Cóż ukryło się w Sekretnym menu?

Kolejny Culinary Fest za nami! Tym razem uczestnicy festiwalu mieli za zadanie przygotować menu w oparciu o temat przewodni pod tytułem: Sekret. Udało się nam odwiedzić kilka miejsc, o których mocno indywidualną opowieść znajdziecie poniżej. Większość degustacji odbyliśmy w składzie: ja (Artur) i moja Ukochana (Justyna). W jednym przypadku towarzyszył mi zaś mój piwny druh – Michał. A więc – do dzieła!

Firlejka

Już we wstępie kilkanaście dni temu pisałem, iż żałuję, że tym razem na liście uczestników nie ma Momo i Lavendy, ale na szczęście jest nasz inny stały faworyt – Firlejka. Do tej przytulnej piwnicy (ciągnie libertarianina…) udaliśmy się na sam początek festiwalu. Przystawka wyglądała jak prawdziwe dzieło sztuki – coulis malinowo-buraczany sprawiał wrażenie rozprysku krwi z miejsca zbrodni, a leżąca obok ośmiorniczka w towarzystwie kaparowego jabłuszka i kawioru jabłkowego stanowiła ciekawe dopełnienie. W smaku – jak zwykle – bez zarzutu. Każdy element współgrał ze sobą i tworzył interesująca kompozycję. Danie główne to już ukryty w cukinii dorsz w wersji polędwiczej – ostatnio zyskującej coraz większe uznanie wśród szefów kuchni (niedawno próbowałem takowej w La Cocotte). Dodatki w postaci confitowanego pomidora, marchwi, szparaga i sosu salsa verde z anchois współtworzyły ciekawą symfonię smaków. Maksimum punktów za maksimum doznań estetyczno-artystycznych. Jedyne, do czego mógłbym się przyczepić, to wielkość porcji, jednak w Culinary Fest niekoniecznie o to chodzi.

Może Morze

Miejsce to już zawsze będzie kojarzyć mi się z czasami, gdy gościła tu Klepsydra, a ja wyśpiewywałem w niej swoje ulubione numery przez okno wychodzące na Stary Rynek ponad pół dekady temu. Teraz możemy tu zjeść świeże ryby i inne morskie stwory. Na Culinary Fest kuchnia Może Morze przygotowała krem z buraka gotowanego w malinach, z topinamburem, orzechem i miętą. Danie podane zostało na zimno (mi to pasowało), było mocno buraczane, a jedyny mankament (niezamierzony, każdemu się zdarza!) to mała łupina orzecha w środku. Smak jak najbardziej zadowalający. Danie główne stanowiły pierożki z krewetkami, podlane wędzonym masłem. Nuty dymnej niestety nie wyczułem (a bardzo ją lubię…), sami zaś głowni bohaterowie nie zawiedli. Solidnie, acz bez większych ochów i achów.

Un Pot

W tym miejscu byliśmy po raz pierwszy. Od wejścia powitał nas york właścicielki (?) oraz wrażenie raczej domowej atmosfery. Zajęliśmy miejsce na podwórzu, z dala od głównej sali. Jako przystawka na stół przywędrowała zupa z soczewicy, której smak przywodził na myśl wojskową grochówkę. Tylko mięsa brakowało! Niemniej jednak, smakowicie i sycąco. Jeszcze bardziej można było najeść się drugim daniem. Tu już otrzymaliśmy typowy talerz babcinej zieleniny. Żadnych hipsterskich musztardowców, gwiazdnic ani jarmuży – po prostu mnóstwo szerokolistnego, ogrodowego lubczyku. Na nim zaś – dysonans… Miały być ziemniaki z zasmażaną cebulą i imbirem, a ostatecznie dostaliśmy… tosty, takie zwykłe z opiekacza, a do tego… na słodko! Nie było to złe, ale zupełnie nie zgadzało się z tym, co wyczytaliśmy w festiwalowym menu. Do tego mięso mielone – duża porcja! – z groszkiem, a na rzeczonych tostach trzy ostre papryczki. I tu największy plus – naprawdę pikantne! Nie jakieś popierdółki, tylko rzeczywiście odjechane mordokręty. Brawo!

