Beer Geek Madness 2 – relacja pofestiwalowa

Na Beer Geek Madness pojechałem drugi raz, mając w pamięci zeszłoroczną imprezę, która wywołała we mnie niemały entuzjazm. Oczekiwania miałem duże, a ślinianki kipiały z nadzieją na świeżą porcję ekstremalnych doznań smakowych. W końcu idea tej imprezy została niejako stworzona dla takiego człowieka jak ja – uwielbiającego jeść i pić wszystko co dziwne, przegięte i inne. Szczerze mówiąc niewiele interesowała mnie mnogość atrakcji pobocznych w rodzaju studia tatuażu, golibrody, piwnych kosmetyków czy nawet koncertów – ten temat zostawię tym, którzy skorzystali z możliwości stworzonych przez organizatorów w owej materii. Najważniejsze było piwo – wyzwanie wszak niemałe, gdyż na kranach zawitało 38 pozycji plus oczywiście główny bohater wieczoru – browar The Alchemist – ze swoimi dwoma sztandarowymi propozycjami w puszkach: Heady Topper i Focal Banger. Łącznie – bagatela – czterdzieści piw. Do tego trzy niemieckie krany po północy na dachu. Mission impossible. Na szczęście część polskich propozycji już piłem, podobnie jak piwa z browaru Anchor. Po wykreśleniu znanych trunków z listy, do odwiedzenia pozostało 27 kranów. Tu oczywiście z pomocą przyszła nieoceniona poznańska ekipa, z którą przyjechałem na miejsce, i z którą to uprawialiśmy intensywny kilkugodzinny sampling i wymianę opinii w komfortowych warunkach.

11146133_876043422457549_1766042545_n

Od tego właśnie zacznę. Czytając bowiem niektóre komentarze na temat organizacji stwierdzam, że chyba urodziłem się w czepku. Raz, że udało nam się wejść piętnaście minut przed czasem, dwa – że zajęliśmy jedne z nielicznych miejsc siedzących na sali z amerykańskimi piwami i w końcu trzy – że zdążyliśmy spróbować wszystkiego zanim wyszło. Kolejny łut szczęścia to nieoczekiwany test wytrzymałości festiwalowego szkła, które ktoś mi wytrącił z ręki przeciskając się do baru. Na szczęście było grubsze niż rok temu i mimo upadku ze sporej wysokości nie stłukło się (nie wszyscy mieli na tyle szczęścia…). Jest nadzieja, że wytrzyma nieco dłużej niż cieniutkie szkła z Poznańskich Targów Piwnych czy to z poprzedniego Beer Geek Madness. Sam Sensorik firmy Sahm prezentuje się ładnie, pije się z niego wygodnie, a piwo może w nim zaprezentować swoje aromatyczne walory.

Największą zaletą imprezy była oczywiście mnogość piw i stylów, a także idea uwarzenia przez browary swoich propozycji specjalnie na BGM. Część osób – zwłaszcza nieobecnych – krytykuje to swoiste tworzenie elitarności i wyjątkowości festiwalu – ale mi akurat pasuje to, że osoby, które zdecydowały się wybrać do Wrocławia zostały w jakiś sposób wynagrodzone, a ranga samej imprezy na pewno zyskuje, jeśli browar przygotowuje ofertę specjalnie na tę okazję. Następnym logicznym krokiem będzie przekonanie jakiegoś mocnego zagranicznego gościa, by uwarzył coś specjalnie na Beer Geek Madness, lecz zapewne na dzień dzisiejszy jest to bujanie w obłokach. Pamiętać jednak należy, że kto nie mierzy wysoko, nie osiąga wiele. Grunt to wierzyć w to, że można być najlepszym na świecie i do tego wytrwale zmierzać. Na takiej mentalności zbudowano potęgę Ameryki, a nie na wiecznych kompleksach i zginaniu karku, co oczywiście jest pokłosiem pańszczyzny, zaborów, wojen i komuny. Kolejnym plusem organizacyjnym było zwiększenie powierzchni imprezy, przez co zyskaliśmy dużo więcej powietrza i komfortu degustacji. Tu oczywiście muszę pochwalić to, że prośby moje i wielu innych osób zostały wysłuchane i palacze już nie zatruwali dymem przejścia. Nic bardziej nie denerwowało mnie podczas pierwszej edycji niż konieczność przechodzenia przez papierosowy odór chcąc zdegustować coś z drugiej sali, czy mając ochotę coś przekąsić. Wielki plus. Na pewno też muszę wspomnieć tu o zamontowaniu myjek do szkła, choć i tak było ich za mało i nie wszystkie działały – ale lepsze to niż czekanie w kolejce do toalety by umyć pokal. Ostatecznie zawsze pomocą służyli uczynni barmani w sali amerykańskiej.

