Poznańskie Targi Piwne 2015

Cóż to była za końcówka miesiąca! Najpierw Poznańskie Targi Piwne, potem cały tydzień kosztowania gamy baśniowych interpretacji podczas X Culinary Fest, a na koniec jeszcze encore w postaci Steak by Steak, czyli to – co mięsożercy lubią najbardziej. Zacznijmy jednak chronologicznie.

P_20151121_192935.jpg

Na targi trafiłem w piątkowe popołudnie, po delikatnym biforku na rozbudzenie apetytu. Ekipa Poznańskiej Loży Piwnej zaczęła się powoli kompletować, więc można było rozpoczynać wspólne degustacje. Zanim jednak do nich przejdziemy, kilka słów o całym przedsięwzięciu. Czytelnikom winny jestem przede wszystkim sprostowanie, gdyż zapowiadałem, iż –wzorem zeszłej edycji – będzie można nabyć na PTP sery od Marka Grądzkiego. Tym razem jednak takiej możliwości nie było – a szkoda, bo bardzo na nie liczyłem. Drugim minusem – na szczęście w porę zażegnanym przez ludzkie działanie – były wybitnie… niefestiwalowe pojemności lanego piwa przez dużą część wystawców. Idąc na taką imprezę, chce się spróbować jak największej ilości różnych propozycji, a nie stać przed wyborem: 0,3 czy 0,5 litra. Jak jednak napisałem – ludzkie działanie zwyciężyło i w dalszej części imprezy właściwie u wszystkich można było napić się piwa o mniejszej pojemności. Za ten początkowy zgrzyt nie mogę jednak winić ani browarów, ani organizatorów, lecz jedynie opresyjne, fiskalne państwo, które chce regulować każdy element naszego życia – oczywiście dla naszego dobra. Poza tym, impreza była okazją do spotkania się w gronie znajomych, wspólnych rozmów, śmiechów, żartów i – oczywiście – degustacji. Oprócz tego mogłem spotkać także tych, którzy w Poznaniu nie bywają zbyt często. Piwnej integracji nie było końca. Nie zabrakło też wspólnych śpiewów, zdjęć i nawiązywania nowych znajomości. Ostatecznie – piwa można się napić samemu w domu – a na festiwal idzie się po to, by pobyć z ludźmi, którzy są podobnie zakręceni na jego punkcie.

P_20151121_231938.jpg

Degustacje zaczęły się od mocnego uderzenia, mianowicie od Samca Alfa, imperialnego stoutu z płatkami z beczki po bourbonie, zaprezentowanego gościom przez browar Artezan. Poprzeczka została zawieszona bardzo wysoko, gdyż mieliśmy tu niebywałe uderzenie słodyczy, wanilii i czekolady, delikatną nutę kawową, a to wszystko podane w gęstej, treściwej teksturze. Właściwie do końca imprezy ciężko było o coś równie pysznego. Wielka klasa i brawa dla piwowarów. Od początku nastawiałem się właściwie głównie na RISy, gdyż jest to mój ulubiony styl, a takie wydarzenie to doskonała okazja, by spróbować ich wiele. Kolejnym piwem w tym stylu, wartym uwagi, jest kooperacja browaru Bednary z poznańską Centralą Piwną. Saint Satanislav prowokuje bluźnierczą etykietą, za co już ma plusa, gdyż sztuka (a kraft sztuką jest!) spełnia swoje zadanie, gdy przekracza granice, depcze autorytety i przełamuje tabu. Dla mnie istotną informacją był fakt, iż piwo to zostało uwarzone z udziałem słodu wędzonego torfem – zdecydowanie mojego ulubionego. Oczywiście, jako zwolennik posmaków mocno dymionej whisky, chciałbym, aby sypnięto go nieco odważniej, ale na to pewnie przyjdzie jeszcze czas. RIS ten nie jest zbyt mocny (8%), więc i tekstura nie sprawia wrażenia bardzo gęstej. Satanislav daje jednak bardzo fajne wrażenia smakowe w postaci czekoladowego likieru z truflowo-kawową nutą. Z pewnością ten kooperacyjny wypust oceniam pozytywnie i liczę na powtórkę. Spośród nowych mocarzy dane było mi jeszcze spróbować dwóch. Wzmocniony quadrupel Fest Buba z SzałuPiw – mała próbka wzięta od kogoś dała mi wrażenie, że jest to piwo potężne, przed którym czuje się respekt, ale jednocześnie fajnie ułożone i owocowe. Natomiast One At All z Beer Bros to – niestety – największa porażka targów jeśli chodzi o RISy. Nie zaklasyfikowałbym w ogóle tego piwa do tej kategorii – 18 blg to stanowczo za mało, by stawać w szranki z rywalami klasy wspomnianego na początku Samca Alfa. W nosie kawa zbożowa z mielonych żołędzi i sporo siarki. W ustach lekki kwasek, trochę dyskontowej kawy i wodnistość. Nie dopiłem, a to rzadkość. Pozostając w klimatach mocnych, jednak już klasycznych, polskich – czas powiedzieć coś o dwóch porterach bałtyckich. Pierwszy z nich to wersja 24 blg z Chmielarium (na szczęście pijąc z beczki nie widać tych strasznych etykiet…). Aromatycznie mocno przeciętnie, ale w smaku już pojawia się trochę czekolady. Dziesięciu procent alkoholu też jakoś mocno nie czuć. Na pewno piłem lepsze bałtyki, ale ten zły nie był. Zdecydowanie lepiej zaprezentowało się, zdaniem wielu, najlepsze piwo premierowe na PTP – 652 m n.p.m. z Podgórza. Poddany rocznemu leżakowaniu w browarze porter bałtycki zyskał świetny czekoladowy front, który świetnie współgrał z nutami pumpernikla i śliwki kalifornijskiej. Alkohol ułożony doskonale. W odczuciu pełne, gładkie, deserowe. Jeśli ktoś jeszcze nie próbował, to koniecznie powinien to zmienić!

