X Culinary Fest – Bajkowa kuchnia – 23-29.11.2015

Ostatnimi czasy naprawdę sporo się dzieje. Wczoraj zapraszałem Was na dziś zaczynające się Poznańskie Targi Piwne, a tymczasem już w przyszłym tygodniu odbędzie się kolejna, dziesiąta, edycja Culinary Fest w Poznaniu. Tym razem tematem przewodnim imprezy będzie Bajkowa kuchnia, a każda z uczestniczących restauracji otrzymała ambitne zadanie zaprojektowania specjalnego menu wiążącego się z baśniowymi motywami.

12038656_983512508387473_2506916317564541760_o.jpg

W bieżącej edycji festiwalu weźmie udział 38 slowfoodowych restauracji rozsianych po całym mieście. Zadbano też o promocyjne ceny, dzięki czemu każdy gość będzie mógł spróbować wielu podejść do tematu przewodniego. Za degustacyjny zestaw, składający się z dania głównego i przystawki, zapłacimy tylko 15 złotych (odpowiednio 12 i 5, gdy zamawiamy osobno), a dodatkowo za jedyne cztery złote otrzymamy kieliszek specjalnie dobranego do potrawy wina przygotowanego przez Faktorię Win A La Carte – jednego z nowych partnerów, oferującego ponad 100 gatunków wina na każdą okazję. Po skonsumowaniu posiłku, goście mogli będą ocenić swoje doświadczenie, dzięki czemu wyłoniony zostanie zwycięzca festiwalu. W IX edycji na podium znalazły się: Fiesta del Vino, Toga i Momo. Kto zwycięży tym razem? To już zależy od Was!

Zadbano także o odpowiednie szkolenie personelu restauracji, tak, aby każdy gość mógł dowiedzieć się czegoś więcej na temat wina, które zamawia. Sommelier Faktorii – Rafał Łojszczyk – podczas konferencji prasowej zapowiedział, iż niektóre pairingi nie będą oczywiste. Wszak od barwy wina ważniejsza jest jego charakterystyka sensoryczna. Co do innych nowości w stosunku do poprzednich edycji, partnerem Culinary Fest został także wchodzący na poznański rynek Uber, dzięki czemu nowi użytkownicy aplikacji będą mogli liczyć na darmowy przejazd do restauracji biorącej udział w festiwalu, wpisując specjalny kod przy rejestracji.

Oprócz samego menu festiwalowego, organizowane będą też imprezy towarzyszące, takie jak degustacja win w Concordia Design czy warsztaty kulinarne organizowane przy współpracy z ekipą popularnego francuskiego przewodnika Gault&Millau.

Co do samego serca festiwalu, czyli bajkowego menu, opublikowano w internecie propozycje uczestniczących restauracji, a więc każdy gość może już teraz zdecydować, gdzie się wybierze w poszukiwaniu nowych smaków. Tych zaś będzie cała gama, od warzywnych zup, przez drób i owoce morza, po dziczyznę. Sam nie zdecydowałem jeszcze, gdzie się udam, ale na pewno mocno mnie kusi ragout z łosia U Myśliwych.

Więcej informacji o festiwalu, całej idei, menu oraz partnerach możecie znaleźć na stronie wydarzenia na Facebooku. Z mojej strony na pewno zaś możecie spodziewać się – jak zawsze – introspektywnej relacji smakowej po zakończeniu imprezy. Poprzednią możecie przeczytać tu.

Reklamy
X Culinary Fest – Bajkowa kuchnia – 23-29.11.2015

IX Poznań Culinary Fest i IX Ogólnopolski Festiwal Dobrego Smaku

Zgodnie z facebookową obietnicą, nadeszło czwartkowe popołudnie, a więc czas na krótką relację z dwóch poznańskich imprez, w których miałem przyjemność (ach, te spoilery…) uczestniczyć w ubiegłym tygodniu. Planowałem co prawda dość bardziej intensywną partycypację, jednak zdrowie nie pozwoliło na więcej degustacji z okazji Oszukać Podniebienie, a na uroczystą kolację na Ogólnopolskim Festiwalu Dobrego Smaku się, niestety, nie załapałem. Może następnym razem.

