Wrocławskie wspomnienia, czyli Beer Geek Madness 3 bez ściemy

12021832_10153719877154073_896937122_n12025396_10153719877039073_1649687110_n

Są festiwale, na które ostrzy się sobie zęby na kilka miesięcy przed samą imprezą. Tak też było z trzecią odsłoną Beer Geek Madness, która tradycyjnie odbyła się we wrocławskich Zaklętych Rewirach. Jako że od początku istnienia tego przedsięwzięcia (tu możecie przeczytać o poprzedniej edycji) goszczę w tym klimatycznym miejscu, mogę co nieco powiedzieć na temat paru aspektów zeszłoweekendowego wydarzenia. A więc do rzeczy.

Mówi się, że najistotniejszym elementem każdej imprezy są jej uczestnicy. Oceniając sobotni wieczór z tej perspektywy, jestem bardzo zadowolony. Jak zwykle poznańska ekipa nie zawiodła i bawiła się najlepiej, jak to było możliwe. Poza tym, udało mi się spotkać i chwilę porozmawiać z kilkoma osobami spoza naszego lokalnego światka, więc tym bardziej były powody do mruczenia. Identycznie jak pół roku temu, zajęliśmy miejsce w pralni i nie opuściliśmy go właściwie aż do przeniesienia imprezy na dach. Tuż obok naszych miejscówek rozlokowano krany z piwem z niemieckich browarów, które to były główną atrakcją tej odsłony BGM. Mimo szerokiej oferty prezentowanej na mapkach i ulotkach, na niektóre pozycje trzeba było czekać, aż poprzednie się skończą. Nie wiem nawet, czy wszystkie ostatecznie zostały podpięte.

Łyżka dziegciu

Poza piwem na gości – jak zawsze – czekały atrakcje artystyczne, koncerty, a także ultradrogie designerskie koszulki oraz ekipa salonu fryzjerskiego Petit Pati, z której usług dane mi było skorzystać – z dużym zadowoleniem. Celowo nie wspominam tu o gastronomii, bo tej tak jakby w ogóle nie było. Bez wątpienia cała farsa z jedzeniem zasługuje na miano największego skandalu BGM 3. Mimo trwającej od godziny 18 imprezy (plus niekrótki czas spędzony przed wejściem), goście byli skazani na głód aż do… 21, kiedy to – w teorii – dopiero otwarto strefę gastronomiczną. W teorii, gdyż totalny chaos i brak jakiegokolwiek pomyślunku sprawił, iż zamiast degustować kolejne piwa trzeba było stać godzinami w kolejce do jedynej kasy, aby dostać jakiś ochłap. Przed imprezą zapowiadano autorską kuchnię, a pod daniami podpisali się nawet szefowie kuchni. Szkoda, że nikt nie pomyślał o tym, żeby jedzenie było rzeczywiście dostępne w sposób sprawny i szybki. Dodatkowo, podczas wielogodzinnego oczekiwania na łaskę organizatorów, ochrona obiektu poczuła przypływ testosteronu i pozoru władzy, traktując ludzi jak bydło, zachowując się nieuprzejmie, agresywnie i chamsko. Zwykłym gościom (bez opasek VIP) nie pozwalano wychodzić z terenu obiektu, aby mogli coś zjeść i wrócić na imprezę, a także nie wpuszczano dostawców zamawianego jedzenia z zewnątrz. Napakowane karki z pobliskiej dyskoteki niczym gestapowcy przedzierali się pomiędzy gośćmi imprezy szukając pretekstu do wyleczenia swoich kompleksów. Doszły do mnie też słuchy (świadkiem sam nie byłem), iż jeden z ochroniarzy domagał się… łapówki za wpuszczenie dostawcy pizzy. Inny z kolei chciał dyktować, w jakiej pozycji znajdować się powinien zmęczony człowiek na ziemi: spać na siedząco może, ale na boku – już nie. Jak się okazało, byczki nie były pracownikami żadnej agencji ochrony (wiele osób chciało złożyć oficjalną skargę), więc pretensje można mieć tylko do organizatorów. Poza jedzeniem i ochroną, tragicznie zorganizowano imprezę na dachu o północy. Nie wspominając nawet o tym, że na jakiegokolwiek porządnego stouta trzeba było czekać pięć godzin od początku imprezy, to jeszcze przez totalną dezorganizację nagle wyzwolono w tłumie instynkty znane z filmików o uchodźcach na greckiej granicy. Wziąwszy pod uwagę niewielką powierzchnię dachu, mnogość ludzi i najlepsze piwa – wynik był jasny: dantejskie sceny i ogromny chaos. Przy tym wszystkim naprawdę małej wagi uchybieniem wydaje się brak myjek do szkła (jak ktoś miał długie ręce to mógł sobie na początku umyć w zlewie za barem, ale potem i tak obsługa, której wcześniej w ogóle nie było, miała z tym problem) czy darmowej wody do picia (to akurat nie jest żaden wymóg, ale skoro była na BGM 2, to jest to ewidentnie nieuzasadniona zmiana na gorsze). Po pierwszej edycji zdecydowanie najgorsze wrażenie robiła na mnie palarnia w przejściu do drugiej sali i strefy gastronomicznej – wyciągnięto jednak wnioski, palaczy wyrzucono na zewnątrz, dodano dyspensery wody i mimo tego, że nie każdy załapał się na amerykańskie piwa, mogło się wydawać, że idzie ku lepszemu. Niestety, organizacyjnie BGM 3 okazał się ogromnym krokiem wstecz. Nie piszę tego po to, by bezproduktywnie mieszać kogoś z błotem, a jedynie punktuję to, co koniecznie należy poprawić.

