Wyzwanie: Weekend w Wiedniu z Mamą!

sdr

Zazwyczaj w podróż udaję się sam, z Ukochaną lub ze znajomymi. Nadarzyła się jednak ostatnio szansa, by spróbować czegoś nowego i jednocześnie wymagającego – urodzinowa podróż do Wiednia z Mamą, zorganizowana przeze mnie z okazji Jej okrągłego jubileuszu. Być może dla wielu z Was nie jest to nic niezwykłego, jednak zanim przejdę do opisu naszego weekendu, muszę napisać kilka słów tytułem wstępu. Otóż, pomimo wielu podobieństw charakterologicznych, nasze preferencje różnią się totalnie, zwłaszcza jeśli chodzi o podróże. Dość powiedzieć, że moja Mama nigdy nie jeździ na wyjazdy „na własną rękę”, lecz zawsze korzysta z pakietów oferowanych przez biura podróży, śpi w drogich hotelach, a wszystkie atrakcje ma zagwarantowane i zaplanowane za nią. Na miejscu nie musi się o nic martwić, ani nic planować. Turystyczny mainstream, od którego zawsze trzymałem i będę się trzymał z daleka. Na pewno to znacie. Dorożki i bryczki kontra wielokilometrowe spacery. Witryny sklepów uznanych projektantów konta schowane przed masową turystyką kurioza. Restauracje z pierwszych stron przewodników kontra autorska i rzemieślnicza kuchnia. Krupówki kontra schodzenie do piwnic pełnych kości. Drinki z palemką kontra rzemieślnicze piwo w nowofalowym pubie. Kawa w sieciówkach z ładnym wystrojem kontra surowa alternatywa z dobrym ziarnem. Ogień i woda. Konflikt murowany. Przynajmniej – interesów. Największym sukcesem wyjazdu było więc to, że – mimo tak odmiennych upodobań – nie pokłóciliśmy się i wróciliśmy do Polski zadowoleni i szczęśliwi. To chyba cieszy mnie najbardziej w związku z wiedeńską eskapadą.

Wszystko zaplanowałem już jesienią, aby 13 grudnia – w urodziny Mamy – wręczyć Jej, jak gdyby nigdy nic, przewodnik po Wiedniu. Dlaczego w ogóle stolica Austrii? Mama zawsze mówiła, że chciałaby polecieć do jednego z klasycznie pięknych europejskich miast. Zazwyczaj wspominała o Wenecji, jednak tę destynację na prezent wybrała już przyjaciółka Mamy, a więc musiałem poszukać czegoś innego. Tradycyjnie zacząłem poszukiwania atrakcyjnych cenowo lotów z Polski i wpadł mi w oko Wiedeń, gdzie byłem jako nastolatek i niewiele z tego pamiętam, a Mama nie widziała stolicy Austrii nigdy. Szybka decyzja, bilety zabukowane, niezły hotel w ścisłym centrum i w dobrej cenie znaleziony (Riess Hotel przy Turkenstrasse) – można konstruować itinerariusz.

Starałem się połączyć to, co piękne dla mojej Mamy, z tym, co interesujące dla mnie. Zapytałem więc zawczasu, jakie punkty zaznaczyła jako konieczne przystanki podczas naszej podróży w ofiarowanym przeze mnie przewodniku. Przeprowadziłem analizę czasową oraz dodałem to, co interesuje mnie. Musiałem pamiętać, że tempo zwiedzania Mamy jest dużo wolniejsze niż moje oraz że dwa i pół dnia (przylecieliśmy w piątek po południu, a wracaliśmy w poniedziałek rano) to za mało, by wszystko zobaczyć. Uważałem równocześnie jednak, że czasu wystarczy, by się paroma rzeczami zachwycić, nawet jak kilka z nich przegapimy (ostatecznie nie udaliśmy się ani do Belwederu, ani do Schönbrunn, ani nie weszliśmy do wielu muzeów czy galerii sztuki). Jestem podróżnikiem emocjonalnym i tzw. efekt wow jest dla mnie o wiele ważniejszy, niż szczegółowe opisy, czy poznawanie historii sztuki lub techniki wykonania. Godzinne gadanie przewodników o tym, do czego służyła ta i ta miska, albo jak kreski stawiał dany malarz, to właśnie to, co mnie w szczenięcym wieku zniechęcało do zwiedzania. Nudy. Dlatego do dziś wolę eksplorować sam. Skupiam się wtedy na tym, co ważne dla mnie – na emocjach. Liczy się to, czy mnie dana rzecz zachwyca, intryguje, prowokuje do myślenia, czy powoduje, że moje serce bije szybciej lub czy myślę o niej parę dni po ekspozycji. Tak jak chociażby drzewo zrobione z łusek pocisków karabinowych, które widziałem kiedyś w Londynie. Technikalia zawsze były dla mnie nudne i powodowały, że przebierałem nogami, aby iść dalej. Jesteśmy w tym z Mamą chyba podobni, sęk jednak w tym, że zachwycają nas inne rzeczy, o czym pisałem we wstępie.

cof

Pierwsze kroki skierowaliśmy do restauracji Figlmüller, która mignęła mi w jednym z filmów na YouTube jako ta, gdzie trzeba się udać, by skonsumować prawdziwy i oryginalny wiedeński sznycel. Takowe oczywiście serwowane są tu praktycznie wszędzie, jednak zaufałem oglądanemu programowi. Miejsce to istnieje od ponad 110 lat i – jak powiedział nam kelner – jest de facto starą winiarnią, która specjalizuje się w kuchni regionalnej. Sznycel, który dostaliśmy, był ogromny, a jego rozmiar potęgował talerz mniejszy od dania, co jest oczywiście znanym trikiem. Do tego zamówiłem tradycyjną sałatkę ziemniaczaną. Próbowałem namówić Mamę, by wzięła coś innego i abyśmy się wszystkim podzielili po połowie, stawiając wszystko na środku stołu, jednak zapomniałem, że nie jestem na spotkaniu foodies w miejscówce z przewodnika Gault & Millau.  Warto też dodać, że moja Mama jest raczej niejadkiem, do tego wybrednym – z długą listą rzeczy których nie je, i zwykle jeszcze musiałem dojadać Jej porcje. Sznycel był pyszny, z chrupiącą panierką i okraszony ćwiartką cytryny. Figlmüller spełnił oczekiwania!

hdr

Jako że powoli zaczynało się ściemniać, poszliśmy spacerem przez starówkę, zahaczając o zachwycający Kościół Jezuitów, którego późnobarokowe wnętrze zapierało dech w piersiach. Niestety dla zdjęć, w środku panował półmrok, z gdzieniegdzie palącymi się świecami i punktowym oświetleniem. Dla ogólnego wrażenia stanowiło to jednak niewątpliwą zaletę. Następnie udaliśmy się do najbardziej centralnego punktu każdej wiedeńskiej wycieczki, czyli Katedry Św. Szczepana, wokół której gromadzili się woźnice stojący przy swych fiakrach, nagabując turystów na przejażdżkę za miliony monet. Mama przez dwa dni bardzo chciała wpaść w tę turystyczną pułapkę, a kiedy już się poddałem i trzeciego dnia sam zaproponowałem pójście na rękę, jednak się rozmyśliła. Wszak do tego czasu zdążyliśmy zobaczyć wszystko pieszo i nie miało to już sensu. W samej katedrze najbardziej interesowała mnie oczywiście krypta i ossuarium, jednak na zwiedzanie było już za późno, więc musieliśmy je przełożyć na kolejny dzień.

W sobotę udaliśmy się ponownie na Stephansplatz, by się następnie… rozdzielić. Mama poszła oglądać wystawy u Diora i Prady, a ja – trumny, urny i kości w podziemiach katedry. Umówiliśmy się, że spotkamy się za pół godziny przed wejściem do katedry i każdy zajął się tym, co mu sprawia przyjemność. Chyba dobry kompromis? Katakumby kryją kilka pomieszczeń. Najpierw mamy podziemną kaplicę oraz miejsce spoczynku biskupów, następnie miedziane urny z zakonserwowanymi w alkoholu wnętrznościami zmumifikowanych Habsburgów oraz trumny ze zwłokami księcia Rudolfa, jego żony oraz kilku innych członków rodziny. Następnie przeszliśmy do drugiej części, gdzie spoczywają szczątki dawnych mieszkańców miasta wśród pozostałości po drewnianych trumnach oraz kości i czaszki ofiar epidemii dżumy. Znakomity klimat dla każdego mrocznego romantyka. Wcześniej z kolei udało mi się zwiedzić kryptę Habsburgów w Kościele Kapucynów. Znajdują się tam ciała członków rodziny cesarskiej sięgające odległych stuleci, a wielbiciele sztuki funeralnej mogą podziwiać dizajn trumien od okresu neoklasycyzmu aż po czasy współczesne. Barokowe sarkofagi stylizowane na pirackie statki z czaszkami u dziobu wprawiły mnie w niebywały zachwyt. Miód na moje czarne serce.

sdr

Wracając do piątku, idąc dalej drogą prowadząca od Katedry do Opery, zajrzeliśmy do sklepiku holenderskiego serowara – Henriego Williga. Na miejscu mogliśmy spróbować wielu odmian sera, a także przyprawowych wariacji na jego temat. Najbardziej do gustu przypadły mi dojrzewające kilka lat sery owcze i kozie, o intensywnym zapachu, wyrazistym, ostrym smaku i twardej, ziarnistej teksturze. Takie doznania sensoryczne powodują wzmożoną pracę ślinianek. Uwielbiam to uczucie.

hdr

Naprzeciwko opery znaleźliśmy otwartą do późna kawiarnię Gerstnera, którą miałem zaznaczoną na swojej mapie miejsc wartych odwiedzenia. Niestety, drugie piętro, najbardziej zdobne i eleganckie, było zamknięte, więc usiedliśmy na pierwszym, tuż przy spiralnych schodach. Do herbaty zamówiliśmy tradycyjny wiedeński strudel jabłkowy w akompaniamencie bitej śmietany. Mimo kilku negatywnych recenzji przeczytanych w internecie na temat jakości tutejszych ciast, uważam, że strudel ten był o wiele lepszy i efektowniejszy niż te, które jedliśmy i widzieliśmy później. Mogę śmiało polecić udanie się nań właśnie tu. O ile mnie zachwycały sery, strudle i ossuaria, Mama nie mogła wyjść z podziwu nad sukienką kosztującą tyle, co nowy samochód z salonu, którą zauważyła w butiku obok kawiarni.

Na zakończenie wieczoru chciałem koniecznie odwiedzić miejsce, gdzie można napić się kraftowego piwa i idealnym wydał się browar restauracyjny 1516 Brewing Company. Niestety, w środku nie było miejsc, więc nie mogłem spróbować ich wyrobów. Stolik znaleźliśmy za to w leżącym nieopodal Stadtboden. Tam nawet niegustująca w piwie Mama skusiła się na kufelek, a ja wypróbowałem trzy austriackie wypusty firmowane przez koncern Ottakringer, a wydawane pod marką Brauwerk jako linia „crafty”. Flanders był mniej kwaśny niż niektóre nasze pale ale, IPA w miarę, porter w porządku. Wiadomo, że to nie jest prawdziwy kraft, ale dało się wypić. Mama spróbowała całkiem przyzwoitego weizena z Die Weisse.

sdr

Najważniejszym punktem wycieczki dla mojej Mamy, jako kolekcjonerki starej porcelany, była wyprawa na pchli targ odbywający się w każdą sobotę na targowisku Naschmarkt. Udaliśmy się tam z samego rana, jednak jakichś wielkich zakupów nie poczyniliśmy. Ceny okazały się wyższe, niż przewidywane. Udało się nam wynegocjować dobrą ofertę na kilka filiżanek i kielich z pozytywką do wina reńskiego. Druga część targu to sekcja żywnościowa, która mnie interesowała bardziej niż antyki. Znów degustowałem dojrzewające sery, a także słodycze sprzedawane przez imigrantów z Bliskiego Wschodu, co nieco przypomniało mi niedawne jordańskie klimaty. Niestety, Mama nie skusiła się na ucztę przy serowym fondue, którą oferował jeden z punktów gastronomicznych na skraju Naschmarktu. Od wejścia jednych odurzał, a drugich przyciągał, bardzo intensywny aromat sera. Sam spędziłbym tam sporo czasu i pojadł, ale zdawałem sobie sprawę, że dla Mamy to męczarnia, a nie przyjemność.

Jako że byliśmy już te kilkadziesiąt minut od centrum, zmienił się i krajobraz. Na ścianach budynków pojawiło się graffiti, a zamiast turystycznych miejscówek można było znaleźć nowofalowe śniadaniownie i kawiarnie. O ile ja w końcu poczułem się jak ryba w wodzie, spożywając kawową alternatywę, Mama wyrażała swoje zdegustowanie, że w Coffee Junkie siedzimy przy stole złożonym z desek, bez obrusa, a kawa podawana jest w musztardówkach z IKEI, kiedy na starówce czeka Wersal i filiżanki Rosenthala. To nic, że serwowanej tam masowej, marketowej kawy nie da się pić. Przyznam Mamie rację w jednym – jajecznica w wysoko ocenianym Budapest Bistro okazała się słaba – sucha i bez smaku.

Następnym punktem, który zaznaczyła w przewodniku Mama, była słynna Opera. Nie mówimy tu o spektaklu, a o zwiedzaniu wnętrz. Nie byliśmy przygotowani tekstylnie na obcowanie ze sztuką wysoką, a – o ile mi to nie robi różnicy – to Mamie owszem. Otrzymaliśmy informację, że zwiedzanie możliwe jest jedynie z przewodnikiem, a także, że w sobotę nie było już takiej możliwości. Ostatnia szansa to 14:00 i 15:00 w niedzielę. Odbiliśmy się więc od drzwi i zapisaliśmy powrót w to miejsce kolejnego dnia do naszego kalendarza. W niedzielę przybyliśmy do świątyni sztuki mniej więcej o 14:40. Mogliśmy wybrać oprowadzanie po angielsku, niemiecku, hiszpańsku, włosku i chińsku. Kupiwszy bilety, ustawiliśmy się więc pod napisem „English” i cierpliwie oczekiwaliśmy na przewodniczkę. Wkrótce przed naszymi oczami ukazało się audytorium ze swoimi lożami, zobaczyliśmy także scenę, backstage i foyer, jak i uginające się pod złotymi zdobieniami salki, które można wynająć sobie na prywatną herbatę podczas przerwy za „jedyne” kilkaset euro za kwadrans. Obejrzeliśmy również film przedstawiający, w jaki sposób sala adaptowana jest pod bal karnawałowy, a nawet udało się nam podejrzeć próby par przed występem debiutantów.

