedzielę musiałem prowadzić auto do Poznania, tak więc była to ostatnia szansa na poczynienie alkoholowych notatek.

Wspomniany pub znam z niejednej mojej wizyty tamże, jednak tym razem udało mu się zaskoczyć mnie pozytywnie po raz kolejny. Oto z okazji mikołajek zorganizowano tam imprezę o nazwie „Po čertech nakouřená piva”, co poskutkowało tym, że na tablicy zaroiło się od piw z dymnymi nutami. Przy obecnych trendach w Polsce jest to nie do wyobrażenia! Pół tablicy wędzonek! Czy ja śnię?! Jakby tego było mało, obok widniały piwa z szalonymi dodatkami, dziwne style i… tylko jedno NEIPA. Poczułem się jakbym wsiadł w wehikuł czasu i wylądował w raju kraftowej czasoprzestrzeni. Czesi są jeszcze na tym etapie zakochiwania się w krafcie, że takie rzeczy ich kręcą. Jak strasznie im tego zazdroszczę i jak mocno tęsknię za tymi czasami w Polsce! Zamówiłem od razu kilka pozycji w pojemnościach degustacyjnych, żeby zanurzyć się w tym morzu dobroci na amen. Na pierwszy ogień poszedł Flamin’ Fruitloops z praskiego parabrowaru* First Order. Jest to kwas z morelami i papryczkami chipotle, a więc aromat dymny miały wnieść właśnie one. Wrażenie, jakie pozostawił po sobie ten trunek, to mocno owocowy smak, duża pijalność i delikatniusi zing na języku od papryczek na samym końcu. Dałbym oczywiście więcej chipotle, bo na moje przejarane kapsaicyną podniebienie niewiele go tu czuć. Obecność papryczek jednak odnotowałem, co oznacza, że dla wielu osób to piwo będzie zapewne zbyt pikantne lub gryzące. Pomimo że nut dymnych jakoś nie uświadczyłem, to jest w tym piwie coś pięknego – Flamin’ Fruitloops zostaje w ustach – tańczy na języku, gryzie, szczypie, jest jakieś! Dokładnie takie, jak powinien być kraft w założeniu. Jako drugi wjechał Uzený bock bez kosti z browaru Mazák. Jest to czeska interpretacja klasycznego wędzonego koźlaka – czyli stylu przeze mnie uwielbianego, którego niestety w Polsce praktycznie nikt nie warzy. Poza lekką siarką w aromacie, wszystko było tu tak jak lubię: solidna wędzonka w bawarskim stylu, wytrawność, bąbelki na języku, leciutka słodowość, ale brak mulącej słodyczy. Tak bardzo brakuje tego typu piw na półkach sklepowych. Trzecia próbka to kooperacja niemieckiego Freigeist Bierkultur oraz jordańskiego Carakale, z którego piwa miałem okazję pić podczas zeszłorocznej podróży do Ammanu i okolic. Jest to gose z dodatkiem anyżu i sumaku. Cóż – dodatki gdzieś się schowały mocno w tle. Nawet charakterystycznej anyżowej nuty próżno było się doszukać w tym dość generycznym gose. Lekki zawód. Podczas moich degustacji i ciumkania nad deską z próbkami, Justyna zamówiła puszkę Nitro Latte z norweskiego browaru Lervig, które mocno dawało aromatem ciemno palonej kawy, w smaku zaznaczała się słodycz, a aksamitną fakturę zapewniało wysycenie azotem. Solidny słodki stout przełamany kawową palonością. Nie mój styl, ale doceniam wykonanie. Największe oczekiwania i ciekawość rozbudził we mnie kran z lambikiem infuzowanym dymioną herbatą lapsang souchong, uwarzonym przez klasyków z Oud Beersel. Nie zawiodłem się ani trochę. Charakterystyczna wędzona nuta chińskiej herbaty doskonale współgrała z kwaśnym, owocowym charakterem piwa bazowego. Jest to na pewno jeden z najciekawszych trunków, jakie piłem w życiu – i jednocześnie jeden z lepszych. Na pewno nie będzie to piwo, o którym szybko zapomnę. Genialne połączenie! Ostatnie trzy sample rozpoczynał Smoked Cannabis Lager z BrewTeam, czyli wędzone piwo dolnej fermentacji z konopiami. Aromatu zioła czuć nie było, a i wędzonka jakaś taka nijaka. Zmarnowany potencjał. Kolejne szkło degustacyjne to jedyne NEIPA na barze, czyli wypust miejscowej Sibeerii pod tytułem Mist Over River. Tak jak nie lubię tego stylu, tak wspomniana pozycja pijalność ma kolosalną. 150 ml wypiłem dosłownie jednym duszkiem. Tylko – no właśnie – czy takie ma być piwo? Smaczne ale bezrefleksyjne? Czy pijalność ważniejsza jest od ciekawości? To już temat do rozważań, który zapewne pociągnę w kolejnym felietonie. Tasting zakończyłem Sourberry – kwasem z dziką różą i świerkiem z browaru Falkon. Filozofia tego kontraktowca jest mi bliska, gdyż starają się robić piwa ciekawe, w których coś się dzieje. Pamiętam, że kilka lat temu piłem od nich znakomite wytrawne i gorzkie double IPA. Smakował mi też ich RIS oraz black IPA. W przypadku wspomnianego kwasa w sumie nie było wielkiego szału, ale na zakończenie imprezy smakowało jak trzeba. Solidne 3/5. Podsumowując wizytę w BeerGeek Bar, żałuję, że na polskim rynku nie ma już miejsca na takie szaleństwo, na które mogą sobie pozwolić kraje, które kraft zaczęły poznawać później niż my. A może jeszcze jest nadzieja? Który pub ma ochotę na coś w stylu tutejszych wędzonych mikołajek? No, śmiało! Wesprę taką inicjatywę bardzo chętnie!

W niedzielę postanowiliśmy trochę pochodzić po Starym Mieście, więc udaliśmy się na dwugodzinny spacer przeciskając się pomiędzy turystami, podziwiając świąteczne dekoracje i oświetlenia oraz bożonarodzeniowy jarmark na płycie rynku. Pod Klausową Synagogą na Josefowie zjedliśmy trdelník oraz kupiliśmy gliniane figurki golema, z których jedna będzie ozdobą stoiska Browaru Golem podczas piwnych festiwali, a druga stanie w poznańskiej Dżungla Cafe.

Zanim jednak zebraliśmy się na wspomniane piesze wędrówki, trzeba było coś wypić i zjeść. Rezerwację na lunch mieliśmy na 13:00, a jako że późno wstaliśmy, bez sensu było najadać się na śniadanie. Zrezygnowaliśmy więc – niestety – z zaplanowanej wizyty w polecanej przez Michelin piekarni Eska. Zajrzeliśmy jednak obok – do kawiarni Můj šálek kávy – w której gościłem kolejny raz. Jak zwykle zamówiłem deskę degustacyjną w postaci trzech kaw przelewowych, które akurat były dostępne i wziąłem udział w zabawie polegającej na zgadywaniu proweniencji ziaren. Naładowani kofeiną pojechaliśmy do Amunì – pizzerii mieszczącej się po drugiej stronie Wełtawy, mającej reputację wyjątkowej. Niektórzy piszą nawet o najlepszej pizzy w tym regionie Europy. Przywitała nas załoga całkowicie włoska, a pizza, którą otrzymaliśmy, nie przypominała niczego, co mogłem próbować w Polsce. Grube, ale bardzo lekkie, mocno napowietrzone ciasto robione na zakwasie z pełnoziarnistej mąki pszennej, przypominało bardziej delikatną bułkę niż ciasto do pizzy. Skusiliśmy się na dwie pozycje z sekcji gourmet (mają naprawdę duży wybór kompozycji pizz!): mozzarella buffala i pomidorki cherry (1), a także surowa szynka, burrata, chutney figowy i mozzarella fior di latte (2). Tu trzeba dodać, iż wszystkie składniki używane w lokalu mają certyfikat Slow Food, którą to filozofię szanuję i wspieram. Placki wjechały podane pokrojone na małe kawałki przypominające nieco bruschetty. Ciasto, jak wspomniałem, było niesamowicie delikatne i pełne pęcherzy powietrza, a dodatki najwyżej jakości. Nasze talerze opustoszały w mig. Mogę z całego serca polecić to miejsce, choć niestety trzeba przyznać, iż jest to jedna z najdroższych pizz, jakie jadłem w naszej części Europy. Moja kompozycja z figami kosztowała w przeliczeniu 60 złotych. Warto jednak choć raz w życiu pójść do Amunì i spróbować ich filozofii smaku. Nigdzie indziej w pobliżu czegoś takiego nie dostaniecie.

Finałowy akt gastroeksploracji miał miejsce w restauracji Kofein, mieszczącej się – a jakże – na Vinohradach. Na początek zamówiliśmy trzy gorące tapasy. Pieczona macka ośmiornicy z paprykowym sosem romesco to znakomity start uczty, pobudzający apetyt i rozniecający oczekiwania co będzie dalej. Równie świetnie smakował zapieczony z tymiankiem i tamaryndowcem kozi ser, serwowany w akompaniamencie bardzo ciekawej sałatki z pak choia i gruszki. Trzeci tapas to pyszne krokiety ziemniaczane w chrupiącej panierce, do których otrzymaliśmy sos z sera pleśniowego i pietruszki. Nie sposób nie wspomnieć także o wypiekanym na miejscu pieczywie, które jest pyszne i samym nim można się najeść zanim dostaniemy przystawki. Danie główne zamówiliśmy jedno: była to duża, podłużna bułka przyrządzana na parze, trochę w stylu bao, z szarpaną konfitowaną kaczką podaną w sposób orientalny. W tym azjatyckim paraburgerze znalazło się miejsce dla modrej kapusty, pak choia, prażonej cebulki oraz mieszanki sosów z tajskiej bazylii oraz hoisin. Ta unikatowa kompozycja smaku autorstwa tutejszych kucharzy zdecydowanie warta jest mojego polecenia! Na koniec dopchaliśmy się przepysznymi churrosami, które były tak lekkie i delikatne, jak nigdzie indziej, a także wspaniale kwaskowymi lodami z rokitnika. Wizyta w Kofein z przytupem zakończyła nasz krótki praski wypad. Wróciliśmy najedzeni, napici i szczęśliwi. Oby więcej takich wypraw!