P_20151121_191525.jpg

Oprócz piw bardzo mocnych, z premierowych propozycji spróbowałem czegoś, co wzbudzało nieufność. Mianowicie Cherry Milk Stoutu z browaru Amber. Mimo że czasy, gdy piwa z Ambera, Ciechana czy Fortuny na tle eurolagerowej pustyni zachwycały, bezpowrotnie minęły, to nadal jestem zdania, iż browary z segmentu regionalnego potrafią pozytywnie zaskoczyć, co umiejętnie udowodnił niedowiarkom Kormoran serią Podróże Kormorana. Niestety, tu miłej niespodzianki nie było. Trochę zbożowej kawy, ciut masła i wiśniowy kwasek. Spodziewałem się raczej mocno słodkiego (od laktozy), solidnie palonego, ale i czekoladowego piwa, z nutą znaną z likierowych czekoladek z wiśnią. Tu jednak tego nie było. Aby zakończyć degustacyjne wrażenia (było ich więcej, ale nie sposób o wszystkich pisać) pozytywnie, dodam, że Dwa Smoki z beczki po starce z Pracowni Piwa pachniały ciekawie i równie fajnie smakowały, choć mogło to nieco przywodzić na myśl aromat młodego domowego piwa. Także próbowana po raz pierwszy Cascara z Artezana wywarła spore wrażenie na mych kubkach smakowych. Sam będę musiał tego dodatku użyć w którymś ze swoich piw. Spoza wymienionych propozycji, jak zwykle klasę trzymały Kingpin, Birbant i niezwykle aktywny jeśli chodzi o liczbę nowych piw Browar Setka.

P_20151121_202051.jpg

Poza degustacjami, goście mogli skorzystać z bardzo smacznych propozycji gastronomicznych (choć i tak tęsknię za serami z zeszłego roku…) w postaci burgerów, pizzy, zapiekanek, frytek, wypieków z Masz.Babo.Placek, suszonej wołowiny czy litewskich wędlin. W chwili przerwy dla żołądka zaś, można było posłuchać muzyki, wykładów zaproszonych gości oraz być świadkiem rozdania nagród Konkursu Piw Rzemieślniczych – przeniesionego z Festiwalu Birofilia, a także Konkursu Piw Domowych. Szkoda, że nie wszystkie liczące się w Polsce browary wystawiły swoje piwa w kategoriach konkursowych, gdyż uczestnictwo Pracowni Piwa czy Artezana na pewno namieszałoby trochę w stawce. Ze swojej strony gratuluję tym, którzy zgarnęli medale, a zwłaszcza zdobywcy tytułu Kraftu Roku (za wędzony porter z Widawy) – Wojtkowi Frączykowi.