Poznań Culinary Fest – Oszukać Podniebienie

O mojej poprzedniej wizycie na Poznań Culinary Fest możecie poczytać tutaj. Otrzymałem wówczas także komentarze odnośnie niejasnych spraw finansowych związanych z festiwalem i teraz bardzo chętnie dowiem się, jaki był finał tej sprawy. Piszcie śmiało. Niemniej jednak, najważniejsze dla mnie – jako konsumenta – były doznania aromatyczno-smakowe. Wraz z Ukochaną wybraliśmy tym razem dwie restauracje: dobrze nam znany zespół specjalistów od morskiego zwierza – Momo, a także dziewiczą dla nas mekkę koneserów dobrego wina – Fiesta del Vino.

Stolik w restauracji przy ulicy Szewskiej zamówiliśmy z wyprzedzeniem, jednak – mimo obaw – tłumów nie było. Na pierwszy rzut oka Poznań Za Pół Ceny przyciągnął o wiele większe rzesze smakoszy. No ale wiadomo – mało co Polak ceni bardziej niż promocje. Zestawy podczas tej edycji Culinary Fest składały się z dwóch posiłków: przystawki oraz dania głównego, w zuniformizowanej cenie 15 złotych w każdej z restauracji. Serwowane porcje były naprawdę degustacyjne, ale właśnie o to chodziło w tym całym przedsięwzięciu. Uczestnicy mieli okazję stosunkowo niewielkim kosztem spróbować różnych kuchni i asortymentu wielu restauracji.

Jpeg
Krewetka w żółtym curry
Jpeg
Linguine z ośmiorniczkami

Jako entrée w Momo na stół wjechała krewetka podawana w żółtym curry, z dodatkami w postaci owoców leśnych. Kuchnia tradycyjnie nie zawiodła i chciało się tej ambrozji więcej i więcej. Nawet jako miłośnik ostrych przypraw nie protestowałem, że zbyt łagodne, gdyż mocniejsze doprawienie dania zdominowałoby smak krewetki. Danie główne to pełne pachnącego sosu pomidorowego linguine po neapolitańsku z ośmiorniczkami baby, tartym parmezanem i świeżymi ziołami. W przypadku menu degustacyjnego nie nastawialiśmy się, rzecz jasna, na najedzenie do syta, natomiast nasze kubki smakowe domagały się dokładki. Chcąc zdywersyfikować nieco nasze doznania, poszliśmy naprzeciwko – do Racji Mięsa – jednak musieliśmy obejść się smakiem (a właściwie marzeniem o smaku…), gdyż wszystkie festiwalowe zestawy zostały już do tego czasu zjedzone. Ciekawostką był dla mnie patronat Doctor Brew nad imprezą. Korzystając z tego, iż żadne z nas nie kierowało tego wieczoru samochodem, wypiliśmy po butelce Summer Ale i Sunny Ale. O ile to pierwsze prezentowało całkiem niezły poziom, miało wyważony cytrusowy aromat i chmielową goryczkę, to druga pozycja pozostawiała nieprzyjemne wrażenie na języku i dawała co najwyżej przeciętne doznania dla nosa. Dodatkowo, oba piwa miały duży problem z klarownością i pianą. Błotnistość to już właściwie znak rozpoznawczy Doctorów.

