Pierwsze urodziny Racji Mięsa

Dokładnie dwanaście dni temu miałem niewątpliwą przyjemność brać udział w kolacji z szefem kuchni – Bartoszem Gawrońskim – z okazji pierwszych urodzin Racji Mięsa. Tak się jakoś złożyło, że do tej pory nie napisałem osobnej notki na temat tego miejsca, a to przecież jedna z ulubionych lokalizacji każdego mięsożercy w Poznaniu. Sam, gdy mam ochotę na tatar, swoje kroki kieruję właśnie tam. Tym razem mogłem spróbować również innych pozycji z menu.

12016580_10153724985719073_42045329_n

Na uroczystość udałem się w doborowym towarzystwie dwóch przedstawicielek płci pięknej. Jak to zwykle bywa, rozpoczęcie się nieco przeciągnęło, a ja – mimo przybycia praktycznie na styk – byłem na miejscu przed wszystkimi. Taki to już los osoby, która nienawidzi się spóźniać. Kulinarne degustacje poprzedził krótki wstęp właścicieli lokalu, przedstawiciela patrona – Poznań Culinary Fest oraz samego szefa kuchni. Zabrakło – niestety, i tu nasza wina – tylko gromkiego sto lat. Nadróbmy to teraz!

12016731_10153724985694073_359477676_n12033837_10153724984759073_1768754149_n12041932_10153724984709073_1345748446_n12033648_10153724984684073_1477203441_n12007104_10153724984644073_977063952_n

Uczta składała się z pięciu pozycji, w tym trzech przystawek, dania głównego oraz deseru. Dla nas był to w pewnym sensie dziewiczy rejs, gdyż do tej pory zawsze jedliśmy tatar z polędwicy wołowej w różnych odsłonach (a tu jest w czym wybierać: tradycyjny, bawarski z musztardą, bekonowym chipsem i preclem piwnym, czy japoński podawany w formie… mięsnych rolek przypominających sushi). Pierwszą przystawkę stanowił dżem z boczku z wędzonym musem jabłkowym. O ile sama koncepcja łączenia bekonu i słodkości nie jest mi obca, to w takim wydaniu jeszcze nie było dane mi jej spróbować. Potrawa nie była przesadnie zmielona, pośród emulsji wyłaniały się wieprzowe owoce, a dodatek jabłeczny ciekawie kontrował całość. Jak dla mnie zbyt wyraźny był tu smak koncentratu pomidorowego, a brakowało akcentów torfowej whisky, porteru lub kawy (które to trzy składniki lubię dodawać gdy sam robię dżem z boczku). Dorzuciłbym też sporo chili. Niemniej jednak, był smaczny – po prostu inna interpretacja niż moja. Druga pozycja na stole to już znany nam tatar tradycyjny, robiony z polędwicy wołowej. I tu właściwie czekała nas największa atrakcja wieczoru, gdyż sami mogliśmy sobie ten tatar zrobić. Dziewczyny siekały mięso, a ja zająłem się fotografowaniem. Sam nóż wziąłem do ręki nieco później, przy podawaniu pieczonej polędwicy. Jak zwykle, smak tradycyjnego tatara nie zawiódł i rozochocił nas na kolejne etapy uczty. Przed właściwym daniem głównym wjechała jeszcze trzecia zachęta, a konkretnie mająca rozgrzać nasze żołądki ciepła zupa porowa z nadającą jej śliską teksturę oliwą imbirową, a także ziołowymi grzankami. W końcu nadszedł czas na gwóźdź programu – wołową polędwicę pieczoną w całości, okraszoną sosem z porto. Do tego jako dodatek podano tradycyjną babkę ziemniaczaną oraz sałatkę z rukoli. Ta polsko-śródziemnomorska fuzja smaków zagrała doskonale. Mięso rozpływało się w ustach, a średnio-krwisty poziom wypieczenia odpowiadał mi w stu procentach. Winny sos podkreślał wszystkie walory czerwonego mięsa i podbijał apetyczność dania. Na zakończenie otrzymaliśmy czekoladowy suflet z bitą śmietaną, owocami i waniliowym karmelem. Jako że (jak zdążyliście zauważyć) nie przepadam za nieskontrowanym słodkim smakiem, była to dla mnie najmniej interesująca pozycja. Oczywiście smaczna, ale szkoda, że w roli deseru nie wystąpił np. karmelizowany w miodzie boczek z chili.

