Przekleństwo dostępności kraftu, masturbacja, lenistwo i steki z Biedronki

closed_open-219812.jpg!d.jpg

Kilka lat temu, gdy piwna karuzela zaczynała się kręcić nad Wisłą, wśród początkujących smakoszy kraftu dało się zauważyć delikatne narzekania na to, że aby zdobyć upragnioną butelkę świeżego IPA trzeba wybrać się kilka – a w przypadku mniejszych miejscowości nawet kilkadziesiąt – kilometrów dalej. Marzyliśmy o tym, aby piwo rzemieślnicze dostępne było w osiedlowym sklepie, do którego chodzimy w kapciach i szlafroku po bułki i gazetę. Jak to często bywa, padliśmy ofiarą krótkowzrocznego myślenia. Nie ma bowiem mowy o większej dostępności bez kompromisów.

Z czasem wytwory polskich rzemieślników zaczęły stopniowo pojawiać się w niektórych mniejszych sieciach, a w końcu także w marketach, na stacjach benzynowych, a ostatecznie trafiły do dyskontów. Produkt niegdyś ekskluzywny skończył na palecie obok zupek w proszku i produktu czekoladopodobnego. Stało się więc to, o czym poniekąd marzyliśmy. Mamy kraft na wyciągnięcie ręki. Mogę przy okazji codziennych zakupów do koszyka włożyć parę butelek czegoś ciekawszego niż produkty wielkiej trójki koncernów. Pytanie tylko: jaka jest tego konsekwencja, poza naszym pozornym szczęściem? Zajrzyjmy głębiej.

Człowiek z natury jest leniwy – to hasło jest motorem napędowym wynalazców. Wszystkie innowacje, jakie powstały w historii, miały na celu uczynić nasze życie bardziej wygodnym, a przynajmniej tak były przedstawiane. Nawet niesławny Segway – uznawany w wielu rankingach za najbardziej nieudany wynalazek w historii – reklamował się hasłem mówiącym o tym, że nie będzie już nigdy konieczności chodzenia pieszo. Podam przykład anegdotyczny, jak mechanizm ten działa w mojej sytuacji. Jako fanatyk mięsa wiem, że aby zdobyć naprawdę dobry kawałek, muszę wybrać się nieco dalej, niż 200 metrów od domu. By trafić na odpowiednią, drobną marmurkowatość wołowiny, bez kluchowatych przerostów, trzeba się często naszukać. Tymczasem dyskont za rogiem oferuje masowo produkowane, pakowane próżniowo steki, pocięte i gotowe do obróbki termicznej. Nie jest to mięso najwyższej jakości, jednak lenistwo wygrywa. Stek z Biedronki produkowany przez Sokołów to mimo wszystko półka wyżej od zrazowej z mięsnego. Mimo, że jest on jednak lata świetlne za dobrym, sezonowanym na sucho przez kilka (lub kilkanaście) tygodni antrykotem z byka rasy hodowanej na mięso, kupuję te średnie steki i smażę parę razy w tygodniu. Rzemieślniczy, specjalistyczny rzeźnik nie zarobił – zarobił dyskont. Pytanie: jak długo utrzyma się na rynku, mając taką konkurencję?

Znany psycholog – Philip Zimbardo – rozszerzył zasięg tej hipotezy na seks oraz karierę. Według niego, dzisiejszy młody mężczyzna często wybiera masturbację i pornografię zamiast adoracji żywej kobiety oraz seksu, gdyż to pierwsze wymaga mniej wysiłku, a daje gratyfikację wystarczającą do uzyskania minimalnej satysfakcji. Człowiek zadowala się bylejakością. Zimbardo dalej konkluduje, iż popularność gier komputerowych przyczyniła się do apatii w sprawach dotyczących awansu zawodowego i zdobywania kolejnych szczebli kariery. Gratyfikacja uzyskiwana poprzez osiąganie kolejnych poziomów w grze komputerowej zaspokaja podstawowe poczucie spełnienia, przez co motywacja do dążenia do ambitnych celów w świecie pozawirtualnym spada. Ja zauważam tę samą tendencję w krafcie. Mając dostępny średniej jakości produkt rzemieślniczy w dyskoncie, człowiek zadowala się nim, zamiast jechać specjalnie do sklepu dla koneserów na końcu miasta. Jest to ten sam psychologiczny mechanizm zadowalania się czymś w miarę OK, zamiast próbować sięgnąć po to, co najlepsze.

Jakie ma to przełożenie na jakość samego piwa i przyszłość rynku? Perspektywy nie rysują się zbyt dobrze dla bezkompromisowych, niszowych sklepów i browarów. Sieci nie chcą na półkach ogromnej rotacji i eksperymentów – chcą stałości i ciągle tego samego . Nic dziwnego – w końcu ich targetem jest klient masowy. Dodatkowo dochodzi kwestia ceny, której lwią część stanowi marża pośrednika. Browar – zwłaszcza kontraktowy – na produkcie sprzedawanym do sieci zarabia tyle co nic, chyba że idzie na kompromisy w kwestii jakości surowców lub jest w stanie zorganizować ogromną skalę produkcji i jedynie przez nią mu się to opłaca. W związku z tym, niektóre browary, zamiast zarzucać geeków ciekawostkami, warzą te same nudne piwa, by utrzymać się na rynku sieciowym. Na eksperymenty często nie ma już ani siły, ani mocy przerobowych. Szanuję tych, którym udaje się to łączyć bez szkody dla eksperymentów – są tacy! Łatwiej przecież trzepać to samo IPA trzeci rok niż coś pokombinować.

Wiele specjalistycznych punktów handlowych już wprowadziło cichaczem koncerniaki na swoje półki, a inne przyznają, że pieniądze zarabiają na czeskich lagerach i aromatyzowanych Fortunach, a nie na krafcie. Jedna z lokalnych sieci alkoholowych jakiś czas temu zmieniła plakaty prezentowane na swojej witrynie. Był Kingpin i SzałPiw – jest Harnaś i promocja na sześciopak Żuberka po 1,99 za puszkę. Wbrew opinii niektórych rzemieślników, moim zdaniem poprzez dostępność kraftu w marketach nie wykształci się rzesza nowych geeków. Wprost przeciwnie. Wykształci się co najwyżej rzesza miłośników czegoś lepszego niż ten nieszczęsny Harnaś, ale tak do 8 złotych i najlepiej, żeby nie smakowało jakoś zbyt wyraziście, bo to jakieś perfumowane i w ogóle. Znajdą się zapewne i jednostki, które wezmą kiedyś pierwszy raz piwo w dyskoncie i tak się wkręcą, że zaczną sięgać po torfowe portery z kiszonymi śledziami, jednak jest to – moim zdaniem – kropla w morzu, która nie uratuje sytuacji.

A więc codzienny kraftopijca szukający ciekawego, owocowego IPA, idzie do dyskontu i kupuje piwo tam, a nie u specjalisty. Portfel nie jest przecież z gumy, a do tego dochodzi opisywane lenistwo. W efekcie sklepy specjalistyczne notują coraz gorsze wyniki sprzedażowe. Przekłada się to na ich płynność finansową, a także płynność dostawców (hurtowni) oraz samych browarów. Taki obraz rynku wręcz zmusza przedsiębiorstwa na każdym szczeblu – detalicznym, hurtowym i produkcyjnym – do kompromisów. Browary – zamiast eksperymentować – robią setki hektolitrów nudnego piwa do marketów po to, by się utrzymać na rynku (a i tak większość marży weźmie pośrednik mający indeks w danej sieci). Część hurtowni przerzuca się na Czechy lub tanie browary regionalne. Sklepy specjalistyczne często albo rozszerzają ofertę i zarabiają na tanim piwie, albo zamykają się. Tych, którym się dobrze wiedzie, jest garstka – i dla nich ogromny szacunek! Kraft padł ofiarą lepszej dostępności. Wkrótce możemy doczekać czasów, gdy rzeczywiście w Biedronce będzie coś lepszego niż Tatra i Warka, ale nikomu nie będzie się opłacało warzyć rzeczy wyjątkowych, gdyż najzwyczajniej w świecie nie będzie gdzie ich sprzedawać.