Jpeg
Ośmiornica i salsa
Jpeg
Policzek z risotto i kurkami

Jako że Fiesta del Vino to lokal położony bardzo daleko od naszych szlaków komunikacyjnych, poświęciłem się i wziąłem samochód, co – udając się do winiarni – raczej nie wydaje się najmądrzejszym pomysłem. Wygoda tym razem jednak wygrała nad chęcią spróbowania asortymentu win. Jako że była to nasza pierwsza wizyta w tym miejscu, zaskoczyła nas przede wszystkim obsługa. Kelner po kolei opowiadał w szczegółach o każdej drobnostce, która pojawiła się na talerzu. Podczas degustacyjnego wieczoru stanowiło to na pewno duży plus. Przystawką w zestawie oferowanym przez Fiesta del Vino była ośmiornica z chipsem z sepii na zielonym pesto, a także salsa z krewetek, pomidorów i trybuli. Smak głowonoga zaskoczył mnie zupełnie, gdyż mięso miało tak jędrną teksturę, jaką można spotkać np. w tuńczyku – zero gumowatości czy ciągliwości. Krewetkowa salsa z kolei doskonale wpisała się w morski klimat przystawki i sprawiła, iż przed daniem głównym nasze apetyty pozostawały niezaspokojone i pełne nadziei. W końcu na stole pojawił się policzek z prosiaka (do tej pory jadłem tylko wołowe) podany na risotto demi-glace wraz z suszonymi kurkami. Dodatek skrobiowy rozpływał się w ustach, podobnie jak mięso, a grzyby świetnie grały ostatni akord uczty. Szkoda jedynie, że nie mogłem tym razem rozkoszować się bogatą ofertą win tego miejsca. Gdy temperatury pozwolą już na poruszanie się po mieście bez klimatyzowanego auta, zajrzę na lampkę lub dwie.

Jpeg
Pulled beef z ogórkiem
Jpeg
Cezar z indykiem i jabłkami
Jpeg
Risotto z rostbefem
Jpeg
Antrykot z sałatką rakową
Jpeg
Ossobuco z indyka

Ogólnopolski Festiwal Dobrego Smaku – Warsztaty z ARR

Jak już pisałem we wstępie, nie załapałem się na uroczystą festiwalową kolację, jednak nie mogłem przepuścić warsztatów organizowanych przez Agencję Rynku Rolnego w Restauracji Toga (pisałem o niej tu) na temat dań z indyka i wołowiny rasy Highland. Tak się jakoś złożyło, że dopiero co wróciłem ze Szkocji, gdzie miałem okazję oglądania tego bydła na żywo (relacja z wyspiarskich doznań smakowych niedługo!). Pierwsza rzecz, jaka mnie nieco zaskoczyła, to średnia wieku uczestników. Zwykle na podobnych imprezach raczej dominowali ludzie młodsi, a tu sam zaliczałem się raczej do młodszych amatorów kulinariów. To świetna sprawa! Tego właśnie brakuje mi w Polsce – większego uczestnictwa we wspólnym życiu towarzyskim ludzi w średnim wieku, a także starszych. W Glasgow widok kilkudziesięciolatka śpiewającego w barze karaoke, czy tańczącego w pubie do muzyki na żywo, nikogo nie dziwił. Same warsztaty poprzedził miniwykład na temat krów rasy Highland przeprowadzony przedstawiciela patronów wydarzenia, a następnie podzielono nas na dwa zespoły. Każda drużyna otrzymała kucharza-opiekuna, który dyrygował pracami i służył dobrą radą na temat przygotowywanych potraw. Wraz z moją ekipą na początek zrobiliśmy kanapki z szarpaną wołowiną i ogórkiem, by podsycić apetyty degustatorów, a następnie zabraliśmy się do robienia indyka. Tym razem naszym wspólnym wysiłkiem wykonaliśmy sałatkę Cezar, zastępując występującego oryginalnie w przepisie kurczaka jego bardziej szlachetnym kuzynem. Dressing wykonaliśmy z majonezu, jogurtu, tartego sera i czosnku, a także odrobiny anchois. Na zakończenie danie przyozdobiliśmy plasterkami jabłek poddanych wcześniej szybkiej kąpieli lodowej, co miało uczynić je bardziej chrupkimi. Drugim wspólnie mieszanym daniem było risotto z prawdziwym szafranem i szpikiem kostnym, podlewane bulionem i białym winem. Potrawę dopełniał wcześniej upieczony rostbef. Ciekawe było to, że mięso po przekrojeniu miało kolor… łososiowy. Drugi zespół uczestników warsztatów przygotował z kolei antrykot (moim zdaniem za cienko pokrojony i przez to zbyt twardy i mało krwisty) z przepyszną sałatką z szyjek rakowych, pieczonej papryki i kukurydzy. Ten dodatek był tak dobry, że kilkakrotnie chodziłem po dokładkę. Jeśli chodzi o indyka, to na stole pojawiło się ossobuco ze świeżymi ziołami, takimi jak rukiew czy szałwia. Oprócz jedzenia, restauracja zapewniła bardzo potrzebną w taki upał wodę mineralną i naturalne soki z jabłek. Warsztaty upłynęły w miłej i rodzinnej atmosferze wzajemnej pomocy i dobrych rad. Gdy wychodziłem, dużo jedzenia zostało, ponieważ już nie dawaliśmy rady więcej w siebie zmieścić. Wszystkie nasze kulinarne dzieła zachwycały jednak smakowitością, więc założę się, że się nie zmarnowały… Dzięki i do następnego razu!