O ile plusów było zdecydowanie więcej, to o kilku negatywnych drobnostkach natury organizacyjnej należy na pewno napisać. Pierwszy zgrzyt to źle wydrukowane mapy, według których było więcej punktów sprzedaży żetonów niż w rzeczywistości i początkowe nieogarnięcie obsługi sali w tej materii. Druga rzecz to źle dobrane proporcje beczkowych piw amerykańskich i głównych bohaterów imprezy. Rozumiem oczywiście, że The Alchemist był najważniejszy, jednak z tego co widziałem, to bardzo dużo puszek zostało niesprzedanych, a amerykańskie beczki szybko się pokończyły. Na tyle szybko, że kto od nich nie zaczął, raczej nie zdążył nawet na połowę. My na szczęście rozpoczęliśmy właśnie od Ameryki, więc znów dopisało nam szczęście. Organizatorzy wyraźnie przeliczyli się z estymacją chęci nabywania puszek Alchemista przez gości, gdyż początkowo – chcąc stworzyć aurę niedostępności – ogłosili, że każdy może kupić maksymalnie dwa żetony, a jak się okazało, że po początkowym szale przy barach sporo puszek zostało, nie było problemu z zakupem większej ilości Heady Toppera i Focal Bangera. Sam poprzestałem na trzech, gdyż miałem zamiar jeszcze dokupić piwa z innych amerykańskich browarów na wynos, a portfel nie jest z gumy. Przydałoby się też zorganizować w Zaklętych Rewirach hotspot Wi-Fi dla gości imprezy. O pozostałych uchybieniach pisali inni – nas nie dotknęły.

Tyle jeśli chodzi o organizację, którą ogólnie oceniam jako dobrą i gratuluję przedsięwzięcia i przede wszystkim samej idei, która jest świetna. To impreza, na którą się czeka cały rok. Jeśli chodzi o moje dobre rady na przyszłość, to postawiłbym także na jakąś bardziej szaloną kuchnię. Jedzenie było raczej zwykłe. Warto nad tym popracować. Plus za dobrą kawę. Wartym rozważenia pomysłem byłoby także wprowadzenie konkursu piw domowych – z zastrzeżeniem, że jest tylko jedna kategoria (open madness beer) – interpretacja dowolna. Przeglądając fora, jak i własne zapiski, mogę śmiało stwierdzić, że sędziowie mieliby nad czym dywagować. Byłby to też fajny pretekst do przedłużenia imprezy na dwa dni – jako preludium konkurs piwowarów domowych, a potem main event z głównymi aktorami.