Podsumowując, jak zauważyliście, większość naszych kulinarnych momentów spędziliśmy w okolicach Vinohrad, którą to dzielnicę mogę z całego serca rekomendować wszystkim zapalonym foodies. Znajdziecie tu znakomitą kawę, śniadania, lunche, desery, rozmaite alkoholowe i bezalkoholowe napoje, a także doskonałe obiady właściwie w każdym stylu. Zahaczcie także koniecznie o pizzerię Amunì po drugiej stronie rzeki, w dzielnicy Břevnov. Warto dopłacić te parę złotych za trochę inne podejście do pizzy niż najczęściej panujące wariacje na temat Rzymu, Neapolu czy Nowego Jorku. Najbardziej jednak zazdroszczę Czechom miejsca, w którym obecnie znajduje się ich kraft. Wydaje się, że jest to ten szczytowy punkt fascynacji – pogoni za czymś niespotykanym, dziwnym, nowym… Krany pełne wędzonek, anyż, sumak, konopie, świerk i dzika róża… To wszysktko w samej Pradze, w jednym lokalu. A przecież w Ostrawie i w Brnie lał się golemowy Exp. 002, czyli flanders brown ale leżakowany w beczce po Laphroaigu! Oni jeszcze nie dotarli do tego miejsca w czasie, kiedy zblazowani birgicy będą chcieli jedynie napić się nieprzeszkadzającego nikomu w odbiorze słodkiego IPA. Czechy potrafią sprawić, że znów się czuje tę magię kraftu, która nad Wisłą już dawno zginęła… A przecież oprócz tego na każdym kroku są naprawdę świetne, wytrawne, goryczkowe pilsy i lagery. Coś się dzieje na podniebieniu! Mam nadzieję, że niedługo wrócę do Pragi, by dalej eksplorować tamtejszą scenę gastronomiczną i piwną. Zostało tak wiele do odkrycia! Na pohybel nudzie!

* browaru kontraktowego

Weekend w Pradze – najeść się (i napić) szczęściem

Wyzwanie: Weekend w Wiedniu z Mamą!

sdr

Zazwyczaj w podróż udaję się sam, z Ukochaną lub ze znajomymi. Nadarzyła się jednak ostatnio szansa, by spróbować czegoś nowego i jednocześnie wymagającego – urodzinowa podróż do Wiednia z Mamą, zorganizowana przeze mnie z okazji Jej okrągłego jubileuszu. Być może dla wielu z Was nie jest to nic niezwykłego, jednak zanim przejdę do opisu naszego weekendu, muszę napisać kilka słów tytułem wstępu. Otóż, pomimo wielu podobieństw charakterologicznych, nasze preferencje różnią się totalnie, zwłaszcza jeśli chodzi o podróże. Dość powiedzieć, że moja Mama nigdy nie jeździ na wyjazdy „na własną rękę”, lecz zawsze korzysta z pakietów oferowanych przez biura podróży, śpi w drogich hotelach, a wszystkie atrakcje ma zagwarantowane i zaplanowane za nią. Na miejscu nie musi się o nic martwić, ani nic planować. Turystyczny mainstream, od którego zawsze trzymałem i będę się trzymał z daleka. Na pewno to znacie. Dorożki i bryczki kontra wielokilometrowe spacery. Witryny sklepów uznanych projektantów konta schowane przed masową turystyką kurioza. Restauracje z pierwszych stron przewodników kontra autorska i rzemieślnicza kuchnia. Krupówki kontra schodzenie do piwnic pełnych kości. Drinki z palemką kontra rzemieślnicze piwo w nowofalowym pubie. Kawa w sieciówkach z ładnym wystrojem kontra surowa alternatywa z dobrym ziarnem. Ogień i woda. Konflikt murowany. Przynajmniej – interesów. Największym sukcesem wyjazdu było więc to, że – mimo tak odmiennych upodobań – nie pokłóciliśmy się i wróciliśmy do Polski zadowoleni i szczęśliwi. To chyba cieszy mnie najbardziej w związku z wiedeńską eskapadą.

Wszystko zaplanowałem już jesienią, aby 13 grudnia – w urodziny Mamy – wręczyć Jej, jak gdyby nigdy nic, przewodnik po Wiedniu. Dlaczego w ogóle stolica Austrii? Mama zawsze mówiła, że chciałaby polecieć do jednego z klasycznie pięknych europejskich miast. Zazwyczaj wspominała o Wenecji, jednak tę destynację na prezent wybrała już przyjaciółka Mamy, a więc musiałem poszukać czegoś innego. Tradycyjnie zacząłem poszukiwania atrakcyjnych cenowo lotów z Polski i wpadł mi w oko Wiedeń, gdzie byłem jako nastolatek i niewiele z tego pamiętam, a Mama nie widziała stolicy Austrii nigdy. Szybka decyzja, bilety zabukowane, niezły hotel w ścisłym centrum i w dobrej cenie znaleziony (Riess Hotel przy Turkenstrasse) – można konstruować itinerariusz.

Starałem się połączyć to, co piękne dla mojej Mamy, z tym, co interesujące dla mnie. Zapytałem więc zawczasu, jakie punkty zaznaczyła jako konieczne przystanki podczas naszej podróży w ofiarowanym przeze mnie przewodniku. Przeprowadziłem analizę czasową oraz dodałem to, co interesuje mnie. Musiałem pamiętać, że tempo zwiedzania Mamy jest dużo wolniejsze niż moje oraz że dwa i pół dnia (przylecieliśmy w piątek po południu, a wracaliśmy w poniedziałek rano) to za mało, by wszystko zobaczyć. Uważałem równocześnie jednak, że czasu wystarczy, by się paroma rzeczami zachwycić, nawet jak kilka z nich przegapimy (ostatecznie nie udaliśmy się ani do Belwederu, ani do Schönbrunn, ani nie weszliśmy do wielu muzeów czy galerii sztuki). Jestem podróżnikiem emocjonalnym i tzw. efekt wow jest dla mnie o wiele ważniejszy, niż szczegółowe opisy, czy poznawanie historii sztuki lub techniki wykonania. Godzinne gadanie przewodników o tym, do czego służyła ta i ta miska, albo jak kreski stawiał dany malarz, to właśnie to, co mnie w szczenięcym wieku zniechęcało do zwiedzania. Nudy. Dlatego do dziś wolę eksplorować sam. Skupiam się wtedy na tym, co ważne dla mnie – na emocjach. Liczy się to, czy mnie dana rzecz zachwyca, intryguje, prowokuje do myślenia, czy powoduje, że moje serce bije szybciej lub czy myślę o niej parę dni po ekspozycji. Tak jak chociażby drzewo zrobione z łusek pocisków karabinowych, które widziałem kiedyś w Londynie. Technikalia zawsze były dla mnie nudne i powodowały, że przebierałem nogami, aby iść dalej. Jesteśmy w tym z Mamą chyba podobni, sęk jednak w tym, że zachwycają nas inne rzeczy, o czym pisałem we wstępie.

cof

Pierwsze kroki skierowaliśmy do restauracji Figlmüller, która mignęła mi w jednym z filmów na YouTube jako ta, gdzie trzeba się udać, by skonsumować prawdziwy i oryginalny wiedeński sznycel. Takowe oczywiście serwowane są tu praktycznie wszędzie, jednak zaufałem oglądanemu programowi. Miejsce to istnieje od ponad 110 lat i – jak powiedział nam kelner – jest de facto starą winiarnią, która specjalizuje się w kuchni regionalnej. Sznycel, który dostaliśmy, był ogromny, a jego rozmiar potęgował talerz mniejszy od dania, co jest oczywiście znanym trikiem. Do tego zamówiłem tradycyjną sałatkę ziemniaczaną. Próbowałem namówić Mamę, by wzięła coś innego i abyśmy się wszystkim podzielili po połowie, stawiając wszystko na środku stołu, jednak zapomniałem, że nie jestem na spotkaniu foodies w miejscówce z przewodnika Gault & Millau.  Warto też dodać, że moja Mama jest raczej niejadkiem, do tego wybrednym – z długą listą rzeczy których nie je, i zwykle jeszcze musiałem dojadać Jej porcje. Sznycel był pyszny, z chrupiącą panierką i okraszony ćwiartką cytryny. Figlmüller spełnił oczekiwania!

hdr

Jako że powoli zaczynało się ściemniać, poszliśmy spacerem przez starówkę, zahaczając o zachwycający Kościół Jezuitów, którego późnobarokowe wnętrze zapierało dech w piersiach. Niestety dla zdjęć, w środku panował półmrok, z gdzieniegdzie palącymi się świecami i punktowym oświetleniem. Dla ogólnego wrażenia stanowiło to jednak niewątpliwą zaletę. Następnie udaliśmy się do najbardziej centralnego punktu każdej wiedeńskiej wycieczki, czyli Katedry Św. Szczepana, wokół której gromadzili się woźnice stojący przy swych fiakrach, nagabując turystów na przejażdżkę za miliony monet. Mama przez dwa dni bardzo chciała wpaść w tę turystyczną pułapkę, a kiedy już się poddałem i trzeciego dnia sam zaproponowałem pójście na rękę, jednak się rozmyśliła. Wszak do tego czasu zdążyliśmy zobaczyć wszystko pieszo i nie miało to już sensu. W samej katedrze najbardziej interesowała mnie oczywiście krypta i ossuarium, jednak na zwiedzanie było już za późno, więc musieliśmy je przełożyć na kolejny dzień.