Dla mnie – jako orędownika ciągłej zmiany, rewolucji i przeciwnika komfortowej nudy w kapciach – jest to konkluzja tragiczna. Nie zadowala mnie to, że mogę kupić kolejne generyczne piwo w stylu APA w dyskoncie zamiast Harnasia. Często zresztą popularność kraftu połączona z nieświadomością klienta masowego powoduje, że pod rzemiosło podszywają się zupełnie niekraftowe podmioty (agencje reklamowe, hurtownie zamawiające istniejące już piwo pod własną marką, a nawet… koncerny!) – to jednak materiał na inny felieton. Nie chciałbym, aby sklepy specjalistyczne padały. Chcę mieć dostęp do ciekawych piw oraz aby browary miały gdzie swoje kreatywne pomysły sprzedawać. Zachęcam więc wszystkich – dbajcie o swój sklep specjalistyczny! Nawet, gdy wygrywa wasze lenistwo, raz na jakiś czas pojedźcie na ten drugi koniec miasta i kupcie jakiegoś sztosa. Wkrótce bowiem możecie nie mieć gdzie…

Reklamy
Przekleństwo dostępności kraftu, masturbacja, lenistwo i steki z Biedronki

Zwierzenia (piwnego) kontestatora, czyli rzecz o Uroborosie i skolopendrze

z15824625IH,Pechowa-zmija-i-niemniej-pechowa-skolopendra

Fot. Ljiljana Tomović et al./Ecologica Montenegrina

Mam szeptać? Chcę krzyczeć!

Był rok 2012, a ja rozpoczynałem swoją przygodę z piwem rzemieślniczym. Co mnie w ogóle do tego podkusiło? Dlaczego dałem się wciągnąć? Z jakiego powodu nadal w tym trwam, zarówno jako konsument, jak i producent hurtownik? Piwo lubiłem zawsze, jednak nie było w tym niczego głębszego. Ot, kolejny sposób na dostarczenie sobie chwilowej przyjemności w postaci bezrefleksyjnego zastrzyku etanolu do organizmu. Dopiero od momentu przekroczenia Rubikonu w postaci półlitrowej butelki Ataku Chmielu Pinty oraz prawdziwego tsunami piwnych specjalności wypitego podczas Euro 2012, zacząłem zgłębiać bezkres palety aromatów i smaków, jakie niesie ze sobą piwna rewolucja. Piłem wszystko, co było na półkach Centrali Piwnej i Ministerstwa Browaru (wówczas obok pubu przy Ratajczaka istniał także sklep), czyniłem notatki, pochłaniałem jak leci każdą nowość. Wtedy – przy ówczesnej podaży – było to jeszcze możliwe. Zakochałem się.

Co więc tak bardzo mnie podkusiło, że duszę swą kraftowemu diabłu oddałem? Szukałem odpowiedzi na to pytanie przez jakiś czas, aż w końcu doszedłem do wniosku, że była nią wyrazistość. Tak, uważam, że to najlepsze słowo-klucz. W przeciwieństwie do sporej rzeszy starej gwardii browar.bizu, nie poszukiwałem poprawnego, taniego i szeroko dostępnego pilsa do wypicia przy grillu. Ten mityczny Święty Graal zupełnie mnie nie interesował. Przecież w zestawieniu z morzem imperialnych stoutów, kwasów czy IPA, nawet najlepszy pils w moim mniemaniu nie oferował w zasadzie nic szczególnie bardziej wyrazistego od tego, co już dobrze znałem. Żywe z Ambera czy Ciechan Lagerowe w roli zwykłego piwa spełniały się od kilku lat całkiem nieźle, jednak to nie one spowodowały, że zanurkowałem głęboko w oceanie piwnego szaleństwa.

Ekscytację wywoływało u mnie przekraczanie granic, pójście pod prąd, burzenie pomników, robienie rzeczy totalnie pojechanych i – dla masowego odbiorcy – często zupełnie niepijalnych. Fascynował mnie temat tzw. smaku nabytego – czegoś nieprzystępnego, tajemniczego, zdobywanego krok po kroku niczym punkty w szkole magii czy stopnie w loży masońskiej. Zupełnie jak w przypadku każdego innego rodzaju rynku – była to w mojej głowie klasyczna konfrontacja pomiędzy ugładzonym, grzecznym, masowym produktem projektowanym w zaciszach działów marketingu korporacji z poszarpanym, niedoskonałym, brudnym, niegrzecznym bękartem wariackich wizji szaleńców siedzących w zakamarkach swoich oaz kreacji – artystów-designerów smaku. Różnica najważniejsza pomiędzy nimi jest taka, że produkt masowy nie ma smakować. On ma nie przeszkadzać. Tak jak z muzyczną papką graną w popowych radiostacjach, która musi być na tyle grzeczna, by jak najmniej osób przełączyło stację na inną. W krafcie widziałem tę bezkompromisowość, ten środkowy palec, ten rock and rollowy krzyk (jak ryk wściekłego lwa) ze sceny układający się w dwa słowa: FUCK YOU!

Piwna rewolucja była dla mnie czymś jak bunt przeciw zastanemu porządkowi, uczesanemu, pełnemu zakazów, tabu i słów nie da się. Wtedy wchodzili rewolucjoniści i z kopa wyważali zaryglowane drzwi, za którymi chowają się korporacyjni macherzy od wykresów i zaspokajania gustu tłumu oraz orędownicy Reinheitsgebot i innych tego typu konserwatywnych pierdół. Pokochałem z miejsca wszystkie turbochmielone IPA o ekstremalnej (jak na ówczesne podniebienie przyzwyczajone do masowych lagerów) chmielowej goryczy i pięknym sosnowo-żywicznym lub grejpfrutowym aromacie. To była poezja dla mojej nonkonformistycznej duszy. Odnalazłem swoje miejsce w świecie – mój mały azyl dla porąbańców. Dalej był Czarny Wdowiec z Piwoteki, 1000 IBU z Mikkellera czy uwarzona na Beer Geek Madness (festiwal chyba stworzony z myślą o takich ludziach jak ja) Czekoladowa Dolina z Podgórza. Rajcowała mnie pogoń za IBU, za najmocniejszym piwem świata, za przekraczaniem wszelkich granic. Wymrażane BrewDogi o mocy destylatu traktowałem bardziej jak doświadczenie, niż picie dla smaku, ale to była dla mnie właśnie esencja tego, co spowodowało, że pokochałem kraft. Potem bezgraniczną miłością obdarzyłem wędzonki, szczególnie torfowe, choć zaczynałem od bardzo tradycyjnej Schlenkerli oraz legendarnego Alaskan Smoked Porter. Te wszystkie porąbane klimaty stopniowo przekładałem na piwowarstwo domowe, czego kulminacyjnym punktem było piwo 100% Peated Lapsang Chipotle Lager –będące, bardziej niż piwem do picia z przyjemnością, swego rodzaju performancem i odzwierciedleniem tego, czym jest dla mnie ta cała zabawa.

W pewnym momencie jednak piwna rewolucja zatoczyła koło i rozpoczęła zjadanie własnego ogona – niczym mityczny wąż Uroboros. Nie uważam, żeby to było zjawisko w jakikolwiek sposób niezwykłe i nieprzewidywalne. W końcu naturalnym cyklem każdego buntu jest wytworzenie antyestablishmentowego establishmentu, czyli tzw. mainstreamu alternatywy, który kapitalizuje osiągnięcia rewolucji i na ich bazie tworzy… kolejny masowy, przystępny, grzeczny produkt. Wtedy także część zawiedzionych rewolucjonistów (Hej, prorocy moi z gniewnych lat, obrastacie w tłuszcz.Już was w swoje szpony dopadł szmal, zdrada płynie z ust) tworzy kolejny buntowniczy nurt i tak cykl się powtarza aż do momentu, gdy nisza jest tak mała, że interesuje de facto tylko twórców i ich rodziny (głównie dlatego, że nie mają co włożyć do garnka). Rodzi się tu więc naturalne pytanie: do którego momentu opłacać się będzie robić pojechane piwa, jednocześnie znajdując wystarczającą liczbę świrów, którzy są tak samo porypani jak ty i będą chcieli utrzymywać twoje dziwne wizje na rynku swoimi ciężko zapracowanymi pieniędzmi? Dzień w którym z tego zrezygnują, będzie prawdziwym pogrzebem piwnej rewolucji.

Wracając do węża… Kraft znalazł się obecnie na początku drugiego okrążenia. Wszystko to, co było dla mnie piękne, odchodzi do lamusa. Królują piwa grzeczne, mało zdecydowane, przystępne, dla każdego. Nie ma już tego pędu, nawet nie za byciem w czymś pierwszym, ale nawet za tą mityczną wyrazistością. Liczy się balans i poprawność – żeby nie powiedzieć: kalkulacja. Tak jak w świecie prerewolucyjnym królował generyczny jasny lager, o którym zapomina się minutę po jego wypiciu, obecnie rządzą identyczne IPA bez goryczki, soczki z mango i imperialne stouty wysyłające pijącego karetką na sygnale na oddział diabetologii. Szanuję nieziemsko browary, które się z tego wyłamują. To one zostawiają mi nadzieję, że jeszcze z tym kraftem wcale nie jest tak źle. Są wciąż piwa, które mają pazur – takie, które pijesz i wiesz, że sporo osób się skrzywi, że na brutalnym rynku to nie ma prawa się udać, ale patrzysz w oczy piwowara i czujesz tę magiczną nić porozumienia dwóch wariatów, którzy nadają na tych samych porąbanych falach. Za to kraft kocham miłością najczystszą. Kocham, i dlatego krytykuję niepokojące mnie trendy. Miłość nie jest bowiem bezkrytycznym poklepywaniem, ale przede wszystkim szczerością. To, że jeśli chodzi o mój gust, zawsze będę w mniejszości, akceptuję w pełni. Sześć lat temu jednak kraft był takim moim azylem dla podobnych do mnie wariatów. Dziś zbyt często wygląda na to, że ściął on irokeza, otrzepał błoto z butów i ubrał garnitur. A ja? Ja nadal uwielbiam moją powycieraną ramoneskę. Staram się być skolopendrą, która wyrywa się z wężowego zaklętego cyklu. Przy nadziei utrzymuje mnie to, że wciąż jest nas wiele. Wasze zdrowie!

Zwierzenia (piwnego) kontestatora, czyli rzecz o Uroborosie i skolopendrze

Kij w mrowisko #1: Czy i kogo przekonywać do kraftu?

Love_revolution

Od właściwie samego początku istnienia kraftu w Polsce przewija się dyskusja na temat: jak przekonać przechodnia z ulicy, aby porzucił piwa koncernowe i zakosztował w rzemiośle? O ile pytanie to ma uzasadnienie ekonomiczne, gdyż utarło się, że celem każdej firmy jest poszerzanie grona odbiorców, to należy zadać kolejne: czy aby na pewno? – i czy za wszelką cenę? O tym napiszę jednak być może kiedy indziej. Dla potrzeb tego wpisu załóżmy, że rzeczywiście chcemy przekonać ludzi z ulicy do kraftu. Kim więc jest mityczny Janusz?

Zdefiniowanie szeregowego Kowalskiego jest praktycznie niemożliwe z jednego powodu: każdy człowiek, jako wolna jednostka, jest ex definito inny, ma różne priorytety, potrzeby, ambicje i gusta. Z pomocą przychodzi nam jednak smutny fakt, że wiele osób z tej wolności nie korzysta. Mocno uogólniając, możemy przyjąć, iż klient masowy jest konsumentem takowych produktów w większości kategorii: od piwa, przez muzykę, sport, aż po wybór marki maszynki do golenia. Pije koncerniaki, słucha muzyki głównie w popularnych radiostacjach, kibicuje temu, kogo promuje telewizja i goli się tym, z czym na billboardzie pozuje Robert Lewandowski. W tym momencie dochodzi jednak do podziału na dwie podgrupy: nazwijmy je A i B.

Pierwsza z nich to osoby zaklęte w swojej bańce (modnie nazywanej strefą komfortu), które jednocześnie przekonane są, że jest to droga jedyna i najlepsza, tym samym zamknięte na jakiekolwiek zmiany, innowacje, a nawet refleksję nad własnymi życiowymi wyborami. Z osobistych obserwacji zauważam korelację pomiędzy wzrostem takich zachowań, a wiekiem oraz mitycznym ustatkowaniem się. Osoby młodsze, poszukujące jeszcze swojej drogi w życiu, rzadziej należą do tej kategorii. Grupa B to również jednostki nieświadome istnienia kraftu (lub będące na samym początku drogi), aczkolwiek okazujące wolę i ciekawość sprawdzenia czegoś nieznanego. Aby zobrazować to przykładem, wyobraźmy sobie rozmowę na temat nowo otwartej restauracji, w której serwowane są dania z insektów.

Przedstawiciel grupy A, mimo że nigdy nie próbował owadzich cymesów, z góry skreśli ją, nazwie (w swym wyobrażeniu – pejoratywnie) dziwactwem oraz najprawdopodobniej rzuci epitetem w stylu: to robienie kasy na idiotach. Inaczej ujmując, wybuduje wokół siebie mur i ustawi się w pozycji defensywnej, aby bronić za wszelką cenę swych konserwatywnych wartości. Przedstawiciel grupy B natomiast, mimo równie zerowego doświadczenia, co przedstawiciel grupy A, zamiast wchodzić do okopów, powie, że nigdy nie jadł owadów, ale chciałby spróbować, zapytać o poradę i przekonać się, jakie to doświadczenie. Jak widać, pomimo identycznego punktu startowego w postaci ignorancji, zachowanie przedstawicieli tych grup różni się w obliczu stawania przed nieznanym. Jak się to jednak wszystko ma do piwnej rewolucji?

Pierwszy typ klienta będzie zawsze wybierał produkt masowy – czyli przystępny, lub taki, do którego jest przyzwyczajony. Nawet, jeśli da się przekonać do chwilowego wynurzenia głowy z okopu, być może spróbuje czegoś nowego, jednak z góry będzie już wiedział, że to nie to, co lubi. Chęć przyciągnięcia go na stałe, oznacza konieczność wygładzenia swojego produktu, ugrzecznienia go, pójścia na kompromis. Człowiek charakterologicznie pozbawiony ciekawości nowości zaakceptuje nowy produkt tylko, jeśli będzie mu mocno przypominał stary, a przynajmniej zbytnio od niego nie odbiegał. Na dłuższą metę budowanie filozofii marki na targecie grupy A oznacza kapitulację rewolucyjnych ideałów i podporządkowanie się regułom produkcji masowej, kultury pop, odindywidualizowującej, nudnej maszynki służącej tylko do zarabiania pieniędzy. Z biznesowego punktu widzenia – doskonale – jednak czym wtedy różnimy się od koncernu? Na pewno nie misją i filozofią stojącą za tym, co robimy.

W przypadku typu B, jest nieco lepiej. Osoba taka już wyciągnęła rękę, a nie pije kraftów głownie dlatego, że ich nie miała okazji poznać, a nie dlatego, że z definicji nie robi rzeczy, które są dla niej nieznane. Bazując na ciekawości świata i głodu nowości takiej osoby, można wprowadzić ją stopniowo w arkana nawet najbardziej nieprzystępnych, chropowatych, wymagających stylów i smaków. Taka osoba ma szansę zostać piwnym geekiem, może bardzo szybko przejąć pochodnię rewolucji i ruszyć na barykady, by walczyć z nudą i rutyną. Syndrom neofity wywoła bowiem zachłyśnięcie się całym bogactwem kraftowego inwentarza. Dla browaru, który jako pierwszy weźmie go za rękę, będzie to najprawdopodobniej klient na zawsze (nawet, jeśli okazjonalny), gdyż dojdzie do przywiązania emocjonalnego. Będzie wspominał łyk pierwszego kraftowego piwa jak pierwszą noc z ukochaną osobą albo ten moment, gdy pierwszy raz odpalił płytę ulubionej punkowej kapeli. Kto wszak nie wspomina z rozrzewnieniem Ataku Chmielu czy Rowing Jacka pitych na początku rzemieślniczej przygody i – pomimo wielokrotnej zmiany preferencji – nadal od czasu do czasu nie wraca do tych pozycji – choćby jako tzw. guilty pleasure?

Zapewne moja opinia nie jest popularna ani politycznie poprawna, jednak uważam, iż nie ma najmniejszego sensu starać się o względy przedstawiciela grupy A, gdyż – jak opisałem wyżej – w razie pozornego sukcesu, de facto to on przeciągnie nas na swoją stronę, gdzie rządzi podporządkowanie konformizmowi, nudzie i rutynie kultury oraz produkcji masowej. Jeśli mamy się starać o ludzi zupełnie nieobeznanych w temacie – to tylko o tych, którzy przejawiają jakiekolwiek chęci wyjścia ze swojej bezpiecznej bańki. Nie widzę sensu wmuszania w moich kolegów wielbiących Żubra piwa z kiszonymi ogórkami, ani nawet mocno nachmielonego IPA, jeśli sami otwarcie przyznają, że wolą koncernowe piwo. Tak samo nie zmuszę kolegi zakochanego w disco polo do pójścia ze mną na koncert jazzowy. To nigdy nie będzie nasz klient, dopóki sam nie wyrazi chęci zmiany, zrobienia pierwszego kroku poza swą bezpieczną, acz nudną, przystań. Mam natomiast w głowie wiele obrazów uśmiechniętych kobiet i mężczyzn goszczących na piwnych festiwalach – którzy przyszli do nas zupełnie zieloni, jednak z otwartym sercem. Wyszli zakochani w torfowych stoutach czy pokręconych kwasach. Do dziś przysyłają zdjęcia i zawsze nas odwiedzają, gdyż darzą sentymentem ten dzień, gdy pierwszy raz odważyli się przekroczyć Rubikon rewolucji. Nie zapominajmy, że celem nie jest stanie się masówką, ale pokazanie niszy tym, którzy jej poszukują lub przynajmniej są ciekawi, dokąd w lesie prowadzi ścieżka mniej wydeptana…

Kij w mrowisko #1: Czy i kogo przekonywać do kraftu?

Poznań Coffee Marathon i mocarstwowe ambicje rozwoju

W życiu bardzo lubię te chwile, gdy inicjatywa, której kibicuję, i którą wspieram, odnosi sukcesy i zdobywa kolejne grunty. Takie wrażenie też odniosłem podczas wczorajszej konferencji prasowej Urban Coffee Marathon, czyli nowej odsłony znanego dobrze Kawa Festival. Projekt ten wielokrotnie gościł tu na blogu, jak i na moim Instagramie, a nawet w okresach największego uśpienia byłem cichym gościem incognito uczestniczącym w kawowej uczcie. Wszak zawsze – obok piwa i jedzenia – kawa była mi bardzo bliska.

Po pierwsze – festiwal zmienia nazwę, o czym już pisałem, a swym zasięgiem obejmie nie tylko Poznań (jako Poznań Coffee Marathon), ale także inne miasta w Polsce: Warszawę, Kraków, Trójmiasto, Wrocław i Łódź. W planach jest również ekspansja na Śląsk oraz za granicę (Lwów, Berlin oraz Praga). Moment, gdy marka lokalna wykazuje ambicję stania się globalną, jest dużym wyzwaniem i swoistym papierkiem lakmusowym dla jakości, jak i umiejętności sprzedażowych całego przedsięwzięcia. Mam nadzieję, że ambitne cele się spełnią, a Urban Coffee Marathon zdobędzie nowe rynki.

Drugą bombą zaprezentowaną wczoraj był fakt nawiązania współpracy z UNICEF w ramach zbiórki pieniędzy na budowę pomp wodnych w Somalii. Do każdego zestawu festiwalowego (standardowo: kawa + deser, tym razem za 12 PLN) w kilkudziesięciu punktach partnerskich dokupić będzie można cegiełki w postaci pocztówek lub małych paczuszek kawy, z których dochód przeznaczony zostanie na wspomniany cel charytatywny. Oprócz UNICEFu, uzyskano także błogosławieństwo Specialty Coffee Association, dzięki czemu zapewniona ma być jakość podawanego surowca.

W Poznaniu festiwal odbędzie się w dniach 2-8 lipca pod hasłem Mrożonki, a więc dedykowany będzie kawie podawanej na zimno. Szczegóły, wydarzenia towarzyszące, jak i menu poszczególnych kawiarni uczestniczących w wydarzeniu, znajdują się na oficjalnej stronie Poznań Coffee Marathon na Facebooku.

Poznań Coffee Marathon i mocarstwowe ambicje rozwoju

Co zjeść i wypić w Budapeszcie? – osobiste reminiscencje weekendowego wypadu

Intensywny weekend

Na Warszawskim Festiwalu Piwa byłem jedynie we czwartek, więc nie czuję się kompetentny, aby wypowiadać się na temat dni kolejnych. Relacje różnych wystawców znam jedynie z drugiej ręki. Cieszę się, że mogłem tam być choć chwilę i porozmawiać z paroma osobami, choć na większość stoisk nawet nie dotarłem. Następnym razem się uda! W miniony weekend ekipa naszego Browaru Golem podzieliła się na dwie, a ja z Michałem udałem się w piątek do Budapesztu na tamtejszy Budapest Beer Week. Jako że materiału mam sporo, postanowiłem wykorzystać dzień wolny (Boże Ciało) i co nieco powspominać…

W poszukiwaniu majestatu mrocznego piękna

Gdy ostatni raz gościłem nad Dunajem, a było to prawie dekadę temu, chciałem odnaleźć pewne mityczne miejsce… Przed II Wojną Światową grał tu i tworzył pewien żydowski kompozytor nazwiskiem Rudi Spitzer, bardziej znany jako Rezső Seress. Do historii przeszedł jako twórca słynnej węgierskiej ballady samobójców – Szomorú vasárnap (bardziej znanej pod angielskim tytułem Gloomy Sunday), wykonywanej później przez setki artystów w wielu językach. Legenda głosi, że ludzie popełniający samobójstwo z nieszczęśliwej miłości, skakali do Dunaju, a po sobie zostawiali nuty lub słowa tego utworu. Był on zakazany w wielu krajach i dopiero tragedia wojny przyćmiła jego infernalną niesławę. Tak się jakoś składa, że w tego typu historiach od żelaznych faktów wolę opowieści bardów… a jedna z nich głosi, iż Seress – pragnący międzynarodowej sławy – wyruszył do Paryża ze swoją ukochaną, aby tam kontynuować karierę kompozytora i pianisty. Stolica Francji miała jednak swoich artystów i nie potrzebowała kolejnego grajka, zwłaszcza pochodzącego gdzieś z dalekich wschodnich krain. Kiedy grosz się skończył, ukochana rzekomo postawiła Seressowi ultimatum: albo znajdzie sobie zwykłą pracę, albo – do widzenia. Nietrudno się domyślić, iż węgierski romantyk wybrał muzykę. W tej historii siedział samotnie w paryskim apartamencie, wpatrując się w rozgwieżdżone niebo, uderzając w porywie serca w płaczące wraz z nim klawisze fortepianu. W efekcie powstał właśnie wspomniany utwór. Odnalazłem kiedyś szczątkową informację, iż Seress przesiadywać lubił w miejscu o nazwie Kulacs, które nadal funkcjonowało wówczas na gastronomicznej mapie Budapesztu. Podczas męskiej wyprawy w 2009 roku zaszliśmy tam z trójką przyjaciół, by – jak się okazało – doznać goryczy sromotnego zawodu. Zamiast wymarzonej przeze mnie, zadymionej, przedwojennej kawiarni ze starym, zakurzonym fortepianem, ujrzałem coś na kształt weselnej sali, z portretem cygańskiej orkiestry uśmiechniętej od ucha do ucha. Zupełnie nie ten klimat, by targnąć się na własne życie jako przeżywający weltschmerz zrozpaczony kochanek, nieprawdaż? Zagadnięty przeze mnie kelner odparł, iż do niedawna rzeczywiście ścianę ozdabiała metalowa plakietka upamiętniająca kompozytora, a i fortepian jakiś czas temu stał. Twarde reguły biznesu wymusiły jednak zmianę koncepcji lokalu. Teraz, gdy minęła kolejna dekada, zastałem w tym miejscu jedynie stary szyld  i pomazane okna… Lokal obecnie można sobie wynająć albo kupić. Jakże wspaniałe byłoby to miejsce na multitap z historią, prawda? Pamiętający dawne dni fortepian odważnie wybrzmiewający suicydalne epitafium i dystyngowani goście popijający kraftowe piwo podniesione do majestatycznej rangi najszlachetniejszych trunków… Niektóre marzenia jednak nigdy nie powinny zostać dotknięte przez rzeczywistość…

Nieco poza tematem

 

Piszę zwykle o jedzeniu i piwie, jednak jedno i drugie uwielbiam dlatego, że wywołują u mnie pewnego rodzaju, jak mawiają śląscy znajomi, hercklekot. W Budapeszcie iście cesarski rozmach tamtejszych zabytków wprawia nawet najtwardszych samców alfa w prawdziwy zachwyt. Od Bazyliki Św. Stefana (nie pomińcie zmumifikowanej ręki tegoż w złotym relikwiarzu – niby turystyczny gimmick, ale dla zwolenników ciemnej strony mocy jest to coś wartego uwagi), przez niesamowity kompleks Parlamentu, aż po zamek w Budzie, tamtejszą zabytkową drewnianą kolejkę, ogrody i leżący nieopodal piękny Kościół Św. Macieja z przyległą rybacką basztą – wszystko to rzuca na kolana! Niestety – musicie pamiętać, iż na Węgrzech muzea i galerię są zamknięte w poniedziałki – w związku z czym kilku z zaplanowanych punktów nie byłem w stanie odwiedzić. Cóż – zawsze zostawiam coś na następny raz – tak już mam. Gdy wrócę do grodu Macieja Korwina z pewnością nie ominę tych miejsc. Na osobną wzmiankę zasługuje natomiast pewien dość świeży pomnik. Przy Placu Wolności węgierski rząd ustawił monument przedstawiający drapieżnego niemieckiego orła wyrywającego Węgry z rąk anioła, co wzbudziło niesmak i protest wielu środowisk, zarzucających premierowi Orbanowi kłamstwo historyczne. Obok pomnika protestujący wykonali własną instalację ze zdjęciami, artefaktami oraz tekstem w kilku językach, mówiącym o dobrowolnej kolaboracji Węgier z nazistami na długo przed wojną oraz represjach wobec żydowskich obywateli sięgających aż do roku 1920. Co jest jeszcze bardziej ciekawe, dokładnie po drugiej stronie Placu stoją niemalże obok siebie: pomnik Ronalda Reagana i… obelisk wychwalający sowieckich wyzwolicieli – tam instalacji obywatelskich jednak nie widać… Abstrahując od wrażliwych tematów historii XX wieku, na pewno warta odwiedzenia jest hala targowa przy Dunaju, w której znajdziecie mnóstwo stoisk z lokalnymi wyrobami – wędlinami, mięsem, serami, papryką, nalewkami, winem, a także ubraniami i typowo turystycznymi gadżetami. Podobno jest także piwnica, gdzie można się obkupić w kiszonki i inne rarytasy, ale o jej istnieniu dowiedzieliśmy się już po powrocie… Przywiozłem stamtąd mnóstwo ostrej, słodkiej i wędzonej papryki, trzy różne pasty paprykowe, lawendową palinkę, a na miejscu zjadłem na śniadanie kiełbasę z mangalicy robioną na wzór hiszpańskiego chorizo. Miejsce to też jest bardzo ciekawe pod względem architektonicznym, choć zwiedzając trzeba mieć cierpliwość i wziąć poprawkę na masę turystów, która tu przychodzi.

Bezdomni, Ikarusy i potworny upał

 

Budapeszt to, poza ogromnym, cesarskim rozmachem, także miasto wielu kontrastów. Dla osoby mieszkającej w Polsce dość zastanawiający może być widok wyraźnie większej liczby bezdomnych niż w przeciętnym dużym polskim mieście. Są praktycznie wszędzie, nawet w przepięknym, zabytkowym skalnym kościele wpisanym w Górę Gellerta, gdzie jeden z nich uwił sobie gniazdko. W mieście funkcjonują też aż cztery rodzaje transportu publicznego: metro (polecam zwłaszcza przejazd linią numer 1 – zabytkową, z pięknymi kafelkami na stacjach!), tramwaje, autobusy i trolejbusy. Wśród tych ostatnich często można spotkać stare, poczciwe Ikarusy, które zniknęły z polskich miast jakiś czas temu. Ten, którym jechaliśmy, miał wybitą datę produkcji 1988. Aż mi się przypomniały podróże autobusem z babcią w dzieciństwie spędzonym w Białymstoku. Kolejną kwestią związaną z Budapesztem jest pogoda. Za każdym razem, a byłem tam bodajże czterokrotnie, mocno we znaki daje się upał. Gdy przyjechaliśmy w piątek, wszystkie znaki na niebie i ziemi mówiły, iż nadchodzą deszczowe dni, jednak po kilku godzinach deszczu wyszło słońce i nie odpuściło solarnej gehenny aż do ostatniej minuty pobytu na Węgrzech. Tak więc – bierzcie czapki i krem z filtrem UV – albo będziecie cierpieć!

Gastro i kawa

 

Przyszliście tu jednak poczytać o jedzeniu i piciu, prawda? A więc po prawie nieprzespanej nocy (samolot odlatywał bladym świtem) wylądowaliśmy na lotnisku im. Ferenca Liszta i udaliśmy się na podbój Perły Dunaju. Zostawiwszy torby w wynajmowanym mieszkaniu, wyruszyliśmy szukać śniadania. Jako piwno-kulinarny eksplorator miałem rzecz jasna przygotowaną nie tylko spersonalizowaną mapę Google, ale i kompletny itinerariusz wraz z rekomendowanymi miejscówkami przez Atlas Obscura, Dark Tourism i inne strony, które przeważnie odwiedzam przed wyprawą. Okazało się, że jedna z ciekawiej prezentujących się śniadaniowni mieściła się kilkanaście minut spacerem od naszego mieszkania, toteż w piątkowy poranek wybraliśmy się do Cafe Csiga. Oprócz menu jedzeniowego, serwują tam węgierski kraft z butelki, a także… rum. Na przysmak piratów o dziewiątej rano ochoty nie miałem, ale skusiłem się na piwo Jam 72 z browaru Mad Scientist. Jest to ich sztandarowa IPA, która smakiem przypomina polskie produkcje tego typu sprzed trzech lat – czyli delikatny karmel, trochę chmielu, generalnie OK, bez fajerwerków. Na śniadanie zamówiłem omlet z serem i szynką, który był nieco bardziej przysmażony, niż francuskie puszyste odpowiedniki, ale spełnił swoje zadanie zarówno pod względem nasycenia wygłodniałego żołądka (ostatni posiłek – poza batonikiem na lotnisku – jadłem 17 godzin wcześniej), jak i zadowalającego smaku. Espresso – jak to na Węgrzech – mocne, solidne, ale nieprzepalone. Zarówno ja, jak i Michał, zgodnie stwierdziliśmy, że Węgrzy umieją w kawę – właściwie nigdzie nie trafiliśmy na złe espresso, a piliśmy go naprawdę sporo. Może podyktowane to było tym, że raczej nie odwiedzaliśmy sieciówek (no dobra, raz byliśmy w Maku!). Inne polecane przeze mnie miejsca, gdzie można napić się dobrej kawy to The Goat Herder czy Espresso Embassy. Ciekawą lokalizacją jest Vinyl & Wood – Get Lost In Wonderland. Ta stosunkowo nowa kawiarnia łączy ze sobą miłość do trzech rzeczy: solidnej ręcznej roboty w drewnie, smacznej kawy i płyt winylowych, które ozdabiają ściany, a w tle leci nienachalna muzyka elektroniczna. Można tam zakupić np. etui na smartfona albo zegarek, wykonane na specjalne zamówienie. Jest to miejsce prowadzone przez pasjonatów, a więc zdecydowanie zasługujące na certyfikat jakości Beer, Bacon & Liberty. Doskonałą miejscówką na śniadanie okazała się izraelska restauracja Mazel Tov. Bardzo przestrzenna, jasna, wyglądająca jak odnowiona hala targowa restauracja, porośnięta zielonymi roślinami, od razu zyskała moją sympatię. Moje sobotnie dolce vita rozpocząłem od kieliszka Tokaju, espresso i lemoniady z owoców leśnych, które stanowiły piękny tercet egzotyczny będący preludium do śniadania, które podano do stołu chwilę później. Z bogatego menu wybrałem pozycję o nazwie Herzliya Breakfast, w której skład wchodziły dwa jajka sadzone, dwie kiełbaski, tahini oraz solidna porcja sałatki z ogórka i pomidora. Do tego otrzymaliśmy domowe pieczywo. Można było się tym bez problemu najeść ze smakiem (jajka były idealne – z płynnym żółtkiem i ściętym białkiem), podziwiając architektoniczny kunszt miejsca. Zdecydowanie polecam! Wracając do Espresso Embassy, które mieści się tuż obok Placu Wolności, obok znaleźć możecie bardzo ciekawy minilokal o nazwie The Strawberry Project Budapest. W iście Andersonowskim stylu możecie zakupić tu truskawki oblane czekoladą, a nawet zapakować je do kolorowego pudełeczka i podarować ważnej osobie w prezencie. Prawdziwy cukierniczy food porn!  Zawsze podczas podróży staram się jeść lokalne przysmaki, jednak bywa, że trafiam też w miejsca serwujące inną kuchnię. Tak też było tym razem. Tuż obok Budapest Eye, w samym centrum, trafiliśmy do Montenegroi Gurman – dość drogiej (lokalizacja robi swoje) restauracji specjalizującej się w kuchni czarnogórskiej. Do Bałkanów zawsze mam sentyment, więc dlaczego miałbym w Budapeszcie nie spróbować miejscowej interpretacji tamtejszej kuchni? Największy plus – klimatyzatory z mgiełką wodną. Największy minus – czas oczekiwania. Po dobrych trzydziestu minutach otrzymałem mój schab faszerowany serem i przykryty boczkiem, wraz z… surową czerwoną cebulą i czymś na kształt salsy. Mięso było przedniej jakości, mięciutkie, boczek może nie chrupiący – tak jak lubię – ale bardziej mięsisty, a serowy farsz powodował, że całość rozpływała się w ustach. Tylko nie idźcie na randkę po tej cebulowej sałatce 😉

Piwne przeżycia

 

Festiwal Budapest Beer Week, który był głównym powodem moich odwiedzin nad Dunajem, odbywał się według schematu znanego choćby z polskich Beer Geek Madness czy One More Beer Festival, czyli impreza podzielona na sesje, na które się kupuje bilet wstępu na zasadzie: pijesz ile  chcesz. Pośród wystawców nie zabrakło wielu znanych marek w europejskim krafcie oraz przedstawicieli miejscowej sceny. Nam organizatorzy zapewniali sprzęt, stoisko i – jeśli była taka potrzeba – pomoc wolontariuszy. Jako że na Węgrzech również działa browar o tej samej nazwie, dwa Golemy ustawiono obok siebie. W Budapeszcie serwowaliśmy cztery piwa: Owech Owech i Milky Moon Barrel-Aged w piątek oraz Dybuk Laphroaig Barrel-Aged i Owech Owech Owech w sobotę. Z opinii na Untappd można wywnioskować, iż Węgrom nasze piwa smakowały, a kontrowersje wzbudził jedynie Dybuk leżakowany w beczce po Laphroaigu, który swoją pochodzącą z beczki wędzonką albo zachwycał, albo odrzucał – i to jest właśnie piękne! Jak to ostatnio zwykłem mówić – plus i minus są lepsze niż dwa zera, mimo że matematycznie wychodzi na to samo. Przypadek sprawił też, iż zaproponowaliśmy gościom… nowy wymiar milk stoutu. Ktoś z wolontariuszy zostawił karton mleka na naszym stole, a – jako że są z nas pozytywne wariaty – zaczęliśmy je dolewać do Milky Moona. Efekt przerósł nasze oczekiwania i imperialny milk stout na żywo blendowany z mlekiem wzbudził bardzo pozytywne zainteresowanie degustatorów. Co do innych piw, które przyszło mi spróbować, jestem bardzo zaskoczony na plus. Nie przypominam sobie żadnego, które by mnie odrzuciło, czy spowodowało niesmak. Poziom przywiezionych trunków był naprawdę wysoki, a w upalną pogodę najlepiej smakowały mi oczywiście kwasy – najbardziej te z Wild Beer i Birrificio del Ducato. Pragnienie też doskonale gasiły pilsy od naszych sąsiadów z Edge Brewing i Pipeworks. Wiele browarów (w tym my!) przywiozły dużo mocnych piw, które także były znakomite, jednak w taką pogodę najbardziej pragnąłem czegoś orzeźwiającego. Co do Edge Brewing, to panowie mieli ze sobą bardzo ciekawe… szkło (zdjęcie poniżej). W niedzielę w pubie Neked Csak Dezso organizatorzy zorganizowali dla nas i Browaru Stu Mostów kranoprzejęcie. W ofercie pojawiły się piwa, których zabrakło podczas dwóch głównych dni festiwalu, a na imprezę przyszła cała plejada gości z europejskich browarów, organizatorzy oraz – rzecz jasna – mnóstwo lokalnych klientów. Samo miejsce jest przestrzenne, nowoczesne, przypominające w środku pod względem stylu nieco poznańskie Ministerstwo Browaru. Można tu także dobrze zjeść, co przetestowałem spożywając przepyszną panierowaną mangalicę na szparagach. Znajduje się tu także sklep z butelkami oraz nanobrowar Gravity Brewing, w którym będą powstawać autorskie piwa warzone przez piwowara z USA. Po butelkowe piwo na wynos, by zabrać je do domu, poszliśmy do Csak a jó sör. Ten sklep, położony niedaleko Oktogonu, oprócz wyboru miejscowego kraftu i zagranicznej klasyki, oferuje także kilka kranów i minipub, gdzie można usiąść i podelektować się szklaneczką zimnego piwa. Spośród węgierskich browarów, największe wrażenie zrobiły na mnie Brew Your Mind i Mad Scientist, aczkolwiek warto także sięgnąć po piwa z Monyo, Gólem, Balkezes, Horizont czy TuffBuzz. Niezłe piwa można też dorwać od browarów First i Reketye. Warto wspomnieć jeszcze o miejscówce nad samym Dunajem – Jonas Craft Beer House – gdzie kranoprzejęcie miał De Molen. Pub położony jest tuż przy rzece, ze znakomitymi widokami i dwoma barami, w których można zakupić świeże piwa z lokalnych browarów oraz gości z zagranicy. W promieniu kilkunastu metrów są też food trucki oraz inne puby serwujące kraft. W ciepły, węgierski dzień, warto usiąść tam i rozkoszować się widokiem drugiej strony Dunaju, popijając orzeźwiającego pilsa lub IPA.

Węgierski street food

 

W sobotę, jak wiadomo, był finał Ligi Mistrzów, jednak na pofestiwalowym afterze przed ekranem zostaliśmy tylko na pierwszą połowę, by udać się na… kolejną imprezę piwną! Okazało się, że w Budapeszcie (a konkretnie w Obudzie) odbywał się także lokalny minitarg piwno-gastronomiczny z jedynie węgierskimi wystawcami. Piwa za dużo nie wypiliśmy, jednak posmakowaliśmy miejscowego street foodu. Węgrzy wpadli na świetny pomysł, który lada moment zapewne skopiuje jakiś polski food truck (kolejna milionowa idea, którą nie ja wykorzystam…). Mianowicie, na późną kolację zjadłem tzw. gulaszbombę, czyli… bułkę od hot-doga faszerowaną gulaszem. Przecież u nas można by było zrobić identyczną rzecz z nadzieniem bigosowym. Ba! Węgrzy już na to wpadli – na street foodowym fyrtlu o nazwie Karavan jest food truck, który serwuje – na modłę polskiego żurku w chlebie – bochenek z pokrywką wypełniony gulaszem lub… transylwańskim bigosem! No – polscy foodtruckersi – do dzieła! Oprócz tego, króluje rzecz jasna langosz odmieniony przez wszystkie przypadki, w tym… langoszpizza, czyli ciasto pieczone w piecu opalanym drewnem (a nie – jak w przypadku tradycyjnego langosza – smażone w głębokim tłuszczu), z nałożonym farszem śmietanowo-serowo-bekonowym (taka wschodnioeuropejska pseudocarbonara) – idealna przekąska na późne imprezowe godziny. Skoro o nich mowa, nie mogło zabraknąć także palinki. Miejscowy destylat występujący w różnych smakach (próbowałem: leśnej, pigwowej, lawendowej, wiśniowej, brzoskwiniowej, śliwkowej i pewnie jeszcze jakiejś, o której nie pamiętam) pije się dość lekko, a nazajutrz nie powoduje nieprzyjemności w postaci bólu głowy czy nudności. Podczas festiwalu w Obudzie serwowano też drinki z palinki w postaci lemoniady z wkładką. Jakie to było dobre! Jedną z rzeczy, jakich nie spróbowałem, był… Choco Kebab. Koncept zanurzania mięsa w czekoladzie jest mi znany od paru lat, kiedy to w L.A. powstał Choco Chicken, czyli połączenie smażonego w głębokim tłuszczu kurczaka z czekoladowym fondue, jednak zostawiłem sobie tę przyjemność na kolejną wizytę. Węgrzy mają też swoją wersję cheeseburgera bez… mięsa. W bułce serwują bowiem panierowany ser z dodatkami, w różnej postaci. Kolejny prosty, acz genialny pomysł. Zupełnie nie trafił do mnie natomiast koncept o nazwie Szimpla. Rozumiem, iż taka brudno-squatterska stylistyka wymazanej graffiti wspólnej przestrzeni gastronomiczno-artystycznej wpisuje się w hipsterską estetykę i przyciąga turystów, czyniąc to miejsce niesamowicie popularnym, jednak to zupełnie nie mój klimat. Mimo ogromnego metrażu, baru z winem, hamaków i jedzenia, czułem się tam nieswojo i miałem wrażenie, jakbym stąpał po klejącym się glucie, a w powietrzu unosił się zapach potu i moczu. Nigdy nie byłem na squacie, ale tak to sobie właśnie wyobrażam. Na szczęście tuż obok był Karavan z food truckami i Vinyl z kawą, a tuż za rogiem brytyjski pub Hops Beer Bar, gdzie na kranie znaleźć można BrewDoga, Duggesa i inne europejskie krafty, a także szeroki wybór butelek.

Podsumowanie

Mój kolejny pobyt w Budapeszcie był znakomitym połączeniem pracy i urlopu. Dwa dni spędzone na festiwalu oraz jeden wieczór na kranoprzejęciu plus mnóstwo zwiedzania sprawiły, iż mój głód ciekawych wrażeń został na chwilę zaspokojony. Pytania jednak w tym niepokornym duchu ciągle rodzą się na nowo: Gdzie dalej? Co więcej? Jak mocno? Serce wciąż chce bić…

Co zjeść i wypić w Budapeszcie? – osobiste reminiscencje weekendowego wypadu

VII KAWA Festival Poznań – Z mlekiem*

kava.png

Źródło: facebook.com

W poniedziałkowe przedpołudnie w otwartym na nowo bistro Wartko nad Wartą odbyła się konferencja prasowa promująca trwający od wczoraj VII KAWA Festival. W byłej loży masońskiej przy Marcinkowskiego byliśmy kiedyś z okazji urodzin, ale od tamtego czasu wiele się tu zmieniło. W Wartko nad Wartą można zjeść m.in. sowite śniadania bazujące w większości na recepturach jajecznych, z wyraźnymi brytyjskimi inspiracjami. Spróbowałem omletu z chili, gdyż – jak wiecie – ten dodatek zawsze budzi moje zainteresowanie i nie zawiodłem się. Porcja rozsądnej wielkości, smak w porządku, choć oczywiście na moje zmysły zdecydowanie za mało ostre. Rozumiem jednak, że chodziło tylko o delikatną pieszczotę podniebienia, a nie o walenie obuchem przez łeb. Od tego mam wszak degustacje papryczek w piwnym towarzystwie. Poza omletami znajdziecie tu jajka w koszulkach, kiełbaski, tosty czy naleśniki. Po śniadaniu restauracja serwuje zestawy lunchowe w przyzwoitych cenach. Warto wpaść, bo pomimo śniadaniowego boomu wciąż brakuje w Poznaniu tego typu miejsc.

Clou spotkania była jednak zapowiedź VII KAWA Festival. Tym razem motywem przewodnim jest hasło Z mlekiem*. Zanim zjawiłem się na konferencji, wiedziałem o tym, że królować będzie kawa wchodząca na stół cała na biało, natomiast – przyznaję się bez bicia – nie zauważyłem, iż chodzi o mleko roślinne. W tej edycji organizatorzy postanowili wykonać ukłon w stronę osób preferujących opcje wegańskie. Oprócz zamiany mleka krowiego na roślinny substytut, także ciasta pojawią się w wersji bez produktów odzwierzęcych. W siódmej edycji festiwalu weźmie udział rekordowa liczba 41 poznańskich kawiarni, więc goście mają w czym wybierać. Poza znacznym zwiększeniem zasięgu, wprowadzono również zmienioną formę oceniania miejsc w celu wyłonienia zwycięzcy imprezy. Tym razem zamiast znanych z poprzednich odsłon papierowych kart do głosowania wybór odbędzie się za pośrednictwem internetu. Do wzięcia udziału we wspólnej zabawie motywuje także cena zestawu. Za  kawę i deser zapłacimy jedynie 10 złotych.

Osobiście, jako mięsożerca i zwolennik czarnej kawy, będę miał okazję wyjść nieco ze strefy komfortu i spróbować czegoś innego. Ciekaw jestem, jak uczestnicy festiwalu poradzą sobie z postawionym zadaniem. Łatwo nie będzie! Impreza potrwa do końca bieżącego tygodnia.

Link do wydarzenia: https://www.facebook.com/events/1266765293334110/

VII KAWA Festival Poznań – Z mlekiem*

Cóż ukryło się w Sekretnym menu?

Kolejny Culinary Fest za nami! Tym razem uczestnicy festiwalu mieli za zadanie przygotować menu w oparciu o temat przewodni pod tytułem: Sekret. Udało się nam odwiedzić kilka miejsc, o których mocno indywidualną opowieść znajdziecie poniżej. Większość degustacji odbyliśmy w składzie: ja (Artur) i moja Ukochana (Justyna). W jednym przypadku towarzyszył mi zaś mój piwny druh – Michał. A więc – do dzieła!

Firlejka

Już we wstępie kilkanaście dni temu pisałem, iż żałuję, że tym razem na liście uczestników nie ma Momo i Lavendy, ale na szczęście jest nasz inny stały faworyt – Firlejka. Do tej przytulnej piwnicy (ciągnie libertarianina…) udaliśmy się na sam początek festiwalu. Przystawka wyglądała jak prawdziwe dzieło sztuki – coulis malinowo-buraczany sprawiał wrażenie rozprysku krwi z miejsca zbrodni, a leżąca obok ośmiorniczka w towarzystwie kaparowego jabłuszka i kawioru jabłkowego stanowiła ciekawe dopełnienie. W smaku – jak zwykle – bez zarzutu. Każdy element współgrał ze sobą i tworzył interesująca kompozycję. Danie główne to już ukryty w cukinii dorsz w wersji polędwiczej – ostatnio zyskującej coraz większe uznanie wśród szefów kuchni (niedawno próbowałem takowej w La Cocotte). Dodatki w postaci confitowanego pomidora, marchwi, szparaga i sosu salsa verde z anchois współtworzyły ciekawą symfonię smaków. Maksimum punktów za maksimum doznań estetyczno-artystycznych. Jedyne, do czego mógłbym się przyczepić, to wielkość porcji, jednak w Culinary Fest niekoniecznie o to chodzi.

Może Morze

Miejsce to już zawsze będzie kojarzyć mi się z czasami, gdy gościła tu Klepsydra, a ja wyśpiewywałem w niej swoje ulubione numery przez okno wychodzące na Stary Rynek ponad pół dekady temu. Teraz możemy tu zjeść świeże ryby i inne morskie stwory. Na Culinary Fest kuchnia Może Morze przygotowała krem z buraka gotowanego w malinach, z topinamburem, orzechem i miętą. Danie podane zostało na zimno (mi to pasowało), było mocno buraczane, a jedyny mankament (niezamierzony, każdemu się zdarza!) to mała łupina orzecha w środku. Smak jak najbardziej zadowalający. Danie główne stanowiły pierożki z krewetkami, podlane wędzonym masłem. Nuty dymnej niestety nie wyczułem (a bardzo ją lubię…), sami zaś głowni bohaterowie nie zawiedli. Solidnie, acz bez większych ochów i achów.

Un Pot

W tym miejscu byliśmy po raz pierwszy. Od wejścia powitał nas york właścicielki (?) oraz wrażenie raczej domowej atmosfery. Zajęliśmy miejsce na podwórzu, z dala od głównej sali. Jako przystawka na stół przywędrowała zupa z soczewicy, której smak przywodził na myśl wojskową grochówkę. Tylko mięsa brakowało! Niemniej jednak, smakowicie i sycąco. Jeszcze bardziej można było najeść się drugim daniem. Tu już otrzymaliśmy typowy talerz babcinej zieleniny. Żadnych hipsterskich musztardowców, gwiazdnic ani jarmuży – po prostu mnóstwo szerokolistnego, ogrodowego lubczyku. Na nim zaś – dysonans… Miały być ziemniaki z zasmażaną cebulą i imbirem, a ostatecznie dostaliśmy… tosty, takie zwykłe z opiekacza, a do tego… na słodko! Nie było to złe, ale zupełnie nie zgadzało się z tym, co wyczytaliśmy w festiwalowym menu. Do tego mięso mielone – duża porcja! – z groszkiem, a na rzeczonych tostach trzy ostre papryczki. I tu największy plus – naprawdę pikantne! Nie jakieś popierdółki, tylko rzeczywiście odjechane mordokręty. Brawo!

Nova

Również mój debiut. Jedyne miejsce, gdzie w miejsce Justyny towarzyszył mi Michał. W menu stało jak byk: ramen. Cóż… nie lubię, naprawdę nie lubię pisać źle. Zupa była naprawdę smaczna. Kurczak, warzywa, makaron – wszystko OK. Tylko że… to nie był ramen. Gdyby ktoś napisał: rosół z kury – OK! Natomiast koło ramenu to nawet nie stało. Danie główne już nieco bardziej kojarzyło się z kuchnią azjatycką. Kurczak z makaronem udon, w towarzystwie czosnkowo-imbirowym mógł zarówno nasycić, jak i zadowolić smakiem. W ogólnym rozrachunku – przeciętnie.

Eatalia

To miejsce polecano nam już wiele razy, a więc trzeba było w końcu zajrzeć do nowej restauracji przy Gołębiej. Mieści się ona w piwnicy nowopowstałego hotelu, a wystrój wnętrza całego budynku zdecydowanie trafia w mój gust. Sąsiedztwo Firlejki chyba zainspirowało tutejszą kuchnię, gdyż dania festiwalowe zaprezentowane zostały w podobnym stylu. Artystyczna kompozycja z estetycznym kunsztem zachęcała do fotografowania i spróbowania propozycji tutejszej kuchni. Pierwszy plan jednak grały tu ciekawe składniki. Kacze serca w połączeniu z foie-gras, a do tego polik cielęcy z nasturcją? Mimo małych porcji, smakosze mogli z pewnością być zadowoleni. Po tym arcyciekawym entree, goście otrzymali perliczkę zamgloną nutą mango i kolendry (do których mam ogromną słabość…), w towarzystwie topinamburu i trufli. Eatalia nie oszczędzała na składnikach i zaprezentowała wykwintny kunszt nowoczesnej sztuki kulinarnej. Zdecydowanie – odkrycie festiwalu!

Gospoda Młyńskie Koło

Mamy z Justyną taką tradycję, że jeździmy sobie na nocne przejażdżki po wschodnich rubieżach Poznania. Wielokrotnie mijaliśmy Młyńskie Koło i zawsze mówiliśmy sobie, że zajedziemy tam na coś dobrego. Odstraszały nas jednak wysokie ceny. Dowiedziawszy się, iż Gospoda bierze udział w Culinary Fest, od razu zdecydowaliśmy się tam pojechać. Menu na pierwszy rzut oka raczej nie miało w sobie nic sekretnego i przywodziło bardziej na myśl obiad u babci niż wykwintną ucztę u uczestnika Masterchefa, ale… niczego nie żałujemy. Tradycyjny polski rosół z kury z domowym makaronem był odpowiednio treściwy i dał dobry podkład w żołądku przed drugim daniem. Wówczas dopiero przekonaliśmy się, w czym tkwił tytułowy sekret… Otóż – w wielkości porcji. Za jedyne 15 złotych oprócz rosołu otrzymaliśmy ogromną porcję kotleta schabowego z ziemniakami i warzywami, a do tego półmisek kapusty z grzybami i czekajkę w postaci domowego chleba ze smalcem. Najedliśmy się tak, że nie mogliśmy wstać od stołu. Gospoda Młyńskie Koło to miejsce, gdzie można najeść się do syta niczym staropolski szlachcic. Do tego do dyspozycji gości jest małe jeziorko, ogród z hamakiem i pokoje hotelowe. Być może niektórych odrzuca mało centralna lokalizacja tego miejsca, jednak zdecydowanie warto pojechać tam skosztować tradycyjnej polskiej kuchni. Pysznie i dużo. Czego chcieć więcej?

 

Więcej miejsc nie udało się nam odwiedzić. Każde z tych, które nas ugościło, zaoferowało inną interpretację przewodniego tematu festiwalu. Kto zdobędzie nagrodę publiczności? O tym przekonamy się już za kilka dni. Na koniec jednak łyżka dziegciu – nie wszyscy uczestnicy dali nam karty do głosowania. Niedopatrzenie?

 

 

 

Cóż ukryło się w Sekretnym menu?