Przed niedzielnymi odwiedzinami w Operze, zahaczyliśmy o pałac Hofburg, w którym zwiedziliśmy ogromną wystawę sreber, zastaw stołowych i porcelany. Moja Mama, jako miłośniczka zdobnych filiżanek, w końcu poczuła się tu jak w swoim naturalnym środowisku. Gdyby były na sprzedaż, na pewno nie wyszlibyśmy stamtąd z pustymi rękami. Oprócz tej imponującej kolekcji, poznaliśmy historię cesarzowej Elżbiety – popularnej Sisi – oraz mieliśmy okazję przemknąć przez pałacowe apartamenty.

Wracając jeszcze do soboty, przed tym, jak odbiliśmy się od drzwi Opery, poszliśmy na słynny tort serwowany w kawiarni Hotelu Sacher. Sachertorte to czekoladowe ciasto przełożone masą i polane czekoladową polewą. Jako że uchodzi za numer jeden na liście rzeczy do zjedzenia w Wiedniu, przed wejściem do kawiarni ustawiają się kolejki. Nie jest to zresztą jedyne miejsce, gdzie tak to wygląda, ale o tym później. Tort Sachera można co prawda obecnie zjeść wszędzie, nawet w… Polsce, jednak ta pierwsza i oryginalna miejscówka jest właśnie tam – w położonym nieopodal opery luksusowym hotelu, gdzie ubrany w purpurowy kostium lokaj wywozi zawieszone na złotym wieszaku ubrania należące do czekających na podjeździe gości podróżujących nie WizzAirem, lecz mercedesami. Cafe Sacher padła jednak ofiarą własnego sukcesu. Pisałem już o tym w kontekście piwa, jednak zasada ta działa na każdym rynku. Gdy produkt staje się masowy, spada jego jakość. Kawiarnia ta nie musi o nią dbać, gdyż nastawiona jest na turystów, którzy z założenia przyjdą tam raz w życiu. Przychodzić będą zawsze, dopóki w każdym przewodniku znajdzie się informacja o tym, że to legendarne ciasto, które każdy musi spróbować. Produkt, który dostaliśmy, nie dorastał do pięt reputacji, którą posiada. Wysuszone biszkopty sugerujące nie pierwszą świeżość (a przecież przy takim przemiale to praktycznie niemożliwe – mrożone ciasto? Nadprodukcja na wszelki wypadek?) i paskudna kawa. Podziękuję. Jedynie wnętrze lokalu ładne. Ten przykład dobitnie pokazuje, dlaczego należy omijać szerokim łukiem miejsca oblegane przez turystów, a szukać diamentów pochowanych w piwnicach. Oczywiście, dla zaznaczenia pinezki na mapie „must-see places” może i warto, tak jak z Wieżą Eiffela czy La Scalą, ale jeśli ktoś myśli, że smak powali go na kolana – myli się.

A propos turystów, kolejek i tłumów, podobnie ma się rzecz w innych popularnych kafejkach: Cafe Demel i Cafe Central. Te dwa miejsca łączy równie zdobne wzornictwo, kelnerzy pod muchami, tradycja sięgająca czasów cesarstwa i dziesiątki Azjatów czekających w kolejce na stolik. Ostatnio wpadł mi w oko artykuł opisujący inwazję turystów zza Uralu na Europę, co przekłada się na wzrost cen, większe trudności w znalezieniu interesujących kosztowo ofert i – oczywiście – spadek jakości zarówno obsługi, jak i produktu. Po co dbać o klienta, skoro i tak większość przyjdzie tylko raz, a w kolejce czeka nieokreślona liczba Chińczyków, która zostawi posłusznie swój hajs, bez proszenia o rabat i jakichkolwiek wymagań odnośnie do serwisu? Co więcej – to, co otrzymają, uznają, że właśnie tak ma smakować. Czysty biznes! Wystarczy odrobina kasy na reklamę w azjatyckich źródłach. W Cafe Demel odbiliśmy się od kolejki trzykrotnie i w sumie nawet nie żałujemy, bo czytaliśmy, że jest to miejsce mocno przereklamowane. Mimo to, chcieliśmy się sami przekonać. Przynajmniej mieli ładny sklep ze słodyczami na parterze. W Cafe Central za pierwszym razem również nie znaleźliśmy miejsca, jednak w niedzielę to właśnie tam udaliśmy się na śniadanie. Kolejka była mała – może na dwa-trzy stoliki – więc poczekaliśmy i zasiedliśmy do uczty. W internecie wyczytałem, że bywało tu wielu dygnitarzy dawnych czasów, na czele z Leninem i Hitlerem. Co ciekawe, w menu kawiarnia chwali się wieloma postaciami, które odwiedzały ten lokal, jednak wspomnianą dwójką – nie. Byłoby to zrozumiałe, gdyby nie to, że… wśród znamienitych gości wymieniany jest Lew Trocki… Zjadłem tu śniadanie nazwane na cześć miejscowego pisarza – Petera Altenberga, jednego ze stałych klientów sprzed lat, którego figura wita nas przy wejściu. W skład dania wchodzi ser, szynka, jajecznica, kajzerka, ciemny chleb, masło, dżem i sałatka owocowa. Wszystko bardzo smaczne, tylko że podobno Altenberg był… wegetarianinem. Nie wiem więc, jak to jest z tą autentycznością owej propozycji śniadaniowej. Mama zamówiła naleśniki z dżemem morelowym i posypką z cukru pudru, które były przeraźliwie słodkie. W gablotce widniało wiele prawdziwie foodpornowych deserów, jednak nie zamówiliśmy żadnego, oszczędzając miejsce w żołądku na później.

Wyjątkowym zwieńczeniem kawiarnianego rekonesansu była wizyta w Cafe Schwarzenberg. Nieco przypadkowa, bo na zdjęciach wnętrza nie zrobiły na Mamie wrażenia. Okazało się jednak, że czekała tam na nas przepiękna niespodzianka. Trafiliśmy akurat na koncert kameralny. Do kawy przygrywała rudowłosa pianistka i cygański skrzypek, a wokalnie zabawiał towarzystwo śpiewający kelner. Mamę w zachwyt wprawił zwłaszcza „Walc nr 2” Szostakowicza w ich wykonaniu. Mi do pełni szczęścia zabrakło „Smutnej niedzieli” Rezso Seressa, bo przez moment poczułem się jak w tamtych czasach. Część ludzi, zamiast słuchać, siedziała wgapiona w swoje smartfony, ale może właśnie dzielili się z przyjaciółmi swoimi odczuciami? W Schwarzenbergu zjadłem świetne ciasto o nazwie Bomba Mozarta, czyli ciemne biszkopty przełożone wielokrotnie białą masą, a wszystko to pokryte zieloną marcepanową polewą. Wypiłem także piwo – 1475 IPA z browaru Kaltenhausen (własność Heinekena). Wyczułem lekki karmel i ładny chmielowy aromat, a sam napój piło się przyjemnie.

mde

Warto wspomnieć jeszcze o kilku lokalach gastronomicznych, które udało się nam odwiedzić. Pierwszy z nich to pub ze ścianami wyłożonymi przeróżnymi puszkami i birofiliami – Bier & Bierli. Zjadłem tam ogromną ilość żeberek (dwa długie płaty) z ziemniakami i zieleniną, trzema sosami oraz warzywami. Porcji pojedynczej w menu nie znajdziecie! Do tego zamówiłem smacznego lagera wiedeńskiego z browaru Schwechat. Być w stolicy Austrii i nie wypić piwa w stylu, który tu powstał, to jak pojechać do Rzymu i nie zobaczyć papieża. Mama wybrała austriacką wariację na temat mac & cheese, czyli Käsespätzle. Oczywiście danie przyniesiono udekorowane prażoną cebulką i szczypiorkiem, których Mama nie je, więc obsługa została poproszona o usunięcie kłopotliwych składników. Wizyta z Mamą w restauracji to zawsze zapowiedź wyzwania dla kucharza i nierzadko dodatkowych kłopotów dla obsługi. Praktycznie w każdym miejscu Mama chciała zmieniać stolik, bo nie odpowiadało Jej jego usytuowanie. O długiej liście dań wykluczonych z diety już wspominałem. Mimo tych trudności, udało się nam jednak i smacznie zjeść, i – co najważniejsze – bardzo miło spędzić trochę czasu razem, ku czemu mamy bardzo rzadko okazję, mieszkając ponad pięćset kilometrów od siebie.

hdr

W ścisłym centrum siedzibę swoją ma jeden ze słynnych punktów z kanapkami, założony przez krakowianina Franciszka Trześniewskiego. Są to kromki ciemnego chleba z różnymi dodatkami, których bazę stanowi zwykle pasta jajeczna. Smaczne, aczkolwiek nie rozumiem ich tak ogromnej popularności wśród wiedeńczyków i turystów. Być może wynika to z tego, że są zdrowsze – a równie szybkie – co kanapki serwowane przez popularne sieci fast-foodowe? Na miejscu podawane jest także piwo w mikroskopijnych kufelkach.

Tuż obok hotelu, na Turkenstrasse, znajduje się pizzeria Riva, w której co prawda pizzy nie jedliśmy, ale zapachy i ogromny piec opalany drewnem sugerują, że ma szansę być smaczna. My usiedliśmy w przestrzeni kawiarnianej, gdzie wypiłem bardzo przyzwoitego koncernowego zwickla z Ottakringera.

Także niedaleko, tuż obok uniwersytetu, trafiliśmy do Zum Leupold, gdzie zjadłem kiepskiego jabłkowego strudla, dobre Kaiserschmarrn, czyli chaotycznie ułożone, pocięte ciasto jak na ołatki z konfiturą śliwkową oraz przyzwoitą zupę gulaszową, w której oprócz mięsa pływała… pocięta parówka. Parówki zresztą w Wiedniu są na topie. To, co na początku wydawało mi się kolejką do Albertiny, gdzie akurat wystawiali Moneta i Picassa, okazało się tłumem ludzi czekającym na hot-doga w pobliskiej budce. Sam skosztowałem klasycznej wersji na wspomnianym wcześniej targu Naschmarkt. Ot – bułka z parówką – jak wszędzie.

Ostatniego dnia, gdy już zmierzaliśmy z bagażami na lotnisko, zahaczyliśmy jeszcze o dwa położone obok siebie lokale. Była to kawiarnia i palarnia kawy firmowana nazwiskiem Jonas Reindl, gdzie wypiłem perfekcyjne, cieliste, kremowe espresso, a także francuskie bistro Cafe Francais, w którym otrzymałem przepyszne śniadanie składające się z polanych żółtym sosem jajek po benedyktyńsku z wędzonym łososiem, podanych na francuskim toście. Jest to miejsce, gdzie przychodzi bardzo dużo studentów, jako że w pobliżu położny jest Uniwersytet Wiedeński. Do picia zaserwowano mi bardzo ciekawy koktajl z buraka i owoców, w którym to ziemisto-żelazisty smak bulwy dodawał interesującego posmaku. Na pośniadaniowy deser jeszcze spałaszowałem crème brulee i ruszyliśmy na pociąg jadący na lotnisko. Bogu dzięki za aplikacje mobilne! Tuż przed nami w kolejce do automatu z biletami stanęło dwóch serwisantów, którzy oświadczyli, że teraz muszą otworzyć maszynę. Mieliśmy sześć minut do odjazdu, więc wsiedliśmy do pociągu bez biletu i kupiliśmy je przez smartfona. Kocham nowoczesną technologię.

Na zakończenie pytanie-ciekawostka. Wiecie, czym jest „burger wiedeński”? Otóż – według lotniskowej kawiarni – kajzerką z plasterkiem szynki. Za 4,90 euro. Kurtyna.

Reklamy
Wyzwanie: Weekend w Wiedniu z Mamą!

Wiwisekcja smaku

beer_a_pint_vintage_drink_cup_the_drink_glass_brewery-1381472.jpg!d

Długo zbierałem się do napisania tego tekstu, gdyż intuicyjnie czułem, że występują pewne zależności i połączenia pomiędzy preferowanymi smakami, zachowaniami oraz czynnikami środowiskowymi, a być może nawet genetycznymi. Dlaczego bowiem jeden beergeek lubi kwaśne lambiki, drugi gorzkie IPA, a trzeci słodkie pastry stouty? Dlaczego jedni zadowalają się mielonym na duraleksie, a drudzy poszukują dziwnych połączeń i próbują kiszonych śledzi? O ile do tej pory nie przeprowadzono na reprezentatywnej grupie fanów piw rzemieślniczych badań mających na celu wykazać korelacje pomiędzy gustem a schematami zachowań, to istnieją opracowania bardziej ogólne – opisujące mechanizm powstawania preferencji smakowych i aromatycznych u ludzi i zwierząt. Oto swoista synteza tego, co udało mi się dowiedzieć.

Kwestia smaków

W 2019 roku raczej każdy wie, że tzw. „mapa języka” to wierutna bzdura, podobna do tej o wykorzystywaniu 10% mózgu. Od lat także jasne jest, że oprócz smaków, o których uczono nas w szkołach (słodki, gorzki, kwaśny, słony), istnieją inne, jak w pełni uznany i wprowadzony do podręczników umami, a także kokumi (odczucie wzmocnienia pozostałych doznań i pełni w ustach), tłusty, wapienny, czy – nazywane różnie – doznania odpowiadające na bodźce działające na nasze zmysły, takie jak ściąganie (zimna, mocna herbata), pieczenie (chili), szczypanie (dwutlenek węgla), czy chłód (mentol). W innych opracowaniach można znaleźć jeszcze inne zidentyfikowane reakcje na sensoryczne stymulanty. Musimy też rozróżnić dwie sprawy: odczuwanie i preferencję. To, że jesteśmy w stanie wyczuć jakiś smak, nie oznacza przecież, że go polubimy. Próg wyczuwalności jednak ma nieraz przełożenie na nasze konsumenckie wybory, gdyż nawet ulubiony smak w nadmiarze powodował będzie reakcję negatywną. Wynika z tego, że osoba, która np. odczuwa kwas w bardzo niskim stężeniu, raczej nie polubi ekstremalnie kwaśnych piw, gdyż będą dla niej niepijalne. Tak samo ktoś, dla kogo słodki jest zwykły pomidor, od samego patrzenia na arabskie desery dostanie cukrzycy. Pomiarami progów wyczuwalności i rozpoznawalności (to dwie różne rzeczy!) smaków i zapachów zajmuje się psychofizyka. Zarówno na to, jak i na preferencje, wpływa ewolucja, kultura, społeczeństwo, medycyna, a także rozwój samoświadomości i tożsamości. Co więcej, nasze preferencje są również dynamiczne i zmieniają się wraz z okolicznościami, miejscem i czasem.