W sobotę udaliśmy się ponownie na Stephansplatz, by się następnie… rozdzielić. Mama poszła oglądać wystawy u Diora i Prady, a ja – trumny, urny i kości w podziemiach katedry. Umówiliśmy się, że spotkamy się za pół godziny przed wejściem do katedry i każdy zajął się tym, co mu sprawia przyjemność. Chyba dobry kompromis? Katakumby kryją kilka pomieszczeń. Najpierw mamy podziemną kaplicę oraz miejsce spoczynku biskupów, następnie miedziane urny z zakonserwowanymi w alkoholu wnętrznościami zmumifikowanych Habsburgów oraz trumny ze zwłokami księcia Rudolfa, jego żony oraz kilku innych członków rodziny. Następnie przeszliśmy do drugiej części, gdzie spoczywają szczątki dawnych mieszkańców miasta wśród pozostałości po drewnianych trumnach oraz kości i czaszki ofiar epidemii dżumy. Znakomity klimat dla każdego mrocznego romantyka. Wcześniej z kolei udało mi się zwiedzić kryptę Habsburgów w Kościele Kapucynów. Znajdują się tam ciała członków rodziny cesarskiej sięgające odległych stuleci, a wielbiciele sztuki funeralnej mogą podziwiać dizajn trumien od okresu neoklasycyzmu aż po czasy współczesne. Barokowe sarkofagi stylizowane na pirackie statki z czaszkami u dziobu wprawiły mnie w niebywały zachwyt. Miód na moje czarne serce.

sdr

Wracając do piątku, idąc dalej drogą prowadząca od Katedry do Opery, zajrzeliśmy do sklepiku holenderskiego serowara – Henriego Williga. Na miejscu mogliśmy spróbować wielu odmian sera, a także przyprawowych wariacji na jego temat. Najbardziej do gustu przypadły mi dojrzewające kilka lat sery owcze i kozie, o intensywnym zapachu, wyrazistym, ostrym smaku i twardej, ziarnistej teksturze. Takie doznania sensoryczne powodują wzmożoną pracę ślinianek. Uwielbiam to uczucie.

hdr

Naprzeciwko opery znaleźliśmy otwartą do późna kawiarnię Gerstnera, którą miałem zaznaczoną na swojej mapie miejsc wartych odwiedzenia. Niestety, drugie piętro, najbardziej zdobne i eleganckie, było zamknięte, więc usiedliśmy na pierwszym, tuż przy spiralnych schodach. Do herbaty zamówiliśmy tradycyjny wiedeński strudel jabłkowy w akompaniamencie bitej śmietany. Mimo kilku negatywnych recenzji przeczytanych w internecie na temat jakości tutejszych ciast, uważam, że strudel ten był o wiele lepszy i efektowniejszy niż te, które jedliśmy i widzieliśmy później. Mogę śmiało polecić udanie się nań właśnie tu. O ile mnie zachwycały sery, strudle i ossuaria, Mama nie mogła wyjść z podziwu nad sukienką kosztującą tyle, co nowy samochód z salonu, którą zauważyła w butiku obok kawiarni.

Na zakończenie wieczoru chciałem koniecznie odwiedzić miejsce, gdzie można napić się kraftowego piwa i idealnym wydał się browar restauracyjny 1516 Brewing Company. Niestety, w środku nie było miejsc, więc nie mogłem spróbować ich wyrobów. Stolik znaleźliśmy za to w leżącym nieopodal Stadtboden. Tam nawet niegustująca w piwie Mama skusiła się na kufelek, a ja wypróbowałem trzy austriackie wypusty firmowane przez koncern Ottakringer, a wydawane pod marką Brauwerk jako linia „crafty”. Flanders był mniej kwaśny niż niektóre nasze pale ale, IPA w miarę, porter w porządku. Wiadomo, że to nie jest prawdziwy kraft, ale dało się wypić. Mama spróbowała całkiem przyzwoitego weizena z Die Weisse.

sdr

Najważniejszym punktem wycieczki dla mojej Mamy, jako kolekcjonerki starej porcelany, była wyprawa na pchli targ odbywający się w każdą sobotę na targowisku Naschmarkt. Udaliśmy się tam z samego rana, jednak jakichś wielkich zakupów nie poczyniliśmy. Ceny okazały się wyższe, niż przewidywane. Udało się nam wynegocjować dobrą ofertę na kilka filiżanek i kielich z pozytywką do wina reńskiego. Druga część targu to sekcja żywnościowa, która mnie interesowała bardziej niż antyki. Znów degustowałem dojrzewające sery, a także słodycze sprzedawane przez imigrantów z Bliskiego Wschodu, co nieco przypomniało mi niedawne jordańskie klimaty. Niestety, Mama nie skusiła się na ucztę przy serowym fondue, którą oferował jeden z punktów gastronomicznych na skraju Naschmarktu. Od wejścia jednych odurzał, a drugich przyciągał, bardzo intensywny aromat sera. Sam spędziłbym tam sporo czasu i pojadł, ale zdawałem sobie sprawę, że dla Mamy to męczarnia, a nie przyjemność.

Jako że byliśmy już te kilkadziesiąt minut od centrum, zmienił się i krajobraz. Na ścianach budynków pojawiło się graffiti, a zamiast turystycznych miejscówek można było znaleźć nowofalowe śniadaniownie i kawiarnie. O ile ja w końcu poczułem się jak ryba w wodzie, spożywając kawową alternatywę, Mama wyrażała swoje zdegustowanie, że w Coffee Junkie siedzimy przy stole złożonym z desek, bez obrusa, a kawa podawana jest w musztardówkach z IKEI, kiedy na starówce czeka Wersal i filiżanki Rosenthala. To nic, że serwowanej tam masowej, marketowej kawy nie da się pić. Przyznam Mamie rację w jednym – jajecznica w wysoko ocenianym Budapest Bistro okazała się słaba – sucha i bez smaku.

Następnym punktem, który zaznaczyła w przewodniku Mama, była słynna Opera. Nie mówimy tu o spektaklu, a o zwiedzaniu wnętrz. Nie byliśmy przygotowani tekstylnie na obcowanie ze sztuką wysoką, a – o ile mi to nie robi różnicy – to Mamie owszem. Otrzymaliśmy informację, że zwiedzanie możliwe jest jedynie z przewodnikiem, a także, że w sobotę nie było już takiej możliwości. Ostatnia szansa to 14:00 i 15:00 w niedzielę. Odbiliśmy się więc od drzwi i zapisaliśmy powrót w to miejsce kolejnego dnia do naszego kalendarza. W niedzielę przybyliśmy do świątyni sztuki mniej więcej o 14:40. Mogliśmy wybrać oprowadzanie po angielsku, niemiecku, hiszpańsku, włosku i chińsku. Kupiwszy bilety, ustawiliśmy się więc pod napisem „English” i cierpliwie oczekiwaliśmy na przewodniczkę. Wkrótce przed naszymi oczami ukazało się audytorium ze swoimi lożami, zobaczyliśmy także scenę, backstage i foyer, jak i uginające się pod złotymi zdobieniami salki, które można wynająć sobie na prywatną herbatę podczas przerwy za „jedyne” kilkaset euro za kwadrans. Obejrzeliśmy również film przedstawiający, w jaki sposób sala adaptowana jest pod bal karnawałowy, a nawet udało się nam podejrzeć próby par przed występem debiutantów.

Przed niedzielnymi odwiedzinami w Operze, zahaczyliśmy o pałac Hofburg, w którym zwiedziliśmy ogromną wystawę sreber, zastaw stołowych i porcelany. Moja Mama, jako miłośniczka zdobnych filiżanek, w końcu poczuła się tu jak w swoim naturalnym środowisku. Gdyby były na sprzedaż, na pewno nie wyszlibyśmy stamtąd z pustymi rękami. Oprócz tej imponującej kolekcji, poznaliśmy historię cesarzowej Elżbiety – popularnej Sisi – oraz mieliśmy okazję przemknąć przez pałacowe apartamenty.

Wracając jeszcze do soboty, przed tym, jak odbiliśmy się od drzwi Opery, poszliśmy na słynny tort serwowany w kawiarni Hotelu Sacher. Sachertorte to czekoladowe ciasto przełożone masą i polane czekoladową polewą. Jako że uchodzi za numer jeden na liście rzeczy do zjedzenia w Wiedniu, przed wejściem do kawiarni ustawiają się kolejki. Nie jest to zresztą jedyne miejsce, gdzie tak to wygląda, ale o tym później. Tort Sachera można co prawda obecnie zjeść wszędzie, nawet w… Polsce, jednak ta pierwsza i oryginalna miejscówka jest właśnie tam – w położonym nieopodal opery luksusowym hotelu, gdzie ubrany w purpurowy kostium lokaj wywozi zawieszone na złotym wieszaku ubrania należące do czekających na podjeździe gości podróżujących nie WizzAirem, lecz mercedesami. Cafe Sacher padła jednak ofiarą własnego sukcesu. Pisałem już o tym w kontekście piwa, jednak zasada ta działa na każdym rynku. Gdy produkt staje się masowy, spada jego jakość. Kawiarnia ta nie musi o nią dbać, gdyż nastawiona jest na turystów, którzy z założenia przyjdą tam raz w życiu. Przychodzić będą zawsze, dopóki w każdym przewodniku znajdzie się informacja o tym, że to legendarne ciasto, które każdy musi spróbować. Produkt, który dostaliśmy, nie dorastał do pięt reputacji, którą posiada. Wysuszone biszkopty sugerujące nie pierwszą świeżość (a przecież przy takim przemiale to praktycznie niemożliwe – mrożone ciasto? Nadprodukcja na wszelki wypadek?) i paskudna kawa. Podziękuję. Jedynie wnętrze lokalu ładne. Ten przykład dobitnie pokazuje, dlaczego należy omijać szerokim łukiem miejsca oblegane przez turystów, a szukać diamentów pochowanych w piwnicach. Oczywiście, dla zaznaczenia pinezki na mapie „must-see places” może i warto, tak jak z Wieżą Eiffela czy La Scalą, ale jeśli ktoś myśli, że smak powali go na kolana – myli się.