Nova

Również mój debiut. Jedyne miejsce, gdzie w miejsce Justyny towarzyszył mi Michał. W menu stało jak byk: ramen. Cóż… nie lubię, naprawdę nie lubię pisać źle. Zupa była naprawdę smaczna. Kurczak, warzywa, makaron – wszystko OK. Tylko że… to nie był ramen. Gdyby ktoś napisał: rosół z kury – OK! Natomiast koło ramenu to nawet nie stało. Danie główne już nieco bardziej kojarzyło się z kuchnią azjatycką. Kurczak z makaronem udon, w towarzystwie czosnkowo-imbirowym mógł zarówno nasycić, jak i zadowolić smakiem. W ogólnym rozrachunku – przeciętnie.

Eatalia

To miejsce polecano nam już wiele razy, a więc trzeba było w końcu zajrzeć do nowej restauracji przy Gołębiej. Mieści się ona w piwnicy nowopowstałego hotelu, a wystrój wnętrza całego budynku zdecydowanie trafia w mój gust. Sąsiedztwo Firlejki chyba zainspirowało tutejszą kuchnię, gdyż dania festiwalowe zaprezentowane zostały w podobnym stylu. Artystyczna kompozycja z estetycznym kunsztem zachęcała do fotografowania i spróbowania propozycji tutejszej kuchni. Pierwszy plan jednak grały tu ciekawe składniki. Kacze serca w połączeniu z foie-gras, a do tego polik cielęcy z nasturcją? Mimo małych porcji, smakosze mogli z pewnością być zadowoleni. Po tym arcyciekawym entree, goście otrzymali perliczkę zamgloną nutą mango i kolendry (do których mam ogromną słabość…), w towarzystwie topinamburu i trufli. Eatalia nie oszczędzała na składnikach i zaprezentowała wykwintny kunszt nowoczesnej sztuki kulinarnej. Zdecydowanie – odkrycie festiwalu!

Gospoda Młyńskie Koło

Mamy z Justyną taką tradycję, że jeździmy sobie na nocne przejażdżki po wschodnich rubieżach Poznania. Wielokrotnie mijaliśmy Młyńskie Koło i zawsze mówiliśmy sobie, że zajedziemy tam na coś dobrego. Odstraszały nas jednak wysokie ceny. Dowiedziawszy się, iż Gospoda bierze udział w Culinary Fest, od razu zdecydowaliśmy się tam pojechać. Menu na pierwszy rzut oka raczej nie miało w sobie nic sekretnego i przywodziło bardziej na myśl obiad u babci niż wykwintną ucztę u uczestnika Masterchefa, ale… niczego nie żałujemy. Tradycyjny polski rosół z kury z domowym makaronem był odpowiednio treściwy i dał dobry podkład w żołądku przed drugim daniem. Wówczas dopiero przekonaliśmy się, w czym tkwił tytułowy sekret… Otóż – w wielkości porcji. Za jedyne 15 złotych oprócz rosołu otrzymaliśmy ogromną porcję kotleta schabowego z ziemniakami i warzywami, a do tego półmisek kapusty z grzybami i czekajkę w postaci domowego chleba ze smalcem. Najedliśmy się tak, że nie mogliśmy wstać od stołu. Gospoda Młyńskie Koło to miejsce, gdzie można najeść się do syta niczym staropolski szlachcic. Do tego do dyspozycji gości jest małe jeziorko, ogród z hamakiem i pokoje hotelowe. Być może niektórych odrzuca mało centralna lokalizacja tego miejsca, jednak zdecydowanie warto pojechać tam skosztować tradycyjnej polskiej kuchni. Pysznie i dużo. Czego chcieć więcej?

 

Więcej miejsc nie udało się nam odwiedzić. Każde z tych, które nas ugościło, zaoferowało inną interpretację przewodniego tematu festiwalu. Kto zdobędzie nagrodę publiczności? O tym przekonamy się już za kilka dni. Na koniec jednak łyżka dziegciu – nie wszyscy uczestnicy dali nam karty do głosowania. Niedopatrzenie?

 

 

 

Reklamy
Cóż ukryło się w Sekretnym menu?

Startuje Culinary Fest – Sekret!