IX Poznań Culinary Fest i IX Ogólnopolski Festiwal Dobrego Smaku

Culinary Fest – Poznań Restaurant Week – 11-17 maja 2015

Tak jak pisałem ostatnio, praktycznie w każdy weekend dzieje się w Poznaniu coś ciekawego pod względem kulinarnym. Już jutro idziemy na Noc Restauracji, tydzień temu odwiedziliśmy Beer Friends Festival, a w jeszcze poprzednim wzięliśmy udział (trzykrotnie!) w Culinary Fest – Poznań Restaurant Week. Właśnie o tym wydarzeniu postanowiłem dziś napisać kilka słów. Zanim to jednak nastąpi, chciałbym podziękować ekipie Van Cygan za wyczerpującą odpowiedź na moją recenzję sprzed tygodnia.

Prolog

Zacznę od ciosu kijem przez łeb. Wynajęta przez organizatorów firma IT, odpowiedzialna za system rezerwacji, nawaliła na całej linii. Najpierw strona nie działała w ogóle, potem nie można było przejść do sekcji poznańskiej, a na samym końcu – gdy już udało mi się zarezerwować stolik – otrzymałem po dwóch dniach informację treści mniej więcej takiej: przykro nam, że zdecydował się pan na anulowanie (sic!) rezerwacji. Rzecz jasna nic nie anulowałem, a pieniądze zostały wpłacone i zaksięgowane od razu. Na szczęście obsługa restauracji Warto nad Wartą była bardziej profesjonalna niż twórcy systemu rezerwacyjnego i bez problemu udało się nam zrealizować to, co od początku planowaliśmy. Poza początkowym zgrzytem organizacyjnym, festiwal minął smacznie i relatywnie tanio. Kilkadziesiąt restauracji z kilku miast przygotowało specjalną trzydaniową ofertę za 39 złotych. W wielu miejscach klienci mogli wybrać jeden z dwóch zestawów (pomyślano o jaroszach). Z racji ceny nie należało się nastawiać na jedzenie do syta, a raczej na degustację i odkrywanie nieznanych smaków i aromatów.

11258627_1041990735830281_1206934168_n11119607_1041990829163605_1021002437_n11257616_1041990835830271_1265988108_n

Akt I – poniedziałek – Piano Bar

Piano Bar w Starym Browarze to restauracja, która do czasu wizyty w tym miejscu kojarzyła mi się z bardzo wysokimi cenami i przesiadującymi tam bogatymi ludźmi, często pochodzenia romskiego, podczas gdy ich dzieci biegają frywolnie po terenie galerii handlowej. Tamtejszą doskonałą kuchnię rekomendował mi mój przyjaciel, więc korzystając z tegoż polecenia udałem się z Ukochaną na Półwiejską. Wewnątrz miejsce nie wygląda aż tak luksusowo, jak przypuszczałem, ale jako że nie lubię napuszonych miejsc, stanowiło to pierwszy plus. Zgodnie z obawami, za towarzyszy biesiady przy sąsiednich stolikach mieliśmy uczestników dwóch dość dużych spotkań biznesowych, więc staraliśmy się znaleźć kącik, gdzie będzie w miarę cicho i przytulnie – co na szczęście udało się bez problemu. Co do samego jedzenia – na przystawkę wjechała sałatka pak choi z młodym szpinakiem i owocami leśnymi. Połączenie malin z oliwą z oliwek stanowiło dość ciekawą fuzję smaków, jednak osobiście wybrałbym inny dressing. Ten z kolei nie zawiódł przy dorszu. Sos bearneński wraz z zatopionymi w nim szparagami komponował się z rybą doskonale. Sama porcja była średnich rozmiarów, natomiast moja partnerka niestety otrzymała rzekomy filet ze sporą ilością ości. Desery – jak zdążyliście zapewne zauważyć – nie są dla mnie ważnym punktem programu. Karmelowy krem z malinami był zjadliwy, aczkolwiek maleńki. Ogółem wizyta na plus, poza niedopatrzeniem związanym z filetowaniem dorsza.

11269017_1041989505830404_1270441905_n 11261092_1041989499163738_986635448_nIMG_20150513_213258_1 IMG_20150513_214444_1

Akt II – środa – Warto nad Wartą

Opisywana środa to dla nas dzień szczególny – wszak moja Ukochana obchodziła tego urodziny. Z bukietem róż przybyłem do restauracji odpowiednio wcześnie, zająłem stolik (jeszcze raz dziękuję ekipie z WnW za naprawienie nieswojego błędu związanego z rzekomym anulowaniem rezerwacji) i oczekiwałem na partnerkę popijając kawę. Jako że tu wzięliśmy dwa różne zestawy, kłopot stanowiło dobranie odpowiedniego wina, gdyż ciężko było dopasować coś, co może jednocześnie stanowić akompaniament dla wołowiny i pstrąga. Ostatecznie polecono nam włoskie wino różowe, które spełniło swoją rolę w stopniu zadowalającym. Sama obsługa i sposób otwierania i serwowania trunku stały na najwyższym poziomie elegancji i profesjonalizmu. Co do jedzenia, to w moim zestawie na przystawkę otrzymałem mikroskopijny rostbef z sorbetem z antonówki, który swoją temperaturą wystudził mięso. Poza rozmiarem i temperaturą smakowało dobrze (w końcu to wołowina!), a orzechowo-waniliowe nuty z dressingu stanowiły ciekawy akcent poboczny. Śledzik mojej partnerki także był maleńkich rozmiarów, więc czekaliśmy na coś większego na danie główne. Policzki wołowe – główny element mięsnego zestawu – po raz pierwszy jadłem w Czechach i od środowej wizyty oczekiwałem, iż moje myśli powrócą do tamtego magicznego popołudnia na ryneczku w urokliwym Taborze. Posiłek nie zawiódł. Miękka, wręcz maślana konsystencja, a także smak tego dania, to prawdziwe niebo w gębie. Oczywiście, porcja mogłaby być większa, ale i tak za tę cenę uważam, że… nad Wartą było Warto. Pstrąg Ukochanej, okraszony sosem z białego wina, oceniony został przez Nią również na piątkę. Na słodko otrzymałem mus z białej czekolady z bardzo ciekawymi lodami cynamonowymi i… no właśnie – czym?… Albo pamięć myli nas oboje, albo zamiast figurujących w menu śliwek dostałem maliny. Reasumując – mało, ale smacznie.