Chmiel, wędzonka, kwas i owoce

Co do samego piwa, otwarcie przyznam, iż żadne nie rzuciło mnie na kolana. W porównaniu z takimi perełkami jak Pirate Bomb z drugiej edycji, czy kwaśne piwa Mikkellera z pierwszej, tu mieliśmy pozycje co najwyżej dobre. Niemcy prezentują zachowawczość nawet w rewolucji. Ot, ironia losu. Ja wolę podejście amerykańskie. Być może na dachu były lepsze piwa, jednak – jak pisałem – tylko najbardziej wytrwali i odporni na zachowania stadne mogli sobie pozwolić na degustację tychże. Na początek moje festiwalowe szkło (mały, gustowny kieliszek) wypełniło Viking Gose z browaru The Monarchy. Z racji małej dostępności moich ulubionych RISów, festiwal stał dla mnie pod znakiem historycznych niemieckich styli, takich jak właśnie gose czy berliner weisse. W propozycji Monarchy sympatycznie komponował się lekki kwasek z przyjemną wędzonką, a całość przyjemnie orzeźwiała i zapowiadała udany wieczór. Dla porównania spróbowałem klasycznego Ritterguts Gose, które to na RateBeerze uznawane jest za absolutny majstersztyk. Tu już kwasowość stała na nieco wyższym poziomie, a do tego znać o sobie dawała nieco mydlana nuta kolendry. Wartość orzeźwiająca podobna jak w przypadku Vikinga. Trzecią próbką na rozkładzie był Onkel Albert z browaru Onkel – saison, który zaskoczył mnie dość niskim jak na ten styl wysyceniem i chmielowym początkiem. Poza tym, klasyczne belgijskie wyższe alkohole i nic więcej. Nie jestem jednak miłośnikiem saisonów. Podobnie nie podniecają mnie klasyczne pilsy, jak ten z Schonramera, który poza słodowością nie dawał żadnych uniesień. Nawet do meczu wolę pić jakieś pale ale. Nieco lepiej wypadło w tym towarzystwie German IPA z browaru Camba Bavaria, aromatyzowane na zimno europejskimi odmianami chmielu. Kwiatowy aromat i chmielowy smak, goryczka na zadowalającym mnie poziomie. Jedyne, do czego się mogę przyczepić, to zbyt wysokie wysycenie. Kolejna propozycja to efekt współpracy trzech browarów, dwóch rosyjskich i jednego niemieckiego: 1516, Bakunin i BrauKunstKeller – saison z pomarańczami, chmielony Huell Melonem i Mandariną Bavarią. Pierwszy raz piłem piwo na Huellu i rzeczywiście aromat melonowo-arbuzowy był wyraźnie wyczuwalny. W połączeniu z owocowością dawało to naprawdę niezłe rezultaty. Mimo że saison to nie jest mój ulubiony styl, wypiłem go z wielką przyjemnością. To tyle jeśli chodzi o pralnię.

W oczekiwaniu na podpięcie innych beczek, udałem się na główną salę, gdzie na początek spróbowałem Lodzermenscha z Piwoteki. Browar ten bardzo szanuję za Czarnego Wdowca, więc oczekiwania miałem spore. Niestety, poza lekkim kwaskiem i dobrą pijalnością piwo nie wnosiło zbyt wiele walorów aromatyczno-smakowych. Nos wręcz był zupełnie neutralny. Po krótkim polskim interwale, powróciłem do germańskich bohaterów wieczoru i wypiłem znane już mi Laguna IPA z BrauKunstKeller oraz Backbone Splitter od Hansa Mullera. Tu trzeba przyznać plusik za to, że niemieccy piwowarzy nie siedzieli w loży VIP chełpiąc się swoją znakomitością, a z chęcią opowiadali o swoim piwie i pomagali w napełnianiu szkieł. Z tej dwójki to Splitter oferował nieco przyjemniejszy aromat chmielowy (Laguna zajeżdżała trochę perfumami). Oba piwa natomiast nie powalały ogromem goryczy czy mircenem wyciekającym przez nos. Klasyczna teutońska zachowawczość. Następny niemiecki wypust to Holy Shit z browaru Schoppe, w którym chmiel mieszał się z karmelem i słodowością i średnio intensywną goryczką. Zawiódł mnie niestety Pfefferkorner z Freigeist Bierkultur, który poza aromatem pieprzu atakował nutami kanalizacyjnymi, a w smaku nie dawał niczego lepszego. Na zakończenie niemieckich degustacji spróbowałem jeszcze Methusalem z The Monarchy i Saison Blanc z Camba Bavaria. O ile wypust Camby wiał nudą i klasyką, to całkiem ciekawą propozycją okazał się adambier od Monarchów. Ciemne, wędzone, nieco kwaśne, mocne piwo w starym dortmundzkim stylu – z pewnością można je zaklasyfikować do kategorii madness.