13243830_1126602110745178_7413130670305472772_o.png

Źródło: https://www.facebook.com/CulinaryFest

Oj działo się w weekend na Starej Rzeźni, ale o tym niedługo! Tymczasem już dziś wystartowała kolejna edycja Culinary Fest w Poznaniu, tym razem pod hasłem sekret. Potrwa ona przez cały tydzień, od 23 do 29 maja. Tym razem udział wezmą 32 restauracje, które tradycyjnie przygotowały specjalne menu składające się z przystawki i dania głównego w porcjach degustacyjnych. Koszt nie uległ zmianie i za dwudaniowy tasting zapłacimy 15 złotych. Propozycje czekające na spróbowanie przez gości możecie zobaczyć tu. Na liście uczestników znalazło się kilka nowych miejsc – także takich, w których jeszcze nie byliśmy. Postaramy się odwiedzić przynajmniej kilka z nich. O nowoczesną oprawę mobilną zadbali producenci aplikacji OfferOn, dzięki którym goście mogli będą łatwo odnaleźć pobliskie restauracje biorące udział w festiwalu, a także uzyskać natychmiastowy dostęp do menu, zdjęć oraz ocenić i skomentować swoje doświadczenie. Na pewno jest to zmiana na plus. Szkoda, że tym razem zabrakło Lawendy i Momo, dokąd zawsze chętnie wpadaliśmy. Będzie jednak okazja spróbować czegoś innego. Czytając przygotowane przez szefów karty dań można z góry powiedzieć, że większość rzeczywiście wzięła sobie do serca temat przewodni i postanowiła łamać konwenanse, przecierać szlaki i zawrzeć tytułowy sekret w proponowanym daniu. Jak te eksperymenty wyjdą w praktyce? O tym przeczytacie po zakończeniu festiwalu. Mogę jedynie zdradzić, że już w pierwszym dniu – czyli dzisiaj – odwiedziliśmy Firlejkę (jak zawsze – a jakże), Może Morze oraz Un Pot, dokąd zawitaliśmy po raz pierwszy. Mamy też umówioną kolację w Eatalii, której wnętrze zrobiło na mnie bardzo dobre wrażenie. Zapewne zdołamy wpaść jeszcze w jakieś ciekawe miejsce. Niechaj się święci święto degustacji. Smacznego!

Startuje Culinary Fest – Sekret!

Konkursy, laureaci i festiwal pyszności

Jako że we czwartek ogłoszono wyniki trzech konkursów: XI Culinary Fest – Nuty Smakowe, Restauracja Roku 2015 oraz IV Kawa Festival, najwyższy czas nie tylko przedstawić laureatów, ale także i podzielić się swoimi wrażeniami z tych wydarzeń.