A propos turystów, kolejek i tłumów, podobnie ma się rzecz w innych popularnych kafejkach: Cafe Demel i Cafe Central. Te dwa miejsca łączy równie zdobne wzornictwo, kelnerzy pod muchami, tradycja sięgająca czasów cesarstwa i dziesiątki Azjatów czekających w kolejce na stolik. Ostatnio wpadł mi w oko artykuł opisujący inwazję turystów zza Uralu na Europę, co przekłada się na wzrost cen, większe trudności w znalezieniu interesujących kosztowo ofert i – oczywiście – spadek jakości zarówno obsługi, jak i produktu. Po co dbać o klienta, skoro i tak większość przyjdzie tylko raz, a w kolejce czeka nieokreślona liczba Chińczyków, która zostawi posłusznie swój hajs, bez proszenia o rabat i jakichkolwiek wymagań odnośnie do serwisu? Co więcej – to, co otrzymają, uznają, że właśnie tak ma smakować. Czysty biznes! Wystarczy odrobina kasy na reklamę w azjatyckich źródłach. W Cafe Demel odbiliśmy się od kolejki trzykrotnie i w sumie nawet nie żałujemy, bo czytaliśmy, że jest to miejsce mocno przereklamowane. Mimo to, chcieliśmy się sami przekonać. Przynajmniej mieli ładny sklep ze słodyczami na parterze. W Cafe Central za pierwszym razem również nie znaleźliśmy miejsca, jednak w niedzielę to właśnie tam udaliśmy się na śniadanie. Kolejka była mała – może na dwa-trzy stoliki – więc poczekaliśmy i zasiedliśmy do uczty. W internecie wyczytałem, że bywało tu wielu dygnitarzy dawnych czasów, na czele z Leninem i Hitlerem. Co ciekawe, w menu kawiarnia chwali się wieloma postaciami, które odwiedzały ten lokal, jednak wspomnianą dwójką – nie. Byłoby to zrozumiałe, gdyby nie to, że… wśród znamienitych gości wymieniany jest Lew Trocki… Zjadłem tu śniadanie nazwane na cześć miejscowego pisarza – Petera Altenberga, jednego ze stałych klientów sprzed lat, którego figura wita nas przy wejściu. W skład dania wchodzi ser, szynka, jajecznica, kajzerka, ciemny chleb, masło, dżem i sałatka owocowa. Wszystko bardzo smaczne, tylko że podobno Altenberg był… wegetarianinem. Nie wiem więc, jak to jest z tą autentycznością owej propozycji śniadaniowej. Mama zamówiła naleśniki z dżemem morelowym i posypką z cukru pudru, które były przeraźliwie słodkie. W gablotce widniało wiele prawdziwie foodpornowych deserów, jednak nie zamówiliśmy żadnego, oszczędzając miejsce w żołądku na później.

Wyjątkowym zwieńczeniem kawiarnianego rekonesansu była wizyta w Cafe Schwarzenberg. Nieco przypadkowa, bo na zdjęciach wnętrza nie zrobiły na Mamie wrażenia. Okazało się jednak, że czekała tam na nas przepiękna niespodzianka. Trafiliśmy akurat na koncert kameralny. Do kawy przygrywała rudowłosa pianistka i cygański skrzypek, a wokalnie zabawiał towarzystwo śpiewający kelner. Mamę w zachwyt wprawił zwłaszcza „Walc nr 2” Szostakowicza w ich wykonaniu. Mi do pełni szczęścia zabrakło „Smutnej niedzieli” Rezso Seressa, bo przez moment poczułem się jak w tamtych czasach. Część ludzi, zamiast słuchać, siedziała wgapiona w swoje smartfony, ale może właśnie dzielili się z przyjaciółmi swoimi odczuciami? W Schwarzenbergu zjadłem świetne ciasto o nazwie Bomba Mozarta, czyli ciemne biszkopty przełożone wielokrotnie białą masą, a wszystko to pokryte zieloną marcepanową polewą. Wypiłem także piwo – 1475 IPA z browaru Kaltenhausen (własność Heinekena). Wyczułem lekki karmel i ładny chmielowy aromat, a sam napój piło się przyjemnie.

mde

Warto wspomnieć jeszcze o kilku lokalach gastronomicznych, które udało się nam odwiedzić. Pierwszy z nich to pub ze ścianami wyłożonymi przeróżnymi puszkami i birofiliami – Bier & Bierli. Zjadłem tam ogromną ilość żeberek (dwa długie płaty) z ziemniakami i zieleniną, trzema sosami oraz warzywami. Porcji pojedynczej w menu nie znajdziecie! Do tego zamówiłem smacznego lagera wiedeńskiego z browaru Schwechat. Być w stolicy Austrii i nie wypić piwa w stylu, który tu powstał, to jak pojechać do Rzymu i nie zobaczyć papieża. Mama wybrała austriacką wariację na temat mac & cheese, czyli Käsespätzle. Oczywiście danie przyniesiono udekorowane prażoną cebulką i szczypiorkiem, których Mama nie je, więc obsługa została poproszona o usunięcie kłopotliwych składników. Wizyta z Mamą w restauracji to zawsze zapowiedź wyzwania dla kucharza i nierzadko dodatkowych kłopotów dla obsługi. Praktycznie w każdym miejscu Mama chciała zmieniać stolik, bo nie odpowiadało Jej jego usytuowanie. O długiej liście dań wykluczonych z diety już wspominałem. Mimo tych trudności, udało się nam jednak i smacznie zjeść, i – co najważniejsze – bardzo miło spędzić trochę czasu razem, ku czemu mamy bardzo rzadko okazję, mieszkając ponad pięćset kilometrów od siebie.

hdr

W ścisłym centrum siedzibę swoją ma jeden ze słynnych punktów z kanapkami, założony przez krakowianina Franciszka Trześniewskiego. Są to kromki ciemnego chleba z różnymi dodatkami, których bazę stanowi zwykle pasta jajeczna. Smaczne, aczkolwiek nie rozumiem ich tak ogromnej popularności wśród wiedeńczyków i turystów. Być może wynika to z tego, że są zdrowsze – a równie szybkie – co kanapki serwowane przez popularne sieci fast-foodowe? Na miejscu podawane jest także piwo w mikroskopijnych kufelkach.

Tuż obok hotelu, na Turkenstrasse, znajduje się pizzeria Riva, w której co prawda pizzy nie jedliśmy, ale zapachy i ogromny piec opalany drewnem sugerują, że ma szansę być smaczna. My usiedliśmy w przestrzeni kawiarnianej, gdzie wypiłem bardzo przyzwoitego koncernowego zwickla z Ottakringera.

Także niedaleko, tuż obok uniwersytetu, trafiliśmy do Zum Leupold, gdzie zjadłem kiepskiego jabłkowego strudla, dobre Kaiserschmarrn, czyli chaotycznie ułożone, pocięte ciasto jak na ołatki z konfiturą śliwkową oraz przyzwoitą zupę gulaszową, w której oprócz mięsa pływała… pocięta parówka. Parówki zresztą w Wiedniu są na topie. To, co na początku wydawało mi się kolejką do Albertiny, gdzie akurat wystawiali Moneta i Picassa, okazało się tłumem ludzi czekającym na hot-doga w pobliskiej budce. Sam skosztowałem klasycznej wersji na wspomnianym wcześniej targu Naschmarkt. Ot – bułka z parówką – jak wszędzie.

Ostatniego dnia, gdy już zmierzaliśmy z bagażami na lotnisko, zahaczyliśmy jeszcze o dwa położone obok siebie lokale. Była to kawiarnia i palarnia kawy firmowana nazwiskiem Jonas Reindl, gdzie wypiłem perfekcyjne, cieliste, kremowe espresso, a także francuskie bistro Cafe Francais, w którym otrzymałem przepyszne śniadanie składające się z polanych żółtym sosem jajek po benedyktyńsku z wędzonym łososiem, podanych na francuskim toście. Jest to miejsce, gdzie przychodzi bardzo dużo studentów, jako że w pobliżu położny jest Uniwersytet Wiedeński. Do picia zaserwowano mi bardzo ciekawy koktajl z buraka i owoców, w którym to ziemisto-żelazisty smak bulwy dodawał interesującego posmaku. Na pośniadaniowy deser jeszcze spałaszowałem crème brulee i ruszyliśmy na pociąg jadący na lotnisko. Bogu dzięki za aplikacje mobilne! Tuż przed nami w kolejce do automatu z biletami stanęło dwóch serwisantów, którzy oświadczyli, że teraz muszą otworzyć maszynę. Mieliśmy sześć minut do odjazdu, więc wsiedliśmy do pociągu bez biletu i kupiliśmy je przez smartfona. Kocham nowoczesną technologię.

Na zakończenie pytanie-ciekawostka. Wiecie, czym jest „burger wiedeński”? Otóż – według lotniskowej kawiarni – kajzerką z plasterkiem szynki. Za 4,90 euro. Kurtyna.

Wyzwanie: Weekend w Wiedniu z Mamą!

Co zjeść w Jordanii? Gastronomiczny przewodnik po Ammanie

Minął już tydzień, odkąd pożegnaliśmy piękną Jordanię, wracając do ośnieżonej Polski. W ostatnim wpisie nieco przybliżyłem Wam aspekty czysto podróżnicze tej wyprawy, a także obiecałem relację kulinarną. W końcu to głównie blog o jedzeniu! A więc – do dzieła. Co i gdzie zjeść w stolicy Królestwa Haszymidów?

Legenda street foodu

Zestaw lunchowy w Hashem

O tym miejscu naczytałem się wiele przed wyjazdem. Nic dziwnego, skoro stołowali się tu wszyscy, od zwykłych mieszkańców, przez turystów, aż po rodzinę królewską. Mowa oczywiście o restauracji Hashem. Spośród dwóch punktów tych samych właścicieli, wybraliśmy ten położony w ścisłym centrum. Nie ma tu ani zdobnych obrusów (na stole kładziona jest przed przyjściem klientów folia), ani drogich ozdób na ścianach. Ba! Nie istnieje tu nawet menu! Standardowy zestaw proponowany przez to legendarne miejsce składa się z hummusu, fulu, falafeli, pomidorów, surowej cebuli (!) oraz mieszanki kiszonek. Bywa też dostępny moutabbal. Zachodni wpływ widać natomiast w dwóch pozostałych propozycjach – frytkach oraz Coca-Coli. My tę ostatnią zastąpiliśmy jednak herbatą, do której zużyliśmy gałązki mięty, które przyozdabiały talerzyk z warzywami. Słyszeliśmy, że dają tu najlepszy hummus na świecie, a jordańskie falafele są znacznie lepsze niż te w krajach sąsiednich. Rzeczywiście pasta z ciecierzycy miała intensywny smak i doskonałą kremową konsystencję, co mogło plasować ją całkiem wysoko w rankingu. Ful medames – czyli lewantyńska pasta z bobu – również rewelacyjnie komponowała się ze rwanymi ręką chlebkami podanymi nam do zestawu. Dołożyć do tego falafele i pyszne kiszonki (rok 2019 ogłaszam rokiem fermentacji warzyw!) i mamy ucztę do syta. Najedliśmy się tym wszystkim we dwoje za… 6,50 JOD, czyli około 35 złotych. Obowiązkowy punkt gastronomiczny do odwiedzenia w Ammanie!

