Czy w Szkocji warto pić coś poza BrewDogiem?

Prolog

Po opisaniu kopenhaskich wspomnień obiecałem, iż skrobnę parę linijek o tym, czego doświadczyłem smakowo i aromatycznie podczas pobytu w Szkocji. Przede wszystkim – jadąc tam nie nastawiajcie się na ekstremalne doznania sensoryczne jeśli chodzi o piwo. O wiele więcej zaoferować może tam smakoszowi świat whisky. Niemniej jednak, ja lubię odkrywać nowe browary, a wartość dodaną widzę w samym fakcie próbowania czegoś, czego nie znam. Nawet jeśli nie ma nic innego i jest to kolejne nudne, zbalansowane piwo z regionalnego browaru. Może akurat w tym dziewięćdziesiątym czwartym red ale wyczuję coś wyróżniającego? – tak sobie marzę za każdym razem. Czasami wychodzi na moje. Po cóż żyjemy, jeśli nie dla marzeń i ich spełniania?

Akt I – Glasgow

Jpeg
BrewDog Glasgow
Jpeg
Tablica BrewDog Glasgow

Swoją podróż zacząłem od wylądowania w Glasgow, gdzie przywitała mnie w końcu normalna pogoda (31 stopni w Poznaniu zamieniłem na 15 w Szkocji, z czego bardzo się cieszyłem). Po zameldowaniu w hostelu, pierwsze kroki – rzecz jasna – skierowałem do pubu BrewDoga. Oczywiście fakt, że nocowałem dziesięć minut piechotą od tego miejsca to zupełny przypadek. Tak, to na pewno przypadek. Czysty zbieg okoliczności. Szczęście moje polegało na tym, iż na miejscu trafiłem na… urodziny pubu. Na wejściu otrzymałem parę znanych z amerykańskich filmów gadżetów (fujarkę, czapeczkę, balonik, itd.). Darmowego piwa niestety nie było. W środku masa ludzi, witryny ze wszystkimi butelkami, jakie wypuścił browar, bardzo przyjazna obsługa i kilka kranów. Na nich raczej nic, czego nie można dostać w sklepie w Polsce. Wyjątek stanowiła APA o nazwie Deaf Mermaid – dostępne jedynie w beczce. Oprócz tego z ciekawostek lane Tokyo i dla chętnych Sink The Bismarck z buteki. Na kieliszek czarnego jak smoła RISa o woltażu 16,5% się skusiłem, ale Bismarcka odpuściłem, gdyż już raz go próbowałem w Polsce i nie miałem ochoty wydawać pieniędzy (6 funtów za 25 ml) na naparstek niegdyś najmocniejszego piwa świata. Ceny oscylowały w okolicach 4-5 funtów za pintę, nie licząc wspomnianych dwóch smakołyków. Zarówno spróbowane przeze mnie Dead Pony, jak i Deaf Mermaid spełniły wszystkie aromatyczne wymagania, pieszcząc nozdrza kwiatowo-cytrusowo-owocowymi nutami, a następnie oferując oczekiwaną wytrawność i sesyjność. Może nowość w portfolio browaru dawała nieco mniej intensywne i bardziej… lagerowe doznania. Szkoda, że w Poznaniu ciężko o świeżego BrewDoga z beczki. Swoją drogą słyszałem, że planowane jest otwarcie firmowego lokalu w Warszawie. Ciekawy jestem, w jakiej cenie pojawi się tam piwo i czy odnajdzie się na rynku pełnym polskiego craftu. Wracając do samego pubu w Glasgow, to zachwalano mi tamtejsze burgery (i ich opisy rzeczywiście brzmiały niesamowicie smacznie), jednak w momencie odwiedzin lokalu kuchnia była już zamknięta. Cóż – zawsze zostaje coś na następny raz! Oprócz BrewDoga w pubie serwowano również propozycje od browarów zaprzyjaźnionych, spośród których przyszło mi wypić Old Chub z Oskar Blues Brewery. Było to wee heavy w tradycyjnym szkockim stylu, z mocnymi nutami rodzynkowo-śliwkowymi. Przepyszne.

