Lipcowe degustacje – cz. I – Kopenhaga

Ostatni miesiąc minął, wbrew pozorom, bardzo aktywnie. Właściwie ciągle gdzieś wyjeżdżałem i stąd brak aktualizacji bloga. Przez ten czas zebrałem jednak sporo doświadczeń – nie tylko podróżniczych, ale także kulinarnych i piwnych. Nie wszystkie dostarczyły mi ekstatycznych uniesień zmysłowych, ale na pewno warto było przeżyć każde z nich. W końcu wszelkie nowe doświadczenia odkrywają kolejny kwadracik terra incognita na mapie życia.

Picture (140)

Swą lipcową opowieść rozpocznę od weekendowego wypadu do Kopenhagi z Ukochaną. Wysokie ceny w krajach skandynawskich owiane już są legendą, więc mogłem się spodziewać ogromnego drenażu portfela. Jak się na miejscu przekonałem, moje przypuszczenia przedwyjazdowe i tak okazały się zbyt optymistyczne. Butelka wody za równowartość 25 złotych (za tę samą cenę można było kupić coś dużo przyjemniejszego w Christianii…), czy przeraźliwie droga komunikacja miejska to tylko wierzchołek góry lodowej. Jeśli ktoś ma możliwość wzięcia jedzenia ze sobą i nie nastawia się na eksplorację miejscowej sceny kulinarnej, jest to całkiem dobra alternatywa. My podróżowaliśmy jednak bez bagażu i chcieliśmy też posmakować co nieco na miejscu – niekoniecznie zupek chińskich z marketu. W poszukiwaniu lokalnych przysmaków, których koszt równocześnie nie spowoduje, iż przez następny rok będę musiał jeść gruz, udałem się oczywiście w otchłań sieci. Przeglądając wikitravel w oko wpadło mi coś o nazwie bufet śledziowy w Nyhavn. Miejscowe frykasy ze śledzi na kilka(naście) sposobów – bez limitu. Cena i tak nie była jak na nasze kieszenie okazyjna, ale dało się to nadrobić ilością i najeść się na zaś. Dzień wcześniej u Turka okazało się, że za podobną przyjemność trzeba zapłacić niemalże dwukrotnie więcej, niż napisane jest dużym drukiem, gdyż… obowiązkowo należało dokupić napoje!

Picture (137) Picture (135) Picture (134) Picture (132)

W Nyhavns Færgekro na szczęście restauracja nie planowała zdzierać z turystów więcej niż oficjalnie stało w karcie. Za nielimitowany dostęp do bufetu zapłaciliśmy około 70 złotych od osoby. Jak się okazało, jedzenie było warte swej ceny. Mogliśmy spróbować aż 15 rodzajów potraw śledziowych, m.in.: wędzone z surowym jajkiem, w curry, z borówkami, kremowo-ziołowe, smażone z chrzanem i kawiorem, w sosie z anchois, z cebulką, koperkiem i drzewem sandałowym, matiasy, korzenne czy rolmopsy. Forma podania tych ostatnich mówi wiele o historii kuchni obu narodów. W wersji polskiej jest to typowe danie biedoty: kiszony ogórek, ocet i śledź. Duńczycy używają do rolmopsów musztardy dijon i marynaty z białego wina, w którym ryba jest zapiekana. Do posiłku można było spożywać chleb żytni ze szczypiorkiem i koperkiem lub gotowane ziemniaki. Ucztę zafundowaliśmy sobie przednią i z trudem wstaliśmy od stołu. Za najciekawsze propozycje bufetu uznałem dwie: śledzie z borówkami, które fascynowały niesamowitym kolorem i smakiem nieporównywalnym z niczym, co wcześniej jadłem, natomiast potrawa z drzewem sandałowym, czerwoną cebulką i koperkiem zachwycała fuzją tradycji i nowofalowych, drewnianych aromatów. Wizytę w tej przytulnej portowej knajpce polecam każdemu, kto się wybiera do stolicy Danii. Można zjeść dużo i smacznie.

Tap_House1

fot. tilbudibyen.dk

Jeśli chodzi o aspekt piwny kopenhaskiej eskapady, to niestety nie starczyło mi już czasu i pieniędzy, by odwiedzić Mikkeller & Friends, za to wędrując po ścisłym centrum wstąpiłem na kilka próbek do Taphouse. Asortyment baru zrobił na mnie niesamowite wrażenie. Do dyspozycji mamy tam aż… 61 kranów, a oferta obejmuje głównie skandynawskie browary, z nielicznymi wyjątkami. Co więcej, obsługa stara się, by oferta reprezentowała jak najwięcej stylów piwa. Po wejściu do Taphouse dostałem niemałego bólu głowy z tej mnogości wyboru. Padło na pięć małych próbek z browarów raczej mało (lub w ogóle nie) dostępnych w Polsce oraz na ciekawe i bogate smakowo style. Rozpocząłem od saisona Den Vilde Fætter z browaru Humleland. Według producenta fermentowany był on dzikimi drożdżami z sadu jabłecznego oraz aromatyzowany trzema odmianami chmielu na zimno. W odczuciu okazał się bardzo gładki, orzeźwiający i nieco cierpki na finiszu. Mimo zawartości 6,7% alkoholu, był on praktycznie niewyczuwalny. Na samym końcu pojawiła się jakaś nutka karmelowa – dość niespodziewanie. Niestety, charakterystycznych nut brettanomyces nie stwierdzono. Idąc dalej w dziko-kwaśne aromaty, sięgnąłem po Det Håndspålagte Jordbær z Vestslesvigsk. To piwo truskawkowe fermentacji spontanicznej kręciło nieco owocowo w nosie, po czym atakowało nieprzyjemnie gryzącymi, wręcz aptecznymi nutami. W smaku o dziwo kwas znajdował się na drugim planie, a na czoło wysuwały się mocne truskawki. Napój to zaiste dziwny, ale warty spróbowania. Po takim wstępie mogłem sięgnąć po twardszych zawodników. Dundee Honey Ale z Ølsnedkeren to barley wine, do którego produkcji użyto w zasypie tylko słodu pilzneńskiego, infuzowane miodem oraz chmielone nowozelandzkim chmielem. Spośród innych pozycji, wyróżniało się dobrą retencją piany i mocnym chmielowym aromatem. Piwo posiadało dużo ciała i zostawiało śliskie odczucie na języku. W smaku dało się wyczuć miód, natomiast w posmaku zalegała dość wysoka goryczka, która bardzo dobrze kontrowała słodycz. Alkohol w objętości 11,5% udało się świetnie ukryć. Znakomite piwo – na pewno do powtórzenia przy okazji. Wizytę w Taphouse zakończyłem dwoma ciemnymi trunkami. Pierwsze z nich to Raasted 1 Chili Lakrids Porter uwarzone w browarze Randers dla… sieci supermarketów Kvickly. Aż dziw bierze, że znalazłem je w takim miejscu w wersji beczkowej. Jak sama nazwa wskazuje, jest to porter z chili i lukrecją. Przyprawy dodano tu podobno w formie sproszkowanej, a o odmianie papryki nic nie wiadomo. Napitek prezentował się ładnie – brązowa, przejrzysta barwa i wpadająca w żółć piana. W nosie troszkę toffi i jakieś minimalne chili na granicy autosugestii. W smaku dało się wyczuć truskawkowe estry i nuty paprykowe. Pieczenie ograniczono, niestety, do minimum. Mam wrażenie, że brakowało temu piwo nieco cojones, ale gdy się coś robi dla sieci handlowej, to trzeba się liczyć z tym, że musi się to sprzedać masowo. Ostatnia degustacja przypadła na propozycję browaru Amager, którego wyroby znam i lubię. Tym razem do żołądka trafił kooperacyjny coffee porter pod nazwą Lawrence of Arabica, uwarzony wraz z Amerykaninem Drew Foksem z 18th Street. Poza kawą użyto tu suszonej skórki pomarańczowej i trzech rodzajów zbóż (poza jęczmieniem, także pszenicy i żyta), oraz amerykańskich odmian chmielu (Citra i Tomahawk). Aromat przywodził na myśl znane nuty kawowe z rodzimych coffee stoutów, a do tego kręciła się gdzieś wokół tego lukrecja. Jak na porter, to goryczka w tym piwie zaznaczona została całkiem wyraźnie, a w smaku oprócz sporej ilości kawy królowała mocna czekolada. Wspomnianych nut pomarańczowych niestety nie wyczułem. Tak też zakończyła się moja wizyta w Taphouse – jednocześnie zadowoleniem z faktu spróbowania świetnych piw, jak i rozżaleniem, że nie mogłem tam zostać dłużej i wypić więcej.

IMAG0127

Co do degustacji pozapubowych, to udało mi się zakupić coś o nazwie Carlsberg Imperial Stout, który to na puszce miał trzy sprzeczne napisy: imperial stout, porter i stark pilsener. Co mógł mi zaoferować ten dziwny RISoporteropils? Wypiłem go sobie na przystanku, czekając na autobus, gdyż w Danii człowieka nie kara się za to, że sobie pije piwko na ulicy (sprzedawca w sklepie był wyraźnie zaskoczony, gdy powiedziałem mu, że w Polsce to nielegalne). Gdybym miał jakoś umiejscowić ten wynalazek na palecie smaków, powiedziałbym, że smakował jak niewyleżakowany porter bałtycki. Czuć było czysty, lagerowy aromat, nuty ciemnych słodów, ale do tego wysokie wysycenie i za mało ciała oraz charakteru nabieranego z wiekiem. Co ciekawe, Carlsberg sprzedaje także masowo swój produkt wycelowany raczej w koneserów procentów, niż aromatów, o nazwie Master Brew, który zawiera, bagatela, 10,5% alkoholu i jest mocno słodowym lagerem. Mimo szczerych chęci, skusiłem się jednak na wodę mineralną…

Podsumowując, Dania ma wiele do zaoferowania – zarówno pod względem piwa, jak i jedzenia (oprócz śledziowego bufetu było tam wiele restauracji azjatyckich, amerykańskich czy europejskich, a także – zwłaszcza w porcie – sporo owoców morza i ryb), jednak należy liczyć się z potężnym drenażem portfela. We wspomnianym Taphouse piwo o pojemności 0,4 l kosztowało od równowartości 30 zł (style klasyczne) do prawie 60 (mocne, bogate piwa).

Reklamy
Lipcowe degustacje – cz. I – Kopenhaga

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s