Jeśli chodzi o polskie premiery, to dane mi było spróbować jedynie kilku. Nie wypowiem się na temat krytykowanego wszem i wobec Rauchweizena z Doctora Brew, gdyż po prostu nie miałem okazji go pić. Kwas Delta z Pinty okazał się całkiem fajnym, orzeźwiającym berlinerem, jednak bez większych egzaltacji. Zwycięski Cyrulik z Profesji miał jak dla mnie ciut za mało wędzonki (choć nieco w innym charakterze niż Kwas Beta). Lekko kwaśne i owocowe okazało się Blu Berrymore z Hopium, natomiast Saison Curry Wurst z Birbanta, mimo dobrych rekomendacji znajomych piwowarów, absolutnie nie przypadł mi do gustu. Jakieś takie piaskowe odczucie w ustach, dziwna przyprawowosć i lekka wędzonka nie dały dobrego połączenia. Lepiej na pewno smakował Very Bloody Berliner z Piwnego Podziemia, z wyraźnym czerwonym owocem (bardziej porzeczka niż aronia) na pierwszym planie, o lekko winnym finiszu. Browar ten udowadnia, ze większość wypustów ma udanych. Fuck The Boundaries z BroKREACJI z kolei oferował feerię różnych smaków, od chmielowego, przez kwaśny do słonego. Połączenie całkiem udane. Na dachu, niestety, załapałem się tylko na Omniprairie, czyli kooperacyjny imperialny milk stout z browarów Prairie i Omnipollo – słodkie, czekoladowe, bardzo gładkie, aksamitne, dobrze ułożone piwo. Wysoka klasa. Niestety, pozostałych hitów nie było mi dane spróbować. Spośród polskich premier, Beer Geek Choice przyznałbym chyba Piwnemu Podziemiu, aczkolwiek zwycięska propozycja Profesji nie była zła.

Na przyszłą edycję organizatorzy mają dużo do poprawy. Wierzę jednak, że zdają sobie doskonale sprawę z tego, co zostało spieprzone i jak nie dopuścić do powtórki tego następnym razem. Ja nie tracę nadziei i wiary w to, że na Beer Geek Madness 4 znów się spotkamy i przeżyjemy niezapomniane chwile w towarzystwie piwnych świrów, których w Polsce nie brakuje. Niechaj żyje rewolucja. Przekraczajmy granice – o wiele bardziej niż Niemcy mają na to odwagę. Co do samego piwa, z mojej strony apel: więcej RISów, więcej barley wine. Nie po pięciu godzinach imprezy, a od początku. No i to jedzenie… Zróbcie coś z tym. Do zobaczenia!

Reklamy
Wrocławskie wspomnienia, czyli Beer Geek Madness 3 bez ściemy

IX Poznań Culinary Fest i IX Ogólnopolski Festiwal Dobrego Smaku

Zgodnie z facebookową obietnicą, nadeszło czwartkowe popołudnie, a więc czas na krótką relację z dwóch poznańskich imprez, w których miałem przyjemność (ach, te spoilery…) uczestniczyć w ubiegłym tygodniu. Planowałem co prawda dość bardziej intensywną partycypację, jednak zdrowie nie pozwoliło na więcej degustacji z okazji Oszukać Podniebienie, a na uroczystą kolację na Ogólnopolskim Festiwalu Dobrego Smaku się, niestety, nie załapałem. Może następnym razem.

Poznań Culinary Fest – Oszukać Podniebienie

O mojej poprzedniej wizycie na Poznań Culinary Fest możecie poczytać tutaj. Otrzymałem wówczas także komentarze odnośnie niejasnych spraw finansowych związanych z festiwalem i teraz bardzo chętnie dowiem się, jaki był finał tej sprawy. Piszcie śmiało. Niemniej jednak, najważniejsze dla mnie – jako konsumenta – były doznania aromatyczno-smakowe. Wraz z Ukochaną wybraliśmy tym razem dwie restauracje: dobrze nam znany zespół specjalistów od morskiego zwierza – Momo, a także dziewiczą dla nas mekkę koneserów dobrego wina – Fiesta del Vino.

Stolik w restauracji przy ulicy Szewskiej zamówiliśmy z wyprzedzeniem, jednak – mimo obaw – tłumów nie było. Na pierwszy rzut oka Poznań Za Pół Ceny przyciągnął o wiele większe rzesze smakoszy. No ale wiadomo – mało co Polak ceni bardziej niż promocje. Zestawy podczas tej edycji Culinary Fest składały się z dwóch posiłków: przystawki oraz dania głównego, w zuniformizowanej cenie 15 złotych w każdej z restauracji. Serwowane porcje były naprawdę degustacyjne, ale właśnie o to chodziło w tym całym przedsięwzięciu. Uczestnicy mieli okazję stosunkowo niewielkim kosztem spróbować różnych kuchni i asortymentu wielu restauracji.