12016521_10153724985484073_1923683502_n12033681_10153724984949073_137042128_n

Impreza odbyła się w dość kameralnym gronie, bez napuszonych gości pod krawatem czy lansujących się tu i ówdzie gwiazd blogosfery. Grono znajomych organizatorów plus kilka osób z zewnątrz, jak my. Dzięki temu można było wszystkiego dotknąć, powąchać, o wszystko dopytać i opowiedzieć o swoich doznaniach. Racji Mięsa ze swojej strony życzę wszystkiego smacznego i wielu kolejnych lat serwowania przepysznych mięsnych smakołyków. Sto lat! Dzięki, że jesteście na kulinarnej mapie Poznania.

Reklamy
Pierwsze urodziny Racji Mięsa

IX Poznań Culinary Fest i IX Ogólnopolski Festiwal Dobrego Smaku

Zgodnie z facebookową obietnicą, nadeszło czwartkowe popołudnie, a więc czas na krótką relację z dwóch poznańskich imprez, w których miałem przyjemność (ach, te spoilery…) uczestniczyć w ubiegłym tygodniu. Planowałem co prawda dość bardziej intensywną partycypację, jednak zdrowie nie pozwoliło na więcej degustacji z okazji Oszukać Podniebienie, a na uroczystą kolację na Ogólnopolskim Festiwalu Dobrego Smaku się, niestety, nie załapałem. Może następnym razem.

Poznań Culinary Fest – Oszukać Podniebienie

O mojej poprzedniej wizycie na Poznań Culinary Fest możecie poczytać tutaj. Otrzymałem wówczas także komentarze odnośnie niejasnych spraw finansowych związanych z festiwalem i teraz bardzo chętnie dowiem się, jaki był finał tej sprawy. Piszcie śmiało. Niemniej jednak, najważniejsze dla mnie – jako konsumenta – były doznania aromatyczno-smakowe. Wraz z Ukochaną wybraliśmy tym razem dwie restauracje: dobrze nam znany zespół specjalistów od morskiego zwierza – Momo, a także dziewiczą dla nas mekkę koneserów dobrego wina – Fiesta del Vino.

Stolik w restauracji przy ulicy Szewskiej zamówiliśmy z wyprzedzeniem, jednak – mimo obaw – tłumów nie było. Na pierwszy rzut oka Poznań Za Pół Ceny przyciągnął o wiele większe rzesze smakoszy. No ale wiadomo – mało co Polak ceni bardziej niż promocje. Zestawy podczas tej edycji Culinary Fest składały się z dwóch posiłków: przystawki oraz dania głównego, w zuniformizowanej cenie 15 złotych w każdej z restauracji. Serwowane porcje były naprawdę degustacyjne, ale właśnie o to chodziło w tym całym przedsięwzięciu. Uczestnicy mieli okazję stosunkowo niewielkim kosztem spróbować różnych kuchni i asortymentu wielu restauracji.