Jpeg
Browar Drygate

Na pubie BrewDoga się oczywiście nie skończyło. Mając limitowany czas, zdołałem odwiedzić w dość szybkim tempie dwa minibrowary: Drygate, mieszczący się drzwi w drzwi obok wielkiego Tennent Caledonian Brewing, a także Clockwork niedaleko stadionu Hampden Park. W przeciwieństwie do wcześniejszych doświadczeń z Glasgow, w Drygate raczej spotkał mnie srogi zawód. O ile wystrój i atmosfera były przyjemne, to esencja – czyli samo piwo – na pewno nie podnosiło duszy pod niebiosa. Bearface to lager o czystym profilu, w sam raz na początek wieczoru. Jednakże, jak to jasny lager, nadaje się co najwyżej do przepłukania jamy ustnej podczas oglądania partyjki golfa na pubowym telewizorze. Druga próbka to Outaspace Apple Ale czyli golden ale z dodatkiem soku z jabłek. Rzeczywiście, w piwie dominowały nuty cydrowe, a spod nich wyczuć dało się jakiegoś słabo nachmielonego bittera. Zgodnie z opisem – czyli nudy. Następny styl w samplingowej kolejce dawał jednak nadzieję na coś lepszego – Gladseye IPA, chmielone na zimno Cascade. Według zapewnień barmana, pozycja ta miała atakować sporą porcją amerykańskiego chmielu i pieścić kubki smakowe niezłą goryczką. Jak później sprawdziłem, ta niby wysoka goryczka to całe… 42 IBU, jednak rzeczywiście dało się ją wyczuć. Niestety, aromatu było tyle, co na lekarstwo. W dodatku, chmiel dał raczej ziołowo-kwiatowe klimaty, a nie cytrusowe. Następnie poprosiłem o Abanusę (black IPA) i okazało się to największym błędem tego popołudnia. Zamiast chmielu, w moje nozdrza trafił aromat trichlorofenolu, a goryczka miała charakter bardzo ściągający i wysuszający, wręcz chemiczny. Na zakończenie jeszcze spróbowałem dwóch propozycji tego browaru – wodniste i lekko kwiatowe Seven Peaks Mosaic IPA, a także słodkawo-karmelowe Reflex Red Ale. Podsumowując – na sześć próbek żadna nie okazała się warta tego, by zamówić pintę. Zrezygnowany, udałem się w dalszą wędrówkę w poszukiwaniu złotego pociągu eliksiru.

Jpeg
Bar browaru Clockwork Beer
Jpeg
Sześć sampli do degustacji

Po kilkugodzinnym zwiedzaniu i spacerowaniu po parkach na południu miasta, przycupnąłem, by odpocząć w Clockwork Beer. Tu oczywiście też zamówiłem deskę degustacyjną i próbki wszystkiego, co mieli na kranie. Nie muszę chyba pisać, że wrażeń wielkich nie otrzymałem. Wszystkie zamówione piwa okazały się zbalansowanymi, nudnymi real ales bez większej historii. Oregon IPA to jakiś średnio nachmielony bitter, Original Amber to po prostu… rozwodniona wersja Oregona, czyli jeszcze gorsza, nijaka lura, w Cascade Parade zamiast chmielu czuć raczej karmel i toffi, Fresh Start – jak sama nazwa wskazuje – służyć może jedynie jako popitka do frytek, zaś wybijające się minimalnie ponad niski
poziom towarzyszy Hoptopussy (hoppy golden ale) oraz Hampden Roar (altbier) to i tak mocno przeciętne piwa w porównaniu nie tylko z BrewDogiem, ale i większością… polskich piw rzemieślniczych. Naprawdę, nie mamy się czego wstydzić.

Jpeg
Haggis, tatties and neeps

Smutny wniosek moich piwnych przeżyć w Glasgow jest taki, że po nieudanej przygodzie z lokalnymi mikrobrowarami z nieukrywaną przyjemnością delektowałem się klasycznym szkockim stoutem z dużego browaru Belhaven, który akompaniował utratę mojego kulinarnego dziewictwa w zakresie próbowania haggis. Tak – w końcu mi się udało to zjeść. Marzyłem o spróbowaniu legendarnej szkockiej potrawy już od jakiegoś czasu, więc przed wyjazdem sprawdziłem, gdzie mogę dostać prawdziwe i tradycyjne haggis. W ten sposób trafiłem do Babbity Bowster, gdzie sympatyczna pani podała mi narodową potrawę Szkocji, czyli owcze podroby wraz z tradycyjnymi dodatkami: puree z brukwi oraz ziemniaków. Mimo że spodziewałem się raczej smaku podobnego do naszej wątróbki, danie przypominało mi raczej kaszankę. Niemniej jednak, cieszę się, że spróbowałem tego specjału i muszę przyznać, że naprawdę zadowolił on moje gusta. Na zakończenie tej części opowieści mogę jeszcze polecić kawiarnię Tapa Coffee House, w której to można dostać napar z segmentu specialty z brazylijskich plantacji. Ziarna są także wypalane na miejscu. Naprawdę warto tam zajrzeć spacerując po mieście.

