Weekendowe piwne degustacje

Weekend to doskonała okazja do wypicia kilku nowych propozycji browarów rzemieślniczych i ruszenia poznańskim szlakiem chmieli i słodów. W zeszłym tygodniu zacząłem wędrówkę od Setki, gdzie postanowiłem spróbować dwóch piw: Double Robust Porter z Birbanta oraz Quatro z Pinty.

birbant double robust

Na pierwszy ogień birbanckie ciemności z Witnicy. Piwo prezentuje się nieźle: ciemna nieprzejrzysta praktycznie barwa, piana oblepiająca w miarę szkło, redukująca się do kożuszka. W aromacie jak i w smaku, zgodnie z oczekiwaniem, pojawiły się nuty czekolady i kawy, raczej w stronę słodkich akcentów niż wytrawnych. Nie było tam jednak żadnej mega intensywności, która by mnie porwała – jak na podwójny porter to całkiem grzeczne. Udane, ale nie takie, które pamięta się długo.

quatro

Jakoś tak już jest, że marki-symbole każdej rewolucji po czasie są przeganiane przez swych następców. Tak w minionym roku było moim zdaniem z pionierami polskiego kraftu – Pintą i AleBrowarem. Nowe piwa od rewolucyjnych weteranów były zarówno dobre, jak i średnie, ale żadne nie wyrywało z butów, a nowi gracze na rynku serwowali coraz to lepsze propozycje. Na szczęście pod koniec roku Pinta wypuściła Quatro, które w końcu dane mi było spróbować. Już po pierwszym niuchu nowego piwa można było powiedzieć: wrócili! Bardzo dobry aromat amerykańskich chmieli: owoce tropikalne i lekka żywica. W tle trochę karmelu, który współgra także w smaku z solidną tropikalno-żywiczną nutą i porządną goryczką. Potężny ekstrakt (24,7°P) daje o sobie znać gęstością i pełnią, natomiast alkohol jest świetnie przykryty. Można powiedzieć, że Quatro to takie Imperium Atakuje na sterydach. Kolejna warka uwarzona zostanie dopiero za rok, więc jeśli ktoś jeszcze nie pił, to radzę się spieszyć do sklepu.

Drugim przystankiem na szlaku był Dom Piwa, gdzie jeszcze można dostać Mikkeller Black z beczki, a to wystarczający powód, by tam zajrzeć. O jednym z najlepszych piw świata napisano annały, więc Ameryki nie odkryję stwierdzając, że każdy osobnik zainteresowany piwowarstwem musi go spróbować. Niesamowita moc (17,5% alkoholu), gęstość, deserowość – po prostu bomba. Bardzo intensywna gorzka czekolada, likier, balsam osadzający się na ściankach jamy ustnej – to piwo to praktycznie posiłek, a nie napój. Póki jeszcze się nie skończył, biegnijcie przekonać się na własnym podniebieniu. Poza Blackiem spróbowałem też nowej propozycji kooperacyjnej Browaru Szałpiw i Pracowni Piwa, oznaczonej numerem 3. Jest to dubbel IPA, czyli połączenie Belgii i Ameryki. Piwo w aromacie bardziej oferowało fenolowe nuty belgijskie, które dominowały nad akcentami amerykańskich chmieli. W smaku wytrawne, z wyraźnymi suszonymi owocami na pierwszym planie, troszkę kawy i średnia goryczka, a w tle rozgrzewający alkohol.

Wieczór zakończył się w Piwnej Stopie, jednak notatek już nie robiłem. Co innego wczoraj, gdyż to właśnie tam wypadł start weekendowej degustacji. Na kranach sporo ciekawych rzeczy, w tym kilka, których nie miałem jeszcze okazji spróbować.

IMG_20150116_203700Picie rozpoczęło się od Chlumeckiego Vita z browaru Vysoký Chlumec, założonego podobno w 1466 roku. Piwo to zdobyło brązowy medal na konkursie Žatecká Dočesná. Co ciekawe, trafia ono tylko do beczek – nie ma wersji butelkowej. Drugą ciekawostką jest to, że ze strony internetowej można wywnioskować, iż nie jest to witbier (jakby sugerowała nazwa), ale hefeweizen. Rzadko trafia się w Polsce czeskie piwo, które nie jest lagerem, więc postanowiłem spróbować. Zważywszy na to, że dopiero co wróciłem z Pragi, to tym bardziej cieszyłem się na tę chwilę. Niestety, żadne sentymenty tego piwa nie mogły uratować. W zapachu głównie nuty siarkowo-kanalizacyjne z lekkim bananem, a w smaku pustka i jakaś nieopisana nieprzyjemna nuta. Ledwo zmęczyłem 330 ml. Na drugi ogień poszedł Nelson Sauvin Pale Ale z Browaru Birbant. Zapach tego piwa był dla mnie swoistym novum – bardzo charakterystyczny, przyjemny: owocowy – ale inaczej niż amerykańskie odmiany, lekko winny, coś zupełnie innego niż klasyka nowofalowych chmieli. Był to mój pierwszy kontakt z tą nowozelandzką odmianą i chyba sam będę musiał coś z nim stworzyć– jak już zrealizuję swój plan uwarzenia kilku piw wędzonych. W smaku piwo Birbanta to dobre, lekkie, orzeźwiające pale ale. Pewnie w lecie smakowałoby jeszcze lepiej. Dla porównania wypiłem jeszcze nową wersję Sharka od kolaborantów Kopyra/Widawa i tu aromat był już zdecydowanie inny – klasyczny, amerykański – cytrusowo-tropikalny, o średniej intensyności. Pamiętam poprzednie warki tego drapieżnika i była tam naprawdę mocna goryczka – teraz chyba na zimę rekin stracił zęby, bo już takiego uderzenia nie czułem. Inna sprawa, że może po prostu to mi wzrosła tolerancja na gorzki smak.

Piątkowe smakowanie zakończyłem w Domu Piwa, gdzie spróbować przyszło mi Wujka Vettisa z Browaru Podgórz. Do tej pory Podgórz nigdy mnie nie zawiódł, a ich festiwalowa Czekoladowa Dolina z masakryczną ilością kapsaicyny z Beer Geek Madness była dla mnie najlepszym piwem festiwalu. Każdemu jednak zdarzają się wpadki. Belgian IPA z Podgórza nie zaoferowała mi nic ciekawego. Słabo pijalne, męczące, bez jakichś większych wad, ale i bez przyjemności. Może to po prostu nie był odpowiedni dzień na to piwo.

Kolejne piwne degustacje już niedługo!

Reklamy
Weekendowe piwne degustacje