Jpeg
Krewetka w żółtym curry
Jpeg
Linguine z ośmiorniczkami

Jako entrée w Momo na stół wjechała krewetka podawana w żółtym curry, z dodatkami w postaci owoców leśnych. Kuchnia tradycyjnie nie zawiodła i chciało się tej ambrozji więcej i więcej. Nawet jako miłośnik ostrych przypraw nie protestowałem, że zbyt łagodne, gdyż mocniejsze doprawienie dania zdominowałoby smak krewetki. Danie główne to pełne pachnącego sosu pomidorowego linguine po neapolitańsku z ośmiorniczkami baby, tartym parmezanem i świeżymi ziołami. W przypadku menu degustacyjnego nie nastawialiśmy się, rzecz jasna, na najedzenie do syta, natomiast nasze kubki smakowe domagały się dokładki. Chcąc zdywersyfikować nieco nasze doznania, poszliśmy naprzeciwko – do Racji Mięsa – jednak musieliśmy obejść się smakiem (a właściwie marzeniem o smaku…), gdyż wszystkie festiwalowe zestawy zostały już do tego czasu zjedzone. Ciekawostką był dla mnie patronat Doctor Brew nad imprezą. Korzystając z tego, iż żadne z nas nie kierowało tego wieczoru samochodem, wypiliśmy po butelce Summer Ale i Sunny Ale. O ile to pierwsze prezentowało całkiem niezły poziom, miało wyważony cytrusowy aromat i chmielową goryczkę, to druga pozycja pozostawiała nieprzyjemne wrażenie na języku i dawała co najwyżej przeciętne doznania dla nosa. Dodatkowo, oba piwa miały duży problem z klarownością i pianą. Błotnistość to już właściwie znak rozpoznawczy Doctorów.

Jpeg
Ośmiornica i salsa
Jpeg
Policzek z risotto i kurkami

Jako że Fiesta del Vino to lokal położony bardzo daleko od naszych szlaków komunikacyjnych, poświęciłem się i wziąłem samochód, co – udając się do winiarni – raczej nie wydaje się najmądrzejszym pomysłem. Wygoda tym razem jednak wygrała nad chęcią spróbowania asortymentu win. Jako że była to nasza pierwsza wizyta w tym miejscu, zaskoczyła nas przede wszystkim obsługa. Kelner po kolei opowiadał w szczegółach o każdej drobnostce, która pojawiła się na talerzu. Podczas degustacyjnego wieczoru stanowiło to na pewno duży plus. Przystawką w zestawie oferowanym przez Fiesta del Vino była ośmiornica z chipsem z sepii na zielonym pesto, a także salsa z krewetek, pomidorów i trybuli. Smak głowonoga zaskoczył mnie zupełnie, gdyż mięso miało tak jędrną teksturę, jaką można spotkać np. w tuńczyku – zero gumowatości czy ciągliwości. Krewetkowa salsa z kolei doskonale wpisała się w morski klimat przystawki i sprawiła, iż przed daniem głównym nasze apetyty pozostawały niezaspokojone i pełne nadziei. W końcu na stole pojawił się policzek z prosiaka (do tej pory jadłem tylko wołowe) podany na risotto demi-glace wraz z suszonymi kurkami. Dodatek skrobiowy rozpływał się w ustach, podobnie jak mięso, a grzyby świetnie grały ostatni akord uczty. Szkoda jedynie, że nie mogłem tym razem rozkoszować się bogatą ofertą win tego miejsca. Gdy temperatury pozwolą już na poruszanie się po mieście bez klimatyzowanego auta, zajrzę na lampkę lub dwie.

Jpeg
Pulled beef z ogórkiem
Jpeg
Cezar z indykiem i jabłkami
Jpeg
Risotto z rostbefem
Jpeg
Antrykot z sałatką rakową
Jpeg
Ossobuco z indyka