Człowiek a inne zwierzęta

Ciekawe jest to, że inne zwierzęta inaczej odczuwają smak, niż ludzie. Mięsożercy – na przykład koty – w wyniku ewolucji utraciły zdolność czucia smaku słodkiego. Wynika to z tego, że mięso zawiera znikome ilości cukru, więc receptor ten nie był potrzebny. Identyczna sytuacja dotyczy kur – ziarno bogate w skrobię nie ma w sobie cukrów prostych, więc receptory odpowiadające za smak słodki są tym ptakom zbędne. Roślinożerne pandy wielkie, z kolei, ewolucyjnie są nieprzystosowane do odczuwania smaku umami, który nie występuje w ich pożywieniu. Człowiek – jako istota wszystkożerna – posiada więc ewolucyjnie ukształtowaną możliwość odczuwania o wiele większej palety smaków, niż gatunki żywiące się tylko jedną grupą pokarmową. Jako że sercem ewolucji jest jednostka, pomiędzy osobnikami tego samego gatunku występują także ogromne różnice jeśli chodzi o odczuwanie i preferencje smakowe. Musimy również pamiętać, że uwarunkowania genetyczne są jedynie bazą, którą następnie przekształcają inne czynniki. Jako że to człowiek jest istotą rozumną i stworzył cywilizację i kulturę, a także zyskał samoświadomość jednostki, w przypadku homo sapiens wydaje się to szczególnie istotne.

Geny i ewolucja

W środowisku naukowym istnieje konsensus, że odczuwanie smaków ma wiele wspólnego z ewolucyjnym przystosowaniem do przetrwania naszego gatunku. Smak gorzki sygnalizuje truciznę, kwaśny – zepsucie, słony – obecność minerałów, a tłusty i słodki – składniki odżywcze dające energię. Problem w tym, że wiemy równocześnie, iż truciznę czyni nie substancja, a dawka. Toksyczność określa się zwykle poprzez ustalenie dawki śmiertelnej, a ta istnieje nawet dla monotlenku diwodoru. Popularne trucizny występujące w naturze (rycyna, progoitryna, cyjanki, saponiny), na których działanie wystawieni były organizmy, są jednak gorzkie. Fermentacja mlekowa z kolei – której produkty, takie jak jogurt, kefir czy kiszone ogórki, są kwaśne – ma działanie zbawienne, w przeciwieństwie do popsutego mięsa, którym można sobie poważnie zaszkodzić. Podobnie w przypadku soli – której według wszelkich badań używamy obecnie zbyt dużo, a także cukru i tłuszczu, w nadmiarze powodujących problemy z otyłością i chorobami układu krwionośnego. Nietolerancja na smak gorzki kształtuje się już w okresie niemowlęcym (albo wcześniej) i jest najbardziej pierwotną. Nie wszystkie niemowlęta odrzucają smak kwaśny, co ma zawsze miejsce w przypadku goryczy. Co ciekawe, istnieje badanie, które konstatuje, iż bliźnięta jednojajowe mają podobny poziom wyczuwalności smaku gorzkiego, co nie jest regułą w przypadku dwujajowych. Mimo genetycznego przystosowania do unikania substancji goryczkowych, istnieją takie, które dostarczają nam doznań przyjemnych. Wystarczy wspomnieć kofeinę czy etanol – składniki naszych ukochanych kaw i napojów alkoholowych. Trucizny w odpowiednio niskich stężeniach stać się mogą lekarstwem – choćby dla ducha, ale nie tylko. Inne przykłady gorzkich związków „udomowionych” przez człowieka, to choćby chinina odpowiedzialna za smak toniku oraz naringina nadająca gorycz grejpfrutowi. Ciekawostką jest też zjawisko zwane asocjacją pamięciową, polegające na przypisywaniu czemuś cech na bazie czegoś podobnego. Dobrym przykładem jest kawa o obniżonej zawartości kofeiny, która przez człowieka nadal jest odbierana jako gorzka. Bardzo często, zwłaszcza podczas pierwszych kontaktów z goryczkowym bodźcem, próbujemy przykryć go smakiem bezpiecznym – słodkim. Stąd popularność słodzonej herbaty czy kawy z mlekiem, posypywanie grejpfruta cukrem czy dolewanie soku do IPA alkoholu. Są to wszystko instynkty pierwotne. A co możemy powiedzieć o smaku kwaśnym? Jest on reakcją na zachodzący proces rozkładu. Nasz organizm jednak w tym przypadku zachowuje się nieco inaczej, niż w przypadku goryczy. W zbyt dużym stężeniu substancje mające smak kwaśny zawsze powodują reakcję negatywną, natomiast w mniejszym są bardzo często tolerowane, a nawet uwielbiane. W końcu fermentacja mlekowa, której produktem są choćby jogurty, kefiry, kiszone ogórki czy kapusta, daje efekt korzystny dla naszego organizmu. To, jak zareaguje nasz organizm, zależne jest też od kontekstu. Kefir uznamy zazwyczaj za smaczny, zaś mleko, które zsiadło przypadkowo – za niedobre. Lambik jest pyszny, a skwaśniały lager – niekoniecznie. Nie ma badań, które pokazywałyby wpływ naszych genów na preferencje odnośnie do kwasu, natomiast jesteśmy w stanie wykryć sensorycznie nawet bardzo niskie stężenia substancji kwaśnych. Smak słodki z kolei nazywany jest smakiem bezpiecznym, najbardziej pierwotnym. Wykształca się jako pierwszy, jeszcze w fazie prenatalnej, i ma sygnalizować źródło odżywczych węglowodanów. Podobnie jak w przypadku smaku kwaśnego, geny pozwalają nam na rozpoznawanie poziomu stężenia cukru w roztworze, ale niekoniecznie mają wpływ na preferencje w tym zakresie. Równie ważny jest kontekst podania substancji – słodki tort raczej nikogo nie odrzuci, natomiast mięso zrobione na słodko – wielu już tak. Akceptowalny maksymalny poziom słodyczy jest bardzo indywidualny i zależy głównie od czynników pozagenetycznych. Nieco inaczej sprawy się mają w przypadku umami. To smak będący odpowiedzią receptorów na działanie glutaminianu monosodowego. Jego odczuwanie jest po części dziedziczne, gdyż istnieje grupa ludzi nieczułych na MSG. Sięgając do wspomnianego wcześniej przykładu roślinożernych pand, które nie wyczuwają umami, dedukcja podpowiada, że być może ma to związek z praktykowaną przez pokolenia dietą roślinną w danej społeczności – jednak nie jest to zjawisko wystarczająco dobrze przebadane. W przypadku smaku słonego funkcjonują dwie teorie. Jedna mówi o wrodzonym pragnieniu soli jako źródła minerałów, zaś druga odrzuca genetyczne uwarunkowania i zakłada, że głównym czynnikiem wpływającym na zapotrzebowanie na smak słony jest środowisko, pierwotna i niedawna ekspozycja, a nawet takie aspekty jak pora dnia czy uczucie pragnienia. Przychylam się do wersji, że minimalne zapotrzebowanie na sól mamy we krwi, aby nie zabrakło nam składników odżywczych, zaś fakt, iż obecnie cały praktycznie zachodni świat nadużywa NaCl jest winą uwarunkowań środowiskowych, przyzwyczajenia i ciągłej ekspozycji. Podobnie rzecz ma się, gdy mówimy o reakcji na związki wapnia. Głównym motywatorem do ich spożywania są przyzwyczajenia dietetyczne oraz zapotrzebowanie metaboliczne. Jeśli chodzi o smak tłusty, u ludzi jego odczucie ma o tyle uwarunkowanie ewolucyjne, że tłuszcz dostarcza nam potrzebnej do życia energii, a więc kojarzy się z czymś dobrym. Podobnie jednak jak w przypadku cukru i soli, spożywamy go zdecydowanie za dużo ze względów środowiskowych oraz z powodu przyzwyczajeń dietetycznych. Odczucie szczypania dwutlenku węgla, pieczenia ostrej papryki, chłodu mentolu czy ściągania wytrawnego wina to kolejne reakcje negatywne, mające swoje źródło w substancjach zawartych w roślinach, które używają ich do obrony przed insektami. W przypadku człowieka najczęściej są to reakcje pożądane w niskim stężeniu, lecz stające się nie do zniesienia w zbyt wysokim. Występują tu ogromne różnice na poziomie jednostki, zależne od doświadczenia, ekspozycji oraz środowiska. Istnieje także badanie pokazujące ciągłość preferencji co do dań pikantnych na poziomie rodziny, co mogłoby sugerować genetyczne uwarunkowanie, jednak mój osobisty przykład temu zdecydowanie przeczy.

Co tak (nie)ładnie pachnie?

Człowiek posiada zaledwie około 400 typów receptorów, czyli o wiele mniej, niż potencjalna liczba istniejących źródeł zapachów. Co więcej, nie działają one w izolacji, wiec zawsze zapach, który czujemy, jest z czymś zmieszany. Ciekawostką jest, iż czułość (nie preferencja!) na niektóre zapachy (np. cynamon) jest dziedziczna, a na inne nie (np. czekolada, cytryna). Miłośników piwa z pewnością zainteresuje fakt, iż także wyczuwalność kwasu izowalerianowego, czyli aromatu starego chmielu, dojrzałego sera, znoszonych skarpet, zależy od genów – podobnie jak charakterystyczny zapach moczu po zjedzeniu szparagów. Dobrą wiadomością dla wszystkich, którzy nie potrafią wyczuć w piwie mnogości aromatów jest fakt, iż rozpoznawania zapachów można się nauczyć dużo skuteczniej, niż smaków. Wraz ze zwiększoną i regularną ekspozycją, obniża się próg czułości. Innymi słowy – im więcej i im bardziej regularnie coś wąchasz, tym szybciej i lepiej będziesz potrafił to wyczuć. Dlatego tak ważne jest regularne uczestnictwo w kursach i panelach sensorycznych, jeśli chce się być dobrym w tym, co się robi.

Balans, złożoność i ekstrema

Poza czynnikami genetycznymi, o których pisałem wyżej, istnieją także inne zmienne, takie jak wpływ środowiska, autorytetu, dostępność, koszt, doświadczenie, nauka (smaki nabyte!) czy kultura, w jakiej żyjemy. Pisałem, iż odczuwanie (percepcja) danego smaku nie oznacza też preferencji. To prawda, jednak logicznie niemożliwa jest preferencja bez percepcji. Nie możemy przecież lubić smaku, którego nie odczuwamy! Jak jednak wybieramy to, co lubimy? Większość populacji nie przepada za niezbalansowanymi potrawami i napojami. Jeśli jakiś smak wychodzi ich zdaniem zbyt zdecydowanie na przód, jest to znak iż, coś jest nie tak. Każdy przecież w swoim życiu przesolił zupę, sypnął za dużo chili do leczo, czy przesłodził sernik. Skrajności nie są preferowane przez ogół społeczeństwa. Należy jednak pamiętać, że istnieją ludzie, których te skrajności kręcą. Weźmy przykład wielbicieli miętowego olejku w cukierkach, gorzkiej, intensywnie palonej kawy, mocno gazowanych napojów, starych, dojrzewających serów, ekstremalnie kwaśnych piw czy cierpkich i wytrawnych win. Warto też pamiętać, że smaki i zapachy praktycznie nigdy – poza próbami laboratoryjnymi – nie występują w odosobnieniu. Weźmy na przykład kanapkę z szynką. Znajdziemy tu delikatną słodycz i siarkową ostrość cebuli, umami pomidora, gorycz rukwi wodnej, czy charakterystyczny zapach cheddara i wędliny. Odczucie każdej z tych rzeczy jest przynajmniej w jakimś stopniu uwarunkowane genetycznie. Oznacza to, że niby prosta kanapka może każdemu smakować zupełnie inaczej, co z kolei wpływa bezpośrednio na to, czy uzna ją za smaczną, czy nie. A przecież mamy dania składające się z o wiele większej liczby ingrediencji, niż prosta kanapka…

Korzyść, ból i nagroda

Człowiek z zasady działa po to, aby odnieść subiektywnie pojmowaną korzyść. Mimo że większość z nas woli, aby ta była jak najszybsza (dlatego – jak pisał Mises – w ogóle konsumujemy), to na smaczniejsze owoce zwykle trzeba dłużej poczekać. Myślę, że podobnie jest w przypadku smaków początkowo nielubianych. Nie bez znaczenia są tu również czynniki kulturowe. Skoro widzimy w filmach ludzi sukcesu pijących whisky bez dodatków, automatycznie kojarzymy ten napój z czymś dobrym (sukces). Nawet jeśli nam nie smakuje, mamy motywator do powtarzania ekspozycji na ten smak, aż w końcu stanie się smakiem nabytym. Przyjemność wówczas będzie podwójna: płynąca z samego nowego, wcześniej niedocenianego, smaku, ale i z zaspokojenia swojej potrzeby poczucia się bliższym wzorcowi. Stąd np. młodzi yuppies wykradali bogatym ojcom cygara i drogie trunki – totemy przynależności do klasy wyższej – mimo, że nie czerpali sensorycznej przyjemności w momencie ich próbowania. W wielu przypadkach korzyścią będzie też poczucie przynależności do grupy – jak choćby palenie papierosów przez młodzież w towarzystwie kolegów z klasy. Jeszcze innym typem korzyści jest większa waga pozytywnych reakcji organizmu niż chwilowego grymasu na twarzy. Poza aspektem społecznym, pijemy wódkę po to, by poczuć przyjemne wirowanie w głowie, a nie dlatego, że jest smaczna. Efekt jej picia ma dla nas większą korzyść, aniżeli koszt spożywania. Wszystko sprowadza się do rachunku zysków i strat – nawet, jeśli jest on intuicyjny. W przypadku kontrolowanych doznań bólowych, takich jak seks masochistyczny, picie ekstremalnie gorzkich lub kwaśnych napojów, czy spożywanie piekielnie ostrych sosów, mamy jeszcze jedną zmienną. Nasz mózg reaguje na potencjalne zagrożenie wytwarzając np. endorfiny jako kontrę dla naszych doznań bólowych, dzięki czemu czujemy się szczęśliwi. Poprzez odpowiednią regulację intensyfikacji bólu, możemy niejako pokierować nasz mózg tak, aby korzyść czerpana z reakcji organizmu nań była wyższa, niż koszt (czyli sam ból). Wielbiciele gorzkich i kwaśnych piw często opisują doznania typu przyjemna, wzmożona praca ślinianek (próba rozcieńczenia trucizny przez organizm), a chiliheadzi – chwilowy wyrzut pozytywnych, wręcz narkotycznych, impulsów do mózgu po konsumpcji bardzo ostrego sosu. Praktyki BDSM w kontrolowanym środowisku mają podobny mechanizm działania.