Czas na sedno wieczoru czyli piwo. Każdej z propozycji spróbowałem niecałe 100 mililitrów, kilka powtórzyłem na koniec w większej pojemności. Wystarczająco, by powiedzieć coś o aromacie, smaku i goryczce, natomiast zapewne niewystarczająco, by stwierdzić czy piwo nuży na dłuższą metę oraz by doszukać się subtelności. Niemniej jednak nie jestem sędzią i opisuję tylko to, co odczuwam moimi amatorskimi zmysłami. Porównując jednak opinie moje i osób z ekipy, z którą imprezowałem, były one raczej podobne, z nielicznymi wyjątkami. Zacznę od Ameryki, bo i od tego rozpoczęliśmy wieczór. Zdecydowanie najgorszą propozycją było La Vermontoise z browaru Hill Farmstead, w które moim zdaniem wdało się zakażenie. Dałem swoją próbkę chyba z dziesięciu osobom, by potwierdzić moje przypuszczenia i większość także wyczuła to co ja – palony plastik, aromat gabinetu dentystycznego, apteki. Nie o takie funky chyba chodziło – zwłaszcza że opisy na zagranicznych forach odbiegały znacznie od tego, co można było wyczuć w moim szkle. Idąc od dołu z ocenami, Lil’ B i Yin&Yang z Evil Twin Brewing okazały się całkiem w porządku, ale miały drobne niedociągnięcia w postaci odpowiednio aldehydu octowego i zbyt nachalnego alkoholu. Pod tym jednak kryły się naprawdę przyzwoite piwa. Jeśli chodzi o ten sam browar, to spróbowałem jeszcze Come Again, sour pale ale które oferowało już przyjemny (zamierzony) kwasek i dobrą pijalność, a także najlepszą moim zdaniem pozycję Evil Twin na imprezie – I Love You With My Stout, która powalała gęstością, mocą i bogactwem smaku. Następnie dwa lżejsze stouty – Campfire z High Water i Too Cream Stout z Dark Horse. W tym pierwszym można było wyczuć w aromacie coś co nie do końca pasowało do stoutu, jakby skórki cytryny (a może to te pianki, o których pisze producent? Nigdy nie jadłem grillowanych pianek…), natomiast w drugim bardzo przyjemną nutę suszonego tytoniu i słodkość od laktozy. Prawdziwe bomby jednak opatrzone zostały dalszymi numerami na promocyjnej ulotce (swoją drogą kolejne dzięki dla organizatorów – naprawdę przydatna rzecz podczas degustacji). Także z browaru Dark Horse można było spróbować ośmioprocentowego stouta owsianego One Oatmeal Stout, który zrobił na mnie bardzo pozytywne wrażenie i z pewnością jawi się jako jeden z najjaśniejszych punktów oferty amerykańskiej – kawa, czekolada, nawet jakieś nuty waniliowe (choć nie był leżakowany w beczce – z tego co wiem), gładkość i długi posmak. Można byłoby się nim podelektować dłużej, gdyby pozwolił na to czas i portfel. Takie imprezy jednak polegają – przynajmniej dla mnie – głównie na doświadczaniu, a nie celebrowaniu. Aby zakończyć temat Dark Horse Brewing – na BGM przyjechała jeszcze beczka podwójnego IPA pod nazwą Double Crooked Tree IPA, która masakrowała nozdrza fantastycznym chmielowym aromatem, a rzekome 13,6% alkoholu (!) było wyczuwalne jak co najwyżej 7. Fantastyczne piwo i ogólnie – rewelacyjny browar. Na pewno sięgnę jeszcze po produkty Ciemnego Konia, gdy będę miał okazję. Następny kran to Mac Fannybaw z browaru Against The Grain, który z pewnością oferował najciekawszą paletę smaków – leżakowane w beczce piwo wędzone z solą – absolutny must-have dla każdego piwnego świra. Każdy element dobrze wyczuwalny, z wyraźnym, ale nienachalnym słonym finiszem, wędzonym aromatem i nutami drewniano-wiejskimi. Nie było to może najsmaczniejsze piwo festiwalowe, ale na pewno w kategorii ciekawostka należało przynajmniej umoczyć w nim język. No i na koniec bomba – dosłownie – piętnastoprocentowy imperialny stout z wanilią, chili i kawą, leżakowany w beczkach po rumie pod nazwą Pirate Bomb! od Prairie Artisan Ales. Pierwszy łyk i… wow – na to czekałem! To było coś niesamowitego – wanilia, rum, palony cukier, kawa, praliny czekoladowe z likierem i spora dawka alkoholu – chili nie wyczułem, ale w przypadku kapsaicyny mam wysoki próg wyczuwalności. Było to jedno z nielicznych piw, którego wziąłem dolewkę. Te 200 ml sączyło się cudownie. Słyszałem, że nie dla wszystkich starczyło – mogą żałować. Najlepsze piwo BGM 2. Piw niemieckich sam nie brałem, spróbowałem natomiast każdego – Golden Gate Gose z browaru Almanac bardzo smaczne, zaś Laguna i Collabrew od BrauKunstKeller pijalne, ale bez chmielowej bomby, której oczekuję od IPA czy double IPA. Nie wiem jak to będzie na trzeciej edycji Beer Geek Madness z udziałem niemieckich kraftowców, ale mam pewne obawy, że aż takich fajerwerków jak Pirate Bomb czy piw od Dark Horse nie uświadczymy. Obym się mylił.