Ogólnopolski Festiwal Dobrego Smaku – Warsztaty z ARR

Jak już pisałem we wstępie, nie załapałem się na uroczystą festiwalową kolację, jednak nie mogłem przepuścić warsztatów organizowanych przez Agencję Rynku Rolnego w Restauracji Toga (pisałem o niej tu) na temat dań z indyka i wołowiny rasy Highland. Tak się jakoś złożyło, że dopiero co wróciłem ze Szkocji, gdzie miałem okazję oglądania tego bydła na żywo (relacja z wyspiarskich doznań smakowych niedługo!). Pierwsza rzecz, jaka mnie nieco zaskoczyła, to średnia wieku uczestników. Zwykle na podobnych imprezach raczej dominowali ludzie młodsi, a tu sam zaliczałem się raczej do młodszych amatorów kulinariów. To świetna sprawa! Tego właśnie brakuje mi w Polsce – większego uczestnictwa we wspólnym życiu towarzyskim ludzi w średnim wieku, a także starszych. W Glasgow widok kilkudziesięciolatka śpiewającego w barze karaoke, czy tańczącego w pubie do muzyki na żywo, nikogo nie dziwił. Same warsztaty poprzedził miniwykład na temat krów rasy Highland przeprowadzony przedstawiciela patronów wydarzenia, a następnie podzielono nas na dwa zespoły. Każda drużyna otrzymała kucharza-opiekuna, który dyrygował pracami i służył dobrą radą na temat przygotowywanych potraw. Wraz z moją ekipą na początek zrobiliśmy kanapki z szarpaną wołowiną i ogórkiem, by podsycić apetyty degustatorów, a następnie zabraliśmy się do robienia indyka. Tym razem naszym wspólnym wysiłkiem wykonaliśmy sałatkę Cezar, zastępując występującego oryginalnie w przepisie kurczaka jego bardziej szlachetnym kuzynem. Dressing wykonaliśmy z majonezu, jogurtu, tartego sera i czosnku, a także odrobiny anchois. Na zakończenie danie przyozdobiliśmy plasterkami jabłek poddanych wcześniej szybkiej kąpieli lodowej, co miało uczynić je bardziej chrupkimi. Drugim wspólnie mieszanym daniem było risotto z prawdziwym szafranem i szpikiem kostnym, podlewane bulionem i białym winem. Potrawę dopełniał wcześniej upieczony rostbef. Ciekawe było to, że mięso po przekrojeniu miało kolor… łososiowy. Drugi zespół uczestników warsztatów przygotował z kolei antrykot (moim zdaniem za cienko pokrojony i przez to zbyt twardy i mało krwisty) z przepyszną sałatką z szyjek rakowych, pieczonej papryki i kukurydzy. Ten dodatek był tak dobry, że kilkakrotnie chodziłem po dokładkę. Jeśli chodzi o indyka, to na stole pojawiło się ossobuco ze świeżymi ziołami, takimi jak rukiew czy szałwia. Oprócz jedzenia, restauracja zapewniła bardzo potrzebną w taki upał wodę mineralną i naturalne soki z jabłek. Warsztaty upłynęły w miłej i rodzinnej atmosferze wzajemnej pomocy i dobrych rad. Gdy wychodziłem, dużo jedzenia zostało, ponieważ już nie dawaliśmy rady więcej w siebie zmieścić. Wszystkie nasze kulinarne dzieła zachwycały jednak smakowitością, więc założę się, że się nie zmarnowały… Dzięki i do następnego razu!

IX Poznań Culinary Fest i IX Ogólnopolski Festiwal Dobrego Smaku

Poznań Za Pół Ceny – czyli majówka pod koziołkami

Festiwal za festiwalem – czyli wiosna w pełni. Majówka początkowo miała przebiegać nieco inaczej. Na Facebooku powstało bowiem wydarzenie pt. Majówka w psychiatryku, celem zorganizowania spotkania na terenie opuszczonego szpitala psychiatrycznego w Owińskach pod Poznaniem. Niestety, wskutek zawirowań administracyjno-urzędowych, do imprezy dojść nie mogło. Tu oczywiście po raz kolejny dał o sobie znać zamordystyczny urzędniczy reżym, który blokuje spontaniczne i nikomu nieszkodzące oddolne inicjatywy. Jako że było już za późno na szukanie jakichś ciekawych wyjazdów zagranicznych, postanowiliśmy spędzić długi weekend na eksplorowaniu możliwości wydarzenia pod tytułem Poznań Za Pół Ceny, które odbywa się rokrocznie w tym terminie. Którejś poprzedniej wiosny trafiliśmy do znanego na całą Polskę Dark Restaurant, gdzie posiłek spożywa się w egipskich ciemnościach za pomocą jedynie rąk własnych. Jako że wówczas nie skusiliśmy się na najdroższy i najdziwniejszy zestaw, ostrzyliśmy sobie zęby na tegoroczną edycję. Niestety, ku naszemu zawodowi, Dark wypadł z listy lokali oferujących menu promocyjne. Oprócz propozycji multum restauracji, kawiarni i hoteli, Poznań obfitował także w atrakcje turystyczne, takie jak spływy kajakowe, rejsy statkiem, przejazdy drezyną, zniżki do muzeów, warsztaty artystyczne czy festyny dla rodzin z dziećmi.