Jerozolimskie falafele i mansaf

Sława falafeli z Al-Quds (arabska nazwa Jerozolimy) przy Rainbow Street dotarła podobno nawet do Egiptu, gdzie polecają wybrać się właśnie do tej budki umiejscowionej przy turystycznej ulicy stolicy Jordanii, aby spróbować przysmaków przygotowywanych w pocie czoła przez ściśniętych na mikroskopijnej przestrzeni kucharzy. Przy witrynie stoi zaś czwarty – młodszy – pracownik, szykujący intensywnie zieloną masę, którą następnie starszyzna wrzuca na rozgrzany olej. Możemy wybrać dwa rodzaje bułek, do których trafi nasza pyszność: z sezamem lub bez, oraz dodatki warzywne: ogórek i pomidor, a także jogurtowy sos. Polecam serdecznie tego typu przekąskę, gdy będziecie przechodzić nieopodal.

Co ciekawe, w ścisłym centrum istnieje drugi lokal o tej samej nazwie – będący restauracją. Szczerze mówiąc, można przejść obok i go nie zauważyć, gdyż jego nazwa zapisana jest w formie „Jerusalem Restaurant” i dopiero pod tym szyldem widać napis Al-Quds. Lokal mieści się nieopodal opisywanego wcześniej Hashem. To właśnie tutaj zdecydowaliśmy się na narodowe danie Jordanii – mansaf. Jest to ryż podawany z kawałkami jagnięciny z kością, posypany orzechami piniowymi i prażonymi migdałami. Przysmak ten serwuje się z wywarem na bazie jameedu, czyli koziego bądź owczego jogurtu, który najpierw przechodzi proces suszenia i formowania w kulki podobne do mozzarelli, a następnie jest składnikiem bulionu, w którym gotuje się jagnięcina. Tradycyjna metoda jedzenia mansafu polega na polewaniu ryżu gorącym jogurtem, a następnie formowaniu jedną ręką kulki nadziewanej mięsem. Jeśli chcecie zanurzyć się w pełnym jordańskim doświadczeniu, zapomnijcie o sztućcach!

Kunafa w Habibah

Kunafa to, pochodzący z Palestyny, jeden z najpopularniejszych deserów jedzonych na ulicach Ammanu. Można go spotkać w większości cukierni i kawiarni, jednak najlepsze serwuje istniejący od 1951 roku Habibah Sweets. Znów łatwo o pomyłkę, bo niedaleko – przy ulicy Al Hashemi – znajduje się Habibeh (jedna litera różnicy), które to miejsce… także serwuje niezłą kunafę. „Prawdziwe” i oryginalne Habibah to jednak to schowane pomiędzy budynkami, na tałych banku, gdzie zobaczycie pokaźną kolejkę tubylców stojących przed budką, w której należy uiścić opłatę. Następnie, w pomieszczeniu obok, panowie przyrządzą Twój pyszny deser po uprzednim zapytaniu o wersję słodkości, jaką mają podać. Kunafa to bowiem ciasto wykonane – zależnie od wersji – z semoliny lub nitek makaronowych, syropu cukrowego oraz wody różanej, nadziewane ciągnącym się lokalnym serem (wcale nie słodkim!), a następnie posypane kruszonymi pistacjami. Idealna słodka przekąska do złapania podczas zwiedzania Ammanu! Ciekawostką jest, że Habibah Sweets to już obecnie mała sieć, posiadająca pięć oddziałów w stolicy Jordanii oraz sprzedaż wysyłkową!

Bogactwo kolorów i smaków ulicy

Wiele się mówi o tym, że jadąc do krajów arabskich, należy unikać jedzenia na ulicy ze względów sanitarnych. Umówmy się jednak – nie ma nic lepszego i bardziej autentycznego niż street food. Ammańskie suki, na których możesz kupić wszystko: od dywanu, przez żywe ryby (trzymane w okropnych warunkach), aż po kolorowe, pieczołowicie ułożone na wystawie owoce, od razu przykuwające uwagę przechodniów. Styczeń to w Jordanii sezon na granaty, a więc można było je dostać wszędzie i tanio. Do tego uśmiechały się do nas miejscowe pomarańcze i inne owoce natury. Na innym stoisku handlarze, niezmordowani całodziennym nawoływaniem, oferują przyprawy i zioła w przeróżnych kolorach i aromatach. Zakupiliśmy to, o co ciężko w Polsce: sumak (jak się dowiedzieliśmy – jordański jest ciemniejszy, a turecki – jaśniejszy), gałązki szałwii, suszone i opalane cytryny, jabłka cukrowe (owoce flaszowca łuskowatego), a także inne przysmaki. Wszystko to jest strasznie tanie. Obkupiliśmy się za niecałe dwa dinary. Warto też zapytać o pochodzenie surowców, gdyż np. orzechy laskowe sprowadzają z… Polski! Oprócz suków, warto zajrzeć do miejsc, gdzie można wprost z ulicy napić się świeżo wyciskanego soku. Taki napój z granatu, w szczycie sezonu, jest niesamowicie intensywny: ziemisty, cierpki, kwaskowy, z delikatną nutą słodyczy – pyszny! Oprócz tego ciekawostką jest „sok” z trzciny cukrowej (jakby was zastanawiało, co to za długie, drewnopodobne patyki stoją oparte o ścianę – to właśnie trzcina), również robiony na miejscu w specjalnie skonstruowanych do tego celu maszynach. Smak tego napoju leży gdzieś pomiędzy melonem a papają, a jego słodycz nie jest aż tak powalająca, jakby można było się tego spodziewać. Zdecydowanie warto się skusić, mimo że istnieje pewne ryzyko zdrowotne.

Kawa i szisza

Szisza i kawa - zestaw obowiązkowy

Obowiązkowy zestaw odpoczynkowy. Kawę podaje się tu domyślnie parzoną „po turecku”, sowicie doprawioną kardamonem i mocno słodzoną. Można oczywiście poprosić o wersję bez cukru, jednak nie jest to wówczas do końca autentyczne doświadczenie. Do kawy zamawialiśmy zwykle nie ciasto, a sziszę. Fajkę wodną pali się tu na tarasach, obserwując żywy ruch miasta, a nie w zatęchłych piwnicach europejskich sziszabarów – aczkolwiek palenie wewnątrz lokalu jest także legalne i praktykowane. Spośród wielu aromatów tytoniu, najbardziej do gustu przypadł nam arbuz z miętą oraz jabłko z anyżem. Zdaję sobie przy tym sprawę, że moje uwielbienie dla lukrecji i anyżu nie jest zbyt reprezentatywne dla populacji Polski. Najfajniej piło i paliło się nam w Zajal, gdzie kelnerzy byli bardzo uważni, dokładali nam węgielki i nie trzeba było ich szukać. Miejsce to znajduje się tuż obok najpopularniejszej kawiarni – Jafra, również przyjemnej. Poza tradycyjnymi kawami w tureckim stylu, w Ammanie działają też prężnie mikropalarnie, często ulokowane nie w kawiarni, a w… sklepie z przyprawami. Jeśli chodzi o kawową alternatywę, trafiliśmy do Kaffeine – miejsca, gdzie czuliśmy się dość… dziwnie. Mianowicie – mimo, że znajdowaliśmy się w centrum miasta, nie było tam nikogo oprócz nas! Wkrótce przekonaliśmy się dlaczego. Kawa – owszem – smaczna, natomiast na jakąkolwiek obsługę trzeba było czekać BARDZO długo (mimo, że nie było ludzi!), to samo z oczekiwaniem na zamówienie, rachunek i jakiekolwiek zainteresowanie. Mieli jednak świeżo paloną kawę trzech rodzajów ziaren oraz przelew. Jak się Wam nie spieszy, to polecam zajść z ciekawości.

Miejsce na randkę

Jeden wieczór postanowiliśmy spędzić w restauracji uważanej za doskonałe miejsce na randkę. Zdecydowaliśmy się na lokal urządzony w nieco bardziej eleganckim stylu, aniżeli dotychczasowe street foodowe doświadczenia. Wybraliśmy się do miejsca o nazwie Sufra na turystycznej Rainbow Street. Restauracja mieści się w willi otoczonej przepięknym, zielonym, kwiecistym ogrodem. Obsługiwało nas bodajże trzech kelnerów, w tym jeden przyodziany w sułtański pas z ogromnym nożem. Wyglądał jak wyjęty z „Księgi tysiąca i jednej nocy”. Na początek zamówiliśmy zupę z kaszą bulgur, która bardzo przypominała nasz krupnik. Jako przystawki wjechały bardzo sycący fattet hummus (jordański przysmak polegający na podaniu hummusu na ciepło wraz z jogurtem i rozmoczonym chlebem w środku) oraz sfeeha (cztery kulki z ciasta chlebowego faszerowane mięsem mielonym oraz tahini i orzechami piniowymi). Na danie główne wybrałem kubbeh lamaneyeh, czyli zatopione w gorącym jogurcie kulki zrobione z masy powstałej z połączenia kaszy bulgur oraz mielonej jagnięciny, faszerowane mięsem, cebulą i – jak wszystko tutaj – orzechami piniowymi, podawane z ryżem. Pojedliśmy bardzo smacznie i do syta, a przecież jeszcze trzeba było spróbować deserów! Zamówiliśmy lody z chałwą, która miała konsystencję nitek waty cukrowej – pyszne, oraz suszone płaty melasy winogronowej z zatopionymi w niej ziarnami i posypane mieszanką orzechów – smaczne, aczkolwiek przeraźliwie słodkie. Za te wszystkie dania łącznie zapłaciliśmy aż 40 dinarów, jednak biorąc pod uwagę wyższy niż street foodowy standard i turystyczną lokalizację – warto. Uwaga! Ceny w menu nie zawierają tu podatku VAT! Doliczany jest do rachunku na koniec. Nie zdziwcie się!