Jpeg
Krewetka w żółtym curry
Jpeg
Linguine z ośmiorniczkami

Jako entrée w Momo na stół wjechała krewetka podawana w żółtym curry, z dodatkami w postaci owoców leśnych. Kuchnia tradycyjnie nie zawiodła i chciało się tej ambrozji więcej i więcej. Nawet jako miłośnik ostrych przypraw nie protestowałem, że zbyt łagodne, gdyż mocniejsze doprawienie dania zdominowałoby smak krewetki. Danie główne to pełne pachnącego sosu pomidorowego linguine po neapolitańsku z ośmiorniczkami baby, tartym parmezanem i świeżymi ziołami. W przypadku menu degustacyjnego nie nastawialiśmy się, rzecz jasna, na najedzenie do syta, natomiast nasze kubki smakowe domagały się dokładki. Chcąc zdywersyfikować nieco nasze doznania, poszliśmy naprzeciwko – do Racji Mięsa – jednak musieliśmy obejść się smakiem (a właściwie marzeniem o smaku…), gdyż wszystkie festiwalowe zestawy zostały już do tego czasu zjedzone. Ciekawostką był dla mnie patronat Doctor Brew nad imprezą. Korzystając z tego, iż żadne z nas nie kierowało tego wieczoru samochodem, wypiliśmy po butelce Summer Ale i Sunny Ale. O ile to pierwsze prezentowało całkiem niezły poziom, miało wyważony cytrusowy aromat i chmielową goryczkę, to druga pozycja pozostawiała nieprzyjemne wrażenie na języku i dawała co najwyżej przeciętne doznania dla nosa. Dodatkowo, oba piwa miały duży problem z klarownością i pianą. Błotnistość to już właściwie znak rozpoznawczy Doctorów.

Jpeg
Ośmiornica i salsa
Jpeg
Policzek z risotto i kurkami

Jako że Fiesta del Vino to lokal położony bardzo daleko od naszych szlaków komunikacyjnych, poświęciłem się i wziąłem samochód, co – udając się do winiarni – raczej nie wydaje się najmądrzejszym pomysłem. Wygoda tym razem jednak wygrała nad chęcią spróbowania asortymentu win. Jako że była to nasza pierwsza wizyta w tym miejscu, zaskoczyła nas przede wszystkim obsługa. Kelner po kolei opowiadał w szczegółach o każdej drobnostce, która pojawiła się na talerzu. Podczas degustacyjnego wieczoru stanowiło to na pewno duży plus. Przystawką w zestawie oferowanym przez Fiesta del Vino była ośmiornica z chipsem z sepii na zielonym pesto, a także salsa z krewetek, pomidorów i trybuli. Smak głowonoga zaskoczył mnie zupełnie, gdyż mięso miało tak jędrną teksturę, jaką można spotkać np. w tuńczyku – zero gumowatości czy ciągliwości. Krewetkowa salsa z kolei doskonale wpisała się w morski klimat przystawki i sprawiła, iż przed daniem głównym nasze apetyty pozostawały niezaspokojone i pełne nadziei. W końcu na stole pojawił się policzek z prosiaka (do tej pory jadłem tylko wołowe) podany na risotto demi-glace wraz z suszonymi kurkami. Dodatek skrobiowy rozpływał się w ustach, podobnie jak mięso, a grzyby świetnie grały ostatni akord uczty. Szkoda jedynie, że nie mogłem tym razem rozkoszować się bogatą ofertą win tego miejsca. Gdy temperatury pozwolą już na poruszanie się po mieście bez klimatyzowanego auta, zajrzę na lampkę lub dwie.

Jpeg
Pulled beef z ogórkiem
Jpeg
Cezar z indykiem i jabłkami
Jpeg
Risotto z rostbefem
Jpeg
Antrykot z sałatką rakową
Jpeg
Ossobuco z indyka

Ogólnopolski Festiwal Dobrego Smaku – Warsztaty z ARR

Jak już pisałem we wstępie, nie załapałem się na uroczystą festiwalową kolację, jednak nie mogłem przepuścić warsztatów organizowanych przez Agencję Rynku Rolnego w Restauracji Toga (pisałem o niej tu) na temat dań z indyka i wołowiny rasy Highland. Tak się jakoś złożyło, że dopiero co wróciłem ze Szkocji, gdzie miałem okazję oglądania tego bydła na żywo (relacja z wyspiarskich doznań smakowych niedługo!). Pierwsza rzecz, jaka mnie nieco zaskoczyła, to średnia wieku uczestników. Zwykle na podobnych imprezach raczej dominowali ludzie młodsi, a tu sam zaliczałem się raczej do młodszych amatorów kulinariów. To świetna sprawa! Tego właśnie brakuje mi w Polsce – większego uczestnictwa we wspólnym życiu towarzyskim ludzi w średnim wieku, a także starszych. W Glasgow widok kilkudziesięciolatka śpiewającego w barze karaoke, czy tańczącego w pubie do muzyki na żywo, nikogo nie dziwił. Same warsztaty poprzedził miniwykład na temat krów rasy Highland przeprowadzony przedstawiciela patronów wydarzenia, a następnie podzielono nas na dwa zespoły. Każda drużyna otrzymała kucharza-opiekuna, który dyrygował pracami i służył dobrą radą na temat przygotowywanych potraw. Wraz z moją ekipą na początek zrobiliśmy kanapki z szarpaną wołowiną i ogórkiem, by podsycić apetyty degustatorów, a następnie zabraliśmy się do robienia indyka. Tym razem naszym wspólnym wysiłkiem wykonaliśmy sałatkę Cezar, zastępując występującego oryginalnie w przepisie kurczaka jego bardziej szlachetnym kuzynem. Dressing wykonaliśmy z majonezu, jogurtu, tartego sera i czosnku, a także odrobiny anchois. Na zakończenie danie przyozdobiliśmy plasterkami jabłek poddanych wcześniej szybkiej kąpieli lodowej, co miało uczynić je bardziej chrupkimi. Drugim wspólnie mieszanym daniem było risotto z prawdziwym szafranem i szpikiem kostnym, podlewane bulionem i białym winem. Potrawę dopełniał wcześniej upieczony rostbef. Ciekawe było to, że mięso po przekrojeniu miało kolor… łososiowy. Drugi zespół uczestników warsztatów przygotował z kolei antrykot (moim zdaniem za cienko pokrojony i przez to zbyt twardy i mało krwisty) z przepyszną sałatką z szyjek rakowych, pieczonej papryki i kukurydzy. Ten dodatek był tak dobry, że kilkakrotnie chodziłem po dokładkę. Jeśli chodzi o indyka, to na stole pojawiło się ossobuco ze świeżymi ziołami, takimi jak rukiew czy szałwia. Oprócz jedzenia, restauracja zapewniła bardzo potrzebną w taki upał wodę mineralną i naturalne soki z jabłek. Warsztaty upłynęły w miłej i rodzinnej atmosferze wzajemnej pomocy i dobrych rad. Gdy wychodziłem, dużo jedzenia zostało, ponieważ już nie dawaliśmy rady więcej w siebie zmieścić. Wszystkie nasze kulinarne dzieła zachwycały jednak smakowitością, więc założę się, że się nie zmarnowały… Dzięki i do następnego razu!