Kształtowanie się preferencji smakowych u dzieci

Eksperci uważają, że już w fazie prenatalnej rozwoju człowieka pojawia się najbardziej pierwotna preferencja – smaku słodkiego – źródła odżywczych węglowodanów. Drugim pozytywnie kojarzącym się smakiem dla dziecka jest słoność – zapotrzebowanie nań wykształca się pomiędzy czwartym, a szóstym miesiącem życia. Także do szóstego miesiąca (ale właściwie już od trzeciego tygodnia) pojawia się reakcja negatywna na gorycz oraz – w wielu przypadkach – kwas. Zauważono także, że na preferencje smakowe dziecka ma też wpływ mleko matki karmiącej. Przykładowo kobieta pijąca dużo soku z marchwi niejako uczy dziecko pozytywnych skojarzeń (jedzenie <-> słodki smak marchwi = DOBRZE), dzięki czemu nawet po odstawieniu piersi malec lubi potrawy zawierające to warzywo i podobne smaki. Porównano również dzieci karmione butelką i piersią. Te pierwsze – z powodu dodawania słodkiej waniliny do pożywienia – wybierały później keczup o aromacie waniliowym, zaś drugie – „czysty”. Podobnie jak w przypadku edukacji językowej (i każdej innej), te same mechanizmy działają podczas kształcenia sensorycznego. Znany i pozytywny kontekst podczas ekspozycji daje o niebo lepsze efekty, niż negatywny i obcy. To znaczy – na przykład – podanie podczas wspólnej, radosnej wieczerzy nowego posiłku – ma szansę zakodować w mózgu dziecka skojarzenie: wspólny posiłek (znam) + radość (pozytywna emocja) + nowy produkt (nie znam, ale wzbudza skojarzenia z dwoma pozostałymi). Niestety, działa to także w drugą stronę. Kłótnia rodziców przy poznawaniu nowego elementu świata może go obrzydzić podświadomie nawet do końca życia. Tak samo się dzieje, jeśli powiążemy sobie w głowie jedzenie z sytuacją, kiedy wymiotowaliśmy. Nawet jeśli to nie ten produkt spowodował reakcję organizmu, samo jego pojawienie się w tym negatywnym kontekście może działać odpychająco na przyszłość. Dlatego też można wysnuć tezę, iż w wykształceniu nawyku nadużywania cukru u dzieci dużą rolę pełni podawanie słodkości jako nagrody – a nawet umiejscowienie ich w kontekście przyjemnego spędzenia czasu, jak np. przyjęcie urodzinowe czy bal przebierańców. Po drugiej stronie mamy przymuszanie do jedzenia warzyw, czyli podwójny impuls negatywny: niedobre (nieznane) warzywa + atmosfera przymusu. Efekt jest zazwyczaj odwrotny do zamierzonego.  Tak naprawdę więc każda preferencja, poza smakiem bezpiecznym (słodkim), jest nabyta i w wielu przypadkach zależy od najbliższego otoczenia, a następnie – u osób dorosłych – od samorozwoju i samoświadomości.

Smaki nabyte, neofobia i neofilia

Mianem smaku nabytego określamy każdy smak, którego preferencję nabyliśmy drogą powtarzanych prób, choć na początku wydawał się nie do zniesienia. Zwykle podaje się przykłady mocno dymnych whisky, tanicznych win, gorzkiej kawy, pleśniowych serów czy owocach durianu. Są to jedne z najczęstszych doznań, których uczymy się już jako dorośli. Tak naprawdę jednak nabywanie smaków zaczyna się już od dzieciństwa, a jednymi z pierwszych są zazwyczaj herbata i kawa bez dodatku cukru oraz mleka. Kierując się zasadą, że doświadczenie kreuje preferencje, dziecko, któremu nie słodzi się herbaty, po pewnym czasie nauczy się tego smaku. W moim domu zawsze pito herbatę gorzką i nie jestem obecnie w stanie przełknąć posłodzonej nawet odrobiną cukru. Trzeba tu zaznaczyć, że dzieci posiadają wrodzoną neofobię, czyli lęk przed nowością, który jest pierwotnym instynktem mającym na celu ochronę przed niebezpieczeństwem. Badania pokazują jednak, że w pierwszym półroczu życia neofobia praktycznie nie występuje i już po drugim podaniu pokarmu następuje jego akceptacja, natomiast później – w okolicach drugiego roku życia – pojawia się ogromne nasilenie opisywanego lęku i chęć dziecka do jedzenia tylko znanych i lubianych rzeczy. Niestety, część dorosłych nigdy nie wyzbywa się tego pierwotnego lęku dwulatka i domyślnie mówi „nie” wszystkiemu, czego nie zna. Nieznane rodzi u nich obawę. Odnosi się to nie tylko do jedzenia, ale i do wszystkiego, co nie jest normą w otoczeniu: inne hobby, inna forma zatrudnienia, inna rasa, inna narodowość, inna orientacja seksualna, inny model rodziny, itd. Inne – znaczy: podejrzane – złe. Tak rozumuje dwulatek – a także dorosły cierpiący na neofobię.

Przeciwieństwem neofobii jest neofilia, czyli upodobanie nowości. Poza opisywaną wcześniej barierą ochronną, dzieci rodzą się z niepohamowaną ciekawością świata, jego odkrywania, nie bacząc na konsekwencje. Jednym z najważniejszych – moim zdaniem – zadań rodziców, a także szkoły, jest pielęgnowanie tej ciekawości i niedopuszczenie do tego, aby została stłamszona przez konformizm i neofobię. Niestety, funkcjonujący bismarckowski model edukacji nastawiony jest zupełnie w przeciwnym kierunku i ma za zadanie wykształcenie homogenicznej masy posłusznej władzy. Tymczasem to właśnie neofilia jest jednym z pozytywnych (są także negatywne, jak opisywane wcześniej snobizm czy chęć przypodobania się grupie) czynników powodujących poszukiwanie smaków nabytych. Otwartość i ciekawość świata to sprawa wychowania i uczulenia na to, że większość (masa) jednak będzie chciała te cechy zniszczyć. Świadomość tego pomaga wykształcić wyrazistą tożsamość i twardą skorupę chroniącą to, co cenne – unikatowy charakter jednostki. Neofobię może przezwyciężyć nie tylko rodzic, ale i gwiazda muzyki czy sportu, a nawet bohater fikcyjny – zwłaszcza w epoce internetu i mediów społecznościowych.

Wracając do kawy i herbaty – gdy przestają być jedynie napojami, a zaczynamy interesować się ich smakiem jako takim, powoli odstawiamy cukier i mleko. Zaczynamy zgłębiać sensoryczne niuanse, odmiany, sposoby produkcji i podania. Z przypadku win, z „bezpiecznego”, słodkiego Leśnego Dzbana, ruszamy na podbój palety smaków przez grzeczne kalifornijskie sikacze, a kończąc na długo leżakowanych w beczkach, wykwintnych, jednoszczepowych trunkach. Ewolucja, jeśli jesteśmy ciekawymi świata konsumentami rzeczywistości, zawsze wiedzie od bezpiecznego i znanego, do dziwnego i nieznanego. Tak samo dzieje się w przypadku ewolucji sensorycznej. Każdy człowiek jest inny i ma inaczej wykształcone zmysły, w innym miejscu znajduje swoją indywidualną bezpieczną przystań. Jeden zadowoli się pilsem i mielonym, a drugi szukał będzie rzadkich lambików i tatara z krokodylego serca. Rewolucja to jednak z definicji burzenie bezpiecznych przystani i robienie rzeczy inaczej. Z jednej strony cieszy mnie to, że dostępna paleta smaków jest dziś dla konsumenta większa niż kiedyś, jednak zdaję sobie sprawę, że to zjawisko chwilowe. Umasowienie produkcji niesie zawsze ze sobą konformizm i kompromisy. Smuci mnie to, że światowy kraft zatoczył koło i wrócił do tego, z czym walczył, wypowiadając wojnę jasnemu, koncernowemu lagerowi – do smaków podstawowych, do grzecznych, wygładzonych, dobrze sprzedających się piw bez smaków nabytych. Mottem produkcji masowej jest „żadnych ostrych krawędzi” – i właśnie w tę stronę niestety to wszystko zmierza. Teoria cyklów rewolucji mówi jednak, iż nadejdzie przesilenie i kolejna, bardziej niszowa, rewolucja. Czekam z niecierpliwością!

Wiwisekcja smaku

Co zjeść w Jordanii? Gastronomiczny przewodnik po Ammanie

Minął już tydzień, odkąd pożegnaliśmy piękną Jordanię, wracając do ośnieżonej Polski. W ostatnim wpisie nieco przybliżyłem Wam aspekty czysto podróżnicze tej wyprawy, a także obiecałem relację kulinarną. W końcu to głównie blog o jedzeniu! A więc – do dzieła. Co i gdzie zjeść w stolicy Królestwa Haszymidów?

Legenda street foodu

Zestaw lunchowy w Hashem

O tym miejscu naczytałem się wiele przed wyjazdem. Nic dziwnego, skoro stołowali się tu wszyscy, od zwykłych mieszkańców, przez turystów, aż po rodzinę królewską. Mowa oczywiście o restauracji Hashem. Spośród dwóch punktów tych samych właścicieli, wybraliśmy ten położony w ścisłym centrum. Nie ma tu ani zdobnych obrusów (na stole kładziona jest przed przyjściem klientów folia), ani drogich ozdób na ścianach. Ba! Nie istnieje tu nawet menu! Standardowy zestaw proponowany przez to legendarne miejsce składa się z hummusu, fulu, falafeli, pomidorów, surowej cebuli (!) oraz mieszanki kiszonek. Bywa też dostępny moutabbal. Zachodni wpływ widać natomiast w dwóch pozostałych propozycjach – frytkach oraz Coca-Coli. My tę ostatnią zastąpiliśmy jednak herbatą, do której zużyliśmy gałązki mięty, które przyozdabiały talerzyk z warzywami. Słyszeliśmy, że dają tu najlepszy hummus na świecie, a jordańskie falafele są znacznie lepsze niż te w krajach sąsiednich. Rzeczywiście pasta z ciecierzycy miała intensywny smak i doskonałą kremową konsystencję, co mogło plasować ją całkiem wysoko w rankingu. Ful medames – czyli lewantyńska pasta z bobu – również rewelacyjnie komponowała się ze rwanymi ręką chlebkami podanymi nam do zestawu. Dołożyć do tego falafele i pyszne kiszonki (rok 2019 ogłaszam rokiem fermentacji warzyw!) i mamy ucztę do syta. Najedliśmy się tym wszystkim we dwoje za… 6,50 JOD, czyli około 35 złotych. Obowiązkowy punkt gastronomiczny do odwiedzenia w Ammanie!

Jerozolimskie falafele i mansaf

Sława falafeli z Al-Quds (arabska nazwa Jerozolimy) przy Rainbow Street dotarła podobno nawet do Egiptu, gdzie polecają wybrać się właśnie do tej budki umiejscowionej przy turystycznej ulicy stolicy Jordanii, aby spróbować przysmaków przygotowywanych w pocie czoła przez ściśniętych na mikroskopijnej przestrzeni kucharzy. Przy witrynie stoi zaś czwarty – młodszy – pracownik, szykujący intensywnie zieloną masę, którą następnie starszyzna wrzuca na rozgrzany olej. Możemy wybrać dwa rodzaje bułek, do których trafi nasza pyszność: z sezamem lub bez, oraz dodatki warzywne: ogórek i pomidor, a także jogurtowy sos. Polecam serdecznie tego typu przekąskę, gdy będziecie przechodzić nieopodal.

Co ciekawe, w ścisłym centrum istnieje drugi lokal o tej samej nazwie – będący restauracją. Szczerze mówiąc, można przejść obok i go nie zauważyć, gdyż jego nazwa zapisana jest w formie „Jerusalem Restaurant” i dopiero pod tym szyldem widać napis Al-Quds. Lokal mieści się nieopodal opisywanego wcześniej Hashem. To właśnie tutaj zdecydowaliśmy się na narodowe danie Jordanii – mansaf. Jest to ryż podawany z kawałkami jagnięciny z kością, posypany orzechami piniowymi i prażonymi migdałami. Przysmak ten serwuje się z wywarem na bazie jameedu, czyli koziego bądź owczego jogurtu, który najpierw przechodzi proces suszenia i formowania w kulki podobne do mozzarelli, a następnie jest składnikiem bulionu, w którym gotuje się jagnięcina. Tradycyjna metoda jedzenia mansafu polega na polewaniu ryżu gorącym jogurtem, a następnie formowaniu jedną ręką kulki nadziewanej mięsem. Jeśli chcecie zanurzyć się w pełnym jordańskim doświadczeniu, zapomnijcie o sztućcach!