Akt II – Pociąg do Hogwartu i Skye

Destynacją właściwą mojej podróży była wyspa Skye, jednak postanowiłem sobie nieco urozmaicić drogę i wykupiłem pociąg na jedną z najpiękniejszych tras kolejowych w Europie – West Highland Railway – znaną fanom sagi J.K. Rowling bardziej z filmów o Harrym Potterze jadącym do Hogwartu. Harrego co prawda nie spotkałem, ale i tak było magicznie. Nie tu jednak miejsce na opisywanie krajobrazów i wzdychania do natury, czy też wspominanie samotnej wędrówki w deszczu przez Quiraing. Co z piwem i jedzeniem na dalekiej północy?

Jpeg
Całkiem dobre Dark Island
Jpeg
Tragiczny Sweetheart Stout

W porcie w Mallaig, do którego dotarłem z Glasgow koleją, wypiłem sobie old ale o nazwie Dark Island z browaru Orkney na Orkadach. Mimo braku jakichkolwiek oczekiwań, napój ten wywarł na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Dało się w nim wyczuć nuty dojrzałych owoców i wina, a także całkiem wyraźną nutę słodową i dużo ciała. Na pewno była to lepsza propozycja niż wypusty Drygate i Clockwork. Na samej wyspie funkcjonują dwa browary: Isle of Skye Brewing w miejscowości Uig oraz Cuillin mieszczący się przy hotelu w Sligachan. O ile piwa z Isle of Skye dostępne są praktycznie w każdym sklepie na wyspie, to Cuillin sprzedaje swoje produkty przede wszystkim u siebie – w hotelowym barze. Zacznijmy od piw sprzedawanych pod marką Skye, produkowanych w Uig. Do dyspozycji miałem trzy rodzaje: Gold (oatmeal golden ale), Red (scotch red ale), oraz Black (oatmeal dark ale). W tej kolejności (od najsłabszego do najlepszego) bym je zresztą ustawił. Propozycja złota pachniała kwiatowymi odmianami chmielu, była dość wytrawna, jednak w sumie nijaka i pusta. Piwo z etykietą czerwoną to zbalansowane ale z nutami orzechowymi i toffi, bez wyczuwalnych dla mnie wad. W końcu kolor czarny – tu znakomite nuty suszonych owoców i wina, do tego lekka paloność, aksamitność i sporo ciała. Idealną rzeczą byłoby uwarzenie wersji imperialnej Skye Black. Miałoby potencjał zostać najlepszym piwem na wyspie. Poza lokalnymi browarami, w markecie w Portree – największym mieście w okolicy – bez problemu można dostać Dead Pony oraz Punk IPA z BrewDoga (z butelki również genialne), a także np. Newcastle Brown Ale (klasyk z północy Anglii produkowany przez browar John Smiths – bez rewelacji, ale wypić można) czy edynburskie Innis and Gunn. To chyba najlepsze krajowe sklepowe piwo poza BrewDogiem szeroko dostępne w Szkocji. Niby zwykłe słodowe scotch ale, ale leżakowane w beczkach po różnych alkoholach, dzięki czemu zawarty w nim aromat wanilii przywodzi na myśl najlepsze doświadczenia z piwami barrel-aged z przeszłości. Istnieje wiele wersji, jednak mi udało się znaleźć jedynie Original i Rum Cask. Rumowe jest rzecz jasna lepsze, bo bogatsze w aromacie. Nie uniknąłem oczywiście degustacji kiepskich i… tragicznych. Do tych pierwszych zaliczę całkiem popularne Deuchars IPA, a do drugich chyba najgorsze piwo, jakie piłem (a właściwie próbowałem pić) w życiu – Sweetheart Stout, oba z Tennent Caledonian Brewing. Ten dwuprocentowy (sic!) stout (?) to właściwie rozpuszczony w czarnej wodzie cukier. Ledwo przełknąłem. Reszta zasiliła system kanalizacji miasta Portree. Z szerzej dostępnych piw, nieźle zaprezentował się Hobgoblin z oksfordzkiego Wynchwood Brewery, będący poprawnym reprezentantem stylu ESB.