Przechodząc do polskich premier – cieszę się z tego, że wygrał X z Widawy – sam oddałem połowę swoich głosów na tę pozycję. Piwo było niezwykle ciekawe, a beczka po Jacku Danielsie dała nie tyle wanilię, co ciekawą nutę drewniano-stajenną – poza tym dało się wyczuć owoce leśne i solidną chmielową goryczkę. Niektórym coś w tym piwie nie pasowało, ale jak dla mnie jako całość prezentowało się świetnie. Drugą połowę głosów dałem na propozycję SzałuPiw Mgły Chwaliszewa. Tu wielkie brawa za pomysł z dodawaniem do piwa mgiełki chmielonej Citrą z odparowalnika – prawdziwa alchemia zgodna z duchem i głównym tematem imprezy. Samo piwo dawało ciekawe nuty belgijskie w aromacie i przyjemną owocowość i cytrusowość w smaku. Te dwie propozycje zyskały moją największą aprobatę. Poza tym pozytywnie wspominam kwaśnego RISa z jagodami Goji pod nazwą Wild Wild East od Birbanta, który naprawdę atakował solidną dawką kwaskowatości. Nie każdemu to połączenie nut palonychi i kwasu pasowało, ale doświadczenie to na pewno ciekawe. Pozostając przy kwaśnych piwach – Funky Cherry z SzałuPiw jak dla mnie kwasku miało za mało, a szkoda, bo gdyby wzmocnić ten aspekt smakowy, piłoby się je naprawdę świetnie. Do tej kategorii mógłbym zaliczyć jeszcze np. Saxy Berry od Doctora Brew, jednak w aromacie i smaku przypominało mi ono raczej dżem z porzeczek, a maleńki plusik postawiłem przy nim tylko ze względu na to, że sugerowane 10% alkoholu zostało naprawdę dobrze ukryte. Ostatnim uczestnikiem imprezy, który uraczył nas przedrostkiem wild, okazał się powstały niedawno browar Profesja z Wrocławia. Niestety, ich Alchemik nie był za bardzo ani wild, ani IPA. Za grzeczne w tak doborowym towarzystwie i raczej do zapomnienia. Prawdziwym blockbusterem miało być piwo PintytakAHaka – promowane przez pionierów polskiego kraftu wycieczką do Nowej Zelandii, zbieraniem tamże świeżego chmielu, a – już na miejscu – obecnością… drużyny rugbistów. Zwycięzca kategorii na najdłuższą nazwę stylu (double chocolate orange & exotic New Zealand haka black IPA) niestety nie sprostał wymaganiom rozkręconego marketingowego szału. Piwo okazało się nazbyt ugrzecznione (co poniekąd wpisuje się w moje obawy, iż rzemieślniczy weterani są raczej ostrożni jeśli chodzi o dzikie eksperymenty) i na tle konkurencji niczym specjalnym się nie wyróżniało. Delikatna paloność, nuty ciemnych słodów, goryczka raczej średnia, chmiel jakoś mocno nie buchał. Zapewne gdybym wypił to piwo w roku 2012 – padłbym na kolana, ale czas leci nieubłaganie. Czas pokazać więcej jaj, panowie. Ubiegłoroczni zwycięzcy – Pracownia Piwa – uwarzyli na okazję Beer Geek Madness 2 ciemnego saisona z ziołami. Moje ostatnie doświadczenie z tym stylem zakończyło się katastrofą – chodzi mi tu o piwo Południca z kooperacji Majer/Kraftwerk i smak cukierków na kaszel tymianek/podbiał – więc podszedłem do Magic Dragona z dużą dozą ostrożności. O ile na pewno smakowało lepiej niż gliwicki poprzednik, to tu