IX Poznań Culinary Fest i IX Ogólnopolski Festiwal Dobrego Smaku

Beer Geek Madness 2 – relacja pofestiwalowa

Na Beer Geek Madness pojechałem drugi raz, mając w pamięci zeszłoroczną imprezę, która wywołała we mnie niemały entuzjazm. Oczekiwania miałem duże, a ślinianki kipiały z nadzieją na świeżą porcję ekstremalnych doznań smakowych. W końcu idea tej imprezy została niejako stworzona dla takiego człowieka jak ja – uwielbiającego jeść i pić wszystko co dziwne, przegięte i inne. Szczerze mówiąc niewiele interesowała mnie mnogość atrakcji pobocznych w rodzaju studia tatuażu, golibrody, piwnych kosmetyków czy nawet koncertów – ten temat zostawię tym, którzy skorzystali z możliwości stworzonych przez organizatorów w owej materii. Najważniejsze było piwo – wyzwanie wszak niemałe, gdyż na kranach zawitało 38 pozycji plus oczywiście główny bohater wieczoru – browar The Alchemist – ze swoimi dwoma sztandarowymi propozycjami w puszkach: Heady Topper i Focal Banger. Łącznie – bagatela – czterdzieści piw. Do tego trzy niemieckie krany po północy na dachu. Mission impossible. Na szczęście część polskich propozycji już piłem, podobnie jak piwa z browaru Anchor. Po wykreśleniu znanych trunków z listy, do odwiedzenia pozostało 27 kranów. Tu oczywiście z pomocą przyszła nieoceniona poznańska ekipa, z którą przyjechałem na miejsce, i z którą to uprawialiśmy intensywny kilkugodzinny sampling i wymianę opinii w komfortowych warunkach.

11146133_876043422457549_1766042545_n

Od tego właśnie zacznę. Czytając bowiem niektóre komentarze na temat organizacji stwierdzam, że chyba urodziłem się w czepku. Raz, że udało nam się wejść piętnaście minut przed czasem, dwa – że zajęliśmy jedne z nielicznych miejsc siedzących na sali z amerykańskimi piwami i w końcu trzy – że zdążyliśmy spróbować wszystkiego zanim wyszło. Kolejny łut szczęścia to nieoczekiwany test wytrzymałości festiwalowego szkła, które ktoś mi wytrącił z ręki przeciskając się do baru. Na szczęście było grubsze niż rok temu i mimo upadku ze sporej wysokości nie stłukło się (nie wszyscy mieli na tyle szczęścia…). Jest nadzieja, że wytrzyma nieco dłużej niż cieniutkie szkła z Poznańskich Targów Piwnych czy to z poprzedniego Beer Geek Madness. Sam Sensorik firmy Sahm prezentuje się ładnie, pije się z niego wygodnie, a piwo może w nim zaprezentować swoje aromatyczne walory.

Największą zaletą imprezy była oczywiście mnogość piw i stylów, a także idea uwarzenia przez browary swoich propozycji specjalnie na BGM. Część osób – zwłaszcza nieobecnych – krytykuje to swoiste tworzenie elitarności i wyjątkowości festiwalu – ale mi akurat pasuje to, że osoby, które zdecydowały się wybrać do Wrocławia zostały w jakiś sposób wynagrodzone, a ranga samej imprezy na pewno zyskuje, jeśli browar przygotowuje ofertę specjalnie na tę okazję. Następnym logicznym krokiem będzie przekonanie jakiegoś mocnego zagranicznego gościa, by uwarzył coś specjalnie na Beer Geek Madness, lecz zapewne na dzień dzisiejszy jest to bujanie w obłokach. Pamiętać jednak należy, że kto nie mierzy wysoko, nie osiąga wiele. Grunt to wierzyć w to, że można być najlepszym na świecie i do tego wytrwale zmierzać. Na takiej mentalności zbudowano potęgę Ameryki, a nie na wiecznych kompleksach i zginaniu karku, co oczywiście jest pokłosiem pańszczyzny, zaborów, wojen i komuny. Kolejnym plusem organizacyjnym było zwiększenie powierzchni imprezy, przez co zyskaliśmy dużo więcej powietrza i komfortu degustacji. Tu oczywiście muszę pochwalić to, że prośby moje i wielu innych osób zostały wysłuchane i palacze już nie zatruwali dymem przejścia. Nic bardziej nie denerwowało mnie podczas pierwszej edycji niż konieczność przechodzenia przez papierosowy odór chcąc zdegustować coś z drugiej sali, czy mając ochotę coś przekąsić. Wielki plus. Na pewno też muszę wspomnieć tu o zamontowaniu myjek do szkła, choć i tak było ich za mało i nie wszystkie działały – ale lepsze to niż czekanie w kolejce do toalety by umyć pokal. Ostatecznie zawsze pomocą służyli uczynni barmani w sali amerykańskiej.

