Inspiracja BBL #3: Ostateczny comfort food – stek wołowy (cheap cut sous vide!)

Comfort food to pojęcie, które od jakiegoś czasu funkcjonuje w kulinarnej blogosferze i oznacza jedzenie, które wzbudza w nas uczucie – jakżeby inaczej – komfortu, a także nostalgii, przyjemności, chwilowego zapomnienia o otaczającej rzeczywistości. Może być to posiłek przygotowywany niegdyś przez nasze Babcie i Mamy, a także danie kuchni regionalnej lub narodowej, czy też w końcu coś, co sami gotujecie w momencie, gdy chcecie poczuć się lepiej. Moim ostatecznym comfort foodem jest stek wołowy. W historii kulinariów nigdy nie powstało nic lepszego. Za każdym razem, kiedy mam ochotę na coś naprawdę wyjątkowego – sięgam po kawałek wołowiny i przenoszę się w te części kulinarnego nieba, gdzie – poza solidnym cięciem krowy – wstęp ma jedynie chrupiący karmelizowany boczek oraz szklanka Lagavulin 16.

Problem ze zrobieniem dobrego steku jest dwojaki: po pierwsze, na szybko trudno trafić na dobry kawałek mięsa. Po drugie, nawet jak już takowy się znajdzie, jest on zazwyczaj ekstremalnie drogi. Dlatego też istnieje szereg sposobów na przerobienie gorszej jakości wołowiny na zjadliwy stek, dzięki czemu oszczędzamy czas i pieniądze. Jednym z nich jest poddawanie mięsa długiej obróbce termicznej w niskiej temperaturze, a także marynowanie w solance czy soku ananasowym (to specjalność brazylijska). Będąc osobą ekstremalnie zabieganą, a jednocześnie mając nieposkromioną ochotę na krowę, wracając z siłowni zajrzałem dziś do lokalnego sklepu mięsnego, żywiąc nadzieję, że znajdę tam świeży antrykot lub rostbef – o sezonowanym nawet nie marząc. Niestety, do wyboru była jedynie łopatka lub udziec. Z dwojga złego poprosiłem o przekrojenie łopatki i stwierdziłem, że w sumie mogę coś z tego wyczarować:

Łopatka wołowa przed obróbką

Wiedząc, że mam do czynienia z tzw. cheap cut (czyli tańszą częścią krowy, trudniejszą w obróbce i bardziej podatną na stanie się żylastym kapciem – cena: ok. 8 zł za 200 g stek), zrobiłem dwie rzeczy. Po pierwsze – dry rub. Użyłem do niego dwóch rodzajów soli – jednej wzbogaconej o mieszankę dzikich ziół z lasów Spreewaldu oraz drugiej – angielskiej morskiej z Dorset, zmieszanej z płatkami chili. Oprószyłem sowicie drewnianą deskę do krojenia i otoczyłem moje dwa kawałki słoną mieszaniną. Następnie zapakowałem mięso do worków próżniowych, odessałem powietrze, nastawiłem cyrkulator sous vide na 3 godziny, a temperaturę ustawiłem na 53 stopnie Celsujsza.

Jedno, czego nienawidzę, to stek zbyt „zrobiony” w środku. Musi być krwisty! Moje doświadczenie mówi, że optymalna temperatura wewnątrz steku to 51-54 stopnie. Mając na uwadze to, że nie dysponowałem najlepszym kawałkiem mięsa oraz to, że na finiszu spędzi jeszcze kilkanaście sekund na patelni, uznałem, że 53 stopnie będą w sam raz. Idealnie oczywiście byłoby te steki potrzymać nawet 24 godziny – jednak nie miałem na to czasu. Skoro dobry antrykot czy rostbef nie siedzi u mnie w cieple dłużej niż 60 minut, to potrojenie czasu w przypadku łopatki powinno wystarczyć.

Po upływie trzech godzin mięso wyjąłem z worków, dokładnie wysuszyłem ręcznikiem papierowym, a następnie wrzuciłem na maksymalnie rozgrzany na patelni smalec, w celu wykształcenia pysznej brązowej skórki. Powinno to zająć nie dłużej niż kilkanaście sekund z każdej ze stron. Im wyższa temperatura, tym lepiej. Im niższa, tym większe ryzyko, że stek będzie bardziej „zrobiony” w środku, niż chcemy.

Jako dodatków użyłem domowych ogórków kiszonych (solanka 2,5%, sól z chili, koper, korzeń chrzanu, czosnek, ziele angielskie; około trzytygodniowe), ugotowanych w mundurkach młodych ziemniaków, przysmażonej na smalcu kukurydzy oraz zielonego pesto własnej roboty, do którego z kolei zużyłem – obok oliwy, cytryny i czosnku – kiszone liście rzodkiewki oraz surowe liście kalarepy. Ostatecznie danie prezentowało się tak:

Gotowy stek z łopatki sous vide 53 C

Mięso było mięciutkie i krwiste, a skórka chrupiąca i skarmelizowana. Jak na stek za 8 złotych, to uważam, że mistrzostwo świata. Następnym razem spróbuję łopatkę potrzymać 24 godziny, by zobaczyć różnicę. Być może uda się jeszcze bardziej podkręcić to niesamowite danie. Polecam każdemu miłośnikowi dobrego mięsa!

W skrócie:

Sprzęt:

  • patelnia
  • cyrkulator sous vide

Rub:

  • sól z dzikimi ziołami ze Spreewaldu
  • sól morska Dorset z płatkami chili

Składniki główne:

  • 2 steki z łopatki po 200 gramów każdy
  • 5 młodych ziemniaków
  • 4 ogórki kiszone
  • 1 kolba kukurydzy
  • smalec do smażenia
  • pesto z kiszonymi liśćmi rzodkiewki oraz surowymi liśćmi kalarepy (można zastąpić kupowanym zielonym pesto genovese, ale lepiej zrobić swoje z kwaśnym twistem)

Krok po kroku:

  1. Składniki rubu rozsypać na drewnianej desce do krojenia i wymieszać ze sobą.
  2. Otoczyć steki rubem.
  3. Zapakować steki w worki próżniowe i gotować sous vide w temperaturze 53 stopni Celsjusza przez minimum 3 godziny.
  4. Na ok. pół godziny przed końcem czasu przygotowywania mięsa, ugotować ziemniaki w mundurkach w osolonej wodzie.
  5. Na rozgrzanym smalcu przysmażyć z każdej strony oczyszczoną kolbę kukurydzy przeciętą na pół.
  6. Zdjąć kukurydzę, dodać smalcu w razie potrzeby i rozgrzać go do maksymalnej temperatury.
  7. Po ukończeniu przygotowywania steków sous vide, wyjąć je z worków oraz dobrze wysuszyć ręcznikiem papierowym.
  8. Przysmażyć steki z obu stron po kilkanaście sekund w maksymalnej temperaturze, w celu wytworzenia brązowej skórki.
  9. Zdjąć steki z patelni i dać im odpocząć około 5 minut.
  10. W tym czasie na talerzu ułożyć pocięte w połówki lub ćwiartki ziemniaki, ogórki kiszone, pół kukurydzy, łyżkę pesto.
  11. Przekroić stek na pół i ułożyć na środku talerza.
  12. Smacznego!
Reklamy
Inspiracja BBL #3: Ostateczny comfort food – stek wołowy (cheap cut sous vide!)

Inspiracja BBL #2: Stek jagnięcy dla leniwych

Stek jagnięcy dla leniwych

Jak wiecie, jestem leniwy. Gdy mówię o tym ludziom, dziwią się, bo przecież dwie prace, firma, podróże, siłownia, gotowanie, blog i mnóstwo innych zajęć… Ale tak – moją złotą zasadą jest maksymalizacja wydajności przy minimalizacji wysiłku. W kuchni się relaksuję – jednak i tam nie ucieknę od swej osobowości człowieka zawsze szukającego drogi na skróty, a do tego do granic możliwości niecierpliwego. Dlatego m.in. najczęściej chodzę do najbliższego dyskontu (Biedronka), gdyż spacer do większego i lepiej zaopatrzonego sklepu (Carrefour) zająłby mi o pięć minut dłużej. Nie mówiąc o Lidlu, w którym nie byłem odkąd przeprowadziłem się do miejsca, w którym mieszkam. Iść dwadzieścia minut do sklepu, gdy inne są bliżej? Musieliby chyba rozdawać Wagyu za darmo, a i tak pojechałbym samochodem.

Buszując więc po lodówkach sklepu portugalskiej sieci, natknąłem się na markę The Premium Butcher, pod którą sprzedawane są steki z udźca jagnięcego. Jako że dawno nie jadłem jagnięciny, którą bardzo lubię, postanowiłem spróbować rzeczonego mięsa. Pozostał dobór dodatków. Jako zielona podkładka tradycyjnie posłużyły młode listki „Romantica”, które wyjątkowo lubię także za to, że sprzedawane są w małych – w porównaniu do innej zieleniny – opakowaniach. W domu były kupione w dużej ilości ziemniaki, więc problemu z węglowodanowym dodatkiem nie było. Pozostało dorzucić trochę smaków kwaśnego i umami. Za pierwsze odpowiadać miały przywiezione ze Szprewaldu ogórki królewskie, czyli pikle cięte w półksiężyce bez skóry. W tym miejscu oczywiście powinienem obiecać, że o Szprewaldzie napiszę, bo jest o czym, ale… sami wiecie – lenistwo. Może mi się zechce. Jako ostatni dodatek wybrałem grzyby. Nie mając lepszej alternatywy użyłem pieczarek, choć zapewne inne byłyby dużo lepsze.

Steków specjalnie nie marynowałem, jednak zrobiłem im krótkiego „ruba”, zastępując tym samym tłuszcz na patelni. W jego skład wszedł olej słonecznikowy, mieszanka suszonych dzikich ziół i soli (też ze Szprewaldu) oraz świeżo mielony czarny pieprz i odrobina piri piri. Nasmarowałem z obu stron wyjęte odpowiednio wcześniej z lodówki steki (pamiętajcie, by nigdy nie smażyć zimnych!) i wrzuciłem na rozgrzaną maksymalnie patelnię grillową. Wystarczy im niecałe dwie minuty z każdej strony. Ja przetrzymałem 2,5 i w środku były ledwo różowawe. Następnie przekładamy mięso na deskę i kilka minut dajemy mu dojść.

Ziemniaki ugotowałem pocięte w kostkę, aby zaoszczędzić czas. Następnie pogniotłem je z kefirem, tworząc coś na kształt „polskiego puree”. Jakoś ostatnio lubię zastępować tradycyjne masło innymi składnikami do kartofli. Maślanka i kefir to moje ulubione substytuty.

Umyte pieczarki pokroiłem w dość grube plastry i usmażyłem na patelni, następnie przyprawiając je solą i dużą ilością świeżo mielonego czarnego pieprzu. Muszą być naprawdę pieprzne! Co ważne – nie trzeba ich obierać ze skórek. Lenistwo wygrywa i tu.

W ten sposób wszystko już miałem gotowe. Można było podawać. Zielsko na środek, na to mięso, z jednej strony pieczarki, z drugiej ziemniaki, a po obu pustych stronach półksiężyce z ogórków. Pysznie, szybko i łatwo. Smacznego!

W skrócie:

Rub:

  • ćwierć szklanki oleju słonecznikowego
  • łyżeczka soli z suszonymi dzikimi ziołami ze Szprewaldu
  • łyżeczka świeżo zmielonego pieprzu czarnego
  • szczypta piri piri w proszku

Składniki główne:

  • 2 steki z udźca jagnięcego
  • 4 średnie ziemniaki
  • pół szklanki kefiru
  • 4 półksiężyce z ogórków królewskich ze Szprewaldu
  • garść młodych listków „Romantica”
  • 100 g pieczarek
  • sól
  • pieprz
  • olej do smażenia

Krok po kroku:

  1. Składniki rubu dobrze wymieszać, a następnie natrzeć nim steki będące w temperaturze pokojowej.
  2. Ugotować ziemniaki w osolonej wodzie.
  3. Rozgnieść ugotowane ziemniaki z kefirem na kształt puree.
  4. Na rozgrzanym oleju przysmażyć z obu stron pieczarki pocięte w grube plastry, a następnie przyprawić solą i sowicie pieprzem.
  5. Rozgrzać patelnię grillową do maksimum.
  6. Smażyć steki z obu stron po maksymalnie dwie minuty, następnie zdjąć ze źródła ciepła i dać im odpocząć kilka minut.
  7. Ułożyć młode listki na talerzu, na nie wyłożyć mięso. Po jednej stronie nałożyć ziemniaki, po drugiej pieczarki, a wolne miejsca udekorować półksiężycami z ogórków.
  8. Smacznego!
Inspiracja BBL #2: Stek jagnięcy dla leniwych

Kraft u Amaro, disco polo w Teatrze Narodowym i ignorancja Bourdaina, której nie mogę znieść

Anthony Bourdain

Kilkanaście miesięcy temu kolega z branży powiedział mi, że próbował przekonać słynnego restauratora – Wojciecha Modesta Amaro – aby w swoim warszawskim Atelier zaczął serwować piwa rzemieślnicze. Odpowiedź była mniej więcej w stylu, że jego klientela piwa nie pija – tylko wino. To oczywiście zasługa wielowiekowego pozycjonowania piwa w kulturze jako napoju dla prostych ludzi, niegodnego salonów. O ludziach z podejściem „to tylko piwo”, nawet wewnątrz branży, już jednak pisałem.

Jeszcze gorsze doświadczenie miałem kiedyś w restauracji znajdującej się w poznańskim Sheratonie, gdzie udałem się na stek z polskiej polędwicy z okazji jakiegoś festiwalu mięsa, czy czegoś w tym stylu. Od zawsze powtarzam, że nie ma nic bardziej deprecjonującego lokal w moich oczach, niż uderzający w karcie dysonans pomiędzy znakomitym, wyszukanym jedzeniem, sparowanym starannie winem i listą piw, zapewnioną przez przedstawicieli handlowych największych koncernów. Takich miejsc jest oczywiście więcej. Wygląda to tak, jakby puścić disco polo w Teatrze Narodowym. Przegrzebki sous vide, mięso od niezależnych lokalnych dostawców, molekularne lody i zmrożony Żywczyk na popitkę. Upiorna gastronomiczna abominacja. „Majteczki w kropeczki” grane przez monachijskich symfoników.

Na tym tle pojawia się postać uwielbiana przez ludzi związanych z kulinariami na całym świecie – Anthony Bourdain. Ilekroć czytam znajomych zachwycających się zmarłym przed rokiem Amerykaninem, mam w głowie zgrzyt. Nie można mu bowiem odmówić zasług na polu promocji gastronomii i ukazywania różnych kuchni świata, a także nietuzinkowej osobowości – bez której pewnie nigdy bym nie napisał tego tekstu. Ba, pewnie Anthony uśmiałby się zza grobu, że nawet teraz jego unikatowy styl wypowiedzi inspiruje ludzi do przemyśleń. I słusznie – niewiele jest gorszych przymiotów, niż bycie nudną mameją bez wyrazu. No ale dość tego słodzenia.

Anthony Bourdain niestety wpisywał się w ten sam trend myślowy panujący wśród znanych szefów kuchni, który reprezentuje Amaro, a właściwie szedł jeszcze o krok dalej. Podobnie jak nasz polski celebryta, nie rozumiał – lub nie chciał zrozumieć – fenomenu piwa rzemieślniczego. Nie tyle nie pił kraftu, co otwarcie nim gardził i z niego szydził. Wprost twierdził, iż piwo ma być przede wszystkim zimne, a widok ludzi siedzących w brewpubie nad pięcioma małymi szklaneczkami piwa, prowadzących degustację, uznał za śmieszny i przypominający stado zombie. To samo zresztą powiedział o koneserach wina. Chciałbym wierzyć, że to jedynie bon mot mający na celu wzbudzenie kontrowersji, jednak obawiam się, że wypowiedź ta była na serio. W tym miejscu rodzi się pytanie: czy komuś, kto zawodowo zajmuje się smakiem, wypada wykazywać się taką ignorancją?

Przecież to dokładnie tak samo, jakby któryś z nas – promotorów dobrego piwa rzemieślniczego – stwierdził, że Atelier Amaro, Noma czy inna Osteria Francescana, to śmieszne, przesadzone miejsca dla snobów i że żarcia to ma być przede wszystkim dużo i tanio, a pod Samuel Adams Utopias najlepiej pasuje WieśMac. Taka wypowiedź byłaby nie tylko bezdennie głupia, ale po prostu niegodna kogoś, kto zajmuje się zawodowo smakiem. Ignorowanie faktu, iż świat piwa (ale też wina czy whisky) to niezliczone bogactwo doznań sensorycznych, a także redukowanie alkoholi do roli „upijaczy” charakterystyczne jest dla świrów pokroju prezesa PARP-y, pastorów protestanckich kościołów z południa USA czy stowarzyszeń żon bogatych polityków, które chcą nam mówić, jak żyć. Ale światowej sławy promotor dobrej kuchni? Recenzent i podróżnik? Człowiek o takiej renomie? Nigdy tego nie zrozumiem. Dla mnie, jako osoby, która ostatnich parę lat swojego życia poświęciła promocji dobrego smaku, taka postawa byłaby nie do pomyślenia.

Weźmy mój przykład. Nie palę – uważam to za okropny nałóg i stronię od tytoniu oraz bliskiego sąsiedztwa palaczy, nawet na świeżym powietrzu. Wiem jednak, że istnieje mocno rozbudowane koło aromatów i smaków cygar. Nie mam zamiaru deprecjonować ludzi, którzy swoje życie poświęcają ich degustacji czy parowaniu tychże z whisky. Nie przeszłoby mi to przez klawiaturę.

Dlatego też z Bourdainem mam ogromny problem i nie potrafię zachwycać się tą postacią tak, jak inni moi znajomi. Nie potrafię przejść do porządku dziennego nad tym, że osoba, która wyrobiła sobie taką markę jeżdżąc po świecie i jedząc najznakomitsze dania, pozostawała tak strasznie ugruntowana w swoich betonowych stereotypach na temat piwa i wina. Mam nadzieję, że przyjdzie czas, iż ogromnym faux pas będzie zarówno serwowanie koncerniaków w dobrej restauracji, jak i wypowiedzi w stylu „piwo ma być przede wszystkim zimne” płynące z ust renomowanych postaci sceny kulinarnej.

Kraft u Amaro, disco polo w Teatrze Narodowym i ignorancja Bourdaina, której nie mogę znieść

Inspiracja: Kurczak zero-waste z salsą mango/awokado, szparagami i ziemniakami na młodych listkach

Obserwujący mojego Instagrama wiedzą, że poza pisaniem o jedzeniu, uwielbiam także gotować. Jako amatorski miłośnik spędzania ciągle brakującego czasu w kuchni, postanowiłem zacząć się dzielić efektami mojego kucharzenia z Czytelnikami tejże wirtualnej przestrzeni. W moim gotowaniu wychodzę z założenia, że może być brzydko, ale musi być smacznie. Tak więc raczej nie znajdziecie tu Pinterestowego foodpornu, a samą esencję smaku. Być może ktoś się zainspiruje? Jeśli spodoba Ci się jakiś przepis i wykorzystasz go w swojej kulinarnej przygodzie, podziel się opinią i zdjęciem w komentarzu. Na pierwszy ogień idzie dzisiejszy obiad dla dwojga:

Kurczak zero-waste z salsą mango/awokado, szparagami i ziemniakami na młodych listkach

Kurczak zero-waste z salsą mango/awokado, szparagami i ziemniakami na młodych listkach

Najpierw wyjaśnienie dlaczego „zero waste”. Otóż wczoraj zrobiłem sycylijskie spaghetti aglio, olio e peperoncino zainspirowany przepisem z książki Lubię” Moniki i Jana Pawlaków. Jako że po zjedzeniu naszych porcji zostało mi trochę „serca”, czyli mieszanki oliwy, czosnku, ostrej papryki i zielonej pietruszki, żal mi było go wyrzucać.

Pomyślałem, że mikstura ta posłuży za idealną marynatę do mojego kurczaka – i tak też się stało. Dorzuciłem tylko sok z jednej cytryny i kura powędrowała do lodówki zanurzona w resztkach po wczorajszym obiedzie. Francuzi rzekliby: savage! Dochodzę do wniosku, że marnujemy zdecydowanie za dużo jedzenia. Po kilku godzinach (ja wiem, że szkoła mówi, że dwie godziny dla piersi kurczaka wystarczą, ale ja wolę dłużej, nawet do kilku… dni, najlepiej w próżni) mięso trafiło na rozgrzaną patelnię, by przyrumieniło się z obu stron, a następnie – na mniejszej mocy – doszło w środku. Dla doskonałej tekstury i soczystości idealnie byłoby – marynując uprzednio kurczaka w próżniowym worku – przyrządzić go sous vide, a następnie tylko przyrumienić. Nie miałem jednak na to ani czasu, ani ochoty. W końcu jestem urodzonym leniem, a więc i moje inspiracje raczej nie będą dla pracusiów.

W międzyczasie wstawiłem wodę na ziemniaki, które ugotowałem w mundurkach. Szparagi to kwestia preferencji. Jedni wolą na parze, drudzy z grilla, ja zaś wybrałem patelnię, oliwę z oliwek i dosłownie parę minut.

Salsa owocowa to też dosłownie kilkadziesiąt sekund roboty. Przekrawamy mocno dojrzałe, słodkie mango wzdłuż po obu stronach pestki, robimy „kratkę” nożem, odwracamy połówki na drugą stronę jak bieliznę i łyżką „spychamy” gotowe kostki do miski. Dojrzałe, miękkie awokado (ale bez czarnych/szarych plamek w środku) nacinamy po całym obwodzie dookoła pestki, otwieramy owoc delikatnie skręcając jedną z połówek, wyciągamy nożem pestkę i łyżką wyjmujemy miąższ. Następnie kroimy owoc w kostkę, mieszamy z mango, skrapiamy sokiem z cytryny, doprawiamy solą i pieprzem – i voilà – salsa gotowa. Nic więcej nie trzeba.

Młode listki to mieszanka kupiona w Biedronce i występująca tam pod nazwą „Romantica” – znajdziemy tam różne sałaty, a także liście botwiny. Na zieleninę wyłożyłem szparagi, które przykryłem mięsem, a całość posypałem wiórami z Parmigiano Reggiano, wyciętymi obieraczką do warzyw. Salsa i ziemniaki znalazły sobie miejsce obok tej piramidki smaku.

Nie licząc czasu na marynowanie, jest to pyszne danie, które możecie zrobić w przeciągu czasu potrzebnego na ugotowanie ziemniaków. Idealne dla leniwych ludzi, którzy lubią dobrze zjeść.

 

W skrócie:

Marynata:

– szklanka oliwy z oliwek

– garść liści natki pietruszki

– 4 ząbki czosnku

– 4 ostre papryczki (U mnie poszły żółte peperoni. Jeśli używacie innych, to musicie zmodyfikować pod własną preferencję ostrości.)

– sok z 1 cytryny

– sól

– pieprz

Wszystko razem rozetrzeć w moździerzu, zaczynając od czosnku z solą, następnie papryczki, oliwa, a na końcu natka. Pieprz i sok z cytryny dla regulacji smaku na koniec.

Składniki główne:

– 2 piersi z kurczaka

– pęczek zielonych szparagów (bez zdrewniałych końcówek)

– 6 młodych ziemniaków

– 1 opakowanie młodych listków „Romantica”

– 1 dojrzałe mango

– 1 idealne awokado

– 30 g Parmigiano Reggiano

– sok z ½ cytryny

– łyżka oliwy z oliwek

– sól

– pieprz

Krok po kroku:

  1. Kurczaka zamarynować przez min. 2 godziny.
  2. Przyrumienić z obu stron i pozwolić mu dojść w środku.
  3. Ugotować ziemniaki w mundurkach do miękkości.
  4. Przesmażyć szparagi na oliwie
  5. Pociąć mango i awokado w kostkę, polać sokiem z cytryny, przyprawić solą i pieprzem do smaku.
  6. Ułożyć listki, na nie szparagi, potem mięso, całość posypać wiórami z Parmigiano Reggiano. Obok nałożyć salsę owocową oraz ugotowane ziemniaki.
  7. Smacznego!

 

Jeśli spodobał Ci się ten przepis, zostaw po sobie ślad. Już niedługo pojawia się tu kolejne inspiracje kulinarne!

Inspiracja: Kurczak zero-waste z salsą mango/awokado, szparagami i ziemniakami na młodych listkach

Niewiasta z koszyczkiem czyli biedronkowa dysgeuzja

Cup-Noodles-2

Lubię obserwować zachowania ludzi – analizować je czasem nieco przesadnie. Ten typ tak ma. Poszedłem więc dziś na zakupy do popularnego dyskontu. Zawsze, gdy wykładam towar na taśmę, rzucam okiem na to, co do domowej lodówki zabierają moi sąsiedzi z kolejki. Ujrzałem kilka godzin temu taki obrazek: młoda dziewczyna, ubrana normalnie, na taśmie dwie duże paczki „kawy” rozpuszczalnej 3 w 1, kilka zupek chińskich, jakieś słodycze… Zrozumiałbym, gdyby chodziło o pieniądze. Wszak nie każdego stać na steki i egzotyczne owoce. Ale nie – przecież do tego zestawu zaraz wpadają drogie jak cholera papierosy, a gdy przychodzi do płatności, niewiasta wyciąga lśniące „jabłuszko”, którym z uśmiechem uiszcza rachunek korzystając z najnowszych technologii. Tak więc nie – to nie kwestia ograniczonego budżetu. No chyba że wydała ostatni grosz na flagowca z modnego amerykańskiego koncernu, a nałóg ją tak dusi, że na fajki zostać musi, choćby przymierała głodem. Podejrzewam jednak inny powód zaistniałego przede mną zakupowego obrazka. To dysgeuzja, czyli wypaczone pojmowanie smaku.

W takich chwilach nachodzi mnie myśl, którą już niejeden z nas – food/coffee/beer geeków – wyartykułował (Steve Vai mawia, że oryginalni są tylko The Shaggs, więc zrzucam z siebie potrzebę bycia pierwszym i jedynym). Mianowicie – żyjemy w bańce. Za każdym razem, gdy sięgam po kraftowe piwo, stu innych zapija się przed telewizorem Żubrem. Kiedy idę do nowo otwartej (a staram się być w każdej!) restauracji lub kawiarni w Poznaniu, ktoś kupuje w Biedrze karton chińskich zupek nafaszerowanych MSG. Gdy zaś zamawiam – upewniwszy się co do daty palenia ziarna – super kwasowego, owocowego dripa w „modnej” kawiarni, z linii produkcyjnej zjeżdża kolejna tona rozpuszczalnego syfu. Co więc spaczyło nam – jako społeczeństwu – smak? Jedni powiedzą, że to przez koncerny i ich milionowe reklamy, krwiożercze sieci handlowe i badylarzy, którzy tylko patrzą, jak uzależnić nas od śmieciowego jedzenia. Drudzy – że to pięćdziesiąt lat ponurej komuny zrobiło z polskiego narodu stado zombie, którym wystarczy zaspokojenie najbardziej pierwotnych instynktów, a ci, co mieli większe ambicje, zginęli w Katyniu. Jeszcze inni błysną inteligencją i wysuną statystyczny wniosek, że skoro większość pije rozpuszczalną i koncerniaki, to spaczony gust mają nie oni, a my, bo przecież to ta rzekoma syfiastość, a nie jej brak, jest normą. Za chwilę ktoś oburzony przybiegnie i napisze „każdy kupuje i pije/je to, co lubi!” albo „rynek zweryfikował!”. Rzecz jasna będzie miał rację, ale nie do końca. Wszak ogromna większość zaobserwowanych przeze mnie przypadków nigdy nawet nie spróbuje wyłamać się z tego zaklętego kręgu syfu przyjmowanego doustnie. Choć fakt, znam takich, co próbowali i wrócili do swoich przyzwyczajeń. Tak im wygodnie. Za niektórymi przemawia sentyment (wypalone na węgiel „włoskie espresso pite z rodzicami podczas podróży do Włoch”), za innymi strach przed nieznanym („nie wezmę do ust byczych jąder”), a kolejni po prostu nie przywiązują wagi do tego, co jedzą („dla mnie jedzenie mogłoby być w kapsułkach”). I w takim oto środowisku pojawiamy się my – misjonarze dobrego smaku. Polecamy dobrą kuchnię, świeżo paloną kawę, starannie zaprojektowane i uwarzone rzemieślnicze piwo. Stajemy niczym Dawid do nierównej walki z Goliatem – a podczas jej trwania publiczność rzuca w nas krowimi ekskrementami, radośnie podrygując do disco polo. „Panie, piwo za 30 złotych? To ja mam skrzynkę X na promocji”. I wciąż nie mogę tego przeboleć, zaakceptować. Cały dzień mam przed oczami tę dziewczynę, która kupuje zupki chińskie i rozpuszczalną 3 w 1… Aż chciałem krzyknąć „NIE!”, jednak wydałem z siebie jedynie niemy krzyk. Smutno mi.

Niewiasta z koszyczkiem czyli biedronkowa dysgeuzja

Weekend w Krakowie – food pairing, kranoszwędanie i gastroeksploracja

W ubiegłym tygodniu odwiedziłem Wrocław, a – zgodnie z zapowiedzią – miniony weekend spędziłem w Krakowie na piątkowym kranoszwędaniu oraz sobotnim food pairingu w Kuflach i Widelcach.  Zanim jednak do tego doszło, po drodze zajechałem do Zawiercia, gdzie w Browarze Jana powstało nasze kolejne piwo, które premierę będzie miało za kilka tygodni. To white IPA o ekstrakcie 15 Plato, chmielona świeżym zbiorem Enigmy i Citry. Miejmy nadzieję, że dorówna jakością Golem vs. Dinosaur oraz Golem vs. King Kong. Zapowiada się pysznie, chmielowo i orzeźwiająco.

Po zameldowaniu się w krakowskim hotelu ruszyłem od razu „na miasto”, aby zdobyć „krakowską koronę multitapów”, czyli wypić po jednym małym piwie w przynajmniej tych największych, czy najbardziej znanych lokalach. Kranoszwędanie rozpocząłem od T.E.A. Time, miejsca w którym serwowane jest warzone na miejscu piwo – zgodnie z tradycją i historią brytyjskiego piwowarstwa. Wróciliśmy tam jeszcze dzień później, a więc łącznie byłem w stanie przynajmniej spróbować ponad połowy dostępnych trunków. Najbardziej do gustu przypadł mi London Stout, charakteryzujący się ciekawym połączeniem palonych akcentów z cytrusowym chmielem. Cymesem zaserwowanym nam niejako spoza karty był za to znakomity porter Black Prince w wersji imperialnej, leżakowany na płatkach dębowych. Prawdziwa feeria nut suszonych owoców, daktyli, fig, rodzynek, a także mlecznej czekolady z dodatkiem na wpół ususzonych winogron. Kolejny przystanek to Strefa Piwa, gdzie dane mi było spróbować nowej Pinty Miesiąca – mocno aromatycznego Mizi Kizi, które na pewno przypadnie do gustu ludziom spod znaku #teamsłodyczka. Na miejscu spotkałem też grupkę amerykańskich turystek, bardzo zainteresowanych polskim kraftem i opowieściami o nadwiślańskiej rewolucji. Dalej był już legendarny w pewnych kręgach lokal bieszczadzkiego browaru Ursa Maior, słynący ostatnimi laty, bardziej niż z piwa, z krążącej po internecie pasty. W Poznaniu piw spod znaku Wielkiej Niedźwiedzicy praktycznie nie ma, a więc moje wspomnienie o ich jakości pochodzi mniej więcej z początków produkcji, gdy jeszcze co nieco docierało nad Wartę. Skusiłem się na Dzikiego Kota z Berehów, czyli belgijską interpretację NEIPA. Nie mój profil smakowy (słodki), ale w sumie nie ma do czego się przyczepić. Idąc dalej na południe Kazimierza, przekroczyłem Wisłę, aby zajść do patronackiego lokalu browaru Trzech KumpliMiejscówki. Dostałem to, czego się spodziewałem – dobre IPA o stałej jakości. Padło na Taurę, w której profilu pobrzmiewały gdzieś skórki białych winogron. Powróciwszy na drugą stronę rzeki, eksplorowałem dalej kazimierski szlak. Podążając na wschód, trafiłem do Craftowni, gdzie kiedyś zrobiliśmy bardzo udane kranoprzejęcie. Na miejscu spotkałem Alana i Pawła – czyli jak zawsze uśmiechniętą i rozgadaną ekipę, będącą wizytówką tego lokalu. Co do piwa, spróbowałem sahti z browaru Dwie Wieże, z którym będziemy współdzielić bar podczas festiwalu Beerweek w Krakowie. Coś dla miłośników piwnych eksperymentów. Następnym przystankiem był Artefakt Cafe, czyli miejsce prowadzone – podobnie jak nasza docelowa krakowska destynacja – przez Szymona Helmuta Zająca, którego zresztą spotkaliśmy w tym lokalu. W międzyczasie dołączył do mnie Mateusz z Golem Crew, a jakiś czas później ekipę dopełniła Martyna z Pracowni Piwa, której gościnność, towarzystwo oraz rekomendacje gastronomiczne okazały się nie do przecenienia podczas całej wycieczki. W Artefakcie spróbowałem pierwszy raz piwa z inicjatywy kontraktowej Solina. Było to polskie ale o nazwie Cypel. Niestety, nie znalazłem informacji, w jakim browarze fizycznym zostało uwarzone. W Domówka Cafe w końcu dorwałem PIGA – czyli polsko-włosko kooperacyjny projekt browarów Pinta oraz Amarcord. Jestem wielkim fanem piw z winogronami, zwłaszcza białymi, kwaśnych, dzikich i leżakowanych w beczkach po Sauvignon Blanc. Tu miałem do czynienia z czymś zupełnie innym. Dominowały nuty czerwone, bardziej winnymi, podchodzące pod rose, owocowo-słodkawe. Innym białym krukiem, którego nie miałem wcześniej okazji pić, było Brut IPA leżakowane w beczkach po Chardonnay, wyprodukowane przez popularny w kręgach birgików Przystanek Tleń, zakupione w Omercie. Znajdziemy tu dużo winnych nut, białych owoców i lekki kwasek. Całkiem przyjemne. Dalej nogi zaniosły nas do Nowego Kraftowego, w którym to kończyliśmy imprezę po ostatnim One More Beer Fesitval. Tutaj już poszliśmy w zagranicę, a na stole wylądowało m.in. Aun Mas Todo Jesus z Evil Twina, czyli wzbogacona cynamonem, ziarnami kakaowca, kawą i chili wersja popularnego imperialnego stoutu. Jak w każdym przypadku tej serii, słodycz masakruje podniebienie, jednak delikatny papryczkowo-cynamonowy akcent lekko ją kontruje. Na tym zakończyliśmy eksplorowanie Kazimierza i – drogą przez BroPub, gdzie spotkaliśmy przyjaciół z Brokreacji i zjedliśmy dobrą quesadillę, ruszyliśmy w stronę Starego Miasta. Tam zaliczyliśmy jeszcze na szybko Viva La Pinta i – po wizycie w House of Beer – udaliśmy się do nowego miejsca na piwnej mapie miasta – Colombe. Niestety, było już na tyle późno, że jedynie zgarnęliśmy zamykających lokal Karolinę i Macieja, by wspólnie wypić ostatnie piwo w Multi Qlti i udać się do hotelu. To był bardzo intensywny dzień – od pobudki o 5:00, przez wizytę w browarze, przez cały krakowski szlak piwny. W pokoju byliśmy grubo po 2:00. Sen jest dla słabych.

Sobotę rozpoczęliśmy od śniadania w Cafe Mangha, kawiarni mieszczącej się w Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej, dokładnie vis a vis Wawelu przez Wisłę. Urzekła mnie przede wszystkim bardzo ciekawa zastawa stołowa, a konkretnie filiżanki z deseniem przypominającym przyprószenie kawą. Samo śniadanie to jajko i bekon podane na pajdzie chleba w towarzystwie miksu sałat i ziaren. Na pierwszy głód w sam raz. Miałem co prawda ochotę na miso, jednak chciałem zjeść azjatycką zupę na lunch, toteż wybrałem inną pozycję. Następnie znów trafiliśmy do T.E.A. Time, gdzie po krótkiej degustacji zaczęliśmy się zastanawiać nad obiadem.

Początkowym wyborem był nowo otwarty Wschód Bar, jednak z racji braku miejsc udaliśmy się niedaleko – do azjatyckiego lokalu o nazwie Taj. Tu spróbowaliśmy kilku pozycji, w tym kulek z masła orzechowego i orzechów ziemnych podawane na owocach, które jak dla mnie były jednak zbyt słodkie. Plasterek ostrej papryczki na finiszu nieco ratował podniebienie przed cukrzycą. Co innego danie główne, jakie zamówiłem, czyli pad kra prao – siekana wieprzowina na ostro z bazylią i chili, podawana z ryżem jaśminowym i sadzonym jajkiem. Ostrość zaznaczona została wyraźnie, ale całe danie skomponowano z właściwym balansem, dzięki czemu jego konsumpcja dawała dużo przyjemności. Spróbowałem też pad thaia z krewetkami i czerwonego curry, które także mogę śmiało polecić miłośnikom tajskiej kuchni. W tym miejscu nasza ekipa z trzech osób urosła do pięciu, gdyż do Krakowa dojechali Michał i Sebastian. Po krótkiej wizycie w kawiarni Tektura na dobrej kawie i cieście, a także małym piwku w Weźże Krafta, udaliśmy się w końcu do destynacji docelowej.

Food pairing w Kuflach i Widelcach został zorganizowany perfekcyjnie. Wspomniany wcześniej Szymon Helmut Zając oraz szef kuchni – Paweł Florczyk – dopięli wszystko na ostatni guzik. Frekwencja dopisała, a większość gości okazała się być stałymi bywalcami tego typu imprez. Nasza wizyta to już czternase wydarzeniem polegające na parowaniu jedzenia i piwa mające miejsce w tym lokalu. Co więc znalazło się na talerzach i w szkle? Na sam początek wjechało Double Naftali, które doskonale uzupełniało się z pyszną kaczką na zimno, podaną w sosie brzoskwiniowym, ozdobioną mieszanką młodych liści z wyraźną nutą botwinki oraz drobno kruszonym boczkiem, który zastępował sól i nadawał słonego smaku potrawie. To jednak było tylko preludium mocniejszych akcentów. Piwo numer dwa – Gehenna – znane jest bowiem ze swej bezkompromisowości. Tym razem nasz whisky extra stout sparowany został z gulaszem pełnym podrobów. Osobiście jestem wielbicielem piątej ćwiartki, więc cieszyłem się na widok żołądków, serduszek i flaków. Gdy dodamy do tego wędzonkę i ostrość papryczek chipotle – można śmiało uznać wspomnianą pozycję za bilet w jedną stronę do raju. Dalej było już bardziej słodko. Double Dybuk uzupełniał długo gotowaną wołowinę w sosie… czekoladowym, lekko doprawionym chili i solą, podawaną na puree z marchwi. Dominował mocno kakaowy smak, co sprawiało, że mieliśmy tu prawdziwą defiladę ciężkiej artylerii smaku. Gęsty, żytni imperialny porter i potężne, słodkie mięsiwo. Po tej uczcie nastał czas na lekki deser, czyli słodko-słony mus kokosowo-orzechowy z sosem kakaowym z kolei równoważył znaną dobrze smakoszom słodycz Milky Moona. Kilku odważnych skusiło się na wersję z dolewką ostrego sosu. Nie byłbym sobą, gdybym nie zblendował czegoś na żywo. Impreza udała się znakomicie, goście pojedli smacznie i chętnie komentowali kunszt zarówno kuchni, jak i browaru. Nie zabrakło oczywiście drobnych uwag, ale przecież po to organizuje się spotkania tego typu! Dla nas było to znakomite doświadczenie, więc… umówiliśmy się już na drugą rundę. Tym razem poprzeczka powędruje jeszcze wyżej. Przed nami wyzwanie wegańskie!

Golem Crew z Karoliną (Colombe). Źródło: instagram.com/kbytniewska

Po zakończonym food pairingu trafiliśmy w końcu do Colombe, gdzie nie zdążyliśmy zajść dnia poprzedniego. Miejsce założone przez Elę Lucińską-Fałat, znaną z warszawskiego Hoppiness, ma spory potencjał. Na miejscu napijecie się sygnowanego nazwą lokalu weizena z Pracowni Piwa, a także m.in. pilsa z Piwowarowni czy propozycji Absztyfikanta oraz Trzech Kumpli. Nie zabraknie także oczywiście piw Browaru Golem. Obecnie np. możecie rozkoszować się Double Dybukiem w wersji butelkowej. Niestety, nie załapaliśmy się na polecaną pizzę, gdyż kuchnia była już zamknięta. Następnym razem!

W niedzielę trzeba było zjeść coś dobrego przed długą drogą, a więc bladym świtem (tak koło 11:00) udaliśmy się najpierw na kawę i ciasto do Wesołej (gdzie jak zwykle znalezienie stolika graniczyło z cudem), a później na wegetariańskie azjatyckie przysmaki do Ka Udon. W pierwszym miejscu spróbowaliśmy aż czterech różnych kaw specialty, dzięki czemu mogliśmy pobawić się w rozróżnianie smakowych niuansów. W Ka Udon z kolei przywitał nas aromat wigilijnego suszu. Jak się okazało, bulion będący podstawą tamtejszych dań przygotowywany jest na bazie warzywnej, w tym na wędzonej papryce. Nigdy wcześniej nie zamawiałem wywaru bezmięsnego, natomiast ten zdał egzamin w pełni. Dodatkowo jako przystawka zjedliśmy naprawdę pyszne kimchi oraz zestaw kiszonek i boczniaki w panko. Co ciekawe, na miejscu można napić się także piwa warzonego… na miejscu. Na miejscowy browar składa się duży garnek i mini tank z amerykańskiego SS Brewing Technologies. Jako kierowca mogłem jedynie umoczyć usta, więc na temat smakowych doznań się nie mogę wypowiedzieć. Weekend kończyliśmy w ogródku (!) kawiarni Blossom, odpoczywając pod kocami (lub bez), popijając kawę lub yerba mate i szykując się mentalnie do długiej drogi do domu. To był świetny weekend z pysznym jedzeniem i piwem, spędzony w znakomitym towarzystwie. Oby takich więcej!

Weekend w Krakowie – food pairing, kranoszwędanie i gastroeksploracja

Intensywny weekend we Wrocławiu – kawa, jedzenie i wielka piwna impreza

Tym razem podróż nie była aż tak daleka. Wszak do Wrocławia mam nieco ponad dwie godziny pociągiem. To właśnie w stolicy Dolnego Śląska zabawiłem wraz z Browarem Golem w miniony weekend. Okazja nadarzyła się znakomita, gdyż w zaprzyjaźnionej Szynkarni organizowaliśmy wspólnie nasze kranoprzejęcie.

Nie byłbym jednak sobą, gdybym wycieczki do Wrocławia nie potraktował również jako okazji do krótkiej eksploracji tamtejszej sceny gastronomicznej. Wszak trzeba trzymać rękę na pulsie! Początkowo mieliśmy udać się do Ośmiu Misek, jednak tak wyszło, że przez trzy dni przed wyjazdem jadłem domowy ramen, więc tym razem zdecydowałem się na coś innego. Po krótkiej dyskusji odbytej w pociągu, stanęło na Italii, a konkretnie osławionej pizzerii Vaffanapoli, zahaczając wcześniej o 4Hops, gdzie spróbowaliśmy pyszności z Browaru Łąkomin.