Jpeg
Whisky bar przy hotelu w Sligachan
Jpeg
Moje cztery wybranki popołudnia

Odpoczywając po górskich wycieczkach, udałem się autobusem do Sligachan, gdzie mieści się browar Cuillin. To maleńka instalacja w dobudówce do hotelu, a obok bar specjalizujący się w whisky. Można tam znaleźć około 400(!) rodzajów tego trunku. To właśnie miłośnicy popularnej rudej na myszach odnajdą w Szkocji bogactwo aromatów i smaków. Piwoszom pozostaje powolne wdrażanie się w ten świat. Sam whisky lubię, aczkolwiek na pewno nie nazwę się znawcą. Wiem tyle, że w życiu nie pomieszam jej z colą, tak jak nigdy nie dodam do herbaty czy kawy cukru, a do piwa słodkiego syropu. Fuj! Zafundowałem sobie na miejscu coś o nazwie Whisky Flight, czyli cztery kieliszki o pojemności 25 ml (naprawdę, oni piją takie małe porcje…) wybranego zestawu alkoholi. Zdecydowałem się – oczywiście – na najbardziej wyrazistą aromatycznie opcję i nie zawiodłem się. Wszystkie cztery whisky z wyspy Islay zachwycały torfowymi aromatami, nutami palonego węgla, dymu, drewna i bandaży. Największe wrażenie wywarły na mnie Lagavulin 16 (intensywność dymu) i Caol Ila 12 (najmocniejszy węgiel, jakbym lizał brykiet do grilla). Gdy będę miał okazję, na pewno powtórzę w większej ilości.

Jpeg
Kadź zacierna w Cuillin
Jpeg
Fermentacja trwa

Niestety, propozycje piwne hotelowego browaru odzwierciedlały samo podejście piwowara. Ten, zapytany przeze mnie o chmielenie na zimno, stwierdził, że mu się… nie chce myć potem sprzętu, a na eksperymenty też nie ma ochoty, bo ludzie przychodzą pić takie piwo, jakie im smakuje od trzydziestu lat. Jednym zdaniem – targetem browaru Cuillin są tak zwani zjadacze schabowego z mizerią, czyli osoby, które gdy się raz przyzwyczają do jakiegoś smaku, zamykają się na nowe doznania. Nic dziwnego, że wszystkie cztery – rzekomo różne – piwa, pachniały i smakowały praktycznie identycznie, z niewielkimi, subtelnymi różnicami. Nikły aromat, umiarkowana słodowość, niska goryczka i średnio-niska zawartość alkoholu. Opowieści o mocno chmielonym Pinnacle Ale można włożyć między bajki, podobnie jak o palonym niby-stoucie Black Face. Paradoksalnie, Eagle Ale (golden ale) oferowało najwięcej doznań w postaci średniej goryczki, która na tle reszty prezentowała się całkiem pokaźnie. Najsłabiej wypadło sezonowe piwo Glamaig (nazwane na cześć leżącej niedaleko góry i warzone z okazji zawodów sportowych polegających na wbieganiu na szczyt) – mild bez jakiegokolwiek wyrazu.

Jpeg
Jacobite Ale
Jpeg
Maszyneria w CafeSia

Zanim ruszyłem dalej, odwiedziłem jeszcze jedyną rzemieślniczą kawiarnię na Skye, która wypala własne ziarno – Cafesia w Broadford. Espresso serwują przyzwoite, ale jednak w Glasgow piłem lepsze. Nie odmówiłem sobie oczywiście piwa. Otrzymałem… zmrożone szkło, pokryte szronem, a do tego Jacobite Ale ze szkockiego browaru Traquair House. To wee heavy z… kolendrą. Ten swoisty miszmasz aromatów suszonych owoców, wina, toffi i kolendry przypadł mi całkiem do gustu i muszę przyznać, że z przyjemnością ukończyłem butelkę tego wynalazku. Oprócz wspomnianych smaków, wyczuć się tu dało także przypalony karmel. Na minus pozostaje całkowity brak piany.

Ostatni dzień na Skye upłynął na degustacjach marketowych, gdyż znalazłem świeżą dostawę rzeczy, których wcześniej nie próbowałem. Na pierwszy ogień poszła legendarna APA z amerykańskiego browaru Sierra Nevada. Mimo daty ważności do maja 2016, aromatu było tam bardzo niewiele. Sesyjne, wytrawne, ale jednak brakowało tego cytrusowego szczypania w nosie. Następnymi dwiema pozycjami były dwa piwa od Williams Brothers, a konkretnie Caesar Augustus (india pale lager), który doskonale łączył pijalność i czystość jasnego lagera z cytrusowo-owocowymi aromatami chmielowymi w amerykańskim stylu, a także Seven Giraffes (IPA w stylu angielskim, z cytryną i bzem). Tu z kolei bardzo pozytywną rolę odegrał dodatek owocowy, który dodał piwu rześkości i przyjemnej kwaskowatości.

Jpeg
Dorada pod pesto

Poza piwem – rzecz jasna – interesowało mnie jedzenie. Skye jako wyspa słynie ze świeżych ryb i owoców morza, więc to na tego rodzaju kuchnie się nastawiałem. Co ciekawe, w restauracjach obłożenie jest niemiłosierne i bez rezerwacji często trzeba… czekać w kolejce, albo nawet i w ogóle nie ma co próbować się dostać do środka. Na supermarketowym parkingu zaś można spotkać rybaka handlującego świeżymi rybami z bagażnika swojego samochodu. Udało mi się odwiedzić dwa miejsca w Portree: The Lower Deck oraz Scorrybreac. Są to zupełnie różne od siebie lokale. The Lower Deck to typowa portowa restauracja ze świeżymi rybami i nie tylko, zaś Scorrybreac oferuje bardziej wykwintne posiłki i sposób podania – zresztą za konkretną cenę. Cóż – raz się żyje. W TLD spróowałem lokalnej dorady podawanej podawanej pod pesto pomidorowym, wraz z bukietem warzyw. Ryba rozpływała się w ustach, a dodatek przywodzący na myśl raczej kuchnię włoską okazał się celnym uzupełnieniem. W Scorrybreac – ku mojemu zdziwieniu – spotkałem… polską obsługę kelnerską.

Jpeg
Świeże ostrygi

Polonizujemy więc nawet tak odległe regiony Wysp Brytyjskich jak Skye. W tej restauracji nie można zamówić po prostu jednego dania. Są tylko zestawy składające się z kilku pozycji – wszystkie w tej samej cenie. Skusiłem się na talerz świeżych ostryg wraz z zamrożoną krwawą Mary oraz smażonego morszczuka podawanego na kremie z rzepy oraz świeżymi (pod koniec lipca!) szparagami. Podobnie jak w przypadku haggis, był to mój pierwszy raz jeśli chodzi o ostrygi.

Jpeg
Morszczuk na kremie z rzepy

Dodatek w postaci lodu o smaku pomidorowym nie podszedł mi za bardzo, a same ostrygi nie zostaną moją ulubioną potrawą. Nie żałuję jednak, że ich spróbowałem. Wyglądały niesamowicie na talerzu. Ryba z kolei była przepyszna i doskonale komponowała się z podanymi dodatkami, zwłaszcza z aksamitnym kremem z rzepy. Jedynym mankamentem uczty w Scorrybreac pozostaje cena.

Akt III – Inverness i Aviemore

Jpeg
Banner przed Castle Tavern

W Inverness trafiłem nawet na typowo specjalistyczny sklep z piwem, jednak był on zamknięty, a ja wyjeżdżałem następnego dnia rano. Przez szybę widziałem, iż mają bardzo duży wybór nie tylko wyspiarskich, ale także kontynentalnych i amerykańskich browarów. W pubie karaoke nic lepszego niż Guinness czy Newcastle Brown Ale nie znalazłem, ale w końcu trafiłem na coś w rodzaju minifestiwalu piwnego lokalnych browarów w ogródku przy restauracji hotelowej. Tam spróbowałem nazwanego na cześć legendy o Wilku z Badenoch piwa Wolf ze szkockiego browaru Windswept. Wybór okazał się całkiem dobry – melasa, ciemne słody, suszone owoce, toffi. Druga propozycja tego samego browaru – APA – już prezentowała się gorzej – kwaskowa, z nikłym aromatem. Jedynie goryczka trzymała poziom. Przy samym hostelu (znów przypadek, prawda?) miałem do dyspozycji najlepszą według RateBeera knajpę w Inverness – Castle Tavern. Tu na kranach oczywiście królowały real ales z caska. Mimo kiepskich recenzji, nieźle smakowało An Teallach Ale z browaru o tej samej nazwie, a najpopularniejsze piwo Kornwalii – Tribute Cornish Ale z St. Austell  – ładnie pachniało kwiatowymi odmianami chmielu. W hostelu wraz z nowo poznanym znajomym z USA zdegustowaliśmy jeszcze zakupione w sklepie Bitter & Twisted z Harviestoun (całkiem przyjemne, rześkie golden ale) oraz dwa piwa z polecanego mi jeszcze na Skye browaru Black IsleRed Kite Ale i Blonde. Te, niestety, powieliły schemat znany z Drygate, Clockwork i Cuillin. Nijakość i nuda.

Jpeg
Black Gold w Aviemore

W drodze do Edynburga zatrzymałem się jeszcze w Aviemore pospacerować w parku narodowym, a przy okazji zwiedzić miejscowy browar Cairngorm. Trochę na tzw. krzywy ryj dołączyłem się do wycieczki oprowadzanej przez ponad siedemdziesięcioletniego przewodnika. Gadkę miał dobrą, tryskał poczuciem humoru i potrafił zaciekawić ludzi. Przy okazji poznałem austriackiego piwowara domowego, który jednak – jak mówi – warzy tylko lagery zgodne z Niemieckim Prawem Czystości. Rewolucja tam jeszcze nie zapukała. Spróbowałem kilkunastu próbek i – autentycznie – wszystkie były praktycznie identyczne. Nawet nazw nie pomnę. Jedynie stout o nazwie Black Gold miał nieco nut palonych, a pozostałe propozycje zlewały się w jedną, bezkształtną masę. Z każdym łykiem tęskniłem za BrewDogiem i za… polskim craftem. Naprawdę, po tych wszystkich bezbarwnych, nijakich szkockich piwach, doceniłem wszystkie – nawet te średniej klasy – polskie browary rzemieślnicze. Dodam, że mimo oferty prawie dwudziestu rzekomo różnych piw, zasięg woltażu w Aviemore sięgał od ok. 4% do ok. 5,5 %. Piwo o zawartości alkoholu 5,6% podano mi z komentarzem: very strong!