zamiast cukierków na kaszel mieliśmy atak mięty rodem z płynu do płukania ust połączonej z solidną porcją czekolady. Co istotne – mięta wychodziła coraz bardziej pod wpływem ogrzania, więc na zimno to piwo wydawało się mniej ziołowe. Wielu osobom bardzo smakowało, ale to najwyraźniej po prostu nie mój styl. Następnie dwa witbiery: Lunatic z Kingpina i Albedo z Piwoteki. W obu w aromacie wystąpiły nuty siarkowe i o ile propozycja Kingpina oferowała poza tym całkiem fajną rześkość i cytrusowość w smaku, to pierwszy element Opus Magnum był przyciężkawy, a w miarę degustacji aromat kanalizacyjny nasilał się, czyniąc z propozycji Piwoteki najsłabszą polską premierę festiwalu. O co jednak chodzi z tym Opus Magnum? Organizatorzy postanowili, iż motyw alchemii przedstawią w czterech kolorach i cztery browary miały uwarzyć piwo, które w jakiś sposób odnoszą się do barwy białej, czerwonej, żółtej i czarnej. Stąd Albedo, Rubedo, Citrinitas i Nigredo. Opcję czerwoną reprezentował Mason ze swoim altbierem dymionym drewnem sosnowym, jednak piwo to było nad wyraz zwyczajne i niczym nie porwało. Do kiełbaski z ogniska pewnie sprawdziłoby się rewelacyjnie, ale tu nie o to chodziło. Citrinitas z kolei miał bardzo ciekawą nutę wędzoną połączoną z cytrusowością od chmieli, jednak goryczka w piwie z browaru Kraftwerk łagodnie mówiąc nie powalała, a deklarowane chili dodane chyba zostało w ilościach jeszcze bardziej homeopatycznych, niż chmiel. Ogólnie piwo smakowało dobrze, jednak brakowało na koniec tego uderzenia w język od solidnej porcji papryczek. Nigredo – czyli czarny element układanki – był z niej najlepszy, z fajnym ciałem, wyraźną miętą i czekoladą. Z dwóch piw miętowych to zasmakowało mi znacznie lepiej niż opcja Pracowni. Na sam koniec postanowiłem sobie przepłukać usta Grodziskim, a że lubię eksperymenty, zerżnąłem je z kawą i wyszło bardzo fajnie. Może to jakiś pomysł dla naszych rzemieślników na kolejną edycję?

Podsumowując, impreza bardzo udana. Pomimo kilku niedociągnięć i niewielu średnich piw, cała reszta sprawiła, że spędziłem świetny weekend w doborowym towarzystwie przy świetnych trunkach. Oby częściej i oby coraz lepiej i do przodu. Na sam już koniec oczywiście muszę napisać coś o głównych bohaterach – czyli piwach z browaru The Alchemist. Na samym festiwalu Heady Topper nie rzucił mnie na kolana – był smaczny, ale moja szczęka nie znalazła się na podłodze. Wypity w domu dwa dni później smakował i pachniał fenomenalnie – bardzo cytrusowo, a w smaku atakował niesamowitą chmielowością, rześkością i niezłą goryczką. Nie wiem, czy było to najlepsze double IPA jakie piłem, ale na pewno jest to piwo inne niż wiele zbyt karmelowych odpowiedników, jakich pełno na rynku. W lodówce czeka jeszcze Focal Banger. Z niecierpliwością czekam na edycję jesienną, choć – jak pisałem – mam pewne obawy co do poziomu szaleństwa niemieckich gości. Do zobaczenia!

Reklamy
Beer Geek Madness 2 – relacja pofestiwalowa