12674931_1217625038266849_1867106927_o

Niestety, przez nasz islandzki wyjazd nie mogliśmy uczestniczyć w Culinary Feście tak intensywnie, jak zawsze, ale i tym razem pozwoliliśmy sobie na skosztowanie kilku propozycji. Odwiedziliśmy między innymi Koba Cocktail Bar na Tylnym Chwaliszewie – lokal ukryty przed światem, mimo że położony przecież w centrum. Na miejscu zastaliśmy – poza, oczywiście, festiwalowym menu – duży wybór wysokiej klasy alkoholi, wliczając w to ciekawe i rzadko dostępne okazy. Na drinka zdecydowanie warto się tam wybrać. Samo jedzenie również nie budziło zastrzeżeń, a obsługa zapewniała doświadczenie na wysokim poziomie fachowości. Następnie zdecydowaliśmy się Firlejkę – jedno z miejsc, które zdecydowanie zagościło wśród naszych ulubionych. Zestaw przygotowany przez kuchnię tej restauracji zarówno prezentował się, jak i smakował wybornie. Łosoś otulony płatkami owsianymi mógł zainspirować niejednego smakosza, a przegrzebek był taki, jak powinien być – delikatny, kremowy i mięsny. Nasze dobre opinie potwierdziły zresztą wyniki – Firlejka otrzymała pierwsze miejsce w głosowaniu gości. Nie mogliśmy oczywiście pominąć Momo, gdzie gościmy przy okazji każdego festiwalu. Tym razem poznańscy mistrzowie owoców morza zaserwowali nam pyszne ośmiornice w wariancie owocowym, z dodatkiem awokado i mango, a także przegrzebka (ponownie!) z prosciutto na makaronie sojowym. Uznana marka nie zawiodła i wyszliśmy ukontentowani. Z nowych miejsc zaszliśmy jeszcze do dwóch susharniKoku i Tokyo Tey. Jako wielbiciel kolendry ucieszyłem się na jej obecność w przystawkowej zupie, natomiast – tradycyjnie – widząc słowo ostre/pikantne miałem dużo wyższe wymagania w kategorii: pieszczenie podniebienia ogniem. Danie główne – tempura na bogato: krewetka, warzywa, owoce, miód, pieprz…. Mnóstwo wrażeń. A do tego naprawdę można było się na chwilę nasycić! Z przyjemnością polecam. Tokyo Tey z kolei to dość dziwne miejsce – mianowicie wpisujące się w tradycję azjatyckiego fast foodu, z gotowymi już rolkami popakowanymi w pudełka. Niestety, nie wypowiem się na temat ich sushi, gdyż jedliśmy tylko menu festiwalowe, a tam – o dziwo – królowało mięso. Oba dania zostały pięknie podane, w nowoczesnym, nieco artystycznym stylu. Dorada na przystawkę (tak! ryba to też mięso!) miała za kompanów freski z czarnego sosu kokosowego i mango. Ponownie – ostrą tej potrawy nie nazwę, mimo opisu. Danie główne miało potencjał. Niestety, mój wędzony na ciepło schab był lekko surowy w środku, co wieprzowinie zdarzyć się nie może. Nie takie rzeczy oczywiście jadłem w życiu i nie robiłem afery, natomiast skrzętnie zanotowałem to w swej pamięci. Na koniec tej opowieści przypomniałem sobie, że jeszcze byliśmy w Mamasitas, gdzie uraczono nas bardzo smacznym burrito i niezłym kukurydzianym kremem.

 

Jeśli chodzi o konkurs na Restaurację Roku 2015, wzięło w nim udział pięć znanych wszystkim poznańskich foodies miejsc: Bistro La Cocotte, Papierówka, Saute, Lavenda oraz Momo. Tym razem spięliśmy się i trafiliśmy aż do 4 z 5 wymienionych lokali. W La Cocotte przy Murnej uraczeni zostaliśmy pyszną ośmiornicą, jedną z lepszych w mieście, której towarzyszyły duszone warzywa i aioli. Morski stwór we francuskiej interpretacji miał mocno kremowo-maślany smak, co nieco odbiegało od mojego wyobrażenia o mocno zgrillowanej ośmiornicy a la Mykonos. Niemniej jednak, danie okazało się poezją dla podniebienia i z pewnością zasługuje na wysokie noty i wyróżnienie. Następnie – tradycyjnie – trafiliśmy do Momo, gdzie otrzymaliśmy sporych rozmiarów krewetki wraz z ciecierzycą, papryką, chorizo i botwiną. Ten ostatni dodatek pod względem estetycznym uważam za doskonały pomysł na dekorację i cieszę się, że roślina ta przeżywa obecnie swoisty renesans wśród polskich szefów kuchni. Smakowo również – tradycyjnie – Momo nie zawiodło. Trzeci nasz wybór padł na Lavendę, która to okazała się faworytem gości i ostatecznie wygrała cały konkurs. Nie jestem zwolennikiem risotto, więc dwie poprzednie propozycje podeszły mi lepiej, natomiast przegrzebek był taki jaki powinien być: mięsisty, delikatny i delikatnie przypieczony. Dodatki w postaci groszku cukrowego czy sadzonego jajka przepiórczego stanowiły ciekawe uzupełnienie i wprowadzały dodatkowe nuty. Brawo. Niestety, podczas prezentacji wyników i zwycięskich dań niektóre przegrzebki okazały się stanowczo przesolone, w tym mój – błąd w sztuce. Zdarza się. Zajechaliśmy również do Saute, którego największym problemem jest lokalizacja – niby blisko centrum i Ronda Śródka, ale jednak na peryferiach. Tu zaserwowano nam policzki wieprzowe w akompaniamencie fondantu ziemniaczanego. Smakowało nieźle, gdyż policzki uwielbiam, ale muszę napisać kilka gorzkich słów o samej koncepcji. Gotowane czy pieczone ziemniaki są dla mnie swoistym memem kulturowym – synonimem januszady – pewnego zachowania a la inżynier Mamoń z filmu Rejs. Ziemniaki z mielonym/schabowym i mizerią, jedzone dzień w dzień na talerzu z duraleksu w moim mózgu zakodowane zostały jako coś, z czym trzeba walczyć. Coś, co przeczy wszystkiemu, co cenię w kuchni. Symbolizują zwykłość, przeciętność, brak woli poznawania nowego. Tu mieliśmy kontrast: policzki – mimo że podroby, to jednak rzadko jedzone na co dzień, a więc ciekawe – i ziemniaki – ucieleśnienie nieciekawości. Mało jest rzeczy, których nie lubię jeść, natomiast te skrobiowe potwory przypominające o nudzie dnia codziennego należą właśnie do tego grona. Do Papierówki nie poszliśmy, gdyż wciąż pamiętam tego źle wysmażonego steka, ale może w końcu się przełamię i dam im szansę kolejny raz…

Zwycięzcą Kawa Festival została również Lavenda, jednak – jak wiecie – za deserami nie przepadam, więc mogę jedynie napisać tyle, że kciuk do góry za to, iż zaproponowana pozycja nie była mocno przesłodzona, choć niektórzy odnieśli takie wrażenie. Nie mieliśmy tu do czynienia co prawda ze zwiewnym owocowo-ziołowym muśnięciem podniebienia, ale do ekstremów słodkości pokroju turecko-arabskich deserów na pewno propozycji Lavendy trochę brakowało. I dobrze.

12528727_1217625258266827_1794139145_o

Świńskie Uszy – miejsce uroczystego ogłoszenia wyników – to nowe miejsce na kulinarnej mapie Poznania. Dysponuje ono dwoma poziomami: restauracyjną górą i klubowo-barowym dołem. Lokal ma duży potencjał, zwłaszcza, że prowadzony jest przez człowieka doświadczonego na lokalnym rynku – Krzysztofa Hellera odpowiedzialnego za sukces Goko Sushi. Ciekawa jest koncepcja braku stałego menu. Zamiast niezmiennej karty dań, mamy cztery kategorie cenowe i w każdej z nich różne ciekawostki przygotowane przez kuchnię danego dnia. Pomysł popieram, gdyż uwielbiam nowości i ciekawostki, a gardzę sztampą i rutyną. Pytanie – czy poznański rynek to kupi? Mam nadzieję, że tak. Restauracja zrezygnowała też z prowadzenia oficjalnego konta na Facebooku i cały ruch social media chce skanalizować na Instagramie. Podczas kolacji uraczeni zostaliśmy makrelą w asyście malinowego kuskusu. Pierwszy raz jadłem takie połączenie i to już sprawia, że jestem zadowolony z takiego wyboru kuchni. Nie mam zastrzeżeń co do efektu tego eksperymentu – smakowało pysznie i dobrze łączyło się w całość. Warto eksperymentować, warto szukać. Życie jest za krótkie, by zamykać się w swojej ciasnej strefie komfortu.

Kolejna edycja Culinary Fest odbędzie się 23-29 maja pod hasłem Sekret, zaś Kawa Festiwal 4-10 kwietnia pod kuszącym mnie mocno sloganem – Bezmlecznie. Jestem bardzo ciekawy, co tym razem wymyślą uczestnicy. Zapowiada się smakowicie.

Konkursy, laureaci i festiwal pyszności

X Culinary Fest – Bajkowa Kuchnia

X Poznań Culinary Fest zakończył się wraz z ostatnią niedzielą, więc czas na małe podsumowanie. Tym razem byliśmy w wielu miejscach i odczucia mamy… różne – od bardzo pozytywnych, do zupełnie kiepskich. Które restauracje sprostały wyzwaniu, a które jeszcze muszą sporo się nauczyć? O tym w dalszym ciągu tego wpisu. Spoza głównego festiwalowego nurtu, niestety przełożone zostały warsztaty kulinarne z Gault&Millau, a na degustację win w Concordia Design nie mogłem dotrzeć. Skupmy się więc na samym menu proponowanym przez uczestników imprezy. Tematem przewodnim tej edycji była Bajkowa Kuchnia i każdy z szefów kuchni miał przygotować przystawkę oraz danie główne wpisujące się w temat. Do tego wszystkiego Faktoria Win A La Carte przygotowała wine pairing.

 

U Myśliwych

Dom Łowiecki na Libelta to miejsce, które kojarzy mi się znakomicie. Wszak dziczyzna to nie tylko historia tej ziemi, ale i przede wszystkim świetny smak. Nasza pierwsza wizyta U Myśliwych – na schabie z dzika – była średnia. Mięso okazało się twarde i mało bogate w smaku. Tym razem szef kuchni spisał się dużo lepiej. Przystawka w postaci carpaccio z jelenia trafiłaby w gusta najwybredniejszych degustatorów, a dodatek rozmarynu do próbowanego po raz pierwszy w życiu przeze mnie łosia przypomniał mi, dlaczego tak lubię to zioło. Akcent humorystyczny stanowiło towarzystwo przy sąsiednim stoliku, które zdegustowane było wielkością porcji. Chyba nie za bardzo zrozumieli, o co chodzi w tastingu. Na minus zaś na pewno można ocenić brak standów Faktorii i formularzy do oceny – jakby restauracja nie była zainteresowana festiwalem. Ocena: 7/10

 Firlejka

Przy Placu Kolegiackim, w miejscu dawnej Piwnicy Farnej, mieści się restauracja Firlejka. Wcześniej nie było nam dane tam zajrzeć, a – jak się okazało – potrafią całkiem nieźle gotować. Moja Ukochana przystawkę w postaci consomme z kaczki uznała za jedną z lepszych w przeciągu całego tygodnia, a ja byłem pod wrażeniem wizualnego przygotowania dania głównego – zaczarowanego ogrodu z boczkiem sous vide w roli głównej. Zarówno starannie dobrane warzywa, jak i samo mięso spełniło wszelkie oczekiwania mojego wymagającego podniebienia. Za food desgin należy się Firlejce medal. Ocena: 8/10

 Bazar 1838

Do Bazaru chcieliśmy przyjść już podczas imprezy Poznań Za Pół Ceny, jednak kolejki skutecznie nas odstraszyły. Tym razem nie było z nimi problemu i mogliśmy w końcu spróbować kuchni tego legendarnego miejsca. Jako przystawka wjechała zupa porowo-ziemniaczana z poszetowanym jajkiem. W tym przypadku po raz kolejny wielce pozytywnie zaskoczona była Moja Druga Połowa. Dla mnie konsystencja jajka w połączeniu z zupą – niestety – nie zachęcała do konsumpcji. Smakowo zupa wypadła całkiem dobrze, ale jakoś to jajko mi nie pasowało. Co innego w daniu głównym – tu potrawka z fasoli w połączeniu z pieczonym boczkiem osiągnęła coś, co w przypadku degustacyjnych, festiwalowych porcji, jest nieziemsko trudne to zrobienia: była sycąca. Autentycznie można było się tym najeść – a do tego smakowało świetnie! Minus za brak formularzy do ocen. Ocena: 7/10

 

Bistro La Cocotte

Tu również ostatnio nie weszliśmy przez kolejkę. Wnętrze rzeczywiście nie jest restauracyjne, a bardziej bistrowe – co dobrze odzwierciedla nazwę miejsca. Przystawka w postaci cod accras dobrze parowałaby się z jasnym piwem – solidne rybne kawałki ze smacznym sosem, ale bez fajerwerków. Danie główne to królik w czerwonym winie z powidłami. W tym przypadku musiało dojść do przekroczenia granic strefy komfortu, gdyż Justyna króliki traktowała zawsze jako zwierzęta domowe, a nie jako jedzenie. Na szczęście udało się nam zjeść to danie bezproblemowo. Gęsta konsystencja dodatków stanowiła świetną kontrę dla delikatnego króliczego mięsa. Ocena: 6/10

 Gorąca Patelnia

P_20151125_163900.jpg

Trafiłem tam przypadkiem, w przerwie między jedną pracą, a drugą. Niestety, w porównaniu z innymi restauracjami, propozycja Gorącej Patelni wyglądała po prostu biednie, a smakowała jałowo. Grzanka z oliwkami i papryka faszerowana nieprzyprawionym kurczakiem, to stanowczo za mało, by pretendować do miana bajkowej kuchni. Ocena: 3/10

 Avocado

Obok Serca Jeżyc przechodzę praktycznie codziennie, ale do Avocado zaszliśmy pierwszy raz w życiu. Jak się okazało – była to wizyta udana. Siedmiomilowy las, czyli wonton z podgrzybkiem w akompaniamencie szczawiowego biszkoptu (przypominał rafę koralową) i żelu z herbaty oraz plastra miodu (mega słodki), zapowiedział danie główne w godny sposób, choć może ten ultrasłodki miód można było sobie darować. Jako gwóźdź programu otrzymaliśmy szarpaną wołowinę z kwaśnym, pomidorowym sosem oraz makaronem z miętą. Można to nazwać wciągnięciem tradycyjnego bolognese na o wiele wyższy poziom. Mi smakowało, a Justyna uznała to za najlepsze danie festiwalu. Brawo. Ocena: 8/10

 Drukarnia – Skład Chleba i Wina

To miejsce zawsze nas zastanawiało. Kiedy byśmy obok nie przechodzili, zawsze w środku jest pełno ludzi. Do tego te wszystkie pozytywne recenzje. Trzeba było spróbować! Oprócz festiwalowego menu zakupiłem świetny żytni chleb z miodem i słonecznikiem, którego wszystkie poznańskie piekarnie mogą Drukarni pozazdrościć. Co do samej imprezy, to w przystawce przepyszne było mięso, ale już połączenie ze słodkimi kruchymi ciastkami i żelem niekoniecznie trafiło w moje gusta. Danie główne natomiast z pewnością ma szansę wygrać X Culinary Fest – Bajkowa Kuchnia w kategorii food design. Wystarczy spojrzeć! Smakowo także nie zawiedli. Zielony sos bardzo przyjemnie łączył się z łososiem, a dodatek w postaci mojego ulubionego rokitnika, grzybów i marchwi stanowił świetny twist. Ocena: 8/10

 MOMO love at first bite

Z Momo mam ten problem, że nie mogę oglądać ich zdjęć. Nie mogę, bo są tak foodpornowe, że mam ochotę zjeść wszystko. Nie wiem, kto jest fotografem restauracji, ale powinien dostać solidną podwyżkę. Najpierw na stół wjechał krem z dyni z mleczkiem kokosowym, imbirem, rydzami i ośmiorniczką. Grzybowych nut tu za dużo nie było, ale jako całość danie smakowało wyśmienicie. Ośmiorniczka okazała się dobrym wstępem do bohatera wieczoru, czyli kalmara, podanego w towarzystwie chorizo, cukinii, szpinaku i konfitury z pomidorów. Znów – podobnie jak w Avocado – pomidorowy dodatek świetnie dopełniał mięso. Momo jak zawsze nie zawodzi – i tym razem także wyszliśmy zadowoleni. Ocena: 9/10

 

Festiwal uznaję za bardzo udany. Większość odwiedzonych miejsc zaskoczyła pozytywnie lub potwierdziła swą klasę. Wino – bo o nim jeszcze nie pisałem – zazwyczaj pasowało i smakowało. W jednym tylko przypadku było na mój gust zbyt siarkowe. Culinary Fest rozwija się prężnie, pozyskuje nowych partnerów i zaskakuje kreatywnymi rozwiązaniami. Oby tak dalej! Nie mogę też nie wspomnieć o tym, o czym już pisałem na Facebooku – mianowicie o podszywaniu się innego festiwalu pod Culinary Fest. Żeby nie robić mu reklamy, nie będę pisał, o kogo chodzi. Gdyby Was to ciekawiło, zapraszam na Facebooka.

 

Po zakończeniu festiwalu udaliśmy się jeszcze do Someplace Else, do hotelu Sheraton, na ostatni dzień imprezy pod nazwą Steak by Steak. Piszę o tym, gdyż steki uwielbiam, a tam – niestety – dostaliśmy sam tłuszcz i mało co mięsa, płacąc krocie. W Poznaniu jadłem zdecydowanie lepszy antrykot i lepszy rostbef – choćby U Rzeźników, w Cammero czy w Czerwonej Papryce. Być może te kawałki mięsa z najwyższej półki rzeczywiście urywały co nieco, ale polska wołowina zaserwowana nam w Sheratonie wołała o pomstę do nieba. Wstyd.

 

 

 

 

 

 

X Culinary Fest – Bajkowa Kuchnia