Akt IV – Edynburg

Jpeg
Osobliwa… toaleta w The Hanging Bat
Jpeg
Bar i tablica w The Hanging Bat

Epilogiem podróży i szkockich degustacji, a także ostatnią nadzieją na uratowanie honoru kraju Roberta Burnsa, Williama Wallace i Waltera Scotta był Edynburg. W stolicy kraju czasu miałem najmniej, więc ograniczyłem się do jednego konkretnego pubu – The Hanging Bat – z racji wysokiego rankingu na RateBeer. Na miejscu istnieje też minibrowar, a ponadto lokal współpracuje z innymi placówkami, gdzie warzy w kooperacji. Na kranach w Nietoperzu znalazło się sporo dobrego piwa, a ściany przyozdobione były gustownymi grafikami nawiązującymi do sztuki piwowarskiej. Zdążyłem spróbować siedmiu sampli. Na pierwszy ogień poszedł kooperacyjny kwach The Hanging Bat i mającego bazę w Newcastle Northern Alchemy pod nazwą Cola Sour. Jako przystawka do piw cięższego kalibru ten sour ale spisał się bardzo dobrze: orzeźwiał i pobudzał apetyt. Domowego syropu z coli jakoś nie zarejestrowałem, bardziej nuty… pomidorówki i solidną kwaśność. Druga próbka to wypust lokalnego edynburskiego browaru PilotMochaccino Stout, czyli milk stout z czekoladą i kawą. Pierwsze wrażenie to intensywna kawa w aromacie, natomiast w smaku dominuje słodycz. Da się ją jednak wybaczyć, gdyż oprócz świetnej kawowości, mamy tu też aksamitną kremowość. Mniej słodką wersję mógłbym pić codziennie. Następne piwo w kolejce to już dzieło sąsiadów BrewDoga – SixºNorth spod Aberdeen. W przeciwieństwie do zakochanych w amerykańskich chmielach punkach, piwowarzy ze Stonehaven to pasjonaci stylów belgijskich. W moje ręce trafił zapomniany i dla mnie zupełnie nowy styl – grisette. Jak można wyczytać w internecie, w przeciwieństwie do saisona, było to piwo warzone nie dla rolników, a dla górników. Sama nazwa pochodzi od stroju ludowego kobiet, które przynosiły ten napój swoim zmęczonym pracą mężczyznom. Co do walorów smakowych, był to taki troszkę lżejszy, miej kwaśny i mniej przyprawowy saison – orzeźwiające piwo w sam raz na uzupełnienie mikroelementów po ciężkiej fizycznej pracy w kopalni. La Place Du Soleil spełnił wymogi stylu – niczym nie powalał na kolana, aczkolwiek dawał sporo orzeźwienia. Czwartą próbką był Any Porter In A Storm, kooperacja lokalu z… Drygate! Znając nijakość miejscowych produktów browaru z Glasgow byłem pełen obaw, natomiast wyszło całkiem nieźle. Właściwie to piwo to taka hybryda, gdyż jest mocno nachmielone Chinookiem, także na zimno, dzięki czemu ma amerykański charakter (czyli to, czego brakowało piwom z Drygate na miejscu). Dodatkowo w smaku dostajemy całkiem sporą porcję lukrecji i odrobinę kawy. Bardzo dobre. Jakoś tak wyszło, że na kranach The Hanging Bat znalazło się wiele piw kwaśnych, a więc korzystałem. Piąta degustacja to Wild Maple Brown z Redchurch. Kwaśność tego sour browna zahaczała o ocet, jednak w połączeniu z toffi i orzechowymi nutami współgrała świetnie. Co więcej, piwo miało prawie 8 procent alkoholu, więc wyróżniało się na plus ponad standardowe brytyjskie propozycje oscylujące w okolicy 5%. Następna propozycja pobiła jednak wszystkie poprzednie. The Blend w wersji Summer 2015 z angielskiego The Wild Beer zachwycał aromatami stajennymi i beczkowymi, w smaku oferując nie tylko mocną kwaśność, ale i lekką… słoność. Piwo to powstało poprzez zmieszanie (stąd nazwa) ze sobą kilku piw fermentowanych różnymi rodzajami dzikich drożdży, leżakowanych w beczkach po różnych trunkach. Efekt niesamowity. Polecam każdemu. Na zakończenie szkockiej przygody przyszło mi wypić Salzpeicher Raspberry – kwaśny malinowy porter z Freigeist Bierkultur z Kolonii. Owocowość i kwaśność w tym trunku dawały o sobie znać, natomiast nut porterowych trochę brakowało. Do wypicia, ale nie mogło równać się z poprzednikiem.

Epilog

W Szkocji spróbowałem sampli kilkudziesięciu różnych piw, w większości z lokalnych browarów. Lwia ich część prezentowała stały, wyrównany i… nudny poziom. Tak jak Polacy piją masowo jasnego, bezsmakowego lagera, tak też multum Szkotów od sensorycznych uniesień woli lekkie, pijalne i zbalansowane real ales nalewane z caska. Na szczęście oferta dla piwnych geeków istnieje, tylko trzeba dobrze poszukać i trafić. W Glasgow czy Edynburgu to nie problem, natomiast w mniejszych miastach jest to nieco większe wyzwanie. Wszystko jednak przed nimi. W hostelu w Portree częstowałem ludzi z całego świata BrewDogiem z butelki i byli zachwyceni. Misja dla craftowych browarów to dotrzeć tam, gdzie jeszcze ich nie ma. Mówiąc zaś o geekach, już w sobotę rozpoczyna się trzecia edycja Beer Geek Madness. Podobnie jak ostatnio, będę tam, a następnie podzielę się wrażeniami. W Szkocji zaś – oprócz piwa – skupcie się na magicznych krajobrazach i nie zapomnijcie o dobrej, torfowej whisky. Polecam taki wypad wszystkim.

Reklamy
Czy w Szkocji warto pić coś poza BrewDogiem?