Majówkowe świętowanie rozpoczęliśmy w piątek, udając się do Racji Mięsa. Nie była to nasza pierwsza wizyta w wołowej stolicy Poznania, a sam dzień 1 maja nie zaliczał się jeszcze do weekendowych promocji. Uczyniliśmy jednakże z tej wizyty swoiste preludium późniejszego obżarstwa. Prawdą wszem i wobec znaną w mieście koziołków jest fakt, iż Racja serwuje najlepszego tatara na zachód od Warty. Tym razem załapaliśmy się na nową odsłonę – mianowicie tatar ogrodnika, serwowany z gotowanym na twardo jajkiem i serkiem mascarpone. Według mojej towarzyszki wieczerzy posiłek nie zawiódł. Ja tym razem zrobiłem odstępstwo od reguły i skusiłem się na stek z polędwicy wołowej – jedno z moich ulubionych dań w ogóle. Tradycyjnie, poprosiłem o wysmażenie krowy rare, jednak otrzymałem mięso w wersji solidne medium. Trudno – zdarza się. Poprzez dobre zdanie o tutejszej kuchni nie zwróciłem dania i postanowiłem przymknąć oko na to niedopatrzenie. Samo mięso smakowało nieźle, choć oczywiście w wersji krwistej byłoby o niebo lepsze. Na duży plus zasługuje dodatek w postaci purée z marchewki z prażonym kokosem – bardzo ciekawe i pasujące połączenie. Całe obiadowo-kolacyjne doświadczenie uwieńczyła butelka smacznego, mocno owocowego czerwonego wina rodem z Austrii.

IMG_20150502_151102_1 IMG_20150502_134654_1

Właściwy festiwal (a co? niechaj dumne to brzmi!) wystartował w naszym przypadku na Ostrowie Tumskim, gdzie przy Bramie Poznania rozstawiono namioty symbolizujące cztery elementy historii Polski, a także zorganizowano nad rzeką miejsce do zabaw dla dzieci (próbowano odwzorować dawne gry widoczne na słynnym obrazie Bruegla) i kilka punktów gastronomicznych. Skupmy się na tych ostatnich. Dominowała kuchnia bezmięsna, więc jako zdeklarowany mięsożerca raczej nie znalazłem tam wielu pokus dla siebie. Przez to zaś, że większość napojów była dosładzana, jedyne co byłem w stanie wypić to kawa i woda mineralna. Ciepła, bo lodówki nie było. Oczywiście nawet tak bekonowo-wołowa dusza jak moja jest w stanie czasem przełknąć coś innego, więc spróbowałem bobu po libańsku, gołąbków z botwinką i kaszą gryczaną, a także pierogów z warzywami i mięsem (jedna z nielicznych niejarskich pozycji w ofercie). Pierwsze danie przypominało nieco w konsystencji fasolkę po bretońsku i gdyby dodać tam dobrze podwędzaną kiełbasę, byłoby super. Gołąbki odrzuciły mnie zapachem, gdyż aromat gotowanej kaszy gryczanej przywodzi mi na myśl szkolną stołówkę lub inne tego typu miejsca masowego żywienia, co nie kojarzy mi się dobrze. W smaku było już nieco lepiej, a dodatek botwinki stanowił ciekawe uzupełnienie. Pierożek jak to pierożek – w porządku. Farsz zarówno warzywny, jak i mięsny, okazał się całkiem smaczny. Pod Bramą Poznania spróbowałem jeszcze odrobinę deseru chałwowego z truskawkami, który od początku wyglądał na zbyt słodki, jednak dodatek świeżych owoców nieco przełamał ten jednowymiarowy smak. Nie jest to jednak zupełnie mój klimat, gdyż – jak zawsze powtarzam znajomym – moją ulubioną słodyczą jest plaster karmelizowanego w miodzie bekonu, marynowanego w whisky i porterze. Sama idea spotkania w tym miejscu i zorganizowanie festynu okazała się bardzo ciekawa, a do tego można było połączyć ją ze zwiedzaniem muzeum ICHOT, a także rozkoszować się słonecznym widokiem Katedry i terenów nadrzecznych.