Jpeg

 

Dziękuję organizatorom, że ponownie ogarnęli świetnie temat i sprawili, że spędziłem dwa (w niedzielę już odpoczywałem) dni pełne pozytywnych emocji i doskonałych doznań smakowych. Oby za rok było równie dobrze, a może i lepiej? Dziękuję też tym wszystkim ludziom, z którymi ten czas udało mi się przeżyć. Zarówno starym znajomym, jak i nowo poznanym. Do zobaczenia gdzieś na piwnym szlaku!

Reklamy
Poznańskie Targi Piwne 2015

Premiera Browaru Setka – Kapitan Drake

W ubiegłym tygodniu miałem przyjemność uczestniczyć w oficjalnej premierze pierwszego piwa z nowego browaru na poznańskiej mapie piwnej. O ile inicjatywa jest nowa, to już marka i ludzie stojący za nią są dobrze znani wszystkim miłośnikom dobrego piwa w mieście. Mowa oczywiście o Browarze Setka, utworzonym przez ekipę znanego i lubianego wielokranu o tej samej nazwie.

JpegPierwsze piwo Grzegorz, Seweryn i Maciek uwarzyli w Widawie, u doświadczonego Wojtka Frączyka, dopełniającego skład Browaru Setka – i od razu uderzyli z grubej rury jeśli chodzi o styl. Nie wypuścili na rynek kolejnego podobnego do siebie pale ale z amerykańskim chmielem, lecz postanowili zaszaleć z ambicją i kreatywnością. Ich debiut – Kapitan Drake – to mojito gose, czyli piwo kwaśne, słone, doprawione limonką, a na dodatek chmielone na zimno Mosaikiem. Już przed spróbowaniem tego trunku należało wyrazić swój podziw za odwagę. Przynajmniej ja, jako człowiek uwielbiający wszelkie eksperymenty i dziwactwa w każdej dziedzinie życia, na pewno przyjąłem wiadomość odnośnie stylu debiutanckiego piwa Setki z szerokim uśmiechem na ustach.

JpegPiwo prezentowało się niczym świeżo wyciskany sok z cytryn pity w letnim ukropie na Starym Rynku podczas podziwiania skąpo ubranych kobiet zażywających miejskiej kąpieli słonecznej. Jasnożółta barwa, weizenowa mętność i trwała, śnieżnobiała piana przywodziły w ten październikowy wieczór na myśl minione ciepłe dni. Na aromat piwa składały się mocne uderzenie świeżo startej limonki oraz cytrusowa nuta chmielu Mosaic z odrobiną orzeźwiającego soku z białej cebuli. W smaku sól czuć było delikatnie, natomiast pierwsze skrzypce grał cytrynowy kwasek, uzupełniany oczywiście o drugi rodzaj kwaśności pochodzący od kwasu mlekowego. Co ciekawe, udało mi się dowiedzieć, iż osiągnięty został on w tym piwie dzięki metodzie sour mash, czyli poprzez zakwaszanie zacieru. Jak można było się przekonać, efekt okazał się bardziej niż zadowalający. Wracając do aspektu słoności, to kilka osób uznało, iż soli jest tu za dużo, natomiast ja jako człowiek przyzwyczajony do mocno słonych mięs tego nie zanotowałem. Smak słony jest oczywiście wyczuwalny, ale na stonowanym – według mnie – poziomie. Dopiero w posmaku, pod koniec picia, mamy uczucie cierpkości wokół ust, spowodowane właśnie oddziaływaniem soli. Jeżeli chodzi o pijalność, to ta stoi na bardzo wysokim poziomie. Piwo pochłania się bardzo szybko, a kompozycja smakowa sprawia, iż jego rześkość byłaby idealnym rozwiązaniem na zwalczanie skutków lipcowego upału. Szkoda, że Setka nie wypuściła Kapitana Drake’a kilka miesięcy wcześniej, gdyż byłby to absolutny hit lata na polskiej craftowej scenie.