Kunafa w Habibah

Kunafa to, pochodzący z Palestyny, jeden z najpopularniejszych deserów jedzonych na ulicach Ammanu. Można go spotkać w większości cukierni i kawiarni, jednak najlepsze serwuje istniejący od 1951 roku Habibah Sweets. Znów łatwo o pomyłkę, bo niedaleko – przy ulicy Al Hashemi – znajduje się Habibeh (jedna litera różnicy), które to miejsce… także serwuje niezłą kunafę. „Prawdziwe” i oryginalne Habibah to jednak to schowane pomiędzy budynkami, na tałych banku, gdzie zobaczycie pokaźną kolejkę tubylców stojących przed budką, w której należy uiścić opłatę. Następnie, w pomieszczeniu obok, panowie przyrządzą Twój pyszny deser po uprzednim zapytaniu o wersję słodkości, jaką mają podać. Kunafa to bowiem ciasto wykonane – zależnie od wersji – z semoliny lub nitek makaronowych, syropu cukrowego oraz wody różanej, nadziewane ciągnącym się lokalnym serem (wcale nie słodkim!), a następnie posypane kruszonymi pistacjami. Idealna słodka przekąska do złapania podczas zwiedzania Ammanu! Ciekawostką jest, że Habibah Sweets to już obecnie mała sieć, posiadająca pięć oddziałów w stolicy Jordanii oraz sprzedaż wysyłkową!

Bogactwo kolorów i smaków ulicy

Wiele się mówi o tym, że jadąc do krajów arabskich, należy unikać jedzenia na ulicy ze względów sanitarnych. Umówmy się jednak – nie ma nic lepszego i bardziej autentycznego niż street food. Ammańskie suki, na których możesz kupić wszystko: od dywanu, przez żywe ryby (trzymane w okropnych warunkach), aż po kolorowe, pieczołowicie ułożone na wystawie owoce, od razu przykuwające uwagę przechodniów. Styczeń to w Jordanii sezon na granaty, a więc można było je dostać wszędzie i tanio. Do tego uśmiechały się do nas miejscowe pomarańcze i inne owoce natury. Na innym stoisku handlarze, niezmordowani całodziennym nawoływaniem, oferują przyprawy i zioła w przeróżnych kolorach i aromatach. Zakupiliśmy to, o co ciężko w Polsce: sumak (jak się dowiedzieliśmy – jordański jest ciemniejszy, a turecki – jaśniejszy), gałązki szałwii, suszone i opalane cytryny, jabłka cukrowe (owoce flaszowca łuskowatego), a także inne przysmaki. Wszystko to jest strasznie tanie. Obkupiliśmy się za niecałe dwa dinary. Warto też zapytać o pochodzenie surowców, gdyż np. orzechy laskowe sprowadzają z… Polski! Oprócz suków, warto zajrzeć do miejsc, gdzie można wprost z ulicy napić się świeżo wyciskanego soku. Taki napój z granatu, w szczycie sezonu, jest niesamowicie intensywny: ziemisty, cierpki, kwaskowy, z delikatną nutą słodyczy – pyszny! Oprócz tego ciekawostką jest „sok” z trzciny cukrowej (jakby was zastanawiało, co to za długie, drewnopodobne patyki stoją oparte o ścianę – to właśnie trzcina), również robiony na miejscu w specjalnie skonstruowanych do tego celu maszynach. Smak tego napoju leży gdzieś pomiędzy melonem a papają, a jego słodycz nie jest aż tak powalająca, jakby można było się tego spodziewać. Zdecydowanie warto się skusić, mimo że istnieje pewne ryzyko zdrowotne.

Kawa i szisza

Szisza i kawa - zestaw obowiązkowy

Obowiązkowy zestaw odpoczynkowy. Kawę podaje się tu domyślnie parzoną „po turecku”, sowicie doprawioną kardamonem i mocno słodzoną. Można oczywiście poprosić o wersję bez cukru, jednak nie jest to wówczas do końca autentyczne doświadczenie. Do kawy zamawialiśmy zwykle nie ciasto, a sziszę. Fajkę wodną pali się tu na tarasach, obserwując żywy ruch miasta, a nie w zatęchłych piwnicach europejskich sziszabarów – aczkolwiek palenie wewnątrz lokalu jest także legalne i praktykowane. Spośród wielu aromatów tytoniu, najbardziej do gustu przypadł nam arbuz z miętą oraz jabłko z anyżem. Zdaję sobie przy tym sprawę, że moje uwielbienie dla lukrecji i anyżu nie jest zbyt reprezentatywne dla populacji Polski. Najfajniej piło i paliło się nam w Zajal, gdzie kelnerzy byli bardzo uważni, dokładali nam węgielki i nie trzeba było ich szukać. Miejsce to znajduje się tuż obok najpopularniejszej kawiarni – Jafra, również przyjemnej. Poza tradycyjnymi kawami w tureckim stylu, w Ammanie działają też prężnie mikropalarnie, często ulokowane nie w kawiarni, a w… sklepie z przyprawami. Jeśli chodzi o kawową alternatywę, trafiliśmy do Kaffeine – miejsca, gdzie czuliśmy się dość… dziwnie. Mianowicie – mimo, że znajdowaliśmy się w centrum miasta, nie było tam nikogo oprócz nas! Wkrótce przekonaliśmy się dlaczego. Kawa – owszem – smaczna, natomiast na jakąkolwiek obsługę trzeba było czekać BARDZO długo (mimo, że nie było ludzi!), to samo z oczekiwaniem na zamówienie, rachunek i jakiekolwiek zainteresowanie. Mieli jednak świeżo paloną kawę trzech rodzajów ziaren oraz przelew. Jak się Wam nie spieszy, to polecam zajść z ciekawości.

Miejsce na randkę

Jeden wieczór postanowiliśmy spędzić w restauracji uważanej za doskonałe miejsce na randkę. Zdecydowaliśmy się na lokal urządzony w nieco bardziej eleganckim stylu, aniżeli dotychczasowe street foodowe doświadczenia. Wybraliśmy się do miejsca o nazwie Sufra na turystycznej Rainbow Street. Restauracja mieści się w willi otoczonej przepięknym, zielonym, kwiecistym ogrodem. Obsługiwało nas bodajże trzech kelnerów, w tym jeden przyodziany w sułtański pas z ogromnym nożem. Wyglądał jak wyjęty z „Księgi tysiąca i jednej nocy”. Na początek zamówiliśmy zupę z kaszą bulgur, która bardzo przypominała nasz krupnik. Jako przystawki wjechały bardzo sycący fattet hummus (jordański przysmak polegający na podaniu hummusu na ciepło wraz z jogurtem i rozmoczonym chlebem w środku) oraz sfeeha (cztery kulki z ciasta chlebowego faszerowane mięsem mielonym oraz tahini i orzechami piniowymi). Na danie główne wybrałem kubbeh lamaneyeh, czyli zatopione w gorącym jogurcie kulki zrobione z masy powstałej z połączenia kaszy bulgur oraz mielonej jagnięciny, faszerowane mięsem, cebulą i – jak wszystko tutaj – orzechami piniowymi, podawane z ryżem. Pojedliśmy bardzo smacznie i do syta, a przecież jeszcze trzeba było spróbować deserów! Zamówiliśmy lody z chałwą, która miała konsystencję nitek waty cukrowej – pyszne, oraz suszone płaty melasy winogronowej z zatopionymi w niej ziarnami i posypane mieszanką orzechów – smaczne, aczkolwiek przeraźliwie słodkie. Za te wszystkie dania łącznie zapłaciliśmy aż 40 dinarów, jednak biorąc pod uwagę wyższy niż street foodowy standard i turystyczną lokalizację – warto. Uwaga! Ceny w menu nie zawierają tu podatku VAT! Doliczany jest do rachunku na koniec. Nie zdziwcie się!

Abuzaghleh – czyli street foodu ciąg dalszy

Nie chcąc drugi raz jeść w tym samym miejscu, trafiliśmy na centralnie położoną restaurację Abuzaghleh, podobną w swym stylu do Hashem, jednak dysponującą szerszym menu i serwującą mięso. Jak się okazuje, jest to jedna z czterech lokalizacji tej ammańskiej sieci. Tradycyjnie na początek zamówiliśmy hummus, który tu był nieco inny niż w pozostałych miejscach, jednak równie dobry. Jakoś tak wyszło, że skoro w Polsce wszędzie traktuję tatar wołowy jako papierek lakmusowy jakości restauracji, tak tu rolę tę przejął hummus. Czas na przystawki (a właściwie sałatki). Na stole pojawiły się arabskie standardy: tabbouleh oraz fattoush. W prostocie i smaku tych dań zakochaliśmy się na tyle, że od przyjazdu już dwukrotnie domowy tabbouleh zagościł na naszym stole. Niesamowita orzeźwiająca soczystość natki pietruszki, mięty, odrobiny soku z cytryny, połączona z ostrością cebuli, słodyczą pomidora i papryki, wzbogacona o treściwą kaszę – kupiły nas od razu. Fattoush jeszcze nie powtarzaliśmy, ale jego unikatowa konsystencja wynikająca z chipsów zrobionych z arabskiego chleba oraz typowo lewantyński smak sumaku na pewno kusi, by przyrządzić go w domu. Jako danie główne spróbowaliśmy kofty tahini, czyli mielonego mięsa baraniego pod płaszczykiem sosu sezamowego z plastrami ziemniaka, a także shish taouk, czyli grillowane kawałki marynowanego kurczaka podane pod miejscowymi chlebkami. Najedliśmy się smacznie i na całego.

Al-Asalah Al-Shameya – czyli sprawdźmy, co dają naprzeciwko

Jak pisałem w poprzednim artykule, mieszkaliśmy w Arab Tower Hotel przy ulicy Al Hashemi. Naprzeciwko znajduje się restauracja Al-Asalah Al-Shameya, o której nie czytaliśmy w żadnym przewodniku, ani na żadnym blogu. Po prostu była obok. Czasem można w ten sposób trafić na prawdziwy diament. Tym razem zamówiliśmy baba ghanoush, czyli przepyszną pastę z opalanego bakłażana o niesamowitym, dymnym smaku. W tym miejscu czuję się zobligowany wyjaśnić, że wbrew temu, co można gdzieniegdzie usłyszeć, baba ghanoush to nie to samo co moutabbal (o którym niżej). Główną różnicą jest użycie sezamowej pasty tahini w tym drugim daniu. Baba ghanoush robi się bez niej. Oprócz przystawki, zamówiliśmy kawałki solidnego kurczaka z frytkami. Wschodnio-zachodni standard. Całkiem smacznie, ale na uwagę obsługi trzeba było czekać bardzo długo.

A może by tak… nauczyć się gotować po jordańsku?

O tym doświadczeniu dowiedziałem się z jednego z blogów i od razu zarezerwowałem miejsce dla nas w Beit Sitti. Tamże jordańskie kobiety uczą osoby spragnione poznania tajników miejscowej kuchni gotować tak, jak robiły to ich babcie. Oprócz gospodyń, w przedsięwzięcie angażowane są także zwykle mieszkanki Ammanu, a firma jako swoją misję głosi walkę o prawa kobiet i danie szansy na inne życie niż tylko ciągłe siedzenie przy mężu i dzieciach. Oprócz kulinarnych warsztatów działa tam sklepik, w którym można nabyć przyprawy, pasty oraz oliwy produkowane na miejscu. Ostatnio panie otworzyły także sklep internetowy, a więc firma rozwija się prężnie. Brawo dla nich! Na samych warsztatach pojawiło około dziesięciu osób z całego świata, w tym nasza dwójka – rodzynki z Polski. Zanim przystąpiliśmy do pracy, zostaliśmy ugoszczeni zupą-krem z soczewicy przyprawioną sumakiem i opowieścią o historii domu, rodziny i całego przedsięwzięcia. Doskonały start dnia. W ramach zajęć przygotowywaliśmy sałatkę palestyńskich rolników, moutabbal, maqlubę i mouhalabieh. Sałatka, którą nasza zgrana drużyna zrobiła, to bardzo prosta i smaczna kompozycja, składająca się z pociętych w kostkę cebuli, pomidorów i ogórka, a także posiekanych drobno listków świeżej mięty i pietruszki – a to wszystko doprawione sokiem z cytryny i oliwą z oliwek. Palce lizać. Aby przygotować moutabbal, musieliśmy najpierw osmalić bakłażany w ogniu: tak, aby skóra była spalona, a smak wnętrza – mocno dymny. Następnie, po ostudzeniu, poszatkowaliśmy drobno miąższ bakłażana na pastę, wymieszaliśmy z posiekanym drobno czosnkiem, pastą tahini i przyprawami oraz skropiliśmy melasą z granatu, oliwą i sokiem z cytryny. Do tego upiekliśmy małe chlebki pita, które stanowiły rewelacyjne „narzędzie” do nabierania i konsumowania naszego wiekopomnego dzieła. Maqluba, czyli „do góry nogami”, to bardzo popularne danie w Jordanii, polegające na ugotowaniu pachnącego orientalnymi przyprawami ryżu z jagnięciną i smażonymi warzywami w dużym garnku, a następnie zaserwowanie potrawy poprzez przykrycie jej talerzem i odwrócenie gara do góry dnem. Efekt to niesamowicie aromatyczna i sycąca potrawa, która cieszy oczy, nos i podniebienie. Na sam koniec przygotowaliśmy deser, czyli mouhalabieh – rodzaj puddingu z wodą różaną i posypaną orzeszkami piniowymi (można też użyć pistacji). Doświadczenie wspólnego gotowania i poznawania smaków to nie tylko doskonały sposób na pyszne spędzenie czasu, ale i na zanurzenie się w kulturze danego kraju. Polecam wizytę w Beit Sitti wszystkim smakoszom! Cena – porównywalna do tego typu atrakcji w Polsce – 35 JOD, czyli około 180 PLN od osoby.

Na zakończenie dodam jeszcze, że w praktycznie każdym lokalu serwowana jest nam butelka wody na osobę – i gdzieniegdzie automatycznie dopisywana do rachunku. Kultura napiwków jest tutaj także nieco wyższa niż w Polsce i właściwie tylko w Sufrze otrzymaliśmy informację, iż serwis jest wliczony w cenę. Kelnerzy w niektórych lokalach wręcz sami sugerowali wysokość napiwku. Oprócz tego, często w formie „czekajki” otrzymywaliśmy oliwki lub chlebki. Gdzieniegdzie można było się napić herbaty za darmo.

Mam nadzieję, że mój mały przewodnik gastronomiczny po Ammanie przyda się podczas Waszych podróży do malowniczej stolicy Jordanii. Dajcie znać w komentarzach, co Wy dobrego zjedliście w Królestwie Haszymidów. Smacznego!