11212334_1036968196332535_527699828_n IMG_20150502_171321_111186271_1036968012999220_1256370356_n 11210241_1036968042999217_877803226_n

Na sobotnią obiadokolację udaliśmy się do Le Palais du Jardin – miejsca, które mieliśmy już odwiedzić wcześniej… dwukrotnie. Raz jednak wybraliśmy inny lokal, a za drugim podejściem – gdy chcieliśmy wykorzystać kupon zniżkowy – okazało się, że problemem jest przedłużenie jego ważności o kilkanaście dni. A więc – do trzech razy sztuka. Ku naszemu zdziwieniu, nie było kolejek, a sami zajęliśmy bodajże pierwszy stolik w rynkowym ogródku restauracji. Jako przystawki wjechał tatar wołowy i fumet z sarniny z ravioli z orzechami i sarniną confit. Już sam wygląd wołowiny wzbudził nasze zdziwienie, gdyż zamiast karmazynowej czerwieni, prezentowała się ona raczej w barwach brązu. Okazało się, że mięso zostało zamarynowane w sosie sojowym. Dressing stanowił czarny kawior i papryczka chili. Przystawka dała nam doświadczenie nieco inne, niż spodziewane, aczkolwiek bardzo smaczne i nowe, co się ceni. Wielbiciele klasycznego tatara zapewne poczuliby niedosyt, ale jako osoby otwarte na nowości – zwłaszcza z udziałem mięsa – byliśmy zadowoleni. Mój fumet smakował delikatnie, nieco tłustawo, a pierożek z orzechami i sarną miał lepszy farsz niż ciasto, które mogłoby być mniej mączne. Wybrane przez nas dania główne to filet z łososia z grzybami leśnymi i karkówka z dzika w winie z ziemniakami truflowymi i kremem z topinamburu. Nie wiem skąd restauracja bierze leśne grzyby na początku maja, ale faktem jest, że ryba podana była z pastą z bardzo drobno zmielonych/posiekanych okazów. Sam łosoś pachniał nieco mułem, ale to dobrze – ryba mająca zapach kojarzy mi się z naturalnością, a wyprany z morskich aromatów egzemplarz przywodzi na myśl sztuczne hodowle. Być może to tylko sugestia, ale w uczcie zmysłów takowe grają istotną rolę. Ciekawą pozycją okazały się ziemniaki truflowe, które o ile smakowały dość zwyczajnie, to po przekrojeniu miały żywy, fioletowy kolor. Dzik, tak jak powinien, zachwycał zdecydowanym smakiem i aromatem. Pokuszę się o porównanie, iż mięso było lepsze niż w Domu Łowieckim, gdzie jakiś czas temu degustowaliśmy schab z tego samego zwierzęcia. Świetne kulinarne doświadczenie zakończył zaskakujący akord w postaci napoju. Pierwszy raz spotkałem się z naturalnym sokiem wyciskanym z cytryny – bez cukru i wody. Czysty sok. Świetna sprawa – idealne orzeźwienie. Polecam każdej restauracji wprowadzić taką opcję do menu – szczególnie na zbliżające się lato!