12091300_1711365189077364_7008945226349831094_o[1]Na koniec pochwalić muszę też gustowne grafiki i etykiety, jakie do Kapitana Drake’a zaprojektowała Iwona Przybyła, wraz z autorską interpretacją samej postaci legendarnego korsarza. Jak już wiadomo, Browar Setka nie ma zamiaru spoczywać na laurach i w najbliższych dniach premierę będzie miało kolejne piwo pod tą marką – Enigma – amber ale uwarzone w Browarze Jana w Zawierciu. Biorąc pod uwagę, iż zapewne niedługo potem pojawią się kolejne propozycje tej sympatycznej ekipy, warto już sobie zaplanować trzeci weekend listopada na Poznańskie Targi Piwne, gdzie piw Setki na pewno nie zabraknie. Gratuluję i na zdrowie!

Premiera Browaru Setka – Kapitan Drake

Beer Geek Madness 2 – relacja pofestiwalowa

Na Beer Geek Madness pojechałem drugi raz, mając w pamięci zeszłoroczną imprezę, która wywołała we mnie niemały entuzjazm. Oczekiwania miałem duże, a ślinianki kipiały z nadzieją na świeżą porcję ekstremalnych doznań smakowych. W końcu idea tej imprezy została niejako stworzona dla takiego człowieka jak ja – uwielbiającego jeść i pić wszystko co dziwne, przegięte i inne. Szczerze mówiąc niewiele interesowała mnie mnogość atrakcji pobocznych w rodzaju studia tatuażu, golibrody, piwnych kosmetyków czy nawet koncertów – ten temat zostawię tym, którzy skorzystali z możliwości stworzonych przez organizatorów w owej materii. Najważniejsze było piwo – wyzwanie wszak niemałe, gdyż na kranach zawitało 38 pozycji plus oczywiście główny bohater wieczoru – browar The Alchemist – ze swoimi dwoma sztandarowymi propozycjami w puszkach: Heady Topper i Focal Banger. Łącznie – bagatela – czterdzieści piw. Do tego trzy niemieckie krany po północy na dachu. Mission impossible. Na szczęście część polskich propozycji już piłem, podobnie jak piwa z browaru Anchor. Po wykreśleniu znanych trunków z listy, do odwiedzenia pozostało 27 kranów. Tu oczywiście z pomocą przyszła nieoceniona poznańska ekipa, z którą przyjechałem na miejsce, i z którą to uprawialiśmy intensywny kilkugodzinny sampling i wymianę opinii w komfortowych warunkach.

11146133_876043422457549_1766042545_n

Od tego właśnie zacznę. Czytając bowiem niektóre komentarze na temat organizacji stwierdzam, że chyba urodziłem się w czepku. Raz, że udało nam się wejść piętnaście minut przed czasem, dwa – że zajęliśmy jedne z nielicznych miejsc siedzących na sali z amerykańskimi piwami i w końcu trzy – że zdążyliśmy spróbować wszystkiego zanim wyszło. Kolejny łut szczęścia to nieoczekiwany test wytrzymałości festiwalowego szkła, które ktoś mi wytrącił z ręki przeciskając się do baru. Na szczęście było grubsze niż rok temu i mimo upadku ze sporej wysokości nie stłukło się (nie wszyscy mieli na tyle szczęścia…). Jest nadzieja, że wytrzyma nieco dłużej niż cieniutkie szkła z Poznańskich Targów Piwnych czy to z poprzedniego Beer Geek Madness. Sam Sensorik firmy Sahm prezentuje się ładnie, pije się z niego wygodnie, a piwo może w nim zaprezentować swoje aromatyczne walory.