O ile plusów było zdecydowanie więcej, to o kilku negatywnych drobnostkach natury organizacyjnej należy na pewno napisać. Pierwszy zgrzyt to źle wydrukowane mapy, według których było więcej punktów sprzedaży żetonów niż w rzeczywistości i początkowe nieogarnięcie obsługi sali w tej materii. Druga rzecz to źle dobrane proporcje beczkowych piw amerykańskich i głównych bohaterów imprezy. Rozumiem oczywiście, że The Alchemist był najważniejszy, jednak z tego co widziałem, to bardzo dużo puszek zostało niesprzedanych, a amerykańskie beczki szybko się pokończyły. Na tyle szybko, że kto od nich nie zaczął, raczej nie zdążył nawet na połowę. My na szczęście rozpoczęliśmy właśnie od Ameryki, więc znów dopisało nam szczęście. Organizatorzy wyraźnie przeliczyli się z estymacją chęci nabywania puszek Alchemista przez gości, gdyż początkowo – chcąc stworzyć aurę niedostępności – ogłosili, że każdy może kupić maksymalnie dwa żetony, a jak się okazało, że po początkowym szale przy barach sporo puszek zostało, nie było problemu z zakupem większej ilości Heady Toppera i Focal Bangera. Sam poprzestałem na trzech, gdyż miałem zamiar jeszcze dokupić piwa z innych amerykańskich browarów na wynos, a portfel nie jest z gumy. Przydałoby się też zorganizować w Zaklętych Rewirach hotspot Wi-Fi dla gości imprezy. O pozostałych uchybieniach pisali inni – nas nie dotknęły.

Tyle jeśli chodzi o organizację, którą ogólnie oceniam jako dobrą i gratuluję przedsięwzięcia i przede wszystkim samej idei, która jest świetna. To impreza, na którą się czeka cały rok. Jeśli chodzi o moje dobre rady na przyszłość, to postawiłbym także na jakąś bardziej szaloną kuchnię. Jedzenie było raczej zwykłe. Warto nad tym popracować. Plus za dobrą kawę. Wartym rozważenia pomysłem byłoby także wprowadzenie konkursu piw domowych – z zastrzeżeniem, że jest tylko jedna kategoria (open madness beer) – interpretacja dowolna. Przeglądając fora, jak i własne zapiski, mogę śmiało stwierdzić, że sędziowie mieliby nad czym dywagować. Byłby to też fajny pretekst do przedłużenia imprezy na dwa dni – jako preludium konkurs piwowarów domowych, a potem main event z głównymi aktorami.