IMG_20150503_174550IMG_20150503_174956_1

Niedziela mogła obfitować w więcej wrażeń niż ostatecznie się to stało, jednakże po raz kolejny zdecydowano się zablokować jedną z głównych arterii miasta w środku dnia, by zorganizować bieg uliczny. To, co sądzę, o wyłączaniu ulic z ruchu, by zrobić dobrze biegaczom, pielgrzymom, demonstrantom czy zorganizowanym grupom rowerzystów, napisałem wystarczająco dosadnie na swoim prywatnym profilu, więc oszczędzę czytelnikom tego bloga kolejnej dawki złej energii, która się we mnie zbiera, gdy widzę działania władz miejskich kolejny raz rzucających kłody pod nogi kierowców. Ostatecznie, z godzinnym opóźnieniem i po utracie kilku tygodni życia z nerwów, udało mi się spotkać z Ukochaną i ruszyć na niedzielną odsłonę majówkowej imprezy. Mieliśmy iść popływać statkiem albo przejechać się drezyną w Mosinie, jednak na drugie nie było już miejsc, a na pierwsze nie było czasu przez ten cholerny bieg. Doskwierał nam głód, więc od razu udaliśmy się na obiad. Początkowym wyborem miała być restauracja Hotel Bazar, jednak tam powitała nas kolejka innych poszukiwaczy pięćdziesięcioprocentowych zniżek. Podobnie rzecz miała się w sąsiednim Bistro La Cocotte, gdzie także zabrakło wolnych stolików. Szybkie spojrzenie na aplikację mobilną i mapę, telefon i… udało się. Kilkaset metrów spacerem i dotarliśmy do restauracji japońskiej Goko. Jako że spotkaliśmy tam jeszcze znajomych, spędziliśmy w ogródku trochę czasu, delektując się całkiem dużym wyborem różnego rodzaju sushi. Ceny większości atrakcyjnie brzmiących pozycji, nawet po obniżce o połowę, okazały się zaporowe, więc zdecydowaliśmy się na dwa zestawy podstawowe w postaci 16 elementów (jeden wegetariański, a drugi rybny). Podczas półgodzinnego czasu oczekiwania obserwowaliśmy, jak do imponujących rozmiarów rośnie kolejka do sąsiedniego Czerwonego Sombrera. Poznaniacy zwęszyli promocję i ruszyli w miasto. Tak jak i my. Posiłek okazał się całkiem sycący, a jakość porównywalna do znanych z wcześniejszych wypadów produktów 77 Sushi. Na minus brak tempury w promocji, na plus alkohol za pół ceny, który w wielu innych miejscach był wyłączony ze specjalnej oferty festiwalowej. Majówkę uwieńczyła wizyta w kawiarni Różove na Wodnej, która cała jest zaprojektowana w kolorze zgodnym z nazwą. Idealne miejsce dla kobiet gustujących w takiej stylistyce. Sam koncept lokalu i jego wykonanie może okazać się całkiem dobrym ruchem marketingowym. Kawa klasyczna, bez żadnych fajerwerków z segmentu speciality, ciasto czekoladowe smacznie przełamane gruszką, jednak w moim kawałku trafiły się jakieś twarde elementy. Mnie na dłuższą metę ten różowy obraz męczy, ale nie wątpię, że znajdą się wielbiciele.

Podsumowując, w wielu miejscach odstraszyły nas dzikie tłumy, ale ogólnie wydarzenie na pewno warte ponownego uczestnictwa za rok. Kto nie był, niech żałuje. Rzadko zdarza się okazja zjeść w tak fajnych miejscach za tak śmieszne pieniądze. Co ciekawe – dla najmniej zamożnych ofertę -50% przygotowały także bary mleczne, co jest na pewno godne uwagi i pochwały. Studenci zaś mogli skusić się na dużą pizzę za 6 złotych czy lanego Carlsberga za 3,50. Grunt to trzymać rękę na pulsie i wiedzieć, gdzie pójść. Do zobaczenia za rok!

Poznań Za Pół Ceny – czyli majówka pod koziołkami