Największą zaletą imprezy była oczywiście mnogość piw i stylów, a także idea uwarzenia przez browary swoich propozycji specjalnie na BGM. Część osób – zwłaszcza nieobecnych – krytykuje to swoiste tworzenie elitarności i wyjątkowości festiwalu – ale mi akurat pasuje to, że osoby, które zdecydowały się wybrać do Wrocławia zostały w jakiś sposób wynagrodzone, a ranga samej imprezy na pewno zyskuje, jeśli browar przygotowuje ofertę specjalnie na tę okazję. Następnym logicznym krokiem będzie przekonanie jakiegoś mocnego zagranicznego gościa, by uwarzył coś specjalnie na Beer Geek Madness, lecz zapewne na dzień dzisiejszy jest to bujanie w obłokach. Pamiętać jednak należy, że kto nie mierzy wysoko, nie osiąga wiele. Grunt to wierzyć w to, że można być najlepszym na świecie i do tego wytrwale zmierzać. Na takiej mentalności zbudowano potęgę Ameryki, a nie na wiecznych kompleksach i zginaniu karku, co oczywiście jest pokłosiem pańszczyzny, zaborów, wojen i komuny. Kolejnym plusem organizacyjnym było zwiększenie powierzchni imprezy, przez co zyskaliśmy dużo więcej powietrza i komfortu degustacji. Tu oczywiście muszę pochwalić to, że prośby moje i wielu innych osób zostały wysłuchane i palacze już nie zatruwali dymem przejścia. Nic bardziej nie denerwowało mnie podczas pierwszej edycji niż konieczność przechodzenia przez papierosowy odór chcąc zdegustować coś z drugiej sali, czy mając ochotę coś przekąsić. Wielki plus. Na pewno też muszę wspomnieć tu o zamontowaniu myjek do szkła, choć i tak było ich za mało i nie wszystkie działały – ale lepsze to niż czekanie w kolejce do toalety by umyć pokal. Ostatecznie zawsze pomocą służyli uczynni barmani w sali amerykańskiej.

O ile plusów było zdecydowanie więcej, to o kilku negatywnych drobnostkach natury organizacyjnej należy na pewno napisać. Pierwszy zgrzyt to źle wydrukowane mapy, według których było więcej punktów sprzedaży żetonów niż w rzeczywistości i początkowe nieogarnięcie obsługi sali w tej materii. Druga rzecz to źle dobrane proporcje beczkowych piw amerykańskich i głównych bohaterów imprezy. Rozumiem oczywiście, że The Alchemist był najważniejszy, jednak z tego co widziałem, to bardzo dużo puszek zostało niesprzedanych, a amerykańskie beczki szybko się pokończyły. Na tyle szybko, że kto od nich nie zaczął, raczej nie zdążył nawet na połowę. My na szczęście rozpoczęliśmy właśnie od Ameryki, więc znów dopisało nam szczęście. Organizatorzy wyraźnie przeliczyli się z estymacją chęci nabywania puszek Alchemista przez gości, gdyż początkowo – chcąc stworzyć aurę niedostępności – ogłosili, że każdy może kupić maksymalnie dwa żetony, a jak się okazało, że po początkowym szale przy barach sporo puszek zostało, nie było problemu z zakupem większej ilości Heady Toppera i Focal Bangera. Sam poprzestałem na trzech, gdyż miałem zamiar jeszcze dokupić piwa z innych amerykańskich browarów na wynos, a portfel nie jest z gumy. Przydałoby się też zorganizować w Zaklętych Rewirach hotspot Wi-Fi dla gości imprezy. O pozostałych uchybieniach pisali inni – nas nie dotknęły.

Tyle jeśli chodzi o organizację, którą ogólnie oceniam jako dobrą i gratuluję przedsięwzięcia i przede wszystkim samej idei, która jest świetna. To impreza, na którą się czeka cały rok. Jeśli chodzi o moje dobre rady na przyszłość, to postawiłbym także na jakąś bardziej szaloną kuchnię. Jedzenie było raczej zwykłe. Warto nad tym popracować. Plus za dobrą kawę. Wartym rozważenia pomysłem byłoby także wprowadzenie konkursu piw domowych – z zastrzeżeniem, że jest tylko jedna kategoria (open madness beer) – interpretacja dowolna. Przeglądając fora, jak i własne zapiski, mogę śmiało stwierdzić, że sędziowie mieliby nad czym dywagować. Byłby to też fajny pretekst do przedłużenia imprezy na dwa dni – jako preludium konkurs piwowarów domowych, a potem main event z głównymi aktorami.