Co zjeść w Jordanii? Gastronomiczny przewodnik po Ammanie

Jordania – 7 dni w Królestwie Haszymidów – subiektywna relacja

49635167_375066766602220_329929822786551808_n

Teksty świeże pisze się najlepiej, bo i pamięć nie szwankuje tak, jak w przypadku tych odtwarzanych z perspektywy czasu (pozdrawiam swój nigdy niedokończony draft z Drezna z maja zeszłego roku…). Korzystając z nowego połączenia linii Ryanair z Krakowa do Ammanu, wybraliśmy się z Ukochaną świętować Nowy Rok do stolicy Jordanii. Dla obojga był to pierwszy kontakt z Bliskim Wschodem na własną rękę, a więc nastawialiśmy się na potężną eksplorację kulturową i kulinarną, a także skonfrontowanie popularnych mitów z rzeczywistością! W końcu na wiadomość o tym, że lecimy w serce Bliskiego Wschodu sami, w miejsce, gdzie tuż za granicą niedawno szalała wojna (byliśmy pięćdziesiąt kilometrów od Syrii), nasi bliscy dostawali drżenia serc. Niesłusznie.

Zacznijmy od rzeczy podstawowych, czyli paru wskazówek i odpowiedzi na pytania wybierających się w tym kierunku – te, które i nas gnębiły przed wylotem. W internecie coraz więcej jest artykułów i relacji z Jordanii, także w języku polskim, gdyż dzięki okazyjnej ofercie najpopularniejszego taniego przewoźnika lotniczego Polaków można spotkać w wielu filadelfijskich (tak za czasów rzymskich nazywał się Amman) uliczkach i knajpkach. Trudno właściwie nie usłyszeć ojczystego języka na ulicach stolicy Jordanii przynajmniej raz w ciągu dnia. Oto i nasza, indywidualna i osobista, relacja!

Wiza

Skorzystaliśmy z oferty zakupu Jordan Pass, dzięki któremu wiza na lotnisku w Ammanie jest zwolniona z opłat (40 JOD). Jest to opcja opłacalna pod warunkiem, iż udajemy się do Petry (a być w Jordanii i jej nie odwiedzić, to jak w Białymstoku nie pójść na mecz Jagielloniiw Rzymie nie zobaczyć papieża). Mamy do wyboru kilka opcji, zależnie od tego, ile dni planujemy spędzić w historycznej stolicy Nabatejczyków. My mieliśmy zamiar przeznaczyć na tę atrakcję 2 dni, więc wykupiliśmy Jordan Pass za 75 JOD. Okazało się to zbędne, gdyż wystarczył nam jeden dzień w Petrze, a więc mogliśmy zaoszczędzić 5 JOD. Poza Petrą, przepustka ta pozwala Wam na bezpłatne wejście do 40 atrakcji Jordanii. UWAGA! Jeśli wybieracie się do miejsca chrztu Jezusa nad rzeką Jordan, musicie dokupić sobie taką opcję za 8 JOD. W przeciwnym wypadku, na miejscu czeka was opłata 12 JOD od osoby. Umknęło to nam i mieliśmy przykrą niespodziankę. Jeśli udajecie się do Jordanii drogą lotniczą i wracacie także z Ammanu, jesteście zwolnieni z opłaty wyjazdowej.

Pieniądze i płatności

Na dzień dzisiejszy (7 stycznia 2019), jeden dinar jordański (1 JOD) wart jest w okolicach 5,40 PLN. Szansa na dostanie tej waluty w polskich kantorach jest bliska zeru, zwłaszcza w większych ilościach. Rozwiązania są dwa. Pierwsza to wymiana złotówek na dolary amerykańskie, a na miejscu tychże na dinary. Druga to skorzystanie z rewelacyjnego wynalazku, jakim jest Revolut. Rejestrujecie się odpowiednio wcześnie (rekomenduję dwa tygodnie), dostajecie kartę Mastercard pre-paid pocztą, ładujecie ją przez aplikację za pomocą swojej zwykłej karty i możecie płacić nią w jednej z ponad 100 walut po kursach międzybankowych, dokonywać transakcji internetowych oraz wybierać gotówkę z bankomatów na całym świecie. Najlepiej wymienić wszystkie dolary na dinary w kantorze lub płacić wspomnianą kartą. Wynika to z tego, że pobierając gotówkę w bankomacie w Jordanii płacicie dodatkowo 5 JOD. Ostrzegam też przed płaceniem zwykłą polską kartą. Pomijając niekorzystny kurs i prowizje – Wasza płatność może zwyczajnie nie przejść, o ile nie uzgodnicie wcześniej z bankiem autoryzacji płatności poza Unią Europejską. Z dostępnością płatności kartą nie jest tak źle, jak nas straszono przed wyjazdem. W większości restauracji i kawiarni nie ma z tym problemu. Chcąc jednak zanurzyć się w bogactwo kolorów targu warzyw i owoców lub zjeść street food – lepiej mieć gotówkę. My – wiedząc, że dywersyfikacja przeważnie działa na korzyść – połowę budżetu zabraliśmy w dolarach, a drugą na Revolucie. Dzięki temu uniknęliśmy przykrych niespodzianek odnośnie do płatności, a z drugiej nie musieliśmy nosić przy sobie dużej gotówki.

Transport

O ile nie jesteście mistrzami spontanu z elastycznym grafikiem i nie planujecie wynajmować auta, transport to największy problem, z jakim przyjdzie się Wam mierzyć. Komunikacja miejska w Ammanie teoretycznie istnieje, jest nawet interaktywna jej mapa stworzona przez… mieszkańców, jednak nie posiada ona rozkładów jazdy ani nawet… oznaczonych przystanków. Jedzie – wsiadasz, mówisz gdzie Cię wyrzucić i tam (np. na środku ronda!) kierowca zatrzymuje się, by Cię wypuścić. Na trasach między głównymi miastami jeżdżą minibusy, które także  nie mają rozkładów i ruszają kiedy chcą (czytaj: gdy są pełne) i kończą swoje urzędowanie około godziny 16:00. W piątki może być z transportem (a także sprawami administracyjnymi i urzędowymi) dużo ciężej, gdyż jest to ich dzień wolny od pracy (gastronomia i sklepy działają normalnie). Poza minibusami, podwózkę oferuje wam mnóstwo bardziej i mniej legalnych przewoźników prywatnych, z którymi trzeba ostro negocjować stawkę. Oficjalne taksówki oznaczone są kolorem żółtym – podobnie do tych w Nowym Jorku. Jedynie w nich oraz w Uberze, który działa wyjątkowo sprawnie w stolicy, możecie być pewni tego, ile zapłacicie. Jordańczycy mają też swoją lokalną aplikację przewozową – Careem – jednak z niej nie korzystaliśmy, więc nie mamy o niej zdania. Dajcie znać, jeśli zdecydujecie się podróżować za jej pomocą! Sprawę przemieszczania się po kraju utrudnia też fakt, iż busy jeżdżą jedynie ze skrajnych dworców autobusowych, oddalonych o kilka lub kilkanaście kilometrów od centrum Ammanu. Wyjątkiem jest firma Jett, która ma swoją bazę w dzielnicy Abdali, około 40 minut spacerem od ścisłego centrum. Jako jedyna posiada także rozkład jazdy dostępny w internecie, aczkolwiek ich system rezerwacji nie działa zbyt dobrze. Najlepiej być pół godziny przed odjazdem i zakupić bilet w biurze firmy. Co więcej, nie wszystkie trasy są uwzględnione na stronie. My mieszkaliśmy w samym sercu Ammanu i dojazd do stacji Jett kosztował nas zaledwie 1,5 JOD Uberem. Trasa do dworca północnego (Tarbadour), z którego odjeżdża autobus na lotnisko, kosztowała 2,5 JOD. Jeśli będziecie korzystać z usług Sariyah Express, która to firma oferuje najtańszy transfer z portu lotniczego do miasta i z powrotem, musicie być odpowiednio wcześnie na dworcu w celu zakupu biletu, gdyż zamiast reklamowanych na stronie dużych żółtych autobusów, podstawiają teraz malutkie busiki, które szybko się zapełniają. Aby nie spóźnić się na powrotny lot, wyprosiłem kierowcę, by pozwolił mi jechać na stojąco. Podróż trwa około 50-60 minut i kosztuje 3,3 JOD w jedną stronę.

Ruch uliczny, czyli koszmar motofobów i aktywistów

49335106_1843517619090182_695228233104228352_n

Wszystkiego tego można oczywiście uniknąć wynajmując auto, jednak z dwóch powodów nie zdecydowaliśmy się na ten krok. Po pierwsze, nie posiadamy karty kredytowej, a to już odrzuca 90% firm, a po drugie – te 10%, które wypożycza za gotówkę lub akceptuje kartę debetową, wymaga depozytu w gotówce w wysokości 350 JOD, czyli niewiele mniej, niż planowaliśmy wydać na cały tygodniowy pobyt w Jordanii. Co więcej, z odzyskaniem depozytu nie bywa podobno najłatwiej. Wynika to z tego, że ruch uliczny w Jordanii jest dość… chaotyczny i nieprzewidywalny, a więc łatwo o drobne uszkodzenia samochodu. Kierowcy muszą zachowywać ciągłą czujność, gdyż najważniejszym elementem wyposażenia jordańskiego auta jest klakson. Piesi także nie mają łatwego życia. Mimo nielicznych przejść, i tak każdy chodzi gdzie chce i jak chce, między jadącymi samochodami. Cały ten piękny spontaniczny porządek jakoś im działa – raz lepiej, raz gorzej. Większość aut jest delikatnie obtłuczonych, jednak zamiast stać w korku wszyscy po prostu jadą – wolno, bo inaczej się nie da, ale płynnie. Byłem świadkiem jednej małej stłuczki (podczas cofania na skrzyżowaniu (!), kierowca musnął przedni zderzak samochodu jadącego za nim), jednak panowie tylko sobie kiwnęli głową na znak przeprosin i zgody, po czym pojechali dalej. Gorzej z ofiarami wśród pieszych, których odsetek wynosi nieco więcej niż w innych krajach – jest on jednak zakrzywiony gęstością i częstotliwością ruchu. To jednak temat na inny wpis, bardziej filozoficzny – wszak wolność i bezpieczeństwo znajdują się na przeciwległych biegunach suwaka priorytetów. W Ammanie znani z polskich metropolii aktywiści miejscy nie mieliby czego szukać. Nie widziałem tu ani jednej ścieżki rowerowej, a przez cały tydzień zauważyłem chyba tylko jedną osobę na rowerze, trzy na rolkach i jednego szaleńca na deskorolce. Tu każdy ma samochód i nie wyobraża sobie jeździć niczym innym. Ludzie chcący decydować za innych, czym mogą, a czym nie, poruszać się po mieście, narażeni byliby na Bliskim Wschodzie jedynie na śmieszność. Nie ma tu też maratonów ani wyścigów rowerowych blokujących miasta, nie mówiąc o tzw. Masie Krytycznej. Ludzie, korzystając ze swojego przyrodzonego prawa do wolnego wyboru, zdecydowali, iż chcą jeździć samochodami! To właśnie najbardziej mi się podobało w stolicy Jordanii jeśli chodzi o transport. Mimo, że – z racji braku auta – przeszkadzało mi to nieco jako gościowi, czuję, że odnalazłbym się w tej ulicznej anarchii jako mieszkaniec. Warto też zaznaczyć, że mimo iż miasto położone jest w niecce (dolina i siedem gór), problem smogu wydaje się tu o wiele mniejszy, niż w Polsce. Piece w starych, kamiennych budynkach, opalane są drewnem, a nie śmieciami, a silniki w praktycznie wszystkich samochodach osobowych są benzynowe. Diesle to głównie ciężarówki i autobusy. Króluje motoryzacja koreańska, bogatsi jeżdżą mercedesami, a spora ich część chętnie kupuje wielkie pickupy i SUVy. Przyjezdni z Arabii Saudyjskiej jeżdżą praktycznie tylko takimi autami. Cena benzyny jest porównywalna z Polską – 0,9 JOD/litr za 95-tkę. Co ciekawe, leją tu też… etylinę dziewięćdziesięciooktanową – rzecz niespotykaną w Polsce. 98-tki nie widziałem na żadnej stacji.

Ubiór i bezpieczeństwo

Oj, ile się nasłuchaliśmy przed wyjazdem! Powiem Wam szczerze – w Ammanie czułem się bezpieczniej niż w Poznaniu czy Warszawie po zmroku. Nie musieliśmy udawać małżeństwa, nie nosiliśmy sztucznych obrączek, trzymaliśmy się za ręce na ulicy, a moja towarzyszka podróży nie nosiła nakrycia głowy (poza wizytą w meczecie, gdzie zostało jej bezpłatnie zapewnione na miejscu). Nigdy nikt na nas krzywo nie spojrzał, nie mówiąc nawet o czynieniu jakichkolwiek uwag czy gróźb. Jedynymi osobami, które nas „zaczepiały”, byli handlarze i taksówkarze, oferujący swoje usługi. Odniosłem wrażenie, że Jordańczycy są przemiłymi ludźmi szanującymi innych, chętnie i otwarcie dzielącymi się swoją kulturą oraz odpowiadającymi na pytania dotyczące obyczajów czy religii islamskiej. Jest to jednak tylko nasze doświadczenie i – jak zawsze – radzimy kierować się swoim zdrowym rozsądkiem. Ja wyznaję zasadę, że traktuję ludzi tak, jak chcę być przez nich traktowany. Nie ma powodu do paniki!