Czas na sedno wieczoru czyli piwo. Każdej z propozycji spróbowałem niecałe 100 mililitrów, kilka powtórzyłem na koniec w większej pojemności. Wystarczająco, by powiedzieć coś o aromacie, smaku i goryczce, natomiast zapewne niewystarczająco, by stwierdzić czy piwo nuży na dłuższą metę oraz by doszukać się subtelności. Niemniej jednak nie jestem sędzią i opisuję tylko to, co odczuwam moimi amatorskimi zmysłami. Porównując jednak opinie moje i osób z ekipy, z którą imprezowałem, były one raczej podobne, z nielicznymi wyjątkami. Zacznę od Ameryki, bo i od tego rozpoczęliśmy wieczór. Zdecydowanie najgorszą propozycją było La Vermontoise z browaru Hill Farmstead, w które moim zdaniem wdało się zakażenie. Dałem swoją próbkę chyba z dziesięciu osobom, by potwierdzić moje przypuszczenia i większość także wyczuła to co ja – palony plastik, aromat gabinetu dentystycznego, apteki. Nie o takie funky chyba chodziło – zwłaszcza że opisy na zagranicznych forach odbiegały znacznie od tego, co można było wyczuć w moim szkle. Idąc od dołu z ocenami, Lil’ B i Yin&Yang z Evil Twin Brewing okazały się całkiem w porządku, ale miały drobne niedociągnięcia w postaci odpowiednio aldehydu octowego i zbyt nachalnego alkoholu. Pod tym jednak kryły się naprawdę przyzwoite piwa. Jeśli chodzi o ten sam browar, to spróbowałem jeszcze Come Again, sour pale ale które oferowało już przyjemny (zamierzony) kwasek i dobrą pijalność, a także najlepszą moim zdaniem pozycję Evil Twin na imprezie – I Love You With My Stout, która powalała gęstością, mocą i bogactwem smaku. Następnie dwa lżejsze stouty – Campfire z High Water i Too Cream Stout z Dark Horse. W tym pierwszym można było wyczuć w aromacie coś co nie do końca pasowało do stoutu, jakby skórki cytryny (a może to te pianki, o których pisze producent? Nigdy nie jadłem grillowanych pianek…), natomiast w drugim bardzo przyjemną nutę suszonego tytoniu i słodkość od laktozy. Prawdziwe bomby jednak opatrzone zostały dalszymi numerami na promocyjnej ulotce (swoją drogą kolejne dzięki dla organizatorów – naprawdę przydatna rzecz podczas degustacji). Także z browaru Dark Horse można było spróbować ośmioprocentowego stouta owsianego One Oatmeal Stout, który zrobił na mnie bardzo pozytywne wrażenie i z pewnością jawi się jako jeden z najjaśniejszych punktów oferty amerykańskiej – kawa, czekolada, nawet jakieś nuty waniliowe (choć nie był leżakowany w beczce – z tego co wiem), gładkość i długi posmak. Można byłoby się nim podelektować dłużej, gdyby pozwolił na to czas i portfel. Takie imprezy jednak polegają – przynajmniej dla mnie – głównie na doświadczaniu, a nie celebrowaniu. Aby zakończyć temat Dark Horse Brewing – na BGM przyjechała jeszcze beczka podwójnego IPA pod nazwą Double Crooked Tree IPA, która masakrowała nozdrza fantastycznym chmielowym aromatem, a rzekome 13,6% alkoholu (!) było wyczuwalne jak co najwyżej 7. Fantastyczne piwo i ogólnie – rewelacyjny browar. Na pewno sięgnę jeszcze po produkty Ciemnego Konia, gdy będę miał okazję. Następny kran to Mac Fannybaw z browaru Against The Grain, który z pewnością oferował najciekawszą paletę smaków – leżakowane w beczce piwo wędzone z solą – absolutny must-have dla każdego piwnego świra. Każdy element dobrze wyczuwalny, z wyraźnym, ale nienachalnym słonym finiszem, wędzonym aromatem i nutami drewniano-wiejskimi. Nie było to może najsmaczniejsze piwo festiwalowe, ale na pewno w kategorii ciekawostka należało przynajmniej umoczyć w nim język. No i na koniec bomba – dosłownie – piętnastoprocentowy imperialny stout z wanilią, chili i kawą, leżakowany w beczkach po rumie pod nazwą Pirate Bomb! od Prairie Artisan Ales. Pierwszy łyk i… wow – na to czekałem! To było coś niesamowitego – wanilia, rum, palony cukier, kawa, praliny czekoladowe z likierem i spora dawka alkoholu – chili nie wyczułem, ale w przypadku kapsaicyny mam wysoki próg wyczuwalności. Było to jedno z nielicznych piw, którego wziąłem dolewkę. Te 200 ml sączyło się cudownie. Słyszałem, że nie dla wszystkich starczyło – mogą żałować. Najlepsze piwo BGM 2. Piw niemieckich sam nie brałem, spróbowałem natomiast każdego – Golden Gate Gose z browaru Almanac bardzo smaczne, zaś Laguna i Collabrew od BrauKunstKeller pijalne, ale bez chmielowej bomby, której oczekuję od IPA czy double IPA. Nie wiem jak to będzie na trzeciej edycji Beer Geek Madness z udziałem niemieckich kraftowców, ale mam pewne obawy, że aż takich fajerwerków jak Pirate Bomb czy piw od Dark Horse nie uświadczymy. Obym się mylił.

Przechodząc do polskich premier – cieszę się z tego, że wygrał X z Widawy – sam oddałem połowę swoich głosów na tę pozycję. Piwo było niezwykle ciekawe, a beczka po Jacku Danielsie dała nie tyle wanilię, co ciekawą nutę drewniano-stajenną – poza tym dało się wyczuć owoce leśne i solidną chmielową goryczkę. Niektórym coś w tym piwie nie pasowało, ale jak dla mnie jako całość prezentowało się świetnie. Drugą połowę głosów dałem na propozycję SzałuPiw Mgły Chwaliszewa. Tu wielkie brawa za pomysł z dodawaniem do piwa mgiełki chmielonej Citrą z odparowalnika – prawdziwa alchemia zgodna z duchem i głównym tematem imprezy. Samo piwo dawało ciekawe nuty belgijskie w aromacie i przyjemną owocowość i cytrusowość w smaku. Te dwie propozycje zyskały moją największą aprobatę. Poza tym pozytywnie wspominam kwaśnego RISa z jagodami Goji pod nazwą Wild Wild East od Birbanta, który naprawdę atakował solidną dawką kwaskowatości. Nie każdemu to połączenie nut palonychi i kwasu pasowało, ale doświadczenie to na pewno ciekawe. Pozostając przy kwaśnych piwach – Funky Cherry z SzałuPiw jak dla mnie kwasku miało za mało, a szkoda, bo gdyby wzmocnić ten aspekt smakowy, piłoby się je naprawdę świetnie. Do tej kategorii mógłbym zaliczyć jeszcze np. Saxy Berry od Doctora Brew, jednak w aromacie i smaku przypominało mi ono raczej dżem z porzeczek, a maleńki plusik postawiłem przy nim tylko ze względu na to, że sugerowane 10% alkoholu zostało naprawdę dobrze ukryte. Ostatnim uczestnikiem imprezy, który uraczył nas przedrostkiem wild, okazał się powstały niedawno browar Profesja z Wrocławia. Niestety, ich Alchemik nie był za bardzo ani wild, ani IPA. Za grzeczne w tak doborowym towarzystwie i raczej do zapomnienia. Prawdziwym blockbusterem miało być piwo PintytakAHaka – promowane przez pionierów polskiego kraftu wycieczką do Nowej Zelandii, zbieraniem tamże świeżego chmielu, a – już na miejscu – obecnością… drużyny rugbistów. Zwycięzca kategorii na najdłuższą nazwę stylu (double chocolate orange & exotic New Zealand haka black IPA) niestety nie sprostał wymaganiom rozkręconego marketingowego szału. Piwo okazało się nazbyt ugrzecznione (co poniekąd wpisuje się w moje obawy, iż rzemieślniczy weterani są raczej ostrożni jeśli chodzi o dzikie eksperymenty) i na tle konkurencji niczym specjalnym się nie wyróżniało. Delikatna paloność, nuty ciemnych słodów, goryczka raczej średnia, chmiel jakoś mocno nie buchał. Zapewne gdybym wypił to piwo w roku 2012 – padłbym na kolana, ale czas leci nieubłaganie. Czas pokazać więcej jaj, panowie. Ubiegłoroczni zwycięzcy – Pracownia Piwa – uwarzyli na okazję Beer Geek Madness 2 ciemnego saisona z ziołami. Moje ostatnie doświadczenie z tym stylem zakończyło się katastrofą – chodzi mi tu o piwo Południca z kooperacji Majer/Kraftwerk i smak cukierków na kaszel tymianek/podbiał – więc podszedłem do Magic Dragona z dużą dozą ostrożności. O ile na pewno smakowało lepiej niż gliwicki poprzednik, to tu zamiast cukierków na kaszel mieliśmy atak mięty rodem z płynu do płukania ust połączonej z solidną porcją czekolady. Co istotne – mięta wychodziła coraz bardziej pod wpływem ogrzania, więc na zimno to piwo wydawało się mniej ziołowe. Wielu osobom bardzo smakowało, ale to najwyraźniej po prostu nie mój styl. Następnie dwa witbiery: Lunatic z Kingpina i Albedo z Piwoteki. W obu w aromacie wystąpiły nuty siarkowe i o ile propozycja Kingpina oferowała poza tym całkiem fajną rześkość i cytrusowość w smaku, to pierwszy element Opus Magnum był przyciężkawy, a w miarę degustacji aromat kanalizacyjny nasilał się, czyniąc z propozycji Piwoteki najsłabszą polską premierę festiwalu. O co jednak chodzi z tym Opus Magnum? Organizatorzy postanowili, iż motyw alchemii przedstawią w czterech kolorach i cztery browary miały uwarzyć piwo, które w jakiś sposób odnoszą się do barwy białej, czerwonej, żółtej i czarnej. Stąd Albedo, Rubedo, Citrinitas i Nigredo. Opcję czerwoną reprezentował Mason ze swoim altbierem dymionym drewnem sosnowym, jednak piwo to było nad wyraz zwyczajne i niczym nie porwało. Do kiełbaski z ogniska pewnie sprawdziłoby się rewelacyjnie, ale tu nie o to chodziło. Citrinitas z kolei miał bardzo ciekawą nutę wędzoną połączoną z cytrusowością od chmieli, jednak goryczka w piwie z browaru Kraftwerk łagodnie mówiąc nie powalała, a deklarowane chili dodane chyba zostało w ilościach jeszcze bardziej homeopatycznych, niż chmiel. Ogólnie piwo smakowało dobrze, jednak brakowało na koniec tego uderzenia w język od solidnej porcji papryczek. Nigredo – czyli czarny element układanki – był z niej najlepszy, z fajnym ciałem, wyraźną miętą i czekoladą. Z dwóch piw miętowych to zasmakowało mi znacznie lepiej niż opcja Pracowni. Na sam koniec postanowiłem sobie przepłukać usta Grodziskim, a że lubię eksperymenty, zerżnąłem je z kawą i wyszło bardzo fajnie. Może to jakiś pomysł dla naszych rzemieślników na kolejną edycję?

Podsumowując, impreza bardzo udana. Pomimo kilku niedociągnięć i niewielu średnich piw, cała reszta sprawiła, że spędziłem świetny weekend w doborowym towarzystwie przy świetnych trunkach. Oby częściej i oby coraz lepiej i do przodu. Na sam już koniec oczywiście muszę napisać coś o głównych bohaterach – czyli piwach z browaru The Alchemist. Na samym festiwalu Heady Topper nie rzucił mnie na kolana – był smaczny, ale moja szczęka nie znalazła się na podłodze. Wypity w domu dwa dni później smakował i pachniał fenomenalnie – bardzo cytrusowo, a w smaku atakował niesamowitą chmielowością, rześkością i niezłą goryczką. Nie wiem, czy było to najlepsze double IPA jakie piłem, ale na pewno jest to piwo inne niż wiele zbyt karmelowych odpowiedników, jakich pełno na rynku. W lodówce czeka jeszcze Focal Banger. Z niecierpliwością czekam na edycję jesienną, choć – jak pisałem – mam pewne obawy co do poziomu szaleństwa niemieckich gości. Do zobaczenia!

Beer Geek Madness 2 – relacja pofestiwalowa