Czas na sedno wieczoru czyli piwo. Każdej z propozycji spróbowałem niecałe 100 mililitrów, kilka powtórzyłem na koniec w większej pojemności. Wystarczająco, by powiedzieć coś o aromacie, smaku i goryczce, natomiast zapewne niewystarczająco, by stwierdzić czy piwo nuży na dłuższą metę oraz by doszukać się subtelności. Niemniej jednak nie jestem sędzią i opisuję tylko to, co odczuwam moimi amatorskimi zmysłami. Porównując jednak opinie moje i osób z ekipy, z którą imprezowałem, były one raczej podobne, z nielicznymi wyjątkami. Zacznę od Ameryki, bo i od tego rozpoczęliśmy wieczór. Zdecydowanie najgorszą propozycją było La Vermontoise z browaru Hill Farmstead, w które moim zdaniem wdało się zakażenie. Dałem swoją próbkę chyba z dziesięciu osobom, by potwierdzić moje przypuszczenia i większość także wyczuła to co ja – palony plastik, aromat gabinetu dentystycznego, apteki. Nie o takie funky chyba chodziło – zwłaszcza że opisy na zagranicznych forach odbiegały znacznie od tego, co można było wyczuć w moim szkle. Idąc od dołu z ocenami, Lil’ B i Yin&Yang z Evil Twin Brewing okazały się całkiem w porządku, ale miały drobne niedociągnięcia w postaci odpowiednio aldehydu octowego i zbyt nachalnego alkoholu. Pod tym jednak kryły się naprawdę przyzwoite piwa. Jeśli chodzi o ten sam browar, to spróbowałem jeszcze Come Again, sour pale ale które oferowało już przyjemny (zamierzony) kwasek i dobrą pijalność, a także najlepszą moim zdaniem pozycję Evil Twin na imprezie – I Love You With My Stout, która powalała gęstością, mocą i bogactwem smaku. Następnie dwa lżejsze stouty – Campfire z High Water i Too Cream Stout z Dark Horse. W tym pierwszym można było wyczuć w aromacie coś co nie do końca pasowało do stoutu, jakby skórki cytryny (a może to te pianki, o których pisze producent? Nigdy nie jadłem grillowanych pianek…), natomiast w drugim bardzo przyjemną nutę suszonego tytoniu i słodkość od laktozy. Prawdziwe bomby jednak opatrzone zostały dalszymi numerami na promocyjnej ulotce (swoją drogą kolejne dzięki dla organizatorów – naprawdę przydatna rzecz podczas degustacji). Także z browaru Dark Horse można było spróbować ośmioprocentowego stouta owsianego One Oatmeal Stout, który zrobił na mnie bardzo pozytywne wrażenie i z pewnością jawi się jako jeden z najjaśniejszych punktów oferty amerykańskiej – kawa, czekolada, nawet jakieś nuty waniliowe (choć nie był leżakowany w beczce – z tego co wiem), gładkość i długi posmak. Można byłoby się nim podelektować dłużej, gdyby pozwolił na to czas i portfel. Takie imprezy jednak polegają – przynajmniej dla mnie – głównie na doświadczaniu, a nie celebrowaniu. Aby zakończyć temat Dark Horse Brewing – na BGM przyjechała jeszcze beczka podwójnego IPA pod nazwą Double Crooked Tree IPA, która masakrowała nozdrza fantastycznym chmielowym aromatem, a rzekome 13,6% alkoholu (!) było wyczuwalne jak co najwyżej 7. Fantastyczne piwo i ogólnie – rewelacyjny browar. Na pewno sięgnę jeszcze po produkty Ciemnego Konia, gdy będę miał okazję. Następny kran to Mac Fannybaw z browaru Against The Grain, który z pewnością oferował najciekawszą paletę smaków – leżakowane w beczce piwo wędzone z solą – absolutny must-have dla każdego piwnego świra. Każdy element dobrze wyczuwalny, z wyraźnym, ale nienachalnym słonym finiszem, wędzonym aromatem i nutami drewniano-wiejskimi. Nie było to może najsmaczniejsze piwo festiwalowe, ale na pewno w kategorii ciekawostka należało przynajmniej umoczyć w nim język. No i na koniec bomba – dosłownie – piętnastoprocentowy imperialny stout z wanilią, chili i kawą, leżakowany w beczkach po rumie pod nazwą Pirate Bomb! od Prairie Artisan Ales. Pierwszy łyk i… wow – na to czekałem! To było coś niesamowitego – wanilia, rum, palony cukier, kawa, praliny czekoladowe z likierem i spora dawka alkoholu – chili nie wyczułem, ale w przypadku kapsaicyny mam wysoki próg wyczuwalności. Było to jedno z nielicznych piw, którego wziąłem dolewkę. Te 200 ml sączyło się cudownie. Słyszałem, że nie dla wszystkich starczyło – mogą żałować. Najlepsze piwo BGM 2. Piw niemieckich sam nie brałem, spróbowałem natomiast każdego – Golden Gate Gose z browaru Almanac bardzo smaczne, zaś Laguna i Collabrew od BrauKunstKeller pijalne, ale bez chmielowej bomby, której oczekuję od IPA czy double IPA. Nie wiem jak to będzie na trzeciej edycji Beer Geek Madness z udziałem niemieckich kraftowców, ale mam pewne obawy, że aż takich fajerwerków jak Pirate Bomb czy piw od Dark Horse nie uświadczymy. Obym się mylił.