IMG_20150517_17025811287176_1048614978501190_1369190972_n11349019_1048614095167945_914452859_n

Akt III – niedziela – Toga

Niedzielna wizyta w Todze była dosyć niespodziewana, gdyż planowaliśmy tylko dwa wyjścia. Po zobaczeniu menu stało się jednak jasne, że musimy tam iść. Oto w restauracji usytuowanej z tyłu budynku, w którym mieści się empik na Placu Wolności, serwowano… koninę. Reakcja znajomych na samą ideę jedzenia konia była jednoznacznie negatywna, a to tylko spotęgowało moją chęć skosztowania zakazanego owocu. Podobno w dzieciństwie jadłem przywiezione przez tatę kabanosy z konia, ale nie mogę pamiętać tego smaku. W Todze ciemna polędwiczka końska (maleńka) faszerowana była serem, co nieco zniekształciło jej smak, aczkolwiek wyczuć się dało charakterystyczną słodycz. Oprócz smaku ważny element stanowił jednak wspominany czynnik nowości i wszechogarniającego niezrozumienia. Te pytania: ale jak to – konina? Jak możesz to jeść? Przecież to konik! Oczywiście ci ludzie nie mają nic przeciwko zjedzeniu słodkiej świnki czy krówki. Koninie towarzyszyły lubiane przeze mnie ziemniaki truflowe (walory wizualne!), rabarbar i warzywa. Poza koniem w Todze zauważyłem jeszcze jedną pozycję w menu, która natychmiast powędrowała na sam szczyt mojej listy do spróbowania. Oto w tym miejscu można zjeść tatar z… serca wołowego! Surowe serce na talerzu – czy może być coś bardziej heavymetalowego do jedzenia?! Moja rogata rockandrollowa dusza aż skakała z radości na samą myśl o krwistej uczcie. W wolnej chwili na sto procent spróbuję. Zacząłem jednak opis wieczerzy od środka, a warto wspomnieć o arcyciekawej przystawce, w której skład wchodziły rośliny ogrodowe, takie jak: czosnek niedźwiedzi, szczaw, bratki, czy liście kwiatów. Niedaleko od stolika zauważyłem też książkę na temat jadalnych chwastów. Bardzo doceniam takie pomysły i inicjatywy – od razu przypomniało mi się jedzenie liści marchwi w Vine Bridge przed rokiem. Wszystko to jest zgodne z filozofią zero waste, czyli brak strat – wszystko, co nie zagraża naszemu zdrowiu, jest jadalne i może kryć smaki i aromaty, o których nawet nam się nie śniło. Warto o tym pomyśleć, zanim następnym razem wyrzucisz do kosza coś, co mogłoby być pożywieniem. Na deser zaserwowano deskę z truskawkami, octem balsamicznym, pieprzem i cukrem pudrem – do dowolnego łączenia i próbowania. Najlepiej wypadły z balsamico i pieprzem. Na sortie zostaliśmy jeszcze poczęstowani leżakowanym w beczce dwudziestokilkuletnim octem z Modeny, który sam w sobie mógłby stanowić osobne danie. Decyzja na temat uczestnictwa w trzecim akcie Restaurant Week okazała się bardzo słuszną. Do Togi wrócimy – by pożreć surowe serce. Dodam jeszcze, że obsługa w Todze urzekła mnie swoją swojskością, a znad usytuowanego na podwyższeniu stolika spoglądały na nas akty robione metodą zdjęcie + obraz. Nie przeszkadzało to w promowaniu miejsca jako przyjaznego dzieciom. Niestety, muszę dołożyć także łyżkę dziegciu – talerze, z których jedliśmy, miały widoczne ślady tłustych palców, a sztućce leżały na stole, a nie na serwetce. Z mojej strony jednak liczy się przede wszystkim jedzenie.

Epilog

Tygodniowa degustacja kosztowała nas niecałe 120 złotych od osoby. Mimo tego, że porcje nie powalały wielkością, jesteśmy zadowoleni z arcyciekawych doświadczeń aromatyczno-smakowych i z pewnością weźmiemy udział w kolejnej edycji imprezy. Mam jednak nadzieję, że następnym razem organizatorzy Culinary Fest nie poskąpią pieniędzy na sprawdzonego operatora systemu rezerwacji i obędzie się bez wpadek znanych z niedawno zakończonej odsłony.

Culinary Fest – Poznań Restaurant Week – 11-17 maja 2015