Zakwaterowanie

Tu możemy jedynie opowiedzieć o naszym hotelu. Zatrzymaliśmy się w Arab Tower Hotel, ulokowanym w samiutkim centrum Ammanu, obok nimfeum, niedaleko amfiteatru i cytadeli. Do rezerwacji akurat w tym miejscu skusiła mnie – poza lokalizacją – wizja śniadań serwowanych na tarasie znajdującym się na siódmym piętrze, z którego widać całe miasto. Romantyczna wizja wcinania hummusu o poranku, obserwując zabytkową zabudowę z wysokiej perspektywy, przemówiłaby chyba do każdego faustycznego Ikara. Okazało się jednak, że taka opcja istnieje jedynie latem, gdyż obecne temperatury (średnio było około 12-13 stopni w dzień) według Jordańczyków są za niskie (mimo, że taras jest oszklony). Tak więc śniadania jedliśmy w holu na parterze. Mimo to, taras pozostawał dla nas zawsze otwarty i można było sobie tam np. usiąść wieczorem pod kocem z butelką jordańskiego wina w dłoni i oglądać taniec świateł aut mknących ulicami stolicy oraz szyldów i neonów anarchicznie zawieszonych na zabytkowych budynkach (tak! o funkcji plastyka miejskiego na szczęście też tu nikt nie słyszał!). Za siedem nocy w pokoju dwuosobowym zapłaciliśmy 152 JOD. Obsługa była bardzo miła, chętna do rozmów i pomocy w załatwianiu wycieczek. Pokój sprzątano codziennie, ręczniki przynoszono świeże, a jako mały minus można zaliczyć pokaźnego grzyba za łóżkiem oraz dość małą łazienkę. Co do niej – od niewielkiego rozmiaru większy problem stanowiła dostępność ciepłej wody. Z kąpielą trzeba było zmieścić się w widełkach 6-10 rano oraz 18-24 wieczorem. W przeciwnym razie czekał nas zimny prysznic! Śniadania hotel serwuje całkiem smaczne, jednak przez cały tydzień menu nie uległo zmianie: na ciepło omlet z serem i warzywami lub naleśnik z Nutellą, a do tego bufet szwedzki w składzie: pomidory, ogórki, egipski ser a’la feta, hummus, mortadela, serek Panda (nigdy nie odmawiaj Pandzie!), dżem, masło, oliwki zielone, oliwki czarne. Do picia świeży sok z granatu (trafiliśmy na sezon – napój jest przepyszny!) oraz herbata i kawa. Jesteśmy zadowoleni z miejsca zakwaterowania i możemy śmiało polecić je każdemu, kto nie wymaga luksusów, a ceni bliskość atrakcji i przyjacielską atmosferę bez zadęcia. Pamiętajcie, że do kosztu pokoju dolicza się 16% podatku miejskiego, co nie jest uwzględnione w cenie – bądźcie na to przygotowani.

Telekomunikacja

Minuta połączenia (tak wykonywanego, jak i odbieranego) to nawet 8 złotych, a koszt jednego SMSa – 1,50 PLN. Ceny internetu są naprawdę z kosmosu. Pozostaje łapać WiFi w restauracjach  i hotelu. Istnieją miejskie hotspoty, ale musicie mieć jordański numer! Część odwiedzających w związku z tym kupuje kartę SIM pre-paid na lotnisku od jordańskiego operatora (wymaga to podpisania umowy). Przed wyjazdem koniecznie ściągnijcie mapę Jordanii w wersji offline z Map Google. Bez tego ani rusz! Dzięki temu nigdy się nie zgubicie. Lokalizacja GPS działa nawet przy wyłączonym roamingu danych.

Gehenna zwierząt

Wyprawa nas zachwyciła. Spędziliśmy cudowny tydzień, zobaczyliśmy niesamowite miejsca, na widok których serce gubi rytm, poznaliśmy świetnych ludzi. Jest natomiast coś, o czym nie mogę nie napisać… Tuż obok popularnej Rainbow Street ciągnie się ulica Sha’aban 9. Jest to miejsce tortur. Dosłownie. W Ammanie często całe ulice poświęcone są jednemu rodzajowi sklepów. Niedaleko np. sprzedają w kilku punktach tylko maszyny do szycia. Sha’aban 9 natomiast to ulica pełna sklepów zoologicznych. Nie, nie takich, gdzie kupuje się modną karmę opisywaną w drogich magazynach dla psich mam. Psy – także dorosłe – uwięzione w klatkach 24/7. Szczytem cierpienia był chow-chow (wyobraźcie sobie jego wielkość), zamknięty w metalowym więzieniu takiej wielkości, że wielki problem stanowił obrót wokół własnej osi… Przed jednym ze sklepów, na środku ulicy, leżały rozkładające się zwłoki kota. Nikt na nie nie zwracał uwagi. W drugim takim miejscu kaźni – już po zamknięciu – przy zgaszonym świetle – w klatce wiercił się mops. Poza tymi mrożącymi krew w żyłach obrazkami z Sha’aban 9, na ulicach pełno jest bezdomnych kotów – dzieci kotek, które ludzie trzymają w domach i wypuszczają samopas. Zwierzęta traktowane są tu niemal jak przedmioty. Świadomość istnienia praw zwierząt nie występuje. To samo dotyczy ściśniętych do granic możliwości ryb, które żywe pływają wraz ze śniętymi w ciasnych akwariach na targu.

Atrakcje Ammanu

Centrum Ammanu położone jest w dolinie otoczonej siedmioma górami, na które to wiodą publiczne schody, którymi tubylcy codziennie przemierzają drogę do miasta i z powrotem. W Down Town, jak nazywają z angielska ammańczycy tę dzielnicę, znajdziecie budynki sprzed wielu, wielu lat, często w kiepskim stanie technicznym z zewnątrz. O fasadę raczej nikt się tu nie troszczy. Ma to swój urok, gdyż można się poczuć trochę jak w miejscu, gdzie dopiero co skończyła się wojna, a kontrasty widoczne są na każdym kroku. Macie bowiem nowiutkiego mercedesa, z którego ktoś wyrzuca przez okno papierowy kubek na ulicę, a pod blokiem mieszkańcy uformowali sobie mikrowysypisko śmieci, w którym pożywienia szukają liczne bezdomne koty. Tych jest tu bez liku. Wszystkie są bardzo przyjazne i szukają czułości ludzi, gdyż miejscowi raczej bywają oszczędni w uczuciach dla czworonogów. Dzięki chyba tej sporej cywilizacji dzikich kotów nie ma tu także szczurów, mimo że w takim środowisku powinny czuć się jak ryba w wodzie. Wystarczy jednak wyjechać tuż za centrum, by znaleźć się w zupełnie innym świecie. Cinkciarzy, nielegalne taksówki i naganiaczy chcących sprzedać turystom chińszczyznę zastępują wysokie apartamentowce, wielopiętrowe galerie handlowe z palmami w środku i salony ekskluzywnych marek samochodów. Oczywiście wszystkie te nowoczesne szklano-aluminiowe konstrukcje powstają tuż obok istniejących już starych kamiennych budowli, jednak tak mniej więcej od czwartego do siódmego ronda (w Ammanie miarą lokalizacji i odległości często są właśnie węzły komunikacyjne – tzw. circles) miasto wygląda zupełnie inaczej niż w samym jego sercu. Zwłaszcza dzielnice Abdali i Abdoun pełne są nowoczesnej i bogatej zabudowy.

W centrum Ammanu przede wszystkim warto zobaczyć stare rzymskie budowle – ruiny nimfeum, dobrze zachowany amfiteatr z odeonem, oraz znajdującą się na wzgórzu cytadelę pełną antycznych budowli. Te dwie ostatnie atrakcje zapraszają również do muzeów położonych na ich terenie. Jordan Pass zapewnia gratisowy wstęp do całej rzymskiej architektury stolicy. Amman to także piękne budowle sakralne – przede wszystkim centralnie położony meczet Króla Husajna oraz majestatyczna świątynia Króla Abdullaha z przecudną błękitną kopułą. Co więcej, jest to jedyny dom modlitwy muzułmanów otwarty dla zwiedzających. Koszt – 2 JOD, gdyż Jordan Pass nie obowiązuje. Dokładnie naprzeciwko możemy podziwiać koptyjski kościół chrześcijański, do którego uczęszczają głównie Egipcjanie pracujący w Jordanii. Świątynia zwykle jest zamknięta na klucz, jednak wystarczy skorzystać z dzwonka, a sympatyczny kustosz z chęcią otworzy Wam jej wrota. Oba miejsca kultu sąsiadują ze sobą i przepięknie przedstawiają krajobraz wielokulturowej Jordanii. Chrześcijanie i muzułmanie żyją obok siebie w pokoju i wzajemnym szacunku.

A propos meczetów i wracając do cytadeli, polecam udać się tam w okolicy zachodu słońca. Sam widok jest magiczny, a do tego dochodzi do Was głos wszystkich muezzinów z okolicy, tworzących mistyczną polifonię religijnego uniesienia. Oprócz budynków, nie możecie odpuścić wizyty na targu, gdzie niezmordowani sprzedawcy przekrzykują się w ofertach, polecając przechodniom pięknie ułożone, kolorowe owoce, warzywa i zioła. Znakomity folklor i naprawdę smaczne, świeże produkty w dobrej cenie. Pamiętajcie, że targowanie się jest tam głęboko wryte w fundament kulturowy – pokażcie swoje zdolności negocjacyjne! Nie zapomnijcie też zabrać gotówki, gdyż tam nie zapłacicie kartą. Dopytajcie tylko, które produkty są rzeczywiście jordańskie. Dowiedzieliśmy się, że np. orzechy laskowe jeden ze sprzedawców importuje z… Polski i Ukrainy. Inny przykład to sumak. Turecki jest jaśniejszy, jordański – ciemniejszy. Wizyta na targu owocowo-warzywnym to prawdziwa feeria barw, dźwięków i aromatów. Działa na wszystkie zmysły! O palpitacje serca doprowadzić może jedynie widok ryb (także żywych!) i mięsa, przetrzymywanych w niezbyt higienicznych warunkach – te zakupy odpuściliśmy. Nie sposób jednak oprzeć się pysznej pomarańczy czy sezonowym granatom o rozmiarach niespotykanych w Polsce. O jedzeniu jednak będzie osobna notka – w końcu to blog głównie kulinarny! Gdy będziecie mieli chwilę, możecie udać się także na Rainbow Street, gdzie znajdziecie bardziej turystyczne i europejskie klimaty. Niekoniecznie tego szukaliśmy, ale są tam także dwa ciekawe punkty gastronomiczne, o których w osobnym wpisie!

Poza Ammanem

Siedem dni to stanowczo za mało (a i budżet niezbyt obfity), by zobaczyć wszystko, co Jordania ma do zaoferowania – zwłaszcza bez auta. Dlatego też zdecydowaliśmy się część rzeczy odpuścić lub zostawić na kolejny raz. Z tego względu nie pojechaliśmy do Akaby ani na Wadi Rum, by nocować z Beduinami pod gwiazdami. Tę przyjemność zaliczymy przy okazji odwiedzania Eljatu za jakiś czas. Poza Ammanem przede wszystkim trzeba koniecznie zobaczyć Petrę. To jest absolutny must-see.

Zapewne lepiej oszczędzać siły i spędzić noc w sąsiednim miasteczku, a samo doświadczenie podzielić na dwa dni, jednak skoro i tak mieliśmy wykupione noclegi w Ammanie, zdecydowaliśmy się na coś, przed czym ostrzegają w przewodnikach – zwiedzanie Petry w ciągu jednego dnia. Ba – w pół dnia! Autobus Jett odjeżdża bowiem o 6:30 ze stolicy, a na miejscu jest około 10:30, gdyż robi półgodzinny przystanek w zaprzyjaźnionym sklepie z pamiątkami po drodze (typowa pułapka turystyczna z bardzo drogimi suwenirami). Na dodatek w zimie powrót zaplanowany jest na godzinę 16:00. No cóż – poszliśmy na to! Bilet autobusowy w jedną stronę to 11 JOD od osoby. Wstęp do historycznego miasta mieliśmy zagwarantowany w Jordan Pass, więc obeszło się bez dopłat. Na miejscu co krok praktycznie ktoś chce Wam coś zaoferować, więc musicie notorycznie opędzać się przed sprzedawcami i Beduinami chcącymi Was przewieźć na wielbłądzie lub ośle. Ostatecznie – z racji presji czasu – część trasy rzeczywiście pokonaliśmy na czterech nogach – natomiast w innych okolicznościach byłoby to zupełnie nieopłacalne. Doświadczenie jazdy na grzbiecie zwierzaka po stromych skałach z wizją rychłego upadku w przepaść dodało nam na pewno sporo adrenaliny. Zdołaliśmy przejść cały główny szlak i łagodną część bocznego – a także dotrzeć aż do klasztoru (tam właśnie przez krótki fragment wspomogliśmy się osłem). Darowaliśmy sobie jedynie te fragmenty, gdzie trzeba było wspinać się po stromych skałach lub uprawiać długi trekking poza główny szlak. Większość pięknych rzeczy udało się zobaczyć i jesteśmy bardzo zadowoleni! Dla ludzi będących ciągle pod presją czasu mogę polecić z całego serca taki intensywny dzień w Petrze. W nogach mieliśmy ponad 20 kilometrów, jednak serca i oczy pełne spektakularnych przeżyć. Warto! Pustynne odcienie barw stromych skał, wykute w nich świątynie i grobowce, sceneria z pamiętnego filmu z Indianą Jonesem, zapierające dech w piersiach krajobrazy, dotyk historii, beduińskie ogniska, muzyka i aromatyczna herbata parzona przez tubylców – wszystko to składa się na niezapomniane doświadczenie.