Przechodząc do polskich premier – cieszę się z tego, że wygrał X z Widawy – sam oddałem połowę swoich głosów na tę pozycję. Piwo było niezwykle ciekawe, a beczka po Jacku Danielsie dała nie tyle wanilię, co ciekawą nutę drewniano-stajenną – poza tym dało się wyczuć owoce leśne i solidną chmielową goryczkę. Niektórym coś w tym piwie nie pasowało, ale jak dla mnie jako całość prezentowało się świetnie. Drugą połowę głosów dałem na propozycję SzałuPiw Mgły Chwaliszewa. Tu wielkie brawa za pomysł z dodawaniem do piwa mgiełki chmielonej Citrą z odparowalnika – prawdziwa alchemia zgodna z duchem i głównym tematem imprezy. Samo piwo dawało ciekawe nuty belgijskie w aromacie i przyjemną owocowość i cytrusowość w smaku. Te dwie propozycje zyskały moją największą aprobatę. Poza tym pozytywnie wspominam kwaśnego RISa z jagodami Goji pod nazwą Wild Wild East od Birbanta, który naprawdę atakował solidną dawką kwaskowatości. Nie każdemu to połączenie nut palonychi i kwasu pasowało, ale doświadczenie to na pewno ciekawe. Pozostając przy kwaśnych piwach – Funky Cherry z SzałuPiw jak dla mnie kwasku miało za mało, a szkoda, bo gdyby wzmocnić ten aspekt smakowy, piłoby się je naprawdę świetnie. Do tej kategorii mógłbym zaliczyć jeszcze np. Saxy Berry od Doctora Brew, jednak w aromacie i smaku przypominało mi ono raczej dżem z porzeczek, a maleńki plusik postawiłem przy nim tylko ze względu na to, że sugerowane 10% alkoholu zostało naprawdę dobrze ukryte. Ostatnim uczestnikiem imprezy, który uraczył nas przedrostkiem wild, okazał się powstały niedawno browar Profesja z Wrocławia. Niestety, ich Alchemik nie był za bardzo ani wild, ani IPA. Za grzeczne w tak doborowym towarzystwie i raczej do zapomnienia. Prawdziwym blockbusterem miało być piwo PintytakAHaka – promowane przez pionierów polskiego kraftu wycieczką do Nowej Zelandii, zbieraniem tamże świeżego chmielu, a – już na miejscu – obecnością… drużyny rugbistów. Zwycięzca kategorii na najdłuższą nazwę stylu (double chocolate orange & exotic New Zealand haka black IPA) niestety nie sprostał wymaganiom rozkręconego marketingowego szału. Piwo okazało się nazbyt ugrzecznione (co poniekąd wpisuje się w moje obawy, iż rzemieślniczy weterani są raczej ostrożni jeśli chodzi o dzikie eksperymenty) i na tle konkurencji niczym specjalnym się nie wyróżniało. Delikatna paloność, nuty ciemnych słodów, goryczka raczej średnia, chmiel jakoś mocno nie buchał. Zapewne gdybym wypił to piwo w roku 2012 – padłbym na kolana, ale czas leci nieubłaganie. Czas pokazać więcej jaj, panowie. Ubiegłoroczni zwycięzcy – Pracownia Piwa – uwarzyli na okazję Beer Geek Madness 2 ciemnego saisona z ziołami. Moje ostatnie doświadczenie z tym stylem zakończyło się katastrofą – chodzi mi tu o piwo Południca z kooperacji Majer/Kraftwerk i smak cukierków na kaszel tymianek/podbiał – więc podszedłem do Magic Dragona z dużą dozą ostrożności. O ile na pewno smakowało lepiej niż gliwicki poprzednik, to