Abuzaghleh – czyli street foodu ciąg dalszy

Nie chcąc drugi raz jeść w tym samym miejscu, trafiliśmy na centralnie położoną restaurację Abuzaghleh, podobną w swym stylu do Hashem, jednak dysponującą szerszym menu i serwującą mięso. Jak się okazuje, jest to jedna z czterech lokalizacji tej ammańskiej sieci. Tradycyjnie na początek zamówiliśmy hummus, który tu był nieco inny niż w pozostałych miejscach, jednak równie dobry. Jakoś tak wyszło, że skoro w Polsce wszędzie traktuję tatar wołowy jako papierek lakmusowy jakości restauracji, tak tu rolę tę przejął hummus. Czas na przystawki (a właściwie sałatki). Na stole pojawiły się arabskie standardy: tabbouleh oraz fattoush. W prostocie i smaku tych dań zakochaliśmy się na tyle, że od przyjazdu już dwukrotnie domowy tabbouleh zagościł na naszym stole. Niesamowita orzeźwiająca soczystość natki pietruszki, mięty, odrobiny soku z cytryny, połączona z ostrością cebuli, słodyczą pomidora i papryki, wzbogacona o treściwą kaszę – kupiły nas od razu. Fattoush jeszcze nie powtarzaliśmy, ale jego unikatowa konsystencja wynikająca z chipsów zrobionych z arabskiego chleba oraz typowo lewantyński smak sumaku na pewno kusi, by przyrządzić go w domu. Jako danie główne spróbowaliśmy kofty tahini, czyli mielonego mięsa baraniego pod płaszczykiem sosu sezamowego z plastrami ziemniaka, a także shish taouk, czyli grillowane kawałki marynowanego kurczaka podane pod miejscowymi chlebkami. Najedliśmy się smacznie i na całego.

Al-Asalah Al-Shameya – czyli sprawdźmy, co dają naprzeciwko

Jak pisałem w poprzednim artykule, mieszkaliśmy w Arab Tower Hotel przy ulicy Al Hashemi. Naprzeciwko znajduje się restauracja Al-Asalah Al-Shameya, o której nie czytaliśmy w żadnym przewodniku, ani na żadnym blogu. Po prostu była obok. Czasem można w ten sposób trafić na prawdziwy diament. Tym razem zamówiliśmy baba ghanoush, czyli przepyszną pastę z opalanego bakłażana o niesamowitym, dymnym smaku. W tym miejscu czuję się zobligowany wyjaśnić, że wbrew temu, co można gdzieniegdzie usłyszeć, baba ghanoush to nie to samo co moutabbal (o którym niżej). Główną różnicą jest użycie sezamowej pasty tahini w tym drugim daniu. Baba ghanoush robi się bez niej. Oprócz przystawki, zamówiliśmy kawałki solidnego kurczaka z frytkami. Wschodnio-zachodni standard. Całkiem smacznie, ale na uwagę obsługi trzeba było czekać bardzo długo.

A może by tak… nauczyć się gotować po jordańsku?

O tym doświadczeniu dowiedziałem się z jednego z blogów i od razu zarezerwowałem miejsce dla nas w Beit Sitti. Tamże jordańskie kobiety uczą osoby spragnione poznania tajników miejscowej kuchni gotować tak, jak robiły to ich babcie. Oprócz gospodyń, w przedsięwzięcie angażowane są także zwykle mieszkanki Ammanu, a firma jako swoją misję głosi walkę o prawa kobiet i danie szansy na inne życie niż tylko ciągłe siedzenie przy mężu i dzieciach. Oprócz kulinarnych warsztatów działa tam sklepik, w którym można nabyć przyprawy, pasty oraz oliwy produkowane na miejscu. Ostatnio panie otworzyły także sklep internetowy, a więc firma rozwija się prężnie. Brawo dla nich! Na samych warsztatach pojawiło około dziesięciu osób z całego świata, w tym nasza dwójka – rodzynki z Polski. Zanim przystąpiliśmy do pracy, zostaliśmy ugoszczeni zupą-krem z soczewicy przyprawioną sumakiem i opowieścią o historii domu, rodziny i całego przedsięwzięcia. Doskonały start dnia. W ramach zajęć przygotowywaliśmy sałatkę palestyńskich rolników, moutabbal, maqlubę i mouhalabieh. Sałatka, którą nasza zgrana drużyna zrobiła, to bardzo prosta i smaczna kompozycja, składająca się z pociętych w kostkę cebuli, pomidorów i ogórka, a także posiekanych drobno listków świeżej mięty i pietruszki – a to wszystko doprawione sokiem z cytryny i oliwą z oliwek. Palce lizać. Aby przygotować moutabbal, musieliśmy najpierw osmalić bakłażany w ogniu: tak, aby skóra była spalona, a smak wnętrza – mocno dymny. Następnie, po ostudzeniu, poszatkowaliśmy drobno miąższ bakłażana na pastę, wymieszaliśmy z posiekanym drobno czosnkiem, pastą tahini i przyprawami oraz skropiliśmy melasą z granatu, oliwą i sokiem z cytryny. Do tego upiekliśmy małe chlebki pita, które stanowiły rewelacyjne „narzędzie” do nabierania i konsumowania naszego wiekopomnego dzieła. Maqluba, czyli „do góry nogami”, to bardzo popularne danie w Jordanii, polegające na ugotowaniu pachnącego orientalnymi przyprawami ryżu z jagnięciną i smażonymi warzywami w dużym garnku, a następnie zaserwowanie potrawy poprzez przykrycie jej talerzem i odwrócenie gara do góry dnem. Efekt to niesamowicie aromatyczna i sycąca potrawa, która cieszy oczy, nos i podniebienie. Na sam koniec przygotowaliśmy deser, czyli mouhalabieh – rodzaj puddingu z wodą różaną i posypaną orzeszkami piniowymi (można też użyć pistacji). Doświadczenie wspólnego gotowania i poznawania smaków to nie tylko doskonały sposób na pyszne spędzenie czasu, ale i na zanurzenie się w kulturze danego kraju. Polecam wizytę w Beit Sitti wszystkim smakoszom! Cena – porównywalna do tego typu atrakcji w Polsce – 35 JOD, czyli około 180 PLN od osoby.

Na zakończenie dodam jeszcze, że w praktycznie każdym lokalu serwowana jest nam butelka wody na osobę – i gdzieniegdzie automatycznie dopisywana do rachunku. Kultura napiwków jest tutaj także nieco wyższa niż w Polsce i właściwie tylko w Sufrze otrzymaliśmy informację, iż serwis jest wliczony w cenę. Kelnerzy w niektórych lokalach wręcz sami sugerowali wysokość napiwku. Oprócz tego, często w formie „czekajki” otrzymywaliśmy oliwki lub chlebki. Gdzieniegdzie można było się napić herbaty za darmo.

Mam nadzieję, że mój mały przewodnik gastronomiczny po Ammanie przyda się podczas Waszych podróży do malowniczej stolicy Jordanii. Dajcie znać w komentarzach, co Wy dobrego zjedliście w Królestwie Haszymidów. Smacznego!

Co zjeść w Jordanii? Gastronomiczny przewodnik po Ammanie

Co zjeść i wypić w Budapeszcie? – osobiste reminiscencje weekendowego wypadu

Intensywny weekend

Na Warszawskim Festiwalu Piwa byłem jedynie we czwartek, więc nie czuję się kompetentny, aby wypowiadać się na temat dni kolejnych. Relacje różnych wystawców znam jedynie z drugiej ręki. Cieszę się, że mogłem tam być choć chwilę i porozmawiać z paroma osobami, choć na większość stoisk nawet nie dotarłem. Następnym razem się uda! W miniony weekend ekipa naszego Browaru Golem podzieliła się na dwie, a ja z Michałem udałem się w piątek do Budapesztu na tamtejszy Budapest Beer Week. Jako że materiału mam sporo, postanowiłem wykorzystać dzień wolny (Boże Ciało) i co nieco powspominać…

W poszukiwaniu majestatu mrocznego piękna

Gdy ostatni raz gościłem nad Dunajem, a było to prawie dekadę temu, chciałem odnaleźć pewne mityczne miejsce… Przed II Wojną Światową grał tu i tworzył pewien żydowski kompozytor nazwiskiem Rudi Spitzer, bardziej znany jako Rezső Seress. Do historii przeszedł jako twórca słynnej węgierskiej ballady samobójców – Szomorú vasárnap (bardziej znanej pod angielskim tytułem Gloomy Sunday), wykonywanej później przez setki artystów w wielu językach. Legenda głosi, że ludzie popełniający samobójstwo z nieszczęśliwej miłości, skakali do Dunaju, a po sobie zostawiali nuty lub słowa tego utworu. Był on zakazany w wielu krajach i dopiero tragedia wojny przyćmiła jego infernalną niesławę. Tak się jakoś składa, że w tego typu historiach od żelaznych faktów wolę opowieści bardów… a jedna z nich głosi, iż Seress – pragnący międzynarodowej sławy – wyruszył do Paryża ze swoją ukochaną, aby tam kontynuować karierę kompozytora i pianisty. Stolica Francji miała jednak swoich artystów i nie potrzebowała kolejnego grajka, zwłaszcza pochodzącego gdzieś z dalekich wschodnich krain. Kiedy grosz się skończył, ukochana rzekomo postawiła Seressowi ultimatum: albo znajdzie sobie zwykłą pracę, albo – do widzenia. Nietrudno się domyślić, iż węgierski romantyk wybrał muzykę. W tej historii siedział samotnie w paryskim apartamencie, wpatrując się w rozgwieżdżone niebo, uderzając w porywie serca w płaczące wraz z nim klawisze fortepianu. W efekcie powstał właśnie wspomniany utwór. Odnalazłem kiedyś szczątkową informację, iż Seress przesiadywać lubił w miejscu o nazwie Kulacs, które nadal funkcjonowało wówczas na gastronomicznej mapie Budapesztu. Podczas męskiej wyprawy w 2009 roku zaszliśmy tam z trójką przyjaciół, by – jak się okazało – doznać goryczy sromotnego zawodu. Zamiast wymarzonej przeze mnie, zadymionej, przedwojennej kawiarni ze starym, zakurzonym fortepianem, ujrzałem coś na kształt weselnej sali, z portretem cygańskiej orkiestry uśmiechniętej od ucha do ucha. Zupełnie nie ten klimat, by targnąć się na własne życie jako przeżywający weltschmerz zrozpaczony kochanek, nieprawdaż? Zagadnięty przeze mnie kelner odparł, iż do niedawna rzeczywiście ścianę ozdabiała metalowa plakietka upamiętniająca kompozytora, a i fortepian jakiś czas temu stał. Twarde reguły biznesu wymusiły jednak zmianę koncepcji lokalu. Teraz, gdy minęła kolejna dekada, zastałem w tym miejscu jedynie stary szyld  i pomazane okna… Lokal obecnie można sobie wynająć albo kupić. Jakże wspaniałe byłoby to miejsce na multitap z historią, prawda? Pamiętający dawne dni fortepian odważnie wybrzmiewający suicydalne epitafium i dystyngowani goście popijający kraftowe piwo podniesione do majestatycznej rangi najszlachetniejszych trunków… Niektóre marzenia jednak nigdy nie powinny zostać dotknięte przez rzeczywistość…

Nieco poza tematem

 

Piszę zwykle o jedzeniu i piwie, jednak jedno i drugie uwielbiam dlatego, że wywołują u mnie pewnego rodzaju, jak mawiają śląscy znajomi, hercklekot. W Budapeszcie iście cesarski rozmach tamtejszych zabytków wprawia nawet najtwardszych samców alfa w prawdziwy zachwyt. Od Bazyliki Św. Stefana (nie pomińcie zmumifikowanej ręki tegoż w złotym relikwiarzu – niby turystyczny gimmick, ale dla zwolenników ciemnej strony mocy jest to coś wartego uwagi), przez niesamowity kompleks Parlamentu, aż po zamek w Budzie, tamtejszą zabytkową drewnianą kolejkę, ogrody i leżący nieopodal piękny Kościół Św. Macieja z przyległą rybacką basztą – wszystko to rzuca na kolana! Niestety – musicie pamiętać, iż na Węgrzech muzea i galerię są zamknięte w poniedziałki – w związku z czym kilku z zaplanowanych punktów nie byłem w stanie odwiedzić. Cóż – zawsze zostawiam coś na następny raz – tak już mam. Gdy wrócę do grodu Macieja Korwina z pewnością nie ominę tych miejsc. Na osobną wzmiankę zasługuje natomiast pewien dość świeży pomnik. Przy Placu Wolności węgierski rząd ustawił monument przedstawiający drapieżnego niemieckiego orła wyrywającego Węgry z rąk anioła, co wzbudziło niesmak i protest wielu środowisk, zarzucających premierowi Orbanowi kłamstwo historyczne. Obok pomnika protestujący wykonali własną instalację ze zdjęciami, artefaktami oraz tekstem w kilku językach, mówiącym o dobrowolnej kolaboracji Węgier z nazistami na długo przed wojną oraz represjach wobec żydowskich obywateli sięgających aż do roku 1920. Co jest jeszcze bardziej ciekawe, dokładnie po drugiej stronie Placu stoją niemalże obok siebie: pomnik Ronalda Reagana i… obelisk wychwalający sowieckich wyzwolicieli – tam instalacji obywatelskich jednak nie widać… Abstrahując od wrażliwych tematów historii XX wieku, na pewno warta odwiedzenia jest hala targowa przy Dunaju, w której znajdziecie mnóstwo stoisk z lokalnymi wyrobami – wędlinami, mięsem, serami, papryką, nalewkami, winem, a także ubraniami i typowo turystycznymi gadżetami. Podobno jest także piwnica, gdzie można się obkupić w kiszonki i inne rarytasy, ale o jej istnieniu dowiedzieliśmy się już po powrocie… Przywiozłem stamtąd mnóstwo ostrej, słodkiej i wędzonej papryki, trzy różne pasty paprykowe, lawendową palinkę, a na miejscu zjadłem na śniadanie kiełbasę z mangalicy robioną na wzór hiszpańskiego chorizo. Miejsce to też jest bardzo ciekawe pod względem architektonicznym, choć zwiedzając trzeba mieć cierpliwość i wziąć poprawkę na masę turystów, która tu przychodzi.

Bezdomni, Ikarusy i potworny upał

 

Budapeszt to, poza ogromnym, cesarskim rozmachem, także miasto wielu kontrastów. Dla osoby mieszkającej w Polsce dość zastanawiający może być widok wyraźnie większej liczby bezdomnych niż w przeciętnym dużym polskim mieście. Są praktycznie wszędzie, nawet w przepięknym, zabytkowym skalnym kościele wpisanym w Górę Gellerta, gdzie jeden z nich uwił sobie gniazdko. W mieście funkcjonują też aż cztery rodzaje transportu publicznego: metro (polecam zwłaszcza przejazd linią numer 1 – zabytkową, z pięknymi kafelkami na stacjach!), tramwaje, autobusy i trolejbusy. Wśród tych ostatnich często można spotkać stare, poczciwe Ikarusy, które zniknęły z polskich miast jakiś czas temu. Ten, którym jechaliśmy, miał wybitą datę produkcji 1988. Aż mi się przypomniały podróże autobusem z babcią w dzieciństwie spędzonym w Białymstoku. Kolejną kwestią związaną z Budapesztem jest pogoda. Za każdym razem, a byłem tam bodajże czterokrotnie, mocno we znaki daje się upał. Gdy przyjechaliśmy w piątek, wszystkie znaki na niebie i ziemi mówiły, iż nadchodzą deszczowe dni, jednak po kilku godzinach deszczu wyszło słońce i nie odpuściło solarnej gehenny aż do ostatniej minuty pobytu na Węgrzech. Tak więc – bierzcie czapki i krem z filtrem UV – albo będziecie cierpieć!

Gastro i kawa

 

Przyszliście tu jednak poczytać o jedzeniu i piciu, prawda? A więc po prawie nieprzespanej nocy (samolot odlatywał bladym świtem) wylądowaliśmy na lotnisku im. Ferenca Liszta i udaliśmy się na podbój Perły Dunaju. Zostawiwszy torby w wynajmowanym mieszkaniu, wyruszyliśmy szukać śniadania. Jako piwno-kulinarny eksplorator miałem rzecz jasna przygotowaną nie tylko spersonalizowaną mapę Google, ale i kompletny itinerariusz wraz z rekomendowanymi miejscówkami przez Atlas Obscura, Dark Tourism i inne strony, które przeważnie odwiedzam przed wyprawą. Okazało się, że jedna z ciekawiej prezentujących się śniadaniowni mieściła się kilkanaście minut spacerem od naszego mieszkania, toteż w piątkowy poranek wybraliśmy się do Cafe Csiga. Oprócz menu jedzeniowego, serwują tam węgierski kraft z butelki, a także… rum. Na przysmak piratów o dziewiątej rano ochoty nie miałem, ale skusiłem się na piwo Jam 72 z browaru Mad Scientist. Jest to ich sztandarowa IPA, która smakiem przypomina polskie produkcje tego typu sprzed trzech lat – czyli delikatny karmel, trochę chmielu, generalnie OK, bez fajerwerków. Na śniadanie zamówiłem omlet z serem i szynką, który był nieco bardziej przysmażony, niż francuskie puszyste odpowiedniki, ale spełnił swoje zadanie zarówno pod względem nasycenia wygłodniałego żołądka (ostatni posiłek – poza batonikiem na lotnisku – jadłem 17 godzin wcześniej), jak i zadowalającego smaku. Espresso – jak to na Węgrzech – mocne, solidne, ale nieprzepalone. Zarówno ja, jak i Michał, zgodnie stwierdziliśmy, że Węgrzy umieją w kawę – właściwie nigdzie nie trafiliśmy na złe espresso, a piliśmy go naprawdę sporo. Może podyktowane to było tym, że raczej nie odwiedzaliśmy sieciówek (no dobra, raz byliśmy w Maku!). Inne polecane przeze mnie miejsca, gdzie można napić się dobrej kawy to The Goat Herder czy Espresso Embassy. Ciekawą lokalizacją jest Vinyl & Wood – Get Lost In Wonderland. Ta stosunkowo nowa kawiarnia łączy ze sobą miłość do trzech rzeczy: solidnej ręcznej roboty w drewnie, smacznej kawy i płyt winylowych, które ozdabiają ściany, a w tle leci nienachalna muzyka elektroniczna. Można tam zakupić np. etui na smartfona albo zegarek, wykonane na specjalne zamówienie. Jest to miejsce prowadzone przez pasjonatów, a więc zdecydowanie zasługujące na certyfikat jakości Beer, Bacon & Liberty. Doskonałą miejscówką na śniadanie okazała się izraelska restauracja Mazel Tov. Bardzo przestrzenna, jasna, wyglądająca jak odnowiona hala targowa restauracja, porośnięta zielonymi roślinami, od razu zyskała moją sympatię. Moje sobotnie dolce vita rozpocząłem od kieliszka Tokaju, espresso i lemoniady z owoców leśnych, które stanowiły piękny tercet egzotyczny będący preludium do śniadania, które podano do stołu chwilę później. Z bogatego menu wybrałem pozycję o nazwie Herzliya Breakfast, w której skład wchodziły dwa jajka sadzone, dwie kiełbaski, tahini oraz solidna porcja sałatki z ogórka i pomidora. Do tego otrzymaliśmy domowe pieczywo. Można było się tym bez problemu najeść ze smakiem (jajka były idealne – z płynnym żółtkiem i ściętym białkiem), podziwiając architektoniczny kunszt miejsca. Zdecydowanie polecam! Wracając do Espresso Embassy, które mieści się tuż obok Placu Wolności, obok znaleźć możecie bardzo ciekawy minilokal o nazwie The Strawberry Project Budapest. W iście Andersonowskim stylu możecie zakupić tu truskawki oblane czekoladą, a nawet zapakować je do kolorowego pudełeczka i podarować ważnej osobie w prezencie. Prawdziwy cukierniczy food porn!  Zawsze podczas podróży staram się jeść lokalne przysmaki, jednak bywa, że trafiam też w miejsca serwujące inną kuchnię. Tak też było tym razem. Tuż obok Budapest Eye, w samym centrum, trafiliśmy do Montenegroi Gurman – dość drogiej (lokalizacja robi swoje) restauracji specjalizującej się w kuchni czarnogórskiej. Do Bałkanów zawsze mam sentyment, więc dlaczego miałbym w Budapeszcie nie spróbować miejscowej interpretacji tamtejszej kuchni? Największy plus – klimatyzatory z mgiełką wodną. Największy minus – czas oczekiwania. Po dobrych trzydziestu minutach otrzymałem mój schab faszerowany serem i przykryty boczkiem, wraz z… surową czerwoną cebulą i czymś na kształt salsy. Mięso było przedniej jakości, mięciutkie, boczek może nie chrupiący – tak jak lubię – ale bardziej mięsisty, a serowy farsz powodował, że całość rozpływała się w ustach. Tylko nie idźcie na randkę po tej cebulowej sałatce 😉