cof

Tak się złożyło, że mimo tego, iż we Wrocławiu goszczę przynajmniej kilka razy w roku, jakoś nigdy do tego miejsca nie trafiłem. Na pewno ciekawą i wartą odnotowania rzeczą jest to, iż w tej restauracji mamy do dyspozycji także sześć kranów z piwem – i to wcale niekiepskim. Szczerze mówiąc, to nieco nam to uratowało życie, gdyż wobec braku wolnych stolików zasiedliśmy na parę minut przy barze, racząc się serwowanymi tu trunkami. Miejsce dla sześciu osób znalazło się na dole (oprócz naszej czwórki z Poznania był z nami także znany w środowisku Tomek Wilk oraz Paweł Paluchowski z Piwnego Klubu), gdzie powitała nas nieco inna atmosfera, niż na górze. Piwnica – jak to piwnica – ma swój specyficzny klimat. Mnie on szczególnie nie przeszkadza. Dywany na ścianie przywoływały nieco skojarzenia z moimi wschodnimi korzeniami. Pizza neapolitańska, serwowana tutaj, była dość miękka, mimo tego, iż specjalnie nie brałem pozycji z wieloma składnikami. Postawiłem na pewnego konia – czyli placek z szynką parmeńską i rukolą. Na plus można zaliczyć obecność dużej ilości twardego sera na górze. Smakowo pizza była bez zarzutu, choć jeśli chodzi o samo doświadczenie jedzenia, to od miękkiego ciasta wolę takie, które trzymane za brzeg nie opada jak fallus sześćdziesięciolatka. Taki jednak urok tego stylu.

cof

Udaliśmy się też – wliczając to konkretny spacer przez park – do Małej Czarnej. To urokliwe i zaskakujące miejsce przy samym Stadionie Olimpijskim. Na pierwszy rzut oka raczej nie spodziewałbym się, że palarnia kawy w takim miejscu może być sukcesem. A jednak – okazuje się, że jest tam prawie zawsze pełno, a na naprawdę pyszne espresso i przelewy przychodzą nie tylko mieszkańcy okolicznych willi, ale i ludzie z całego miasta. Zdecydowanie warto się tu wybrać, jeśli lubicie dobrą, świeżo paloną i umiejętnie zaparzoną kawę. Można też zaopatrzyć się w ziarna na wynos.

sdr

Przed punktem kulminacyjnym wieczoru wybraliśmy się jeszcze w odwiedziny do Wielkiej Wyspy – browaru kontraktowego warzącego w Profesji, który otworzył małą osiedlową knajpkę w dzielnicy pełnej nowych mieszkań. Zawsze marzyłem o tym, by mieć pod nosem tego typu miejscówkę, jednak w Poznaniu wszystko, co nie jest na głównym piwnym szlaku, ledwo wiąże koniec z końcem, albo po prostu pada. Taki los spotkał niegdyś pub sportowy, który serwował kraft niedaleko miejsca, w którym mieszkam. Chyba to jeszcze nie czas na osiedlowe multitapy w Poznaniu. Wrocław jednak – jak się okazuje – już do tego dojrzał. Ładnie urządzony w drewnie lokal, w którym można napić się autorskiego piwa w rozsądnej cenie (małe – 8 zł, duże – 10 zł) przyciąga gości o każdej porze. Wypiliśmy co nieco i ruszyliśmy do miejsca docelowego.

Pod wieloma względami Golemoprzejęcie było rekordowe. Po pierwsze – jak wyliczył Piotrek Rapacz – średnia alkoholu piw Golema na tablicy wynosiła 8,3%, co plasuje akuszerów piwnej rewolucji z Poznania wśród najmocniejszych gości szynkarnianych kranów. Po drugie – nie przypominam sobie drugiej imprezy, kiedy w pubie podłączaliśmy aż 13 różnych piw, w tym dwie zagraniczne kooperacje. Jedna z nich – The Dark Kveik uwarzony z Åben – pojawiła się jedyny raz w polskim pubie. Gotowego piwa wyszło niecałe 300 litrów, z czego prawie połowa trafiła w nasze ręce: kilkadziesiąt butelek i cztery kegi. Pozostałe trzy beczki rozlane zostaną podczas ogólnopolskich festiwali. Samo piwo to imperialny stout z dodatkiem niesłodowanego przydomowego żyta z pola należącego do piwowara oraz jagód jałowca, fermentowany norweskimi drożdżami kveik. Jednocześnie jest to najbardziej ekstraktywne piwo Browaru Golem (pomijając wymrażane). Gęstość początkowa naszego duńsko-polskiego cymesu wyniosła 29 Plato, z czego uzyskaliśmy 12% alkoholu. Impreza w Szynkarni trwała długo, a swoją obecnością zaszczyciło nas mnóstwo znajomych z Dolnego Śląska, z bardzo różnych środowisk – zaczynając od zaprzyjaźnionych birgiczek i birgików, przez piwnych blogerów (Piwny Klub, Blog Kopyra), organizatorów festiwali (Beer Geek Madness), starą ekipę z Forum CM, aż po dwuosobową reprezentację Stowarzyszenia Libertariańskiego. Dzięki wszystkim za przybycie!

sdr

W niedzielę rano trzeba było już wracać do domu, ale nie ma przecież powrotu bez powydarzeniowego śniadania i kawy! Postanowiłem dać drugą szansę Dinette. Właściwie to pierwszą, gdyż ta pierwsza miała miejsce w skytowerowym Di Deli Cafe, czyli miejscówce siostrzanej, ale jednak nie głównej. Tamto doświadczenie wypadło dość średnio, jednak tym razem muszę przyznać, iż z przyjemnością zjadłem śniadanie marokańskie, składające się z chleba z awokado, humusem, miętą, zatarem i jajkami w koszulkach. Domówiłem do tego frankfurterki i uznałem, że jestem wystarczająco i smacznie najedzony. Można było przenieść się dalej na kawę.

cof

Do odjazdu pozostało niewiele czasu, a więc udaliśmy się w sprawdzone miejsce. Jakoś tak już jest, że we Wrocławiu zawsze trafiam do Gniazda. Tu – tradycyjnie – wypiłem pysznego dripa, a jako akompaniament kawowej symfonii wybrałem słodko-kwaśny sernik cytrynowy. Śmiało polecam to miejsce wszystkim miłośnikom kawy i słodyczy.

Pisząc to, szykuję się do kolejnej trasy. Tym razem jedziemy do Krakowa, gdzie robimy nasz pierwszy pełny food pairing. W lokalu Kufle i Widelce pojawią się cztery piwa Browaru Golem wraz ze stworzonym specjalnie pod nie menu. O tym wydarzeniu jednak przeczytacie w przyszłym tygodniu! Trzymajcie kciuki.

Intensywny weekend we Wrocławiu – kawa, jedzenie i wielka piwna impreza