Konkursy, laureaci i festiwal pyszności

Jako że we czwartek ogłoszono wyniki trzech konkursów: XI Culinary Fest – Nuty Smakowe, Restauracja Roku 2015 oraz IV Kawa Festival, najwyższy czas nie tylko przedstawić laureatów, ale także i podzielić się swoimi wrażeniami z tych wydarzeń.

12674931_1217625038266849_1867106927_o

Niestety, przez nasz islandzki wyjazd nie mogliśmy uczestniczyć w Culinary Feście tak intensywnie, jak zawsze, ale i tym razem pozwoliliśmy sobie na skosztowanie kilku propozycji. Odwiedziliśmy między innymi Koba Cocktail Bar na Tylnym Chwaliszewie – lokal ukryty przed światem, mimo że położony przecież w centrum. Na miejscu zastaliśmy – poza, oczywiście, festiwalowym menu – duży wybór wysokiej klasy alkoholi, wliczając w to ciekawe i rzadko dostępne okazy. Na drinka zdecydowanie warto się tam wybrać. Samo jedzenie również nie budziło zastrzeżeń, a obsługa zapewniała doświadczenie na wysokim poziomie fachowości. Następnie zdecydowaliśmy się Firlejkę – jedno z miejsc, które zdecydowanie zagościło wśród naszych ulubionych. Zestaw przygotowany przez kuchnię tej restauracji zarówno prezentował się, jak i smakował wybornie. Łosoś otulony płatkami owsianymi mógł zainspirować niejednego smakosza, a przegrzebek był taki, jak powinien być – delikatny, kremowy i mięsny. Nasze dobre opinie potwierdziły zresztą wyniki – Firlejka otrzymała pierwsze miejsce w głosowaniu gości. Nie mogliśmy oczywiście pominąć Momo, gdzie gościmy przy okazji każdego festiwalu. Tym razem poznańscy mistrzowie owoców morza zaserwowali nam pyszne ośmiornice w wariancie owocowym, z dodatkiem awokado i mango, a także przegrzebka (ponownie!) z prosciutto na makaronie sojowym. Uznana marka nie zawiodła i wyszliśmy ukontentowani. Z nowych miejsc zaszliśmy jeszcze do dwóch susharniKoku i Tokyo Tey. Jako wielbiciel kolendry ucieszyłem się na jej obecność w przystawkowej zupie, natomiast – tradycyjnie – widząc słowo ostre/pikantne miałem dużo wyższe wymagania w kategorii: pieszczenie podniebienia ogniem. Danie główne – tempura na bogato: krewetka, warzywa, owoce, miód, pieprz…. Mnóstwo wrażeń. A do tego naprawdę można było się na chwilę nasycić! Z przyjemnością polecam. Tokyo Tey z kolei to dość dziwne miejsce – mianowicie wpisujące się w tradycję azjatyckiego fast foodu, z gotowymi już rolkami popakowanymi w pudełka. Niestety, nie wypowiem się na temat ich sushi, gdyż jedliśmy tylko menu festiwalowe, a tam – o dziwo – królowało mięso. Oba dania zostały pięknie podane, w nowoczesnym, nieco artystycznym stylu. Dorada na przystawkę (tak! ryba to też mięso!) miała za kompanów freski z czarnego sosu kokosowego i mango. Ponownie – ostrą tej potrawy nie nazwę, mimo opisu. Danie główne miało potencjał. Niestety, mój wędzony na ciepło schab był lekko surowy w środku, co wieprzowinie zdarzyć się nie może. Nie takie rzeczy oczywiście jadłem w życiu i nie robiłem afery, natomiast skrzętnie zanotowałem to w swej pamięci. Na koniec tej opowieści przypomniałem sobie, że jeszcze byliśmy w Mamasitas, gdzie uraczono nas bardzo smacznym burrito i niezłym kukurydzianym kremem.

 