Wciąż prześladowani brakiem auta i niepewną komunikacją międzymiastową, zdecydowaliśmy się na wynajęcie prywatnego kierowcy na dwa dni. Pierwszego pojechaliśmy do zamku w Adżlunie – doskonałego przykładu islamskiej budowli warownej. Na miejscu można także zwiedzić małe muzeum poświęcone okresowi świetności tego miejsca oraz podziwiać niesamowite widoki zjeżdżając serpentynami do miasta. Tego samego dnia udaliśmy się do Dżaraszu – jednego z najlepiej zachowanych miast grecko-rzymskich, założonego przez Aleksandra Wielkiego. Na sporym terenie podziwialiśmy świątynie ku czci Zeusa i Artemidy, katedrę, meczet, a także dwa amfiteatry, ruiny łaźni oraz świetnie zachowane rzymskie drogi i łuki tryumfalne. Następnego dnia zafundowaliśmy sobie dłuższą wycieczkę. Postanowiliśmy się wykąpać w Morzu Martwym, odwiedzić miejsce chrztu Jezusa, zobaczyć na własne oczy słynną mapę z Madaby (pochodzącą z VI wieku mozaikę, znajdującą się w kościele św. Jerzego, obrazującą geografię Ziemi Świętej), a także wjechać na górę Nebo, z której Bóg pokazał Mojżeszowi Ziemię Obiecaną. Znajduje się tam obecnie miejsce pamięci, ruiny starodawnych świątyń i pomnik, a także wielki metalowy krzyż opleciony wężem – rzeźba mająca imitować laskę Mojżesza. Tuż obok świątyni rośnie drzewo oliwne posadzone przez Jana Pawła II. O ile wizyta w Madabie i Nebo udały się bez niespodzianek, to już kolejne dwa miejsca nieco podniosły mi ciśnienie. Oczywiście to moja wina, że nie sprawdziłem, iż kąpać się można jedynie w drogich resortach lub na plaży miejskiej, która… też jest resortem, tylko tańszym. W ten oto sposób wejście do Morza Martwego kosztowało nas 25 JOD (20 + lunch w formie bufetu) od osoby. Mimo astronomicznego kosztu, nie żałuję tego doświadczenia. Rzadko ma się możliwość swobodnego dryfowania w bezruchu w tak zasolonym akwenie. Pal licho tę stówę. Chętni mogli też skorzystać z kąpieli błotnej, podobno doskonałej na skórę. Rzekomo jest jakieś dzikie zejście do morza, ale o nim dowiedzieliśmy się dopiero później. Niestety, następnie okazało się, że Jordan Pass nie pokrywa zwiedzania miejsca chrztu Jezusa nad Jordanem. Takie dwa zgrzyty przytrafiły się nam na koniec naszej wyprawy. Zawsze sprawdzajcie ukryte opłaty i dopłaty. Koszt wynajęcia samochodu z kierowcą na dwa dni plus trasa do Adżlunu, Dżaraszu, Madaby, Nebo, Morza Martwego i miejsca chrztu to łącznie 110 JOD bez biletów wstępu. Ostatni dzień spędziliśmy w Ammanie, kupiliśmy parę pamiątek, wypiliśmy kawę, zapaliliśmy sziszę i trzeba było pakować się na wyjazd. Na przyszłość zostaje jeszcze wschodnia Jordania z jej pustynnymi zamkami. Jest po co wracać!

Nasz itinerariusz

Z racji tego, że oboje jesteśmy ludźmi maksymalnie zabieganymi i zapracowanymi, nie mieliśmy zbyt dużo czasu na dokładne planowanie (nad czym bardzo ubolewam, bo układanie planu podróży to dla mnie jedna z najprzyjemniejszych rzeczy w życiu!), a brak dostępu do internetu poza hotelem i kiepska komunikacja autobusowa spowodowały, że część rzeczy musieliśmy zostawić na później. Na szczęście udało się nam wycisnąć całkiem sporo z tego tygodnia. Zwłaszcza kulinarnie i gastronomicznie zrobiliśmy tyle, ile chcieliśmy! Jesteśmy bardzo zadowoleni. Teraz pora wracać do codzienności…

  • Dzień 1 – przylot do Ammanu wczesnym popołudniem, eksploracje gastronomiczne
  • Dzień 2 – warsztaty kulinarne (o tym szerzej we wpisie o jedzeniu!), zwiedzanie rzymskich zabytków Ammanu
  • Dzień 3 – Petra
  • Dzień 4 – zwiedzanie zabytków sakralnych Ammanu i nowego miasta (Abdali), spacer 15 km po mieście
  • Dzień 5 – Adżlun, Dżarasz
  • Dzień 6 – Madaba, Morze Martwe, miejsce chrztu Jezusa, Nebo
  • Dzień 7 – pamiątki i powrót do amfiteatru (drugiego dnia muzeum było już zamknięte)
  • Dzień 8 – wylot po śniadaniu

Część druga – gastronomiczna – już niedługo!

A jakie Wy mieliście wrażenia po odwiedzeniu Jordanii? Podzielcie się nimi w komentarzu!

Jordania – 7 dni w Królestwie Haszymidów – subiektywna relacja

Trzy remedia dla zblazowanych birgiczków

28865882844_deeaa068b0_n.jpg
Fot. flickr.com // This exploration is endless – Scott Richard

Pamiętam festiwal piwny w Olsztynie w 2017 roku, kiedy to rozmawiałem z Marcinem Olszewskim, wówczas jeszcze z Doctor Brew, który to na propozycję wspólnego napicia się piwa odparł, że piwo mu się ostatnio znudziło i zaproponował w zamian cydr. Nie był to wcale przypadek odosobniony. Sam w ostatnim okresie odczuwam lekkie zmęczenie piwem, a i tendencję takową obserwuję u wielu osób ze środowiska. W poprzednich felietonach wyraźnie zaznaczyłem, że piwna rewolucja ma dla mnie sens wtedy, kiedy przekracza granice, poszukuje ciągle czegoś nowego, zaskakuje niespodziewanym i wyrazistym smakiem, jest twórcza, a nie odtwórcza. Sęk w tym, że po spróbowaniu kilku tysięcy piw niewiele jest w stanie człowieka zaskoczyć. Pijesz kolejnego beczkowego RISa, turbo chmielone IPA, wykręcającego twarz kwasa, i… nic nowego nie czujesz. OK, fajnie – smaczny, nawet pyszny, ale… No właśnie – czy rewolucyjny? Raz jeszcze kawa, czekolada, ewentualnie lukrecja, melasa czy popiół; mango, cytrusy, tropiki lub nafta z lekką nuta cebuli; albo – w końcu – stajnia, końska derka, ocet, owoce. Oprócz tego jeszcze wanilia, drewno, kokos, czy – nie daj Boże – przytłaczająca słodycz. Nie wspominam nawet o piwach wadliwych czy zwyczajnie nieudanych kompozycyjnie. NUDA – najgorsze, co może być w życiu. Mam ostatnio wrażenie, że nic nie jest w stanie mnie w piwie zaskoczyć i zachwycić jednocześnie. Bardzo bym chciał się mylić; pragnę znów poczuć się jak w oceanie nowych doznań – tak, jak w 2012, kiedy otwierałem pierwszy raz butelkę Ataku Chmielu. Mój organizm domaga się ciągłej stymulacji, pobudzania nieporuszonych neuronów i szokowania kubków smakowych. EMOCJE. To one napędzają życie. INTENSYWNOŚĆ. Miłość i nienawiść. Życie i śmierć. W przeciwnym razie się po prostu nudzę. Zasypiam. Czuję się, jakbym oglądał kolejny film z Nicolasem Cage’em.

Musisz wciąż grać stawki va banque – to hazard Twój. Jeśli chcesz żyć, ryzykuj śmierć:

Jestem zblazowanym birgiczkiem, który nigdy nie może zaznać satysfakcji. Zapewne nie czuję tego sam, mimo że reszta milczy i się nie przyznaje. Piją z przyzwyczajenia albo dla towarzystwa. Nie ma zresztą w tym nic złego. W końcu piwo wśród przyjaciół smakuje najlepiej – nawet nie najlepszej jakości. Czym innym jednak jest aspekt społeczny, a czym innym – degustacyjny. Ten drugi pozostaje u mnie wiecznie niespełniony – z definicji. Bo co się stanie, jak w końcu znajdę jakąś bombę, która rzuci mnie na kolana? Ano pocieszę się nią parę chwil, może nawet napiszę na jej cześć pochwalny pean na tym blogu, poopowiadam ludziom, jakie to cudo spotkałem na swojej drodze, a następnego dnia… dalej będę szukał czegoś nowego. Na drugim biegunie jest jeszcze inna grupa znudzonych pogonią za nieuchwytnym króliczkiem. Oni po prostu spasowali i piją poprawne piwa bez cmokania i oczekiwania fajerwerków. Jak nie grasz, to nie przegrasz – jak mi ostatnio napisał znajomy. Jest to podejście obce mojej naturze eksploratora i poszukiwacza skarbów, jednak toleruję to, że ktoś świadomie takie wybiera – być może dla świętego spokoju. Na pewno jest ono zdrowsze dla psychiki niż nieustanna gonitwa. Moim zdaniem jednak życie jest po to, by doświadczać. Jak mam jednak doświadczać, gdy prawie wszystkiego już doświadczyłem? Gdzie jest moja terra incognita? Jak tu być Magellanem, gdy odkryty już każdy ląd?

Postanowiłem więc podzielić się swoimi spostrzeżeniami odnośnie do innych potencjalnych źródeł sensorycznej eksploracji – miejsc, gdzie można udać się w donkiszotowskim poszukiwaniu Atlantydy. Oto kilka propozycji:

INNE ALKOHOLE

Wybór raczej oczywisty. Na festiwalach piwnych pojawiają się cydry i miody pitne, które mogą stanowić jakiś punkt zaczepienia na dobry początek. Cydrownicy robią coraz lepsze i ciekawsze rzeczy, a rzemieślnicze miodosytnictwo powoli kiełkuje obok uznanych regionalnych i tradycyjnych marek. Pojawiają się także miody nowofalowe, również z zagranicy. Nie jestem ich fanem, gdyż zazwyczaj smakują mi jak tanie wino w rodzaju Leśnego Dzbana, pite lata temu na ś.p. białostockiej Magdalence – jednak wiem, że wielu beer geeków z entuzjazmem degustuje wytwory choćby amerykańskiego Superstition Meadery. Na pewno są one jakąś opcją. Znam wiele osób ze środowiska, które także mocno siedzą w winach. Z tym popularnym trunkiem od początku trwała jakaś podświadoma, bratobójcza rywalizacja. Sam zresztą często ją podsycałem, mówiąc o potrzebie zrównania piwa z winem w świadomości społecznej. Jako cel rewolucji widziałem (i widzę nadal!) bowiem plasowanie piwa rzemieślniczego jako towar luksusowy, który dobrze łączy się z wykwintnym jedzeniem i sztuką. Wino – mimo lekkiego konfliktu interesów – jednak może cieszyć równie mocno, co piwo, a poznawanie kolejnych niuansów smakowych pomiędzy różnymi jego rodzajami, a także nauka degustacji i kultury z nim związanej, dostarcza sporo ciekawych wrażeń. Kwestią czasu jest także wyzwolenie wina z potężnych okowów tradycji. Skoro udało się z piwem, to dlaczego by nie z winem? Tu akurat nie ma aż tak dużego problemu z kiepską jakością i nudą czy dostępnością dobrego produktu, co powoduje, że szansa na masowy bunt jest znikoma, jednak z uśmiechem na ustach przyjąłbym jakąś punkową winiarnię eksperymentującą np. z beczkami po torfowej whisky, brettami czy… chmieleniem wina na zimno. Biorąc pod uwagę, jak konserwatywne i przywiązane do tradycji jest winiarstwo, ta twórcza dekonstrukcja i ferment byłyby miodem na moje rewolucyjne serce. Dalej oczywiście mamy destylaty. Tu – tak samo zresztą jak w przypadku wina – barierą może być cena. Nie oznacza to jednak, że nie da się od czasu do czasu spróbować czegoś naprawdę ciekawego. Zacząć można przecież od regionalnych destylatów z dodatkiem miejscowych, unikatowych składników, a skończyć – jeśli portfel pozwoli – na nieprzystępnych whisky dla koneserów. Jako ostatni przykład pozapiwnych alkoklimatów mamy domowe nalewki, czyli nieskończone pole do eksperymentowania z alkoholem infuzowanym owocami, ziołami i innymi dodatkami. Wada wszystkich tych propozycji jest właściwie jedna – większość z nich ma jeszcze więcej etanolu niż piwo, co na dłuższą metę nie jest korzystne dla zdrowia przy większych i regularnych degustacjach.

KAWA

Na szczęście istnieją też uniwersa bezalkoholowe godne zmysłowego rekonesansu. Jeszcze dłużej niż piwna, w Polsce trwa rewolucja kawowa. Na jej temat wydawane są książki, atlasy, przewodniki, a mikropalarnie i autorskie kawiarnie serwujące najwyższej jakości kawę speciality powstają jak grzyby po deszczu – i to nie tylko w wielkich miastach. Tak się składa, że beer crowd to coraz częściej coffee crowd. Dochodzi przecież cały czas do wielu kooperacji na linii browar – palarnia czy browar – kawiarnia podczas warzenia piw kawowych, kawiarze przychodzą na piwne festiwale, a beer geeki na cuppingi czy inne wydarzenia związane z kawą. Idąc na takowe możesz być pewnym, że spotkasz tam jakąś znajomą twarz ze środowiska piwnego – piwowara, bloggera, panelistę czy też znajomego degustatora. Chodzą głosy, że świat sensoryczny kawy może być nawet bardziej zróżnicowany niż świat piwa, a zmiennych decydujących o zmysłowych doznaniach jest naprawdę wiele. Środowisko kawowe także – jak już wspominałem wcześniej – dorobiło się o wiele więcej (niż piwne) ładnie wydanych, ilustrowanych publikacji zdobiących półki nowofalowych kafeterii, czego możemy mu zazdrościć. Brakuje tego typu pozycji w popularnych multitapach. No ale kawa bardziej kojarzy się z książką, niż piwo… To też jest coś, co warto by było zmienić w świadomości ludzi. Książka, sztuka, wyszukana kuchnia + piwo. Tak, jak sobie kiedyś wymarzyłem.

JEDZENIE

Trzecim, najbardziej różnorodnym, światem jest oczywiście jedzenie. Rzecz jasna wszystkie poprzednie, razem z piwem, można by zaklasyfikować jako „napoje” – dla równowagi, jednak chodzi w tym punkcie o coś więcej niż samo spożywanie pożywienia. Wraz z rewolucją piwną i kawową, mamy w Polsce prawdziwą rewolucję gastronomiczną. Od lat 90-tych, kiedy prałat Jankowski święcił restaurację McDonald’s, do 2018 roku, gdy otwierają się mikroskopijne autorskie restauracyjki serwujące najdziwniejsze potrawy wymyślone przez pasjonatów lub pomysły przywiezione z podróży (to kolejna rzecz, którą cudownie by było połączyć z piwem!), a nawet „wędrowne” projekty typu Guerrilla Dining, minęło bardzo wiele czasu, a polski krajobraz gastronomiczny przeżył absolutną i całkowitą metamorfozę. Pomimo to, Polacy wciąż są daleko w tyle jeśli chodzi o jedzenie „na mieście” – częściowo zapewne z braku pieniędzy, jednak – w większości przypadków – z powodu mentalności wykształconej przez komunistyczną i nazistowską okupację, a wcześniej zabory. Wszak Portugalczycy nie zarabiają jakