Konkursy, laureaci i festiwal pyszności

Jako że we czwartek ogłoszono wyniki trzech konkursów: XI Culinary Fest – Nuty Smakowe, Restauracja Roku 2015 oraz IV Kawa Festival, najwyższy czas nie tylko przedstawić laureatów, ale także i podzielić się swoimi wrażeniami z tych wydarzeń.

12674931_1217625038266849_1867106927_o

Niestety, przez nasz islandzki wyjazd nie mogliśmy uczestniczyć w Culinary Feście tak intensywnie, jak zawsze, ale i tym razem pozwoliliśmy sobie na skosztowanie kilku propozycji. Odwiedziliśmy między innymi Koba Cocktail Bar na Tylnym Chwaliszewie – lokal ukryty przed światem, mimo że położony przecież w centrum. Na miejscu zastaliśmy – poza, oczywiście, festiwalowym menu – duży wybór wysokiej klasy alkoholi, wliczając w to ciekawe i rzadko dostępne okazy. Na drinka zdecydowanie warto się tam wybrać. Samo jedzenie również nie budziło zastrzeżeń, a obsługa zapewniała doświadczenie na wysokim poziomie fachowości. Następnie zdecydowaliśmy się Firlejkę – jedno z miejsc, które zdecydowanie zagościło wśród naszych ulubionych. Zestaw przygotowany przez kuchnię tej restauracji zarówno prezentował się, jak i smakował wybornie. Łosoś otulony płatkami owsianymi mógł zainspirować niejednego smakosza, a przegrzebek był taki, jak powinien być – delikatny, kremowy i mięsny. Nasze dobre opinie potwierdziły zresztą wyniki – Firlejka otrzymała pierwsze miejsce w głosowaniu gości. Nie mogliśmy oczywiście pominąć Momo, gdzie gościmy przy okazji każdego festiwalu. Tym razem poznańscy mistrzowie owoców morza zaserwowali nam pyszne ośmiornice w wariancie owocowym, z dodatkiem awokado i mango, a także przegrzebka (ponownie!) z prosciutto na makaronie sojowym. Uznana marka nie zawiodła i wyszliśmy ukontentowani. Z nowych miejsc zaszliśmy jeszcze do dwóch susharniKoku i Tokyo Tey. Jako wielbiciel kolendry ucieszyłem się na jej obecność w przystawkowej zupie, natomiast – tradycyjnie – widząc słowo ostre/pikantne miałem dużo wyższe wymagania w kategorii: pieszczenie podniebienia ogniem. Danie główne – tempura na bogato: krewetka, warzywa, owoce, miód, pieprz…. Mnóstwo wrażeń. A do tego naprawdę można było się na chwilę nasycić! Z przyjemnością polecam. Tokyo Tey z kolei to dość dziwne miejsce – mianowicie wpisujące się w tradycję azjatyckiego fast foodu, z gotowymi już rolkami popakowanymi w pudełka. Niestety, nie wypowiem się na temat ich sushi, gdyż jedliśmy tylko menu festiwalowe, a tam – o dziwo – królowało mięso. Oba dania zostały pięknie podane, w nowoczesnym, nieco artystycznym stylu. Dorada na przystawkę (tak! ryba to też mięso!) miała za kompanów freski z czarnego sosu kokosowego i mango. Ponownie – ostrą tej potrawy nie nazwę, mimo opisu. Danie główne miało potencjał. Niestety, mój wędzony na ciepło schab był lekko surowy w środku, co wieprzowinie zdarzyć się nie może. Nie takie rzeczy oczywiście jadłem w życiu i nie robiłem afery, natomiast skrzętnie zanotowałem to w swej pamięci. Na koniec tej opowieści przypomniałem sobie, że jeszcze byliśmy w Mamasitas, gdzie uraczono nas bardzo smacznym burrito i niezłym kukurydzianym kremem.

 

Jeśli chodzi o konkurs na Restaurację Roku 2015, wzięło w nim udział pięć znanych wszystkim poznańskich foodies miejsc: Bistro La Cocotte, Papierówka, Saute, Lavenda oraz Momo. Tym razem spięliśmy się i trafiliśmy aż do 4 z 5 wymienionych lokali. W La Cocotte przy Murnej uraczeni zostaliśmy pyszną ośmiornicą, jedną z lepszych w mieście, której towarzyszyły duszone warzywa i aioli. Morski stwór we francuskiej interpretacji miał mocno kremowo-maślany smak, co nieco odbiegało od mojego wyobrażenia o mocno zgrillowanej ośmiornicy a la Mykonos. Niemniej jednak, danie okazało się poezją dla podniebienia i z pewnością zasługuje na wysokie noty i wyróżnienie. Następnie – tradycyjnie – trafiliśmy do Momo, gdzie otrzymaliśmy sporych rozmiarów krewetki wraz z ciecierzycą, papryką, chorizo i botwiną. Ten ostatni dodatek pod względem estetycznym uważam za doskonały pomysł na dekorację i cieszę się, że roślina ta przeżywa obecnie swoisty renesans wśród polskich szefów kuchni. Smakowo również – tradycyjnie – Momo nie zawiodło. Trzeci nasz wybór padł na Lavendę, która to okazała się faworytem gości i ostatecznie wygrała cały konkurs. Nie jestem zwolennikiem risotto, więc dwie poprzednie propozycje podeszły mi lepiej, natomiast przegrzebek był taki jaki powinien być: mięsisty, delikatny i delikatnie przypieczony. Dodatki w postaci groszku cukrowego czy sadzonego jajka przepiórczego stanowiły ciekawe uzupełnienie i wprowadzały dodatkowe nuty. Brawo. Niestety, podczas prezentacji wyników i zwycięskich dań niektóre przegrzebki okazały się stanowczo przesolone, w tym mój – błąd w sztuce. Zdarza się. Zajechaliśmy również do Saute, którego największym problemem jest lokalizacja – niby blisko centrum i Ronda Śródka, ale jednak na peryferiach. Tu zaserwowano nam policzki wieprzowe w akompaniamencie fondantu ziemniaczanego. Smakowało nieźle, gdyż policzki uwielbiam, ale muszę napisać kilka gorzkich słów o samej koncepcji. Gotowane czy pieczone ziemniaki są dla mnie swoistym memem kulturowym – synonimem januszady – pewnego zachowania a la inżynier Mamoń z filmu Rejs. Ziemniaki z mielonym/schabowym i mizerią, jedzone dzień w dzień na talerzu z duraleksu w moim mózgu zakodowane zostały jako coś, z czym trzeba walczyć. Coś, co przeczy wszystkiemu, co cenię w kuchni. Symbolizują zwykłość, przeciętność, brak woli poznawania nowego. Tu mieliśmy kontrast: policzki – mimo że podroby, to jednak rzadko jedzone na co dzień, a więc ciekawe – i ziemniaki – ucieleśnienie nieciekawości. Mało jest rzeczy, których nie lubię jeść, natomiast te skrobiowe potwory przypominające o nudzie dnia codziennego należą właśnie do tego grona. Do Papierówki nie poszliśmy, gdyż wciąż pamiętam tego źle wysmażonego steka, ale może w końcu się przełamię i dam im szansę kolejny raz…

Zwycięzcą Kawa Festival została również Lavenda, jednak – jak wiecie – za deserami nie przepadam, więc mogę jedynie napisać tyle, że kciuk do góry za to, iż zaproponowana pozycja nie była mocno przesłodzona, choć niektórzy odnieśli takie wrażenie. Nie mieliśmy tu do czynienia co prawda ze zwiewnym owocowo-ziołowym muśnięciem podniebienia, ale do ekstremów słodkości pokroju turecko-arabskich deserów na pewno propozycji Lavendy trochę brakowało. I dobrze.

12528727_1217625258266827_1794139145_o

Świńskie Uszy – miejsce uroczystego ogłoszenia wyników – to nowe miejsce na kulinarnej mapie Poznania. Dysponuje ono dwoma poziomami: restauracyjną górą i klubowo-barowym dołem. Lokal ma duży potencjał, zwłaszcza, że prowadzony jest przez człowieka doświadczonego na lokalnym rynku – Krzysztofa Hellera odpowiedzialnego za sukces Goko Sushi. Ciekawa jest koncepcja braku stałego menu. Zamiast niezmiennej karty dań, mamy cztery kategorie cenowe i w każdej z nich różne ciekawostki przygotowane przez kuchnię danego dnia. Pomysł popieram, gdyż uwielbiam nowości i ciekawostki, a gardzę sztampą i rutyną. Pytanie – czy poznański rynek to kupi? Mam nadzieję, że tak. Restauracja zrezygnowała też z prowadzenia oficjalnego konta na Facebooku i cały ruch social media chce skanalizować na Instagramie. Podczas kolacji uraczeni zostaliśmy makrelą w asyście malinowego kuskusu. Pierwszy raz jadłem takie połączenie i to już sprawia, że jestem zadowolony z takiego wyboru kuchni. Nie mam zastrzeżeń co do efektu tego eksperymentu – smakowało pysznie i dobrze łączyło się w całość. Warto eksperymentować, warto szukać. Życie jest za krótkie, by zamykać się w swojej ciasnej strefie komfortu.

Kolejna edycja Culinary Fest odbędzie się 23-29 maja pod hasłem Sekret, zaś Kawa Festiwal 4-10 kwietnia pod kuszącym mnie mocno sloganem – Bezmlecznie. Jestem bardzo ciekawy, co tym razem wymyślą uczestnicy. Zapowiada się smakowicie.

Konkursy, laureaci i festiwal pyszności

Baranie łby, zepsute ryby i wszechobecna lukrecja – czyli kocham Cię jak Islandię

Od naszej ostatniej podróży minęło już trochę czasu i stęskniliśmy się nieco za życiem na walizkach. Jako że okazja była przednia (Walentynki), postanowiłem zabrać moją Ukochaną na Islandię, która nas oboje od pewnego czasu intrygowała. Korzystając z urodzinowej promocji WizzAir, kilka miesięcy wcześniej zakupiliśmy dwa bilety w cenie jednego, dołożyliśmy do tego duży bagaż i zabukowaliśmy lot z Gdańska do Keflaviku i z powrotem. Czegoż więc warto spróbować na miejscu? Czy mity na temat islandzkiego jedzenia i picia są prawdziwe? Postanowiliśmy stawić czoła tym pytaniom na miejscu, a odpowiedź na nie znajdziecie poniżej. Zapraszam do lektury.

IMG_0878.JPG

Plany kulinarno-piwne

Przed wyprawą nie mogliśmy, rzecz jasna, powstrzymać się przed buszowaniem po sieci w celu odnalezienia najciekawszych i najdziwniejszych atrakcji czekających na nas na Wyspie Gejzerów. W nasze poszukiwania lokalnych dziwot włączyliśmy także ciekawostki kulinarne i piwne. Wiedziałem już wcześniej, że Islandia to jedyne miejsce, gdzie możemy spróbować niektórych rzeczy, które gdzie indziej – o ile nie są wprost zabronione – to powiedzmy… ich konsumpcja nie należy do kręgu kulturowego. Do takich smakołyków na pewno zaliczymy wieloryba – morskiego ssaka chronionego od trzydziestu lat prawem międzynarodowym. Na szczęście są takie krańce świata, gdzie niektóre walenie można ordynarnie zjeść. Islandia daje taką możliwość. Poza wielorybami, przed wyjazdem wiedziałem także o frykasach znajdujących się na zaszczytnych listach pod tytułami w stylu: najbardziej obrzydliwe potrawy świata: fermentowanym rekinie, baranich jądrach, kwaszonym tłuszczu wieloryba czy owczej głowie. Nie darowałbym sobie, gdybym przynajmniej ich nie spróbował. Co do piwa, z okazji tradycyjnego zimowego święta Þorri browar Steðja uwarzył w 2014 roku piwo Hvalur, do którego produkcji użyto… zmielonych kości wieloryba (!), a rok później powtórzono eksperyment pod nazwą Hvalur 2, a napój infuzowano wędzonymi na owczej kupie jądrami finwali (!!). Niestety, piwo Hvalur 3 nie powstało, także przez lobby antywielorybnicze, które rozpętało krucjatę przeciwko używaniu waleni w procesie produkcji piwa. Poza tym, jak zawsze celem wyprawy było zjedzenie i wypicie jak największej ilości lokalnych ciekawostek, o których nie mieliśmy pojęcia przed wylotem.

Lokalne obskuria – czy ludzie naprawdę to jedzą?!

12715654_1001236363302098_4423760712594557386_n

Czytając zestawy tradycyjnych islandzkich potraw, nasuwa się jedno pytanie: czy ci ludzie naprawdę to jedzą? A jeśli tak – to dlaczego? Czy są szaleni, a może jest jakieś drugie dno? Prawda jest taka, że – jak w większości przypadków – tak zwana kuchnia lokalna powstała z biedy i ograniczonego dostępu do zasobów. Gdy nie było samolotów i sieci importowych, a przez pół roku na miejscu nic nie rosło, trzeba było sobie jakoś radzić. Stąd robiono przetwory ze wszystkiego i żadna jadalna część mięsa nie mogła się zmarnować. To właśnie z tego powodu zaczęto choćby jeść baranie głowy, robić coś na kształt polskiej kaszanki czy zakopywać rybę pod ziemią. Ten ostatni proces miał też uzasadnienie medyczne. Rekin grenlandzki, tradycyjnie poddawany takowej obróbce, nie posiada bowiem układu moczowego i w związku z tym wszystkie toksyny przenikają wprost do jego mięsa, czyniąc je trującym dla człowieka. Długotrwały proces dojrzewania pomaga rozłożyć szkodliwe substancje i umożliwia zjedzenie rekiniego mięsa. Dziś na Islandii mamy możliwość spróbowania każdej kuchni świata, a przeciętny mieszkaniec tego kraju zazwyczaj zamiast wędzonych baranich jąder wybierze pad thai, pizzę, burgera lub hot-doga. Co ciekawe, przez zamiłowanie mieszkańców do fast foodu, Islandia należy do najbardziej otyłych krajów Europy. Równocześnie widnieje na liście najszczęśliwszych miejsc. Przypadek? 😉 Starodawne, tradycyjne islandzkie potrawy pełnią dziś dwie funkcje: stanowią atrakcję dla żądnych przygód kulinarnych turystów, a także serwowane są podczas wspomnianego wcześniej święta Þorri. Wtedy to na stole można znaleźć m.in.: fermentowanego rekina, baranie jądra, podpiekane owcze głowy, zrobiony z nich salceson, kaszankę, wątrobiankę, suszone na wietrze ryby, tradycyjny żytni chleb, długodojrzewającą jagnięcinę, koninę, comber jagnięcy oraz płetwy foki. Taką ucztę należy oczywiście sowicie zapić – najlepiej miejscowym alkoholem o nazwie Brennivin – czyli wódką ziemniaczaną z dodatkiem kminku. Smacznego!

Reykjavik Food Walk

Na długo przed wyjazdem wpadł mi w oko pewien profil na Instagramie. Reykjavik Food Walk, bo o nim mowa, obfitował w piękne zdjęcia krajobrazów i opisy smacznych rzeczy. Okazało się, że od pół roku istnieje wydarzenie, dzięki któremu goście są w stanie spróbować 13 lokalnych przysmaków w 6 różnych miejscach w stolicy. Udało się nam zarezerwować miejsca na środę, 17 lutego. Udaliśmy się pod Harpę w południe, a że do rozpoczęcia wydarzenia pozostało jeszcze pół godziny, wypiliśmy kawę w kawiarni na dole. Niestety, była to jedna z gorszych decyzji na miejscu. Przepalone, nieco stęchłe ziarno masowej produkcji – lepiej idźcie gdzie indziej, np. do Haiti (o tym później). RFW zaczęliśmy od wizyty w Islenskim Barinnie, miejscu, które uprzednio odwiedziliśmy już dwukrotnie. Tym razem mieliśmy okazję spróbować zupy na jagnięcinie. Osobiście jestem wielbicielem owczego mięsa i cenię je pod względem smakowym dużo wyżej niż kurczaka. Dlatego też, mimo że w sumie była to zwykła zupa a la bulion z warzywami, dodatek mięsa jagnięcego zapewnił tak zwane punkty dodatkowe, o które przecież chodzi. Drugi przystanek to Ostabúðin – miejsce, gdzie można zarówno zjeść na miejscu, jak i kupić dobre wędliny oraz ser na wynos. Jeśli chodzi o sery, były smaczne, jednak nie rzucały na kolana. Co innego mięso. Mieliśmy okazję spróbować długodojrzewającego konia, kaczki i owcy. Każda z wędlin otoczona była mieszanką ziół i przypraw. Konina w rozmarynie i tymianku pokonała wszystko. Była to jedna z najsmaczniejszych wędlin, jakie jadłem w życiu. Oczywiście połowa wycieczki nawet jej nie spróbowała! Nienawidzę tej fałszywej moralności, w której zjedzenie konia jest nieakceptowalne, ale już świnia czy krowa to nic takiego. Powiedzmy sobie wyraźnie – moralny aspekt zjedzenia konia, psa, kota czy szczura różni się od zjedzenia świni, krowy czy kurczaka tylko ograniczeniami kulturowymi. Na szczęście ja się już ich wyzbyłem i nie pogardzę dobrze sprawioną koniną. Grunt, to rozszerzać swoją strefę komfortu ad infinitum i przestać się bać. Strach to największy wróg postępu. Do tego dochodzi neofobia. O niej jednak – kiedy indziej. Idąc dalej w kierunku kościoła Hallgrimskirkja, trafiliśmy do Cafe Loki, kawiarni nazwanej tak na cześć nordyckiego boga. Mimo odbywającego się tam remontu, w ramach RFW mogliśmy wejść do środka i otrzymać tradycyjne islandzkie lody. Co wyróżnia miejscowy słodki przysmak od znanych nam z Polski lodów tradycyjnych? Dodatek… ciemnego żytniego chleba! Żyto przez 200 lat duńskiej okupacji było głównym surowcem zbożowym na Islandii i właśnie w tym okresie powstały przepisy na rúgbrauð. Kruszony chleb miesza się z masą lodową, co stanowi lokalny przysmak. Jakkolwiek dziwnie to brzmi, połączenie naprawdę dało radę i warto go spróbować. Następnie przeszliśmy nad Tjörnin, czyli staw w centrum Reyjkaviku, gdzie mieszkańcy i turyści karmią dzikie gęsi, kaczki i łabędzie krzykliwe. Ptaki są dorodne i przyzwyczajone do zjadania okruchów z pańskiego stołu. To właśnie tam doszedłem do wniosku, że Tjörnin stanowi doskonałą alegorię etatyzmu. Łabędź posiada z natury tak wielką siłę, że jest w stanie skrzydłem złamać ludzką kość. Tymczasem poprzez systematyczną pampersyzację (nie mylić z pauperyzacją) ptaki te stały się w stu procentach zależne od ludzi – na tyle, że jedzą im z ręki. Dokładnie w ten sam sposób działają państwa socjalne. Człowiek – z natury obdarzony jednostkową wolną wolą, prawem własności i samostanowienia – może być przez działanie opresyjnego aparatu państwowego pozbawiony naturalnej niezależności i zostać uzależniony od socjalnych benefitów oraz opieki urzędników do tego stopnia, że nie tylko się boi, ale nie jest w stanie funkcjonować samodzielnie. Przez całe życie potrzebna mu jest państwowa pielucha. Jest to ludobójstwo en masse na płaszczyźnie duchowej. Dość dygresji. Nad Tjörnin spróbowaliśmy klasycznego islandzkiego skyru. To produkt mleczny podobny do jogurtu, fermentowany nie tylko bakteriami mlekowymi, ale i paciorkowcami. Mieliśmy okazję skosztować zarówno wersji naturalnej, jak i truskawkowej. Obie smakowały bardzo podobnie do znanej z polskich sklepów Jogobelli. Idąc w kierunku Starego Portu, zatrzymaliśmy się przy słynnym Bæjarins Beztu Pylsur, czyli budce z hot-dogami czynnej od… 80 lat. Parówki w Islandii robi się głównie z mięsa jagnięcego, z domieszką wieprzowiny i wołowiny. Bułki w Polsce są lepsze, natomiast jeśli chodzi o wkład, to bardziej przekonał mnie wariant miejscowy. Jako dodatki można zamówić świeżą i prażoną cebulę, remuladę, keczup i musztardę. Po tym posiłku udaliśmy się do Saegreifinn, tawerny w Starym Porcie, którą założył legendarny Morski Baron. Tam skosztowaliśmy zupy homarowej, która przypominała nieco polską pomidorówkę z dodatkowym akcentem w postaci rzeczonego skorupiaka. Na Islandii poławia się dużo homarów i można je dostać w większości nadmorskich knajp. Oczywiście, jeśli myślicie, że przez to są tańsze – mylicie się. Pomimo dostępności, nadal jest to towar luksusowy. Finisz naszego touru miał miejsce w restauracji Matur Og Drykkur, gdzie otrzymaliśmy tradycyjny islandzki deser w postaci smażonych na głębokim tłuszczu warkoczy z ciasta o smaku podobnym do racuchów, przyozdobionych karmelowym sosem. Ogólnie oceniam doświadczenie Reykjavik Food Walk jako bardzo udane. Nasz przewodnik – Egill – wykazał się sporą wiedzą i potrafił ciekawie o wszystkim opowiadać, poznaliśmy sporo fajnych ludzi i – co najistotniejsze – spędziliśmy pół dnia na międzynarodowych pogaduchach i samplingu ciekawych lokalnych dań. Jeśli jesteście foodies, musicie skorzystać z ich oferty będąc w Reykjaviku!

Gdzie i co zjeść?

Po uprzednim wykonaniu internetowego researchu, udaliśmy się do restauracji Islenski Barinn, by tam spróbować lokalnych mięs niedostępnych w Polsce. To tu – według recenzji znalezionych na TripAdvisor – można zjeść renifera, maskonura, wieloryba i baranie jądra, a także wypić dobre piwo. Jak się okazało, nie zawsze i nie wszystko. Co prawda renifera musieliśmy spróbować gdzie indziej, ale udało się nam zamówić przystawki podawane w gustownych słoikach, zawierające mięso maskonura z chili oraz wieloryba w sosie z ostrym cheddarem. Sympatyczny ptaszek w smaku przypominał nieco kurczaka w azjatyckim stylu, natomiast wieloryb (a konkretnie płetwal karłowaty) zachwycał swym smakiem. Mięso tego walenia daje wrażenie, jakby dwie fantastyczne rzeczy – stek wołowy i stek z tuńczyka – połączyły się w jedno. Jędrne, mocno białkowe mięso o wyrazistym smaku, do tego świetnie podkreślone ostrym serem. Znakomite! Każdy spragniony dobrego smaku powinien spróbować płetwala, póki jeszcze jest taka szansa. Jeśli przystawka to dla kogoś za mało, może zamówić cały stek albo udać się do Starego Portu, gdzie we wspomnianej wcześniej restauracji Saegreifinn można raczyć się świeżymi porcjami degustacyjnymi za niewielką cenę.

Kolejną rzeczą, jakiej nie mogliśmy przegapić, był svið – czyli głowa owcy przecięta na pół, pozbawiona mózgu, opalona i podawana na ciepło z ziemniakami i puree z rzepy – zupełnie jak szkockie haggis. Od kilkudziesięciu lat jest to popisowe danie restauracji Fljótt og Gott mieszczącej się na… miejskim dworcu autobusowym (BSI). Zapach potrawa ta miała dość specyficzny, ale to dzięki wyglądowi uznaje się ją za jeden z największych kulinarnych koszmarów. W miarę spożywania części jadalnych (policzki, dziąsła, itd.) odsłaniają się nam bowiem zęby. Dosłownie wyjadamy resztki mięsa spomiędzy kości szczęki i czaszki, a także okolice oka i ucha. Ten widok odrzuca najbardziej odpornych, a czasem powoduje nawet dolegliwości natury gastrycznej. W moim przypadku ciekawość świata zatryumfowała nad strachem kolejny raz i zjadłem wszystko, co było w svidzie do zjedzenia. Policzki to przecież jeden z najsmaczniejszych i najdelikatniejszych frykasów, a skóra i to, co pod nią na myśl przywodziła swojską golonkę. Co ciekawe, istnieje też możliwość zjedzenia svidu na zimno.

Prawdziwym Świętym Graalem był hakarl, czyli fermentowany rekin grenlandzki. Drogie to cholerstwo (około 1500 koron za 100 gramów), ale cóż – być na Islandii i nie zjeść hakarla to grzech. Kultowy status wśród miłośników ekstremalnych doznań sensorycznych potrawa ta zawdzięcza niebywałemu smrodowi (niektórzy porównują aromat hakarla do szwedzkich kiszonych śledzi – surstromming), a także faktowi, że – cóż- de facto jest to zepsuta ryba, która spoczywa miesiącami pod ziemią, a następnie wisi i suszy się na wietrze przez prawie pół roku. Kupując mój garniec złota w sklepie, usłyszałem od sprzedawcy wyartykułowane przerażonym głosem: tylko nie otwieraj tego w domu! Zgodnie z zaleceniem, rekina spróbowaliśmy na zewnątrz, podczas śnieżycy, jaka nawiedziła wówczas Reykjavik. Pogoda dodała nieco majestatycznego charakteru temu wydarzeniu. Justyna skusiła się tylko na kawałek, a mi zostało do zjedzenia całe opakowanie. W aromacie czuć było coś na kształt mocno dojrzałego francuskiego sera, amoniaku i starej ryby. Z czasem profil przechylał się coraz bardziej w stronę sera. W smaku było już bardziej zwyczajnie – rybnie i lekko kwaskowo. Tekstura hakarla przypomina środek ryby, gdy chcemy sobie usmażyć filet i za szybko zdejmiemy go z patelni – taki lekko gumiasty i nieścięty. Nie jest to potrawa, którą chciałbym jeść codziennie, ale na pewno ciekawa i warta poznania. W końcu w życiu chodzi o kolekcjonowanie doświadczeń, by mieć co później wspominać, prawda?

Kontynuując wątek rybny, Islandczycy mają jedną świetną i szeroko dostępną przekąskę, której mi bardzo brakuje w Polsce. Zamiast niezdrowych i tuczących chipsów, w każdym sklepie spożywczym można kupić harðfiskur, czyli suszoną na wietrze rybę. Do wyboru mamy m.in. dorsza i plamiaka, a także kilka innych okazów. Chrupiący smakołyk pachnie i smakuje jak ryba, więc nie powinien odrzucać nikogo, kto gustuje w morskich stworach. To jednak wartość odżywcza czyni go prawdziwie ultymatywnym osiągnięciem dietetyki i przemysłu spożywczego: 86% białka. Tak – dobrze czytacie. Osiemdziesiąt sześć. Zamiast pełnych węglowodanów i transtłuszczu chrupek, można kupić harðfiskur i dać swojemu organizmowi to, co najlepsze! A poza tym to pyszna przekąska do pochrupania przed telewizorem. Polecam!

Spróbowawszy większości obskuriów, został nam jeszcze renifer (baranich jąder nie widzieliśmy nigdzie – zapolujemy następnym razem). Mimo kilku opinii w internecie i paru telefonach, okazało się, że ani Islenski Barinn, ani Hamborgarabúllan (podobno najlepsza burgerownia w mieście) nie mają reniferzego mięsa. Do wyboru mieliśmy burgera z renifera w jednym z ekskluzywnych hoteli i carpaccio jako część czterodaniowego zestawu obiadowego w restauracji Höfnin. Uznaliśmy, że ponad 3000 koron za bułkę to jednak za drogo, więc postanowiliśmy spędzić romantyczny wieczór w portowej knajpce, delektując się ciekawymi potrawami lokalnej kuchni. Carpaccio spełniło nasze oczekiwania, choć porcja była mikroskopijna. Smakowo dobrze, ale konina lepsza. Zupa z owoców morza to już totalny majstersztyk. Nie jestem jakimś miłośnikiem zup, ale mam swoje faworytki. Krewetkowa z mleczkiem kokosowym i trawą cytrynową w Why Thai, ramen z szaszłykami z kurczaka w Yetztu, borowikowa w 3Kolory Malta, czy właśnie ta – z owocami morza w Höfnin. Mule, krewetki, a do tego kwaśna śmietana i kiełki – świetna kompozycja, a sam wywar pieścił podniebienie – nomen omen – niebiańsko. Rewelacyjna jest też lokalizacja tego miejsca. Stary Port to idealne miejsce na randkę. Piękne widoki, świetna kawa (o tym później) i mnóstwo dobrego jedzenia. Wszystkie zmysły dostają dawkę paliwa. Wraz ze wspaniałą kobietą jesz sobie jedną z najlepszych zup, jakie próbowałeś, a przez panoramiczne okno oglądasz statki, morze i ośnieżone szczyty. Danie główne to już fiesta jagnięciny. Owca przygotowana na trzy sposoby – dużo mięsa o charakterystycznym smaku, a to wszystko podane na kaszy w asyście karmelizowanej marchwi. Na deser otrzymaliśmy ciasto czekoladowe z płynną czekoladą, a do tego maliny. Smaczne, acz – jak wiecie – nie jestem fanem słodkości.

Wracając do tematu burgerów, Hamborgarabúllan to podobno najlepsza miejscówka tego typu w całej stolicy Islandii. Mając porównanie do poznańskich burgerowni powiem tyle – nie ma nawet startu! Po pierwsze, mało mięsa (tamtejszy standard to… 80 gramów! Osiemdziesiąt! Kiedy w porządnym burgerze powinno być minimum 200! Chcąc się najeść mięsa, a nie bułki, trzeba zamówić potrójną porcję! – na szczęście była opcja ze 150 gramami polędwicy), po drugie kiepskie, kapciowate bułki. Plus za duży wybór ciekawych sosów – niestety, bez tych superostrych od Blaira i podobnych.

Ciekawie prezentują się islandzkie słodycze. Dla Polaków istotne są przede wszystkim dwie informacje: miejscowi ubóstwiają nasze Prince Polo, które dostępne jest wszędzie, a także do wszystkiego, do czego się da, dodają lukrecję. Lukrecjowa czekolada, cukierki, lody – czasem strach otworzyć lodówkę, bo można tam znaleźć lukrecję. Jako że jest to tzw. smak nabyty, lojalnie ostrzegam. Nie znam zbyt wielu osób w naszym kraju, które przepadają za tym charakterystycznym smakiem. Jeśli do dziś po nocach w koszmarach śni się Wam czarne Haribo, omijajcie produkty z napisem Lakkris.

Gdzie na kawę?

Oprócz piwa i jedzenia, lubię wypić dobrą kawę. W Reykjaviku działa miejscowa palarnio-kawiarnia o nazwie Reykjavik Roasters i tam też udaliśmy się w celu wypicia czegoś lepszego niż sieciówkowe badziewie. Na miejscu znaleźliśmy zabytkową wypalarkę, trochę alternatywnego ziarna i różne warianty parzenia. Super. Niestety… po kwadransie nas wyrzucono za drzwi. W Islandii jak zamykają o 18, to zamykają o 18. Klient nie ma nic do gadania. Widocznie jeszcze nie dotarła na tę odległą wyspę wiadomość, iż najważniejszy jest konsument, a nie człowiek pracy. To konsument stanowi serce i najważniejsze ogniwo gospodarki. Nie do pomyślenia jest dla mnie fakt wypraszania klientów. Niestety, tam jest inaczej i to człowiek pracy jest ważny. Socjalizm, pieprzony socjalizm. Niemniej jednak, to chyba jedyne miejsce, gdzie serwują specialty, więc polecam.

Najczęściej kawę piliśmy jednak w Cafe Haiti, w Starym Porcie. Jest to – jak potem przeczytaliśmy – dość kultowe miejsce, prowadzone przez imigrantkę z Karaibów i jej rodzinę. Na miejscu zastaliśmy typowo podróżniczy wystrój, meble w stylu kolonialnym i domowy klimat. To lubimy. Ziarno importują sami – całkiem niezłe, a do tego mają pyszne ciasta. Polecam zwłaszcza sernik bananowy. Skojarzenia z poznańską La Ruiną nasuwały się same. Musicie koniecznie odwiedzić to miejsce.

Gdzie na piwo i nie tylko?

Co ciekawe, na Islandii piwo było zakazane aż do… 1989 roku! Przedziwne, nieprawdaż? To nie wszystko. Tak jak w Szwecji czy Norwegii – tu także jest problem z państwową kontrolą życia obywateli. Alkohol (>2,5%) możemy kupić jedynie w lokalach, strefie bezcłowej na lotnisku oraz w specjalnych sklepach monopolowych. Oczywiście – jak większość rzeczy na wyspie – sklepy te są otwarte od 11 do 18, z chyba jednym czy dwoma wyjątkami otwartymi do 20. Zero alkoholu na stacjach benzynowych i w sklepach spożywczych – nawet całodobowych! Można sobie tam co najwyżej kupić coś niskoalkoholowego typu rozwodniony, dwuprocentowy eurolager w wersji light. Swoją drogą ciekawi mnie, dlaczego nikt na Islandii nie wpadł na pomysł warzenia dwuprocentowego IPA? Nieistotne. Chcąc odkryć smaki islandzkiego kraftu, musimy wypatrywać szyldu Vínbúðin. Tam znajdziemy cały asortyment alkoholowy, a w tym piwo miejscowe i zagraniczne. Bez problemu możemy kupić produkty z oferty popularnych amerykańskich browarów kraftowych, jednak ja chciałem poznać smak lokalnych przysmaków. Najlepszym browarem na wyspie jest zdecydowanie kontraktowiec o nazwie Borg Brugghús, który warzy w Ölgerðin Egill Skallagrímsson w Reykjaviku. Praktycznie każde piwo firmowane tą marką to ścisła krajowa czołówka, a ich imperialne stouty mogą spokojnie konkurować z najlepszymi polskimi wypustami. Jeśli dla kogoś islandzkie nazwy są zbyt trudne, Borg nadaje swoim piwom numery. Udałem się na zakupy do sklepu przy ulicy Skeifan (otwarte do 20!) i zakupiłem cały koszyk piw. Jeśli chodzi o ceny, to nie odbiegają one znacząco od kosztów importowanego kraftu w Polsce. Za butelkę o pojemności 0,33 należało zapłacić około 20-25 złotych. W strefie bezcłowej wychodziło nieco taniej, około 15. Na wódce różnica ta jednak widoczna była dużo bardziej. Przebitka podatkowo-celna wynosiła około… 300%! Tak – Brennivin w mieście był trzykrotnie droższy niż na lotnisku! To, jak państwo okrada Islandczyków, jest niesamowite.

Na początek opisów poszczególnych piw jeszcze napiszę, że na Islandii wszystko filtrują, więc piwa ogólnie są klarowne jak eurolagery. Degustację zacząłem od borgowego Leifura (nr 32), czyli żytniego saisona z tymiankiem i wrzosem. W aromacie krzątały się tu piękne wiosenne nuty kwiatów, podbite przyprawami i ziołami, jednak w smaku poza nimi dało się wyczuć karmelowość i toffi, co sprawiało wrażenie ciężkości. Bez tego byłaby to świetna propozycja na przedwiośnie, a tak oceniam ją jedynie średnio. Jeszcze więcej karmelu miało inne piwo w tym stylu – żytni saison z arcydzięgielem o nazwie Skadi z browaru Ölvisholt w Selfoss. Tu miałem do czynienia z dużo wyższym wysyceniem, cytrusowością i alkoholową goryczką (7,5% dało się odczuć). Piwo ma oleistą fakturę, świeży smak, jednak karmel i alkohol zaniżają mu ocenę. Einstök Icelandic Toasted Porter to już napitek dostępny także w Polsce, produkowany przez całkiem spory browar Viking w Akureyri, na dalekiej północy, pod samym kołem podbiegunowym. Kiepska piana, orzechowo-chlebowe aromaty z nutą gorzkiej czekolady i słabej kawy – takiej z automatu na dworcowym peronie. Piłem w życiu lepsze portery, ale Einstök daje radę na jakąś niewymagającą wieczorną sesję. Według RateBeer najlepszym islandzkim piwem jest Lava ze wspomnianego wcześniej browaru Ölvisholt. Jako że to wędzony imperialny stout, na samą myśl moje kolana ugięły się w miękkości. Cóż więc ma do zaoferowania najlepsze według RateBeerowiczów piwo na wyspie? Ciemnobrązowa barwa, klarowne, z beżową pianą. W aromacie palone słody i sos sojowy, a także nuta palonego plastiku (fenole). Bardzo gładka faktura w odczuciu w ustach, wyczuwalny alkohol i palony finisz. Piwo jest umiarkowanie wędzone, dość mocno palone i niezbyt pełne jak na imperialnego stouta. Na pewno ciekawe i smaczne, ale moim zdaniem nie najlepsze w kraju. A może tak – dla odmiany – jakieś miejscowe IPA? Tumi Humall to propozycja browaru Gæðingur ze Skagafirði. Napiszę wprost – Islandczycy potrafią zrobić pięknie pachnące, idealnie klarowne IPA o zauważalnej goryczce, która nie zalega. Niby nic, a jednak tak często można znaleźć piwa w owym stylu, którym daleko do takiej charakterystyki. W aromacie mamy tu głównie słodkie owoce – ananasa i mango, coś jak w kilkumiesięcznym piwie chmielonym Simcoe. W tle błąkają się nuty ziołowe i żywiczne. Goryczka jest wyważona, ale zaznaczona – krótka i średnio intensywna. Wytrawne z gorzkim finiszem. Powiem szczerze – chciałbym, by polskie IPA prezentowały taki poziom, jak Tumi Humall. Kontynuując wątek IPA, Borg wypuścił trzy wilcze odmiany. Wilk to po islandzku ulfur. I tak też mamy do wyboru piwa o nazwach: Ulfur, Ulfur Ulfur i Ulfrun (odpowiednio: IPA, double IPA, session IPA). Niestety – wersja podwójna jest sezonowa i nie miałem możliwości jej spróbować. Sesyjny wilczek sprzedawany jest w puszkach i przeznaczony jest do szybkiego picia bez zastanawiania się nad poszczególnymi cechami. W tej roli sprawdza się doskonale. Pachnie amerykańskim chmielem, smakuje świeżo i umiarkowanie gorzko, jest lekki i to by było na tyle. Średni brat – Ulfur – pachnie ananasem, ale nie jest to jakiś uderzający aromat. Goryczka średnia. Pijalne, ale bez większych uniesień. Do Tumi Humall nie ma startu. Najnowszym piwem od Borga jest Magdalena (nr 41), która premierę miała w lutym 2016 roku. To imperialny witbier (8,4% alk.) z dodatkiem trawy cytrynowej, kolendry i… marmolady pomarańczowej. Po pierwsze – jest to zdradziecko pijalne piwo. Alkohol ukryty został znakomicie i pije się go jak zwykłego witbiera – o połowę słabszego. W aromacie dominuje kolendra i ziołowe lekarstwa. Spora przyprawowość przywodzi na myśl saisona. Ziołowość towarzyszy całej degustacji. Dwa ostatnie piwa z browaru Borg, jakie miałem przyjemność degustować, to imperialne stouty: Surtur (nr 38) oraz Garun (nr 19). Garun to mocniejszy gracz (11,5%), jednak alkohol – mimo podbicia ekstraktu cukrem – jest świetnie ukryty. Piwo daje w sobie wyczuć trochę czekolady, lekkiej kawy i odrobinę lukrecji, a także ofertuje wytrawny, palony finisz. Jeśli chodzi o Surtura, to obecna warka to kolejna wersja tego trunku. Tym razem uwarzono go na szeroko opisywane wcześniej święto Þorri. Do zasypu dodano żyto i pszenicę, a całość infuzowano mnóstwem wanilii. W efekcie piwo jest o wiele słodsze w aromacie i smaku, a do tego wprost bucha z niego świeże kakao. Gdybym miał wymarzyć sobie imperialną wersję naszego Dybuka, to chciałbym, by smakowała ona właśnie tak, jak Surtur nr 38. Oba RISy są do kupienia w wielopakach w strefie bezcłowej na lotnisku, więc gorąco polecam ich nabycie.

To tyle, jeśli chodzi o piwa pite w hotelu czy w domu po powrocie do Poznania. Właściwie to jeszcze piłem Myrkvi (nr 13) –porter z kolumbijską kawą paloną przez Reykjavik Roasters, jednak nie robiłem wówczas szczegółowych notatek, a samo piwo oceniłem minimalnie powyżej przeciętnej. W Reykjaviku sporo jest miejsc, gdzie można się napić dobrego piwa, jednak wyróżnić trzeba przede wszystkim dwa: Mikkeller & Friends, gdzie – jak sama nazwa wskazuje – można opić się duńskimi specjałami, a także leżący nieopodal Micro Bar, który serwuje głównie miejscowy kraft. Moim celem było przede wszystkim spróbowanie lokalnych przysmaków, więc udałem się do tej drugiej lokalizacji. Knajpa oferuje kilkanaście piw z islandzkich i grenlandzkich (!) browarów z kranu, a także propozycje butelkowe. Obsługa zna się na rzeczy, a w środku można spokojnie usiąść i porozmawiać przy stoliku. Jak przystało na pub dla geeków, dostępne są deski degustacyjne w opcji 5 lub 10 piw. Miodnie! Jako że część trunków próbowałem wcześniej w wersji butelkowej, odpuściłem je i zamówiłem pięć próbek. Na pierwszy ogień poszedł grenlandzki browar Godthaab i ich kolsch pod nazwą Nuummiut. Był to nie tylko mój debiut jeśli chodzi o Grenlandię (yay, kolejna pinezka na mapie!), ale i… pierwsze piwo w stylu kolońskim, jaki dane mi było spróbować. Wrażenia? Praktycznie brak. Wodniste, lekko kwaskowe, bez jakichkolwiek uniesień. Żadnych wad, ale i – prawdę mówiąc – żadnych zalet, poza pijalnością i rześkością. Wiem, że wielu osobom to wystarcza, ale ja jednak wolę bardziej degustacyjne trunki. Druga próbka to równie nudny niemiecki styl –altbier. Dökkur Bjór ze znanego z warzenia piw z wielorybimi dodatkami browaru Steðja to poprawne słodowe piwo o nutach przypieczonego chleba, toffi i karmelu. Wypić i zapomnieć. Nuda. Przyszedł czas na specjalistów od chmielu, twórców wspomnianego wcześniej świetnego IPA – browar Gæðingur z Selfoss. To właśnie w kooperacji z nim i browarem Two Roads Jeppe Bjergso z Evil Twin uwarzył piwo kwaszone… skyrem. Skyrgosi pachnie nieco wodą po ogórkach i kapustą kiszoną, w smaku jest lekki kwasek, soli jakoś mocno nie wyczułem. Są nuty mleczne i cytrynowe. Ot taka lemoniadowa ciekawostka z kiszonką. Po tym eksperymencie trzeba było spróbować czegoś potężnego – mianowicie świeżego double IPA. Najnowsza wersja Fulltrúi Syslumanns ma 10% alkoholu zamiast poprzedniego 8,6%. Bursztynowa barwa, aromat marakui i mango, delikatny stary chmiel z tyłu, porządna goryczka, alkohol świetnie ukryty (jak w większości islandzkich piw) i gorzki finisz w stylu grejpfrutowego albedo. Gæðingur nie zawodzi jeśli chodzi o mocno chmielone piwa.

Miałem jeszcze okazję wypić trzy piwa w restauracjach. Romantycznej kolacji z owocami morza akompaniował najpopularniejszy lager w Reykaviku o nazwie Gull. Piwo pięć lat temu wybrane zostało najlepszym standardowym lagerem na świecie podczas World Beer Awards i… w tej kategorii sprawdza się całkiem nieźle. Jak na piwo codziennego użytku, jest o wiele smaczniejsze niż koncernowe eurolagery. Ma wyczuwalnie słodowy charakter, z zaznaczoną nutą szlachetnego chmielu, a do tego pije się je szybko i bez męczarni. Nadal jest to tylko nudny jasny lager, ale przynajmniej nie wali kukurydzą czy masłem. Do wieloryba i maskonura wypiliśmy zaś z Justyną czekoladowy porter z browaru Kaldi oraz stout z browaru Viking. Oba nieco wodniste, ale z zaznaczonym odpowiednio czekoladowym i palonym charakterem. Do wypicia do obiadu w sam raz.

Post scriptum

To tyle, jeśli chodzi o jedzenie i alkohol. Z powodu ograniczonej dostępności napojów z procentami, Islandczycy zamiast w barach wolą siedzieć w basenach geotermalnych, które stały się dla nich tym, czym puby dla nas – miejscem spotkań towarzyskich. Za jedyne 900 koron możemy siedzieć cały dzień w ciepłym jacuzzi, popływać na basenie, skorzystać z wielu zjeżdżalni czy sauny, a za skromną dopłatą także oddać się w ręce masażysty. Wszystko to nie wyjeżdżając z miasta. Oczywiście są też naturalne gorące źródła w terenie, w tym to w Reykholt – najstarsze na wyspie, pamiętające jeszcze czasy prawdziwej, pięknej średniowiecznej anarchii. Jeśli nie lubicie tłumów, ze swojej strony polecić mogę mały basen o nazwie Klebergslaug, niedaleko Reykjaviku. Najwięcej turystów jedzie do turystycznej mekki – Blue Lagoon, ale my ominęliśmy to miejsce. 45 euro za bardziej odpicowane przez ludzi i zatłoczone termy to raz, że bardzo drogo, a dwa – w okresie Walentynek i tak wszystkie godziny poza 19:00 (o 20:00 zamykają) były zaklepane. Najpiękniejsze na wyspie są przede wszystkim krajobrazy, które zmieniają się z minuty na minutę podczas jazdy samochodem i właściwie to ciągle chce się zatrzymywać i robić zdjęcia. Nie mieliśmy czasu pojechać nigdzie dalej, więc ograniczyliśmy się do zwiedzania południowego zachodu – pięknych wodospadów, górskich potoków i wulkanicznych wzniesień. Warto wypożyczyć auto i wyjechać z miasta – choćby te 100-200 kilometrów. Pogoda potrafi zmienić się tak szybko, że w jednej chwili jest -15 stopni, a po chwili +5. O samochodzie wspominam nie bez przyczyny. Także w tej kwestii spotkała nas niemiła niespodzianka i pokaz, jak nie należy traktować klientów.

Zabukowaliśmy samochód w firmie Sixt, zapłaciliśmy kartą przez internet, system ściągnął pieniądze i przysłał potwierdzenie, iż samochód jest do odbioru. Na miejscu okazało się, że nie akceptują mojej karty. Jeśli rzeczywiście tak jest, ich system rezerwacji nigdy nie powinien tej karty zaakceptować i ściągnąć pieniędzy z konta. Skoro otrzymałem potwierdzenie rezerwacji, to każda szanująca się firma – nawet jeśli zostało one wydane przez błąd systemu – uznaje rację konsumenta. Jest to podstawa etyki obsługi klienta! Tymczasem tam zakończyło się to wielką awanturą, gdyż nie miałem zamiaru dać za wygraną, a mimo to nawet kierownik nie chciał wydać mi auta, za które zapłaciłem i otrzymałem potwierdzenie. Skandaliczny brak profesjonalizmu i proklienckiego nastawienia. Piszę o tym po to, żeby dzięki temu przynajmniej jedna osoba wybrała inną firmę zajmującą się wynajmem samochodów. Nie musicie korzystać z mojej konkretnej rekomendacji, o której poniżej. Po prostu wypożyczcie od kogo innego, niż Sixt. My trafiliśmy na miejscu na świetnych ludzi – rodzinną firemkę Ice Rental Cars z Njardviku. Prowadzi ją ojciec z synem. Po usłyszeniu naszej historii wypożyczyli nam samochód za gotówkę, dostarczyli go pod Cafe Haiti, gdzie sfrustrowani poziomem obsługi klienta w Sixt zapijaliśmy smutki kawą i zagryzaliśmy sernikiem. Następnie, mimo że mieliśmy oddać auto do wtorkowego wieczoru, napisałem do nich, że jeszcze rano we środę chcielibyśmy podjechać do centrum i zapytałem, czy moglibyśmy przetrzymać naszego Hyundaia i30 o pół dnia dłużej. Bez żadnych problemów zgodzili się na to, nie żądając ani jednej korony dopłaty. Sam zwrot wypożyczonego samochodu również wyglądał bardzo dżentelmeńsko, bez szukania dziury w całym. To też ważne, gdyż – jak można przeczytać w opiniach o firmie Sixt w Internecie – najpierw chcą sprzedać jak najwięcej rodzajów ubezpieczeń jako dodatkowe koszty wynajmu, a gdy ktoś ich nie wykupi, niczym Sherlock Holmes szukają najmniejszych zadrapań, by ściągnąć z ludzi pieniądze. Jeden z klientów otrzymał rachunek na 10 tysięcy euro (!!!) za rzekome uszkodzenie karoserii wywołane przez żwir. Abstrahując od wątpliwych etycznie praktyk Sixt, na Islandii akurat ubezpieczenie od żwiru i pyłu wulkanicznego się przydaje, gdyż na drogach jest tego pełno i można np. łatwo stracić szybę. Jeśli będziecie wynajmować auto – zadzwońcie do chłopaków z Ice Rental Cars – niech im się interes kręci. Oni wiedzą jak się traktuje klienta. Niech rynek zadziała.

A największy minus wycieczki – poza wysokimi cenami i antykonsumencką gospodarką? Niestety, mimo szczerych chęci nie złapaliśmy zorzy polarnej! Zawsze jednak trzeba zostawić coś na następny raz. Polecimy tam kiedyś w lecie i pojedziemy w inne zakątki wyspy. Na pewno warto było to przeżyć. W islandzkiej naturze można się naprawdę zakochać.

Baranie łby, zepsute ryby i wszechobecna lukrecja – czyli kocham Cię jak Islandię

Co i gdzie zjeść (i wypić) w Kazimierzu Dolnym?

Dwa tygodnie z dala od Poznania, codziennych obowiązków i myślenia o rzeczach poważnych. Tego mi było trzeba. Dwa tysiące kilometrów za kierownicą mojego niezawodnego auta. Prawie tuzin osób podwiezionych dzięki BlaBlaCar. Święta z rodziną, wyjścia ze znajomymi i w końcu Sylwester w Kazimierzu Dolnym z Ukochaną. Nie byłbym sobą, gdybym nie zrobił stamtąd kulinarno-piwnej relacji. A więc… co i gdzie warto zjeść (a także wypić) w najromantyczniejszym mieście w Polsce?

P_20160102_143955.jpg

Na miejscu mieliśmy właściwie dwa pełne dni (piątek i sobota) plus sylwestrowy wieczór (czwartek) i niedzielny poranek (dzień wyjazdu). Nie mając jednak wykupionego wyżywienia w pensjonacie, skorzystaliśmy z okazji i eksplorowaliśmy liczne kafejki, restauracje i tawerny w zasięgu wzroku. Zdaję sobie sprawę, że nie weszliśmy wszędzie i zapewne ominęliśmy wiele ciekawych pozycji (Akuku…), ale – jak już mam to w swej prywatnej tradycji – pewne sprawy zostawiam na później, by mieć po co wracać.

Już przed wyjazdem postanowiłem zrobić mały wirtualny rekonesans i dzięki niemu wpadła mi w oko restauracja Kuchnia i Wino, która oferowała sylwestrowe zestawy z ciekawie zapowiadającymi się potrawami, a do tego rekomendowali ją zarówno Gault&Millau, jak i Wojciech Modest Amaro. Kartę win ułożył zaś Marek Kondrat. Dłużej nie trzeba było nas namawiać. Miejsce znajduje się przy ulicy Krakowskiej, przy której praktycznie każdy dom to kawiarnia, hotel lub restauracja. Kuchnia i Wino to gastronomiczna część pensjonatu Vincent. W środku znajdowały się dwie przestrzenie: jedna z małymi stolikami (gdzie zajęliśmy miejsce) oraz większa, skąd dobiegał gwar dzieci (z ulgą nie musieliśmy tam siadać). Jako aperitif otrzymaliśmy kieliszek kir royal, a następnie po kolei delektowaliśmy się elementami kolacji. Degustację zaczęliśmy od koziego sera, buraka w czterech odsłonach, orzecha włoskiego w karmelu i płatków soli. Wszystko podane w iście designerski sposób, godny powitania 2016 roku. Bardzo mnie ucieszył fakt, iż kulinarne trendy, także jeśli chodzi o estetykę, wyszły z dużych miast i powoli trafiają również do mniejszych ośrodków. Druga pozycja w menu to, zdaniem obojga z nas, najsmaczniejsza część wieczoru: aksamitny krem z kalafiora, syrop klonowy, płatki chabrów i gałka muszkatołowa. Od wyglądu, przez piękny aromat, okrągły smak, aż po długo pozostające odczucie w ustach mogliśmy celebrować wspólnie spędzoną chwilę we dwoje przy noworocznym stole, wpatrzeni sobie w oczy, płomień świecy i fioletowe płatki chabrów skąpane w kalafiorowej emulsji. Danie główne, czyli mięsne, stanowiły do wyboru: perliczka, galaretka z jarmużu, sos z czarnej porzeczki, puree z pietruszki i mus marchewkowy lub troć na czarnej soczewicy, groszek cukrowy, piana pomarańczowa, mus ogórkowy i sól pomarańczowa. Za ptactwem jakoś szczególnie nie przepadam, więc perliczkę zjadłem ze smakiem, ale bez sensorycznych egzaltacji. Troć, którą otrzymała moja Ukochana, wydawała się nieco bardziej wyrazista, a cukrowy groszek stanowił ciekawy dodatkowy akcent o całkiem sporym natężeniu smaku, co zawsze jest mile widziane w moim odczuciu. Mus ogórkowy nieco przypominał w konsystencji galaretkę i miał posmak kisielu. Jedzenie deseru u mnie zawsze przypomina chwytanie byka za rogi, gdyż – jak wielokrotnie podkreślałem – nie lubię w nadmiarze smaku słodkiego i bardzo łatwo osiągam pułap przesłodzenia. Solidna porcja musu waniliowego była jednak, dzięki swej konsystencji i lekkości, doskonałym zakończeniem wieczoru, a świetna kwaskowa kontra granatu zapobiegła przekroczeniu limitu odczucia słodyczy. Za mały minus można jedynie uznać brak synchronizacji napojów z jedzeniem (wino dostaliśmy jak już zjedliśmy danie główne, a kawę po skończonym deserze), ale przy bardzo dużym natężeniu ruchu i wszystkich zajętych stolikach (przynajmniej w naszej sali) można to spokojnie wybaczyć. Doświadczenie oboje uznajemy za bardzo udane i polecamy to miejsce na romantyczną kolację we dwoje!

Następnego dnia stwierdziliśmy, że skoro jesteśmy w Kazimierzu, to musimy skosztować trochę żydowskiego dziedzictwa tego miejsca. Wybór był oczywisty – Bajgiel przy starej synagodze, obecnie przerobionej na hotel i muzeum. W menu roi się od żydowskich przysmaków, a jako specjalność zakładu prezentowany jest tytułowy bajgiel w trzech odmianach. Ku mojemu zasmuceniu, okazało się, że goście przed nami zamówili już ostatnią sztukę. Na szczęście ostatecznie bajgle dojechały i mogliśmy spróbować wybranej przeze mnie wersji z wędzonym łososiem. Przecięty na pół wypiek z rybno-jajecznym wnętrzem plus sałatka ze świeżych warzyw były dokładnie tym, czego oczekiwałem. Świeże, chrupiące, pyszne – w sam raz na pożywny śniobiad. Do tego zamówiliśmy jeszcze czulent, w którym moim zdaniem za bardzo dominowały klimaty mączne, ziemiste, ziarniste, strączkowe, a za mało w nim było mięsa, ale to tylko moje preferencje urodzonego mięsożercy. Smakowało całkiem nieźle. Karp w sosie cytrynowym zamówiony przez Justynę był bardzo maślany, co adekwatnie komponowało się z charakterem ryby i kwaskowatą kontrą cytryny. Minus tej wizyty wziąłem całkowicie na własne życzenie. Piwo Kazimierskie Niepasteryzowane wytwarzane przez znany z produkcji smakowych Magnusów Browar Jagiełło to potwornie utleniony lager o nutach kartonowo-starozbożowych, bez piany, goryczki i smaku. Wniosek: idźcie do Bajgla na obiad, darujcie sobie piwo.

Jpeg

 

Na wieczór trafiliśmy do Podcieni na kawę i piwo. Kraftu co prawda nie było, ale mogłem się napić Porteru z Okocimia, który ostatnio zbierał niezłe noty. Ogólnie rzecz biorąc, gdy idziecie do knajpy, w której nie serwuje się piwa rzemieślniczego, pytajcie o portery bałtyckie. Te dostępne w Polsce, nawet z dużych koncernów, zwykle da się z przyjemnością wypić (pod warunkiem że nie traficie na felerną warkę z masakryczną ilością żelaza lub alkoholu w smaku w przypadku Żywca). Wyboru napoju w Podcieniach, w każdym razie, nie żałowałem. Przed pójściem spać zaszliśmy jeszcze do restauracji Pod Wietrzną Górą, gdzie kelner uraczył nas opowieściami o mieście, a na dodatek zjedliśmy pysznego wołowego tatara z dodatkami. Dla wielbicieli surowizny – polecam. Oprócz tego zamówiliśmy pierogi ruskie, które okazały się poprawne – choć ciasto mogło być lepsze.

P_20160102_111238.jpg

 

W sobotę postanowiliśmy solidnie pozwiedzać, przejść się do Galerii Grabskich na wystawę pięknych, romantycznych obrazów autorstwa Dariusza Twardocha, a także w końcu skosztować oferty polecanej przez wszystkich knajpki o nazwie Przystanek Korzeniowa. Utrzymana w stylistyce hippisowsko-góralskiej chatka z miłą obsługą, tłumem ludzi (na szczęście byliśmy pierwszymi gośćmi, bo inaczej zabrakłoby miejsc!) i smacznym jedzeniem na pewno warta jest odwiedzenia przez przemierzających Kazimierz podróżnych. Świetna lokalizacja (tuż przy wąwozie Korzeniowy Dół), lokalne rzemieślnicze lemoniady w wielu smakach, bardzo dobre śniadania i… kraft! Tak jest! Jedynie miejsce (o którym wiem) w Kazimierzu, gdzie można wypić porządne piwo. Co więcej, rzemiosło leje się nie tylko z butelki (standardowe marki), ale także z kija. Na nalewaku rządzi Browar Hopium. Zazwyczaj dostępne jest także produkowane w puławskich Trzech Koronach lokalne piwo Dziad, chmielone czterema polskimi chmielami, w tym na zimno Oktawią. Niestety, mimo moich szczerych chęci spróbowania, nie było tego dnia dostępne. Miejsce bardzo wpisuje się w moje poczucie klimatu i estetyki, a do tego ma ogromny plus za dobre piwo. Polecam mocno!

P_20160102_164852.jpg

Na obiad trafiliśmy do Knajpy Artystycznej, gdzie – zgodnie z nazwą – spotkałem nawet znajomego artystę. Zajęliśmy sobie z Justyną stolik w kąciku i zamówiliśmy po jednym daniu głównym. Dużym pozytywem była wielkość porcji – solidny kawał mięsa w panierce, do tego frytki i surówka, a także wielki placek po węgiersku, sowicie faszerowany i polany gulaszowym mięsiwem. W Artystycznej jest zupełnie inaczej niż w Kuchni i Winie. Nie ma tu pływających po powierzchni zupy płatków chabrów, natomiast jest wszystko to, czego potrzeba, aby smacznie się posilić: dużo smacznego mięsa za rozsądną, jak na Kazimierz, cenę. Głodomory wyjdą zadowolone!

Deseru nie zamawialiśmy, gdyż ten miał być pretekstem do wypróbowania kolejnej lokalizacji. Tym razem udaliśmy się do Cafe Faktoria, która to słynie z bezglutenowego menu oraz szerokiego wyboru kaw. Napoje podzielone są na sekcję zwykłą i ekskluzywną, a spośród wielu ziaren można sobie zażyczyć nawet słynną Jamaica Blue Mountain. To, czego brakuje, to alternatywne metody parzenia, które jeszcze do Kazimierza chyba nie dotarły. Wszystkie pozycje z listy deluxe przygotowywane są w ten sam sposób (w tygielku na gazie). Jak już wspomniałem, ciasta mają w Faktorii bezglutenowe, ale także całkiem spore. Zamówiliśmy dwa kawałki tortu, jeden sporządzany z z mąki kasztanowej, a drugi z dyniowej. Ciasto nie trzymało się tak ładnie formy, jak tradycyjna wersja z pszenicą, aczkolwiek nie było złe w smaku. Jak dla mnie jednak masa, którą zostało przełożone, okazała się zbyt zamulająca, tłusta i słodka jednocześnie. Zdecydowanie wolę coś lżejszego.

Nim się spostrzegliśmy, nadeszła niedziela i nadszedł czas na wyjazd. Przed południem pozostała chwila na śniadanie i herbatę. Tak się złożyło, że na naszej liście do odwiedzenia zostały jeszcze: U Fryzjera i Herbaciarnia u Dziwisza. W tym pierwszym miejscu raczyliśmy się bardzo dobrym śniadaniem po żydowsku, które inspirowane było wyraźnie tradycyjnym English breakfast, tyle że w judejskiej wersji. Kiełbaski, jajka, pyszne, puszyste grzanki, cebulka i pomidory zadowolą każdego głodomora. Zdecydowanie warto wstąpić. Dodatkowo skusiliśmy się na tatara, nasz papierek lakmusowy obok wołowego steku, który został podany bardzo efektownie i smakował całkiem nieźle. Wizyta u Dziwisza to już doświadczenie w innym stylu – złote ramy, lustra, antyki, książki. Do tego oczywiście główna bohaterka, czyli pyszna herbata. Tak jak prawdopodobnie tylko w Korzeniowej można napić się kraftowego piwa, tak najpewniej tylko u Dziwisza jest okazja zamówić lapsang souchong, czyli herbatę wędzoną, o zniewalającym aromacie ogniskowego dymu połączonego z ziemistością. Przy okazji herbaciarnia oferuje także zakup różnorakich liści do parzenia w domu. Ciast nie próbowaliśmy, gdyż już byliśmy pełni po śniadaniu.

Sylwestrowa wizyta w Kazimierzu okazała się dla nas bardzo udana, tak pod względem turystycznym, jak i kulinarnym. Bez wątpienia jest to piękne miejsce, idealne dla par, które chcą spędzić ze sobą romantyczne chwile we dwoje, a także dobrze zjeść, napić się smacznej kawy, ciekawej herbaty i dobrego piwa. Mam nadzieję, że mój miniprzewodnik pomoże Wam, gdy będziecie planować podróż w to magiczne miejsce. Dajcie znać, jakie Wy macie wrażenia z wizyty w tym urokliwym miasteczku i podrzućcie swoje propozycje!

 

Co i gdzie zjeść (i wypić) w Kazimierzu Dolnym?

X Culinary Fest – Bajkowa Kuchnia

X Poznań Culinary Fest zakończył się wraz z ostatnią niedzielą, więc czas na małe podsumowanie. Tym razem byliśmy w wielu miejscach i odczucia mamy… różne – od bardzo pozytywnych, do zupełnie kiepskich. Które restauracje sprostały wyzwaniu, a które jeszcze muszą sporo się nauczyć? O tym w dalszym ciągu tego wpisu. Spoza głównego festiwalowego nurtu, niestety przełożone zostały warsztaty kulinarne z Gault&Millau, a na degustację win w Concordia Design nie mogłem dotrzeć. Skupmy się więc na samym menu proponowanym przez uczestników imprezy. Tematem przewodnim tej edycji była Bajkowa Kuchnia i każdy z szefów kuchni miał przygotować przystawkę oraz danie główne wpisujące się w temat. Do tego wszystkiego Faktoria Win A La Carte przygotowała wine pairing.

 

U Myśliwych

Dom Łowiecki na Libelta to miejsce, które kojarzy mi się znakomicie. Wszak dziczyzna to nie tylko historia tej ziemi, ale i przede wszystkim świetny smak. Nasza pierwsza wizyta U Myśliwych – na schabie z dzika – była średnia. Mięso okazało się twarde i mało bogate w smaku. Tym razem szef kuchni spisał się dużo lepiej. Przystawka w postaci carpaccio z jelenia trafiłaby w gusta najwybredniejszych degustatorów, a dodatek rozmarynu do próbowanego po raz pierwszy w życiu przeze mnie łosia przypomniał mi, dlaczego tak lubię to zioło. Akcent humorystyczny stanowiło towarzystwo przy sąsiednim stoliku, które zdegustowane było wielkością porcji. Chyba nie za bardzo zrozumieli, o co chodzi w tastingu. Na minus zaś na pewno można ocenić brak standów Faktorii i formularzy do oceny – jakby restauracja nie była zainteresowana festiwalem. Ocena: 7/10

 Firlejka

Przy Placu Kolegiackim, w miejscu dawnej Piwnicy Farnej, mieści się restauracja Firlejka. Wcześniej nie było nam dane tam zajrzeć, a – jak się okazało – potrafią całkiem nieźle gotować. Moja Ukochana przystawkę w postaci consomme z kaczki uznała za jedną z lepszych w przeciągu całego tygodnia, a ja byłem pod wrażeniem wizualnego przygotowania dania głównego – zaczarowanego ogrodu z boczkiem sous vide w roli głównej. Zarówno starannie dobrane warzywa, jak i samo mięso spełniło wszelkie oczekiwania mojego wymagającego podniebienia. Za food desgin należy się Firlejce medal. Ocena: 8/10

 Bazar 1838

Do Bazaru chcieliśmy przyjść już podczas imprezy Poznań Za Pół Ceny, jednak kolejki skutecznie nas odstraszyły. Tym razem nie było z nimi problemu i mogliśmy w końcu spróbować kuchni tego legendarnego miejsca. Jako przystawka wjechała zupa porowo-ziemniaczana z poszetowanym jajkiem. W tym przypadku po raz kolejny wielce pozytywnie zaskoczona była Moja Druga Połowa. Dla mnie konsystencja jajka w połączeniu z zupą – niestety – nie zachęcała do konsumpcji. Smakowo zupa wypadła całkiem dobrze, ale jakoś to jajko mi nie pasowało. Co innego w daniu głównym – tu potrawka z fasoli w połączeniu z pieczonym boczkiem osiągnęła coś, co w przypadku degustacyjnych, festiwalowych porcji, jest nieziemsko trudne to zrobienia: była sycąca. Autentycznie można było się tym najeść – a do tego smakowało świetnie! Minus za brak formularzy do ocen. Ocena: 7/10

 

Bistro La Cocotte

Tu również ostatnio nie weszliśmy przez kolejkę. Wnętrze rzeczywiście nie jest restauracyjne, a bardziej bistrowe – co dobrze odzwierciedla nazwę miejsca. Przystawka w postaci cod accras dobrze parowałaby się z jasnym piwem – solidne rybne kawałki ze smacznym sosem, ale bez fajerwerków. Danie główne to królik w czerwonym winie z powidłami. W tym przypadku musiało dojść do przekroczenia granic strefy komfortu, gdyż Justyna króliki traktowała zawsze jako zwierzęta domowe, a nie jako jedzenie. Na szczęście udało się nam zjeść to danie bezproblemowo. Gęsta konsystencja dodatków stanowiła świetną kontrę dla delikatnego króliczego mięsa. Ocena: 6/10

 Gorąca Patelnia

P_20151125_163900.jpg

Trafiłem tam przypadkiem, w przerwie między jedną pracą, a drugą. Niestety, w porównaniu z innymi restauracjami, propozycja Gorącej Patelni wyglądała po prostu biednie, a smakowała jałowo. Grzanka z oliwkami i papryka faszerowana nieprzyprawionym kurczakiem, to stanowczo za mało, by pretendować do miana bajkowej kuchni. Ocena: 3/10

 Avocado

Obok Serca Jeżyc przechodzę praktycznie codziennie, ale do Avocado zaszliśmy pierwszy raz w życiu. Jak się okazało – była to wizyta udana. Siedmiomilowy las, czyli wonton z podgrzybkiem w akompaniamencie szczawiowego biszkoptu (przypominał rafę koralową) i żelu z herbaty oraz plastra miodu (mega słodki), zapowiedział danie główne w godny sposób, choć może ten ultrasłodki miód można było sobie darować. Jako gwóźdź programu otrzymaliśmy szarpaną wołowinę z kwaśnym, pomidorowym sosem oraz makaronem z miętą. Można to nazwać wciągnięciem tradycyjnego bolognese na o wiele wyższy poziom. Mi smakowało, a Justyna uznała to za najlepsze danie festiwalu. Brawo. Ocena: 8/10

 Drukarnia – Skład Chleba i Wina

To miejsce zawsze nas zastanawiało. Kiedy byśmy obok nie przechodzili, zawsze w środku jest pełno ludzi. Do tego te wszystkie pozytywne recenzje. Trzeba było spróbować! Oprócz festiwalowego menu zakupiłem świetny żytni chleb z miodem i słonecznikiem, którego wszystkie poznańskie piekarnie mogą Drukarni pozazdrościć. Co do samej imprezy, to w przystawce przepyszne było mięso, ale już połączenie ze słodkimi kruchymi ciastkami i żelem niekoniecznie trafiło w moje gusta. Danie główne natomiast z pewnością ma szansę wygrać X Culinary Fest – Bajkowa Kuchnia w kategorii food design. Wystarczy spojrzeć! Smakowo także nie zawiedli. Zielony sos bardzo przyjemnie łączył się z łososiem, a dodatek w postaci mojego ulubionego rokitnika, grzybów i marchwi stanowił świetny twist. Ocena: 8/10

 MOMO love at first bite

Z Momo mam ten problem, że nie mogę oglądać ich zdjęć. Nie mogę, bo są tak foodpornowe, że mam ochotę zjeść wszystko. Nie wiem, kto jest fotografem restauracji, ale powinien dostać solidną podwyżkę. Najpierw na stół wjechał krem z dyni z mleczkiem kokosowym, imbirem, rydzami i ośmiorniczką. Grzybowych nut tu za dużo nie było, ale jako całość danie smakowało wyśmienicie. Ośmiorniczka okazała się dobrym wstępem do bohatera wieczoru, czyli kalmara, podanego w towarzystwie chorizo, cukinii, szpinaku i konfitury z pomidorów. Znów – podobnie jak w Avocado – pomidorowy dodatek świetnie dopełniał mięso. Momo jak zawsze nie zawodzi – i tym razem także wyszliśmy zadowoleni. Ocena: 9/10

 

Festiwal uznaję za bardzo udany. Większość odwiedzonych miejsc zaskoczyła pozytywnie lub potwierdziła swą klasę. Wino – bo o nim jeszcze nie pisałem – zazwyczaj pasowało i smakowało. W jednym tylko przypadku było na mój gust zbyt siarkowe. Culinary Fest rozwija się prężnie, pozyskuje nowych partnerów i zaskakuje kreatywnymi rozwiązaniami. Oby tak dalej! Nie mogę też nie wspomnieć o tym, o czym już pisałem na Facebooku – mianowicie o podszywaniu się innego festiwalu pod Culinary Fest. Żeby nie robić mu reklamy, nie będę pisał, o kogo chodzi. Gdyby Was to ciekawiło, zapraszam na Facebooka.

 

Po zakończeniu festiwalu udaliśmy się jeszcze do Someplace Else, do hotelu Sheraton, na ostatni dzień imprezy pod nazwą Steak by Steak. Piszę o tym, gdyż steki uwielbiam, a tam – niestety – dostaliśmy sam tłuszcz i mało co mięsa, płacąc krocie. W Poznaniu jadłem zdecydowanie lepszy antrykot i lepszy rostbef – choćby U Rzeźników, w Cammero czy w Czerwonej Papryce. Być może te kawałki mięsa z najwyższej półki rzeczywiście urywały co nieco, ale polska wołowina zaserwowana nam w Sheratonie wołała o pomstę do nieba. Wstyd.

 

 

 

 

 

 

X Culinary Fest – Bajkowa Kuchnia

X Culinary Fest – Bajkowa kuchnia – 23-29.11.2015

Ostatnimi czasy naprawdę sporo się dzieje. Wczoraj zapraszałem Was na dziś zaczynające się Poznańskie Targi Piwne, a tymczasem już w przyszłym tygodniu odbędzie się kolejna, dziesiąta, edycja Culinary Fest w Poznaniu. Tym razem tematem przewodnim imprezy będzie Bajkowa kuchnia, a każda z uczestniczących restauracji otrzymała ambitne zadanie zaprojektowania specjalnego menu wiążącego się z baśniowymi motywami.

12038656_983512508387473_2506916317564541760_o.jpg

W bieżącej edycji festiwalu weźmie udział 38 slowfoodowych restauracji rozsianych po całym mieście. Zadbano też o promocyjne ceny, dzięki czemu każdy gość będzie mógł spróbować wielu podejść do tematu przewodniego. Za degustacyjny zestaw, składający się z dania głównego i przystawki, zapłacimy tylko 15 złotych (odpowiednio 12 i 5, gdy zamawiamy osobno), a dodatkowo za jedyne cztery złote otrzymamy kieliszek specjalnie dobranego do potrawy wina przygotowanego przez Faktorię Win A La Carte – jednego z nowych partnerów, oferującego ponad 100 gatunków wina na każdą okazję. Po skonsumowaniu posiłku, goście mogli będą ocenić swoje doświadczenie, dzięki czemu wyłoniony zostanie zwycięzca festiwalu. W IX edycji na podium znalazły się: Fiesta del Vino, Toga i Momo. Kto zwycięży tym razem? To już zależy od Was!

Zadbano także o odpowiednie szkolenie personelu restauracji, tak, aby każdy gość mógł dowiedzieć się czegoś więcej na temat wina, które zamawia. Sommelier Faktorii – Rafał Łojszczyk – podczas konferencji prasowej zapowiedział, iż niektóre pairingi nie będą oczywiste. Wszak od barwy wina ważniejsza jest jego charakterystyka sensoryczna. Co do innych nowości w stosunku do poprzednich edycji, partnerem Culinary Fest został także wchodzący na poznański rynek Uber, dzięki czemu nowi użytkownicy aplikacji będą mogli liczyć na darmowy przejazd do restauracji biorącej udział w festiwalu, wpisując specjalny kod przy rejestracji.

Oprócz samego menu festiwalowego, organizowane będą też imprezy towarzyszące, takie jak degustacja win w Concordia Design czy warsztaty kulinarne organizowane przy współpracy z ekipą popularnego francuskiego przewodnika Gault&Millau.

Co do samego serca festiwalu, czyli bajkowego menu, opublikowano w internecie propozycje uczestniczących restauracji, a więc każdy gość może już teraz zdecydować, gdzie się wybierze w poszukiwaniu nowych smaków. Tych zaś będzie cała gama, od warzywnych zup, przez drób i owoce morza, po dziczyznę. Sam nie zdecydowałem jeszcze, gdzie się udam, ale na pewno mocno mnie kusi ragout z łosia U Myśliwych.

Więcej informacji o festiwalu, całej idei, menu oraz partnerach możecie znaleźć na stronie wydarzenia na Facebooku. Z mojej strony na pewno zaś możecie spodziewać się – jak zawsze – introspektywnej relacji smakowej po zakończeniu imprezy. Poprzednią możecie przeczytać tu.

X Culinary Fest – Bajkowa kuchnia – 23-29.11.2015

Październikowy Restaurant Week

Oj smakowicie te ostatnie chwile mijają. Niedawno mogliście przeczytać wspomnienie pięknej kolacji w Luganie, a już dziś na BBL trafia dwie trzecie potrójnej dawki sensorycznych reminiscencji, jakie mam dla Was przygotowane na ten tydzień. Zaczynamy od Restaurant Week, od którego minęły już trzy tygodnie. Tym razem czas pozwolił na odwiedzenie jedynie dwóch miejsc, więc postanowiliśmy wybrać się tam, gdzie jeszcze nie byliśmy. Padło na La Lucciolę oraz Cocorico.

 

La Lucciola

Podolany to miejsce, do którego raczej mało który mieszkaniec Poznania często przyjeżdża. Ja jednak, z racji miejsca zamieszkania i pracy, bywałem tu niegdyś codziennie. Przypomina mi się taka anegdotka z tamtych czasów. W jednej z knajp mieszczących się w galerii handlowej przy ulicy Strzeszyńskiej na tablicy widniał napis pene z kurczakiem. Zawsze jak poznawałem jakiegoś Włocha, to polecałem to miejsce, by przekonał się na własne oczy, co – zdaniem obsługi – tam serwują. Poza tym, bywałem w okolicach celem skorzystania z kortów do badmintona. Nie wiedząc wcześniej, gdzie dokładnie znajduje się restauracja La Lucciola, nieco zdumiało mnie to, iż… GPS prowadzi mnie idealnie w to miejsce, gdzie nie tak dawno przecież doznawałem sportowych rozkoszy. Okazało się, iż lokal umiejscowiony jest w budynku centrum sportowego, co – niestety- stanowi, obok dalekiej od centrum lokalizacji, spory minus. Mianowicie – przy wejściu do restauracji czuć mocno zapachy typowe dla siłowni czy sali gimnastycznej. Niestety, jest to nie do przeskoczenia. Niestrudzeni jednak początkowymi niedogodnościami, zasiedliśmy przy stole i zostaliśmy uraczeni przemiłą i profesjonalną obsługą, zarówno ze strony kelnerki, jak i właścicielki przybytku. Jestem jednak facetem ceniącym esencję dużo wyżej niż otoczkę, więc przejdźmy do clou programu, czyli do jedzenia. Na przystawkę otrzymaliśmy tatar z sarny – nie było to jednak mięso surowe, gdyż dziczyzna spożywana bez obróbki termicznej nie jest bezpieczna dla naszego zdrowia – można więc to nazwać à la tatarem. Mięsko było smakowite, w sam raz na rozbudzenie apetytu. Restauracja zadbała o wymyślne dodatki – zwierzowi na talerzu towarzyszył kawior z derenia oraz rydze. Jak się okaże później – to właśnie dodatki pokazywały prawdziwy zmysł kuchmistrzyni. Po tym wstępie do uczty, na stół trafił wielkopolski jesiotr – ryba, która potrafi w niektórych restauracjach kosztować całkiem sporo. Tym razem podany on został w wersji korzenno-słodkiej, z cynamonem i gałką muszkatołową, jednak – wracając do dobrze pomyślanych minidodatków – smak wspaniale przełamywał rokitnik. Gdyby nie kwaskowa winność tej rośliny, całość wydałaby się zbyt monotonna. Ten akcent jednak sprawił, iż wszystkie warstwy smakowe doskonale współgrały, a ja zacząłem intensywnie poszukiwać rosnącego nieopodal rokitnika, by dodać go do mojego piwa. Deser to wciąż mało znane u nas leche frita, czyli galicyjskie smażone mleko. O ile mojej Ukochanej o wiele bardziej smakują inne desery, to ja przyjąłem swoją porcję ze smakiem. Jak zwykle dla mnie najistotniejszy fakt stanowiło to, że nie był on przesłodzony. La Luccioli w ogólnym rozrachunku wystawiam bardzo wysoką notę za pomysłowość, kunszt kulinarny, miłą obsługę i ogólne wrażenie. Jedynymi mankamentami są lokalizacja i zapachy przy wejściu, lecz póki co musimy z tym żyć. Jeśli będziecie w pobliżu – wpadnijcie na coś dobrego na Strzeszyńską.

 

Cocorico

Tu wybieraliśmy się już od jakiegoś czasu, a widniejące w festiwalowym menu schab z dzika i ogon wołowy przekonały nas, że ten moment jest właśnie teraz! Tak więc udaliśmy się na Świętosławską, w miejsce, które mijaliśmy nieraz, jednak jakoś nigdy nie wstąpiliśmy do środka. Lubimy te rejony. Niedaleko Sztukafeteria i Café Misja, klimatyczna Fara i Stary Rynek. Przybyłem na miejsce pierwszy i oczekiwałem na Ukochaną przy lampce wina. Wkrótce mogliśmy już biesiadować. Na początek zupa – krem z dyni. Jakże mogło być inaczej, skoro zbliżał się dzień, w którym Celtowie i ich nadwiślańscy potomkowie, którzy czasami wyznają jednocześnie Jezusa, Peruna i Odyna, obchodzą Halloween? Wydrążone dynie w tym roku stały nie tylko w lokalach gastronomicznych, ale także na… cmentarzach. Znicze w kształcie dyni to jedna z tych kiczowatych komercyjnych osobliwości, które mnie zawsze rozbrajają i wywołują uśmiech na mej twarzy. Lubię także, gdy pomysłowa przedsiębiorczość wygrywa z lenistwem i je bezlitośnie wykorzystuje. Przykładem takiego działania było sprzedawanie wydrążonych dyń z dziesięciokrotną (!) przebitką względem całych okazów na Placu Wielkopolskim. I słusznie! Koniec jednak tej dyniowej dygresji. Krem z dyni spełnił moje oczekiwania. Był gęsty, wyraźnie dyniowy, ze świetnym, mocno mięsnym, aromatycznym akcentem w postaci ogona i piany z chorizo. Danie główne – schab z dzika, który sam w sobie musiał ze swej natury być dobry – akompaniowały ciekawe dodatki: chipsy z jarmużu (znakomite, muszę sam zrobić takie, tylko że nie wiem jaki dip do nich dobrać…. pomysły jakieś?), kaszanka, topinambur, szalotka i puree z batatów, które z racji koloru i konsystencji wyglądało jak… roztopione mango. Ciekawszy to pomysł, niż tradycyjne ziemniaki. Na deser otrzymaliśmy fondant czekoladowy z lodem z kwaśnej śmietany, puree z kasztanów, emulsją z suszonych śliwek i orzechowym crumble. Dla mnie – rzecz jasna – było to za słodkie (choć kwaśna śmietana fajnie to przełamała), ale domyślam się, że komuś, kto lubi mocno słodkie smaki, przypadło to mocno do gustu. Na plus trzeba dopisać lokalizację, ale i fakt, iż w karcie znalazło się wino w promocyjnej cenie, a także Piwo Grodziskie – naturalny skarb Wielkopolski i element tradycji piwowarskiej regionu.

 

Restaurant Week za nami, a za pasem już X edycja Culinary Fest. Jeszcze w tym tygodniu pojawi się na BBL relacja z uroczystej premiery nowego menu w 3 Kolorach, a w weekend widzimy się na Poznańskich Targach Piwnych. Mam nadzieję, że będzie okazja stuknąć się dobrym piwem w dobrym szkle z wszystkimi czytelnikami. Do przeczytania i do zobaczenia!

Październikowy Restaurant Week

Lugana – premiera nowego, jesiennego menu

City Park… rejon Poznania raczej rzadko przeze mnie uczęszczany. Od kiedy pół dekady temu przestały być w Arenie organizowane porządne rockowe festiwale, praktycznie tam nie bywam. Do dziś pamiętam, jak w 2007 roku legendarne TSA występowało po Myslovitz, a grupa gimnazjalistów w pierwszym rzędzie nie potrafiła uszanować herosów heavy metalu, drąc się wniebogłosy, żądając powrotu Artura Rojka i kolegów na scenę. W Arenie byłem też na niezapomnianym koncercie, jaki dała Katie Melua, na którą potem czekałem trzy godziny, by zamienić parę słów i zaprosić na inny koncert – jeden z ostatnich występów Davida Honeyboya Edwardsa – wówczas ostatniego żyjącego bluesmana z Delty – w Londynie. W końcu pożegnalna trasa Budki Suflera i genialne widowisko z udziałem zespołu i gości w osobach Felicjana Andrzejczaka czy Izabeli Trojanowskiej. Oprócz tych paru chwil wzruszeń, w tamtych rejonach w ostatnich latach byłem jedynie raz, jedząc astronomicznie drogą papugorybę w Lars, Lars & Lars. W ubiegły wtorek miała jednak miejsce uroczysta inauguracja nowego menu w znajdującej się na terenie Starych Koszar restauracji Lugana, w której miałem przyjemność uczestniczyć.

wnetMiejsce to jest połączeniem wykwintnej włoskiej kuchni ze zwykłym rytmem codziennego życia. Jak stwierdziła właścicielka lokalu – Anna Durzyńska – nie chciała, aby stanowił on przyczółek dla napuszonej klienteli w białych kołnierzykach, jednocześnie dając znakomite doznania smakowe przywodzące na myśl pachnące słońcem i pasją krainy Italii. Wszystko to w założeniu ma łagodnie pieścić zmysł estetyki i kultury u wyczulonych na to jednostek – jeśli chodzi o wnętrze i serwis. Moim zdaniem założenia te zostały spełnione w stu procentach. Otwarta kuchnia, wystarczająco dużo miejsca i tworzące klimat artystyczne zdjęcia na ścianach, wykonane podobno dawno temu we Włoszech. Poza tym, w Luganie możemy zjeść domowej produkcji chleb, dżem czy marynaty, co wpisuje się niejako w filozofię slow foodu. Nowe menu jest autorskim pomysłem szefa kuchni – Norberta Miśkowca – który podczas inauguracji służył nam wsparciem merytorycznym, wine pairingiem i dobrym słowem.

Jpeg

Jako zimną przystawkę otrzymaliśmy carpaccio z ośmiornicy, okraszone dodatkiem wodorostów, czosnku i cytryny. Znając moje uwielbienie dla owoców morza, możecie się domyślić, że nie trzeba było mnie dwa razy zachęcać do pochłonięcia talerza tego wybitnie smakowitego entrée. Dodajmy jeszcze, że przed nowościami z karty mogliśmy spróbować niezwykle chrupiącego, wypiekanego na miejscu, chleba oraz antipasti w postaci suszonych pomidorów czy jabłuszek kaparowych. Przystawce zimnej akompaniowała także ciepła, w postaci kasztanów jadalnych z rozmarynem, dynią, szalotką, smardzami i pancettą. Jak dla mnie był to jeden z najjaśniejszych punktów wieczoru. Idealne połączenie wielu warstw aromatycznych i smakowych mogłoby stanowić w skali makro osobne danie główne. Kolejną sensoryczną podróżą na południe miała być zupa z mulami i krewetkami, aromatyzowana ździebkiem Martini i odrobiną limonki. jedz2Poza dodatkami w postaci owoców morza, jej konsystencja była bardzo śmietanowa, co dobrze współgrało z marynistycznymi ingrediencjami. Restauracja Lugana oferuje także szeroką gamę robionych przez siebie klasycznych włoskich dań, jak gnocchi, ravioli, linguini czy risotto. W formie degustacyjnych próbek otrzymałem możliwość skosztowania każdego z nich. Linguini z białą truflą to mój pierwszy w życiu kontakt z tym szlachetnym grzybem, będącym jednym z najdroższych z rodziny. Jeśli przyszłoby mi opisać smak tego organizmu, powiedziałbym, że jest nieco ziemisty, podchodzący miejscami pod umami. Z pewnością zjedzenie go było ciekawym doświadczeniem dla głodnego nowych wrażeń eksploratora sensorycznego bogactwa. Porcja gnocchi z podgrzybkiem i parmezanem przypominała nieco gorącą przystawkę, a więc zasłużyła na plusik. Ravioli z wołowiną i kasztanami z musztardowcem także dało radę. W końcu to krowa, a – jak wiadomo – wszystko, co zawiera wołowinę lub bekon, dostaje u mnie punkty dodatnie. Risotto z salami i peperoncino – jak to zwykle w moim przypadku – ostrością nie powalało. Jako danie główne na stół wjechała kaczka z owocowymi dodatkami w postaci pomarańczy, jabłek i wędzonej śliwki, doprawiona anyżem oraz dynią i burakiem. jedz3Ten ostatni wybijał się w tej kompozycji smakowej na pierwszy plan, a w tle grały gdzieś halloweenowe nuty z iskierką fenkułopodobnych skojarzeń. Nie mogę także nie wspomnieć o bardzo przyjemnym akompaniamencie wieczoru – czyli winie. Miałem okazję spróbować zarówno białego Lugana Biologico, jak i czerwonego Primitivo di Manduria. Z tych dwóch to drugie urzekło mnie niebywałą nutą waniliny pochodzącą z dębowej beczki, mimo dość krótkiego czasu leżakowania w tejże. Abstrahując jednak od tego, beczkowość była dla mnie wyraźnie wyczuwalna, co stanowiło ogromną zaletę tego trunku w mojej ocenie. Przed finałem imprezy miałem jeszcze okazję spróbować, jak szef kuchni poradził sobie z ośmiornicą. Sztuką jest bowiem takie przygotowanie tego głowonoga, by nie był gumiasty, a mięsny. Na szczęście tu kuchnia spisała się na medal i faktura mięsa przypominała dobrze sprawionego tuńczyka, a czarny makaron, zapewne barwiony sepią, zgodnie z założeniem uzupełniał smak głównego bohatera potrawy. Na zakończenie uczty na talerzu znalazł się deser. Jak pewnie już zdałeś sobie z tego sprawę, wierny Czytelniku, nie jestem miłośnikiem słodkości.jdzonko Niemniej jednak, połączenie panna cotty z potrójnym uderzeniem dyni (miąższ, pestki, olej) złapał mnie za serce. Najważniejsze dla moich nielubiących cukru kubków smakowych było to, że pozycja ta nie pozostawiała długiego, przesłodzonego posmaku, znanego choćby z turecko-bliskowschodnich klimatów. Wielokrotnie zamawiając w restauracji deser, czujemy go na języku i żołądku przez dobre kilkadziesiąt minut po odejściu od stołu. Tu udało się tego uniknąć, i za to brawa dla Norberta za pomysłowe skomponowanie słodkiego encore tego wytwornego przyjęcia.

Restauracja Lugana na pewno ma się czym pochwalić. Mimo tego, że istnieje dopiero niecały rok, podchodzi do tematu bez kompleksów i z dużym entuzjazmem. To są cechy, które w ludziach wyjątkowo cenię. Ci, którzy mnie znają osobiście, wiedzą, iż najbardziej we wszelkich inicjatywach nie lubię podejścia typu play-it-safe. W tym przypadku obyło się bez tego – i bardzo dobrze. Dlatego też życzę całej ekipie Lugany wszystkiego najlepszego na przyszłość. Oby tak dalej i do zobaczenia wkrótce!

Lugana – premiera nowego, jesiennego menu