Piwne przeżycia

 

Festiwal Budapest Beer Week, który był głównym powodem moich odwiedzin nad Dunajem, odbywał się według schematu znanego choćby z polskich Beer Geek Madness czy One More Beer Festival, czyli impreza podzielona na sesje, na które się kupuje bilet wstępu na zasadzie: pijesz ile  chcesz. Pośród wystawców nie zabrakło wielu znanych marek w europejskim krafcie oraz przedstawicieli miejscowej sceny. Nam organizatorzy zapewniali sprzęt, stoisko i – jeśli była taka potrzeba – pomoc wolontariuszy. Jako że na Węgrzech również działa browar o tej samej nazwie, dwa Golemy ustawiono obok siebie. W Budapeszcie serwowaliśmy cztery piwa: Owech Owech i Milky Moon Barrel-Aged w piątek oraz Dybuk Laphroaig Barrel-Aged i Owech Owech Owech w sobotę. Z opinii na Untappd można wywnioskować, iż Węgrom nasze piwa smakowały, a kontrowersje wzbudził jedynie Dybuk leżakowany w beczce po Laphroaigu, który swoją pochodzącą z beczki wędzonką albo zachwycał, albo odrzucał – i to jest właśnie piękne! Jak to ostatnio zwykłem mówić – plus i minus są lepsze niż dwa zera, mimo że matematycznie wychodzi na to samo. Przypadek sprawił też, iż zaproponowaliśmy gościom… nowy wymiar milk stoutu. Ktoś z wolontariuszy zostawił karton mleka na naszym stole, a – jako że są z nas pozytywne wariaty – zaczęliśmy je dolewać do Milky Moona. Efekt przerósł nasze oczekiwania i imperialny milk stout na żywo blendowany z mlekiem wzbudził bardzo pozytywne zainteresowanie degustatorów. Co do innych piw, które przyszło mi spróbować, jestem bardzo zaskoczony na plus. Nie przypominam sobie żadnego, które by mnie odrzuciło, czy spowodowało niesmak. Poziom przywiezionych trunków był naprawdę wysoki, a w upalną pogodę najlepiej smakowały mi oczywiście kwasy – najbardziej te z Wild Beer i Birrificio del Ducato. Pragnienie też doskonale gasiły pilsy od naszych sąsiadów z Edge Brewing i Pipeworks. Wiele browarów (w tym my!) przywiozły dużo mocnych piw, które także były znakomite, jednak w taką pogodę najbardziej pragnąłem czegoś orzeźwiającego. Co do Edge Brewing, to panowie mieli ze sobą bardzo ciekawe… szkło (zdjęcie poniżej). W niedzielę w pubie Neked Csak Dezso organizatorzy zorganizowali dla nas i Browaru Stu Mostów kranoprzejęcie. W ofercie pojawiły się piwa, których zabrakło podczas dwóch głównych dni festiwalu, a na imprezę przyszła cała plejada gości z europejskich browarów, organizatorzy oraz – rzecz jasna – mnóstwo lokalnych klientów. Samo miejsce jest przestrzenne, nowoczesne, przypominające w środku pod względem stylu nieco poznańskie Ministerstwo Browaru. Można tu także dobrze zjeść, co przetestowałem spożywając przepyszną panierowaną mangalicę na szparagach. Znajduje się tu także sklep z butelkami oraz nanobrowar Gravity Brewing, w którym będą powstawać autorskie piwa warzone przez piwowara z USA. Po butelkowe piwo na wynos, by zabrać je do domu, poszliśmy do Csak a jó sör. Ten sklep, położony niedaleko Oktogonu, oprócz wyboru miejscowego kraftu i zagranicznej klasyki, oferuje także kilka kranów i minipub, gdzie można usiąść i podelektować się szklaneczką zimnego piwa. Spośród węgierskich browarów, największe wrażenie zrobiły na mnie Brew Your Mind i Mad Scientist, aczkolwiek warto także sięgnąć po piwa z Monyo, Gólem, Balkezes, Horizont czy TuffBuzz. Niezłe piwa można też dorwać od browarów First i Reketye. Warto wspomnieć jeszcze o miejscówce nad samym Dunajem – Jonas Craft Beer House – gdzie kranoprzejęcie miał De Molen. Pub położony jest tuż przy rzece, ze znakomitymi widokami i dwoma barami, w których można zakupić świeże piwa z lokalnych browarów oraz gości z zagranicy. W promieniu kilkunastu metrów są też food trucki oraz inne puby serwujące kraft. W ciepły, węgierski dzień, warto usiąść tam i rozkoszować się widokiem drugiej strony Dunaju, popijając orzeźwiającego pilsa lub IPA.

Węgierski street food

 

W sobotę, jak wiadomo, był finał Ligi Mistrzów, jednak na pofestiwalowym afterze przed ekranem zostaliśmy tylko na pierwszą połowę, by udać się na… kolejną imprezę piwną! Okazało się, że w Budapeszcie (a konkretnie w Obudzie) odbywał się także lokalny minitarg piwno-gastronomiczny z jedynie węgierskimi wystawcami. Piwa za dużo nie wypiliśmy, jednak posmakowaliśmy miejscowego street foodu. Węgrzy wpadli na świetny pomysł, który lada moment zapewne skopiuje jakiś polski food truck (kolejna milionowa idea, którą nie ja wykorzystam…). Mianowicie, na późną kolację zjadłem tzw. gulaszbombę, czyli… bułkę od hot-doga faszerowaną gulaszem. Przecież u nas można by było zrobić identyczną rzecz z nadzieniem bigosowym. Ba! Węgrzy już na to wpadli – na street foodowym fyrtlu o nazwie Karavan jest food truck, który serwuje – na modłę polskiego żurku w chlebie – bochenek z pokrywką wypełniony gulaszem lub… transylwańskim bigosem! No – polscy foodtruckersi – do dzieła! Oprócz tego, króluje rzecz jasna langosz odmieniony przez wszystkie przypadki, w tym… langoszpizza, czyli ciasto pieczone w piecu opalanym drewnem (a nie – jak w przypadku tradycyjnego langosza – smażone w głębokim tłuszczu), z nałożonym farszem śmietanowo-serowo-bekonowym (taka wschodnioeuropejska pseudocarbonara) – idealna przekąska na późne imprezowe godziny. Skoro o nich mowa, nie mogło zabraknąć także palinki. Miejscowy destylat występujący w różnych smakach (próbowałem: leśnej, pigwowej, lawendowej, wiśniowej, brzoskwiniowej, śliwkowej i pewnie jeszcze jakiejś, o której nie pamiętam) pije się dość lekko, a nazajutrz nie powoduje nieprzyjemności w postaci bólu głowy czy nudności. Podczas festiwalu w Obudzie serwowano też drinki z palinki w postaci lemoniady z wkładką. Jakie to było dobre! Jedną z rzeczy, jakich nie spróbowałem, był… Choco Kebab. Koncept zanurzania mięsa w czekoladzie jest mi znany od paru lat, kiedy to w L.A. powstał Choco Chicken, czyli połączenie smażonego w głębokim tłuszczu kurczaka z czekoladowym fondue, jednak zostawiłem sobie tę przyjemność na kolejną wizytę. Węgrzy mają też swoją wersję cheeseburgera bez… mięsa. W bułce serwują bowiem panierowany ser z dodatkami, w różnej postaci. Kolejny prosty, acz genialny pomysł. Zupełnie nie trafił do mnie natomiast koncept o nazwie Szimpla. Rozumiem, iż taka brudno-squatterska stylistyka wymazanej graffiti wspólnej przestrzeni gastronomiczno-artystycznej wpisuje się w hipsterską estetykę i przyciąga turystów, czyniąc to miejsce niesamowicie popularnym, jednak to zupełnie nie mój klimat. Mimo ogromnego metrażu, baru z winem, hamaków i jedzenia, czułem się tam nieswojo i miałem wrażenie, jakbym stąpał po klejącym się glucie, a w powietrzu unosił się zapach potu i moczu. Nigdy nie byłem na squacie, ale tak to sobie właśnie wyobrażam. Na szczęście tuż obok był Karavan z food truckami i Vinyl z kawą, a tuż za rogiem brytyjski pub Hops Beer Bar, gdzie na kranie znaleźć można BrewDoga, Duggesa i inne europejskie krafty, a także szeroki wybór butelek.

Podsumowanie

Mój kolejny pobyt w Budapeszcie był znakomitym połączeniem pracy i urlopu. Dwa dni spędzone na festiwalu oraz jeden wieczór na kranoprzejęciu plus mnóstwo zwiedzania sprawiły, iż mój głód ciekawych wrażeń został na chwilę zaspokojony. Pytania jednak w tym niepokornym duchu ciągle rodzą się na nowo: Gdzie dalej? Co więcej? Jak mocno? Serce wciąż chce bić…

Co zjeść i wypić w Budapeszcie? – osobiste reminiscencje weekendowego wypadu