Jeśli chodzi o konkurs na Restaurację Roku 2015, wzięło w nim udział pięć znanych wszystkim poznańskich foodies miejsc: Bistro La Cocotte, Papierówka, Saute, Lavenda oraz Momo. Tym razem spięliśmy się i trafiliśmy aż do 4 z 5 wymienionych lokali. W La Cocotte przy Murnej uraczeni zostaliśmy pyszną ośmiornicą, jedną z lepszych w mieście, której towarzyszyły duszone warzywa i aioli. Morski stwór we francuskiej interpretacji miał mocno kremowo-maślany smak, co nieco odbiegało od mojego wyobrażenia o mocno zgrillowanej ośmiornicy a la Mykonos. Niemniej jednak, danie okazało się poezją dla podniebienia i z pewnością zasługuje na wysokie noty i wyróżnienie. Następnie – tradycyjnie – trafiliśmy do Momo, gdzie otrzymaliśmy sporych rozmiarów krewetki wraz z ciecierzycą, papryką, chorizo i botwiną. Ten ostatni dodatek pod względem estetycznym uważam za doskonały pomysł na dekorację i cieszę się, że roślina ta przeżywa obecnie swoisty renesans wśród polskich szefów kuchni. Smakowo również – tradycyjnie – Momo nie zawiodło. Trzeci nasz wybór padł na Lavendę, która to okazała się faworytem gości i ostatecznie wygrała cały konkurs. Nie jestem zwolennikiem risotto, więc dwie poprzednie propozycje podeszły mi lepiej, natomiast przegrzebek był taki jaki powinien być: mięsisty, delikatny i delikatnie przypieczony. Dodatki w postaci groszku cukrowego czy sadzonego jajka przepiórczego stanowiły ciekawe uzupełnienie i wprowadzały dodatkowe nuty. Brawo. Niestety, podczas prezentacji wyników i zwycięskich dań niektóre przegrzebki okazały się stanowczo przesolone, w tym mój – błąd w sztuce. Zdarza się. Zajechaliśmy również do Saute, którego największym problemem jest lokalizacja – niby blisko centrum i Ronda Śródka, ale jednak na peryferiach. Tu zaserwowano nam policzki wieprzowe w akompaniamencie fondantu ziemniaczanego. Smakowało nieźle, gdyż policzki uwielbiam, ale muszę napisać kilka gorzkich słów o samej koncepcji. Gotowane czy pieczone ziemniaki są dla mnie swoistym memem kulturowym – synonimem januszady – pewnego zachowania a la inżynier Mamoń z filmu Rejs. Ziemniaki z mielonym/schabowym i mizerią, jedzone dzień w dzień na talerzu z duraleksu w moim mózgu zakodowane zostały jako coś, z czym trzeba walczyć. Coś, co przeczy wszystkiemu, co cenię w kuchni. Symbolizują zwykłość, przeciętność, brak woli poznawania nowego. Tu mieliśmy kontrast: policzki – mimo że podroby, to jednak rzadko jedzone na co dzień, a więc ciekawe – i ziemniaki – ucieleśnienie nieciekawości. Mało jest rzeczy, których nie lubię jeść, natomiast te skrobiowe potwory przypominające o nudzie dnia codziennego należą właśnie do tego grona. Do Papierówki nie poszliśmy, gdyż wciąż pamiętam tego źle wysmażonego steka, ale może w końcu się przełamię i dam im szansę kolejny raz…

Zwycięzcą Kawa Festival została również Lavenda, jednak – jak wiecie – za deserami nie przepadam, więc mogę jedynie napisać tyle, że kciuk do góry za to, iż zaproponowana pozycja nie była mocno przesłodzona, choć niektórzy odnieśli takie wrażenie. Nie mieliśmy tu do czynienia co prawda ze zwiewnym owocowo-ziołowym muśnięciem podniebienia, ale do ekstremów słodkości pokroju turecko-arabskich deserów na pewno propozycji Lavendy trochę brakowało. I dobrze.

12528727_1217625258266827_1794139145_o

Świńskie Uszy – miejsce uroczystego ogłoszenia wyników – to nowe miejsce na kulinarnej mapie Poznania. Dysponuje ono dwoma poziomami: restauracyjną górą i klubowo-barowym dołem. Lokal ma duży potencjał, zwłaszcza, że prowadzony jest przez człowieka doświadczonego na lokalnym rynku – Krzysztofa Hellera odpowiedzialnego za sukces Goko Sushi. Ciekawa jest koncepcja braku stałego menu. Zamiast niezmiennej karty dań, mamy cztery kategorie cenowe i w każdej z nich różne ciekawostki przygotowane przez kuchnię danego dnia. Pomysł popieram, gdyż uwielbiam nowości i ciekawostki, a gardzę sztampą i rutyną. Pytanie – czy poznański rynek to kupi? Mam nadzieję, że tak. Restauracja zrezygnowała też z prowadzenia oficjalnego konta na Facebooku i cały ruch social media chce skanalizować na Instagramie. Podczas kolacji uraczeni zostaliśmy makrelą w asyście malinowego kuskusu. Pierwszy raz jadłem takie połączenie i to już sprawia, że jestem zadowolony z takiego wyboru kuchni. Nie mam zastrzeżeń co do efektu tego eksperymentu – smakowało pysznie i dobrze łączyło się w całość. Warto eksperymentować, warto szukać. Życie jest za krótkie, by zamykać się w swojej ciasnej strefie komfortu.

Kolejna edycja Culinary Fest odbędzie się 23-29 maja pod hasłem Sekret, zaś Kawa Festiwal 4-10 kwietnia pod kuszącym mnie mocno sloganem – Bezmlecznie. Jestem bardzo ciekawy, co tym razem wymyślą uczestnicy. Zapowiada się smakowicie.

Reklamy
Konkursy, laureaci i festiwal pyszności

Poznań Za Pół Ceny – czyli majówka pod koziołkami

Festiwal za festiwalem – czyli wiosna w pełni. Majówka początkowo miała przebiegać nieco inaczej. Na Facebooku powstało bowiem wydarzenie pt. Majówka w psychiatryku, celem zorganizowania spotkania na terenie opuszczonego szpitala psychiatrycznego w Owińskach pod Poznaniem. Niestety, wskutek zawirowań administracyjno-urzędowych, do imprezy dojść nie mogło. Tu oczywiście po raz kolejny dał o sobie znać zamordystyczny urzędniczy reżym, który blokuje spontaniczne i nikomu nieszkodzące oddolne inicjatywy. Jako że było już za późno na szukanie jakichś ciekawych wyjazdów zagranicznych, postanowiliśmy spędzić długi weekend na eksplorowaniu możliwości wydarzenia pod tytułem Poznań Za Pół Ceny, które odbywa się rokrocznie w tym terminie. Którejś poprzedniej wiosny trafiliśmy do znanego na całą Polskę Dark Restaurant, gdzie posiłek spożywa się w egipskich ciemnościach za pomocą jedynie rąk własnych. Jako że wówczas nie skusiliśmy się na najdroższy i najdziwniejszy zestaw, ostrzyliśmy sobie zęby na tegoroczną edycję. Niestety, ku naszemu zawodowi, Dark wypadł z listy lokali oferujących menu promocyjne. Oprócz propozycji multum restauracji, kawiarni i hoteli, Poznań obfitował także w atrakcje turystyczne, takie jak spływy kajakowe, rejsy statkiem, przejazdy drezyną, zniżki do muzeów, warsztaty artystyczne czy festyny dla rodzin z dziećmi.

Majówkowe świętowanie rozpoczęliśmy w piątek, udając się do Racji Mięsa. Nie była to nasza pierwsza wizyta w wołowej stolicy Poznania, a sam dzień 1 maja nie zaliczał się jeszcze do weekendowych promocji. Uczyniliśmy jednakże z tej wizyty swoiste preludium późniejszego obżarstwa. Prawdą wszem i wobec znaną w mieście koziołków jest fakt, iż Racja serwuje najlepszego tatara na zachód od Warty. Tym razem załapaliśmy się na nową odsłonę – mianowicie tatar ogrodnika, serwowany z gotowanym na twardo jajkiem i serkiem mascarpone. Według mojej towarzyszki wieczerzy posiłek nie zawiódł. Ja tym razem zrobiłem odstępstwo od reguły i skusiłem się na stek z polędwicy wołowej – jedno z moich ulubionych dań w ogóle. Tradycyjnie, poprosiłem o wysmażenie krowy rare, jednak otrzymałem mięso w wersji solidne medium. Trudno – zdarza się. Poprzez dobre zdanie o tutejszej kuchni nie zwróciłem dania i postanowiłem przymknąć oko na to niedopatrzenie. Samo mięso smakowało nieźle, choć oczywiście w wersji krwistej byłoby o niebo lepsze. Na duży plus zasługuje dodatek w postaci purée z marchewki z prażonym kokosem – bardzo ciekawe i pasujące połączenie. Całe obiadowo-kolacyjne doświadczenie uwieńczyła butelka smacznego, mocno owocowego czerwonego wina rodem z Austrii.

IMG_20150502_151102_1 IMG_20150502_134654_1

Właściwy festiwal (a co? niechaj dumne to brzmi!) wystartował w naszym przypadku na Ostrowie Tumskim, gdzie przy Bramie Poznania rozstawiono namioty symbolizujące cztery elementy historii Polski, a także zorganizowano nad rzeką miejsce do zabaw dla dzieci (próbowano odwzorować dawne gry widoczne na słynnym obrazie Bruegla) i kilka punktów gastronomicznych. Skupmy się na tych ostatnich. Dominowała kuchnia bezmięsna, więc jako zdeklarowany mięsożerca raczej nie znalazłem tam wielu pokus dla siebie. Przez to zaś, że większość napojów była dosładzana, jedyne co byłem w stanie wypić to kawa i woda mineralna. Ciepła, bo lodówki nie było. Oczywiście nawet tak bekonowo-wołowa dusza jak moja jest w stanie czasem przełknąć coś innego, więc spróbowałem bobu po libańsku, gołąbków z botwinką i kaszą gryczaną, a także pierogów z warzywami i mięsem (jedna z nielicznych niejarskich pozycji w ofercie). Pierwsze danie przypominało nieco w konsystencji fasolkę po bretońsku i gdyby dodać tam dobrze podwędzaną kiełbasę, byłoby super. Gołąbki odrzuciły mnie zapachem, gdyż aromat gotowanej kaszy gryczanej przywodzi mi na myśl szkolną stołówkę lub inne tego typu miejsca masowego żywienia, co nie kojarzy mi się dobrze. W smaku było już nieco lepiej, a dodatek botwinki stanowił ciekawe uzupełnienie. Pierożek jak to pierożek – w porządku. Farsz zarówno warzywny, jak i mięsny, okazał się całkiem smaczny. Pod Bramą Poznania spróbowałem jeszcze odrobinę deseru chałwowego z truskawkami, który od początku wyglądał na zbyt słodki, jednak dodatek świeżych owoców nieco przełamał ten jednowymiarowy smak. Nie jest to jednak zupełnie mój klimat, gdyż – jak zawsze powtarzam znajomym – moją ulubioną słodyczą jest plaster karmelizowanego w miodzie bekonu, marynowanego w whisky i porterze. Sama idea spotkania w tym miejscu i zorganizowanie festynu okazała się bardzo ciekawa, a do tego można było połączyć ją ze zwiedzaniem muzeum ICHOT, a także rozkoszować się słonecznym widokiem Katedry i terenów nadrzecznych.

11212334_1036968196332535_527699828_n IMG_20150502_171321_111186271_1036968012999220_1256370356_n 11210241_1036968042999217_877803226_n

Na sobotnią obiadokolację udaliśmy się do Le Palais du Jardin – miejsca, które mieliśmy już odwiedzić wcześniej… dwukrotnie. Raz jednak wybraliśmy inny lokal, a za drugim podejściem – gdy chcieliśmy wykorzystać kupon zniżkowy – okazało się, że problemem jest przedłużenie jego ważności o kilkanaście dni. A więc – do trzech razy sztuka. Ku naszemu zdziwieniu, nie było kolejek, a sami zajęliśmy bodajże pierwszy stolik w rynkowym ogródku restauracji. Jako przystawki wjechał tatar wołowy i fumet z sarniny z ravioli z orzechami i sarniną confit. Już sam wygląd wołowiny wzbudził nasze zdziwienie, gdyż zamiast karmazynowej czerwieni, prezentowała się ona raczej w barwach brązu. Okazało się, że mięso zostało zamarynowane w sosie sojowym. Dressing stanowił czarny kawior i papryczka chili. Przystawka dała nam doświadczenie nieco inne, niż spodziewane, aczkolwiek bardzo smaczne i nowe, co się ceni. Wielbiciele klasycznego tatara zapewne poczuliby niedosyt, ale jako osoby otwarte na nowości – zwłaszcza z udziałem mięsa – byliśmy zadowoleni. Mój fumet smakował delikatnie, nieco tłustawo, a pierożek z orzechami i sarną miał lepszy farsz niż ciasto, które mogłoby być mniej mączne. Wybrane przez nas dania główne to filet z łososia z grzybami leśnymi i karkówka z dzika w winie z ziemniakami truflowymi i kremem z topinamburu. Nie wiem skąd restauracja bierze leśne grzyby na początku maja, ale faktem jest, że ryba podana była z pastą z bardzo drobno zmielonych/posiekanych okazów. Sam łosoś pachniał nieco mułem, ale to dobrze – ryba mająca zapach kojarzy mi się z naturalnością, a wyprany z morskich aromatów egzemplarz przywodzi na myśl sztuczne hodowle. Być może to tylko sugestia, ale w uczcie zmysłów takowe grają istotną rolę. Ciekawą pozycją okazały się ziemniaki truflowe, które o ile smakowały dość zwyczajnie, to po przekrojeniu miały żywy, fioletowy kolor. Dzik, tak jak powinien, zachwycał zdecydowanym smakiem i aromatem. Pokuszę się o porównanie, iż mięso było lepsze niż w Domu Łowieckim, gdzie jakiś czas temu degustowaliśmy schab z tego samego zwierzęcia. Świetne kulinarne doświadczenie zakończył zaskakujący akord w postaci napoju. Pierwszy raz spotkałem się z naturalnym sokiem wyciskanym z cytryny – bez cukru i wody. Czysty sok. Świetna sprawa – idealne orzeźwienie. Polecam każdej restauracji wprowadzić taką opcję do menu – szczególnie na zbliżające się lato!

IMG_20150503_174550IMG_20150503_174956_1

Niedziela mogła obfitować w więcej wrażeń niż ostatecznie się to stało, jednakże po raz kolejny zdecydowano się zablokować jedną z głównych arterii miasta w środku dnia, by zorganizować bieg uliczny. To, co sądzę, o wyłączaniu ulic z ruchu, by zrobić dobrze biegaczom, pielgrzymom, demonstrantom czy zorganizowanym grupom rowerzystów, napisałem wystarczająco dosadnie na swoim prywatnym profilu, więc oszczędzę czytelnikom tego bloga kolejnej dawki złej energii, która się we mnie zbiera, gdy widzę działania władz miejskich kolejny raz rzucających kłody pod nogi kierowców. Ostatecznie, z godzinnym opóźnieniem i po utracie kilku tygodni życia z nerwów, udało mi się spotkać z Ukochaną i ruszyć na niedzielną odsłonę majówkowej imprezy. Mieliśmy iść popływać statkiem albo przejechać się drezyną w Mosinie, jednak na drugie nie było już miejsc, a na pierwsze nie było czasu przez ten cholerny bieg. Doskwierał nam głód, więc od razu udaliśmy się na obiad. Początkowym wyborem miała być restauracja Hotel Bazar, jednak tam powitała nas kolejka innych poszukiwaczy pięćdziesięcioprocentowych zniżek. Podobnie rzecz miała się w sąsiednim Bistro La Cocotte, gdzie także zabrakło wolnych stolików. Szybkie spojrzenie na aplikację mobilną i mapę, telefon i… udało się. Kilkaset metrów spacerem i dotarliśmy do restauracji japońskiej Goko. Jako że spotkaliśmy tam jeszcze znajomych, spędziliśmy w ogródku trochę czasu, delektując się całkiem dużym wyborem różnego rodzaju sushi. Ceny większości atrakcyjnie brzmiących pozycji, nawet po obniżce o połowę, okazały się zaporowe, więc zdecydowaliśmy się na dwa zestawy podstawowe w postaci 16 elementów (jeden wegetariański, a drugi rybny). Podczas półgodzinnego czasu oczekiwania obserwowaliśmy, jak do imponujących rozmiarów rośnie kolejka do sąsiedniego Czerwonego Sombrera. Poznaniacy zwęszyli promocję i ruszyli w miasto. Tak jak i my. Posiłek okazał się całkiem sycący, a jakość porównywalna do znanych z wcześniejszych wypadów produktów 77 Sushi. Na minus brak tempury w promocji, na plus alkohol za pół ceny, który w wielu innych miejscach był wyłączony ze specjalnej oferty festiwalowej. Majówkę uwieńczyła wizyta w kawiarni Różove na Wodnej, która cała jest zaprojektowana w kolorze zgodnym z nazwą. Idealne miejsce dla kobiet gustujących w takiej stylistyce. Sam koncept lokalu i jego wykonanie może okazać się całkiem dobrym ruchem marketingowym. Kawa klasyczna, bez żadnych fajerwerków z segmentu speciality, ciasto czekoladowe smacznie przełamane gruszką, jednak w moim kawałku trafiły się jakieś twarde elementy. Mnie na dłuższą metę ten różowy obraz męczy, ale nie wątpię, że znajdą się wielbiciele.

Podsumowując, w wielu miejscach odstraszyły nas dzikie tłumy, ale ogólnie wydarzenie na pewno warte ponownego uczestnictwa za rok. Kto nie był, niech żałuje. Rzadko zdarza się okazja zjeść w tak fajnych miejscach za tak śmieszne pieniądze. Co ciekawe – dla najmniej zamożnych ofertę -50% przygotowały także bary mleczne, co jest na pewno godne uwagi i pochwały. Studenci zaś mogli skusić się na dużą pizzę za 6 złotych czy lanego Carlsberga za 3,50. Grunt to trzymać rękę na pulsie i wiedzieć, gdzie pójść. Do zobaczenia za rok!

Poznań Za Pół Ceny – czyli majówka pod koziołkami