tu zamiast cukierków na kaszel mieliśmy atak mięty rodem z płynu do płukania ust połączonej z solidną porcją czekolady. Co istotne – mięta wychodziła coraz bardziej pod wpływem ogrzania, więc na zimno to piwo wydawało się mniej ziołowe. Wielu osobom bardzo smakowało, ale to najwyraźniej po prostu nie mój styl. Następnie dwa witbiery: Lunatic z Kingpina i Albedo z Piwoteki. W obu w aromacie wystąpiły nuty siarkowe i o ile propozycja Kingpina oferowała poza tym całkiem fajną rześkość i cytrusowość w smaku, to pierwszy element Opus Magnum był przyciężkawy, a w miarę degustacji aromat kanalizacyjny nasilał się, czyniąc z propozycji Piwoteki najsłabszą polską premierę festiwalu. O co jednak chodzi z tym Opus Magnum? Organizatorzy postanowili, iż motyw alchemii przedstawią w czterech kolorach i cztery browary miały uwarzyć piwo, które w jakiś sposób odnoszą się do barwy białej, czerwonej, żółtej i czarnej. Stąd Albedo, Rubedo, Citrinitas i Nigredo. Opcję czerwoną reprezentował Mason ze swoim altbierem dymionym drewnem sosnowym, jednak piwo to było nad wyraz zwyczajne i niczym nie porwało. Do kiełbaski z ogniska pewnie sprawdziłoby się rewelacyjnie, ale tu nie o to chodziło. Citrinitas z kolei miał bardzo ciekawą nutę wędzoną połączoną z cytrusowością od chmieli, jednak goryczka w piwie z browaru Kraftwerk łagodnie mówiąc nie powalała, a deklarowane chili dodane chyba zostało w ilościach jeszcze bardziej homeopatycznych, niż chmiel. Ogólnie piwo smakowało dobrze, jednak brakowało na koniec tego uderzenia w język od solidnej porcji papryczek. Nigredo – czyli czarny element układanki – był z niej najlepszy, z fajnym ciałem, wyraźną miętą i czekoladą. Z dwóch piw miętowych to zasmakowało mi znacznie lepiej niż opcja Pracowni. Na sam koniec postanowiłem sobie przepłukać usta Grodziskim, a że lubię eksperymenty, zerżnąłem je z kawą i wyszło bardzo fajnie. Może to jakiś pomysł dla naszych rzemieślników na kolejną edycję?

Podsumowując, impreza bardzo udana. Pomimo kilku niedociągnięć i niewielu średnich piw, cała reszta sprawiła, że spędziłem świetny weekend w doborowym towarzystwie przy świetnych trunkach. Oby częściej i oby coraz lepiej i do przodu. Na sam już koniec oczywiście muszę napisać coś o głównych bohaterach – czyli piwach z browaru The Alchemist. Na samym festiwalu Heady Topper nie rzucił mnie na kolana – był smaczny, ale moja szczęka nie znalazła się na podłodze. Wypity w domu dwa dni później smakował i pachniał fenomenalnie – bardzo cytrusowo, a w smaku atakował niesamowitą chmielowością, rześkością i niezłą goryczką. Nie wiem, czy było to najlepsze double IPA jakie piłem, ale na pewno jest to piwo inne niż wiele zbyt karmelowych odpowiedników, jakich pełno na rynku. W lodówce czeka jeszcze Focal Banger. Z niecierpliwością czekam na edycję jesienną, choć – jak pisałem – mam pewne obawy co do poziomu szaleństwa niemieckich gości. Do zobaczenia!

Beer Geek Madness 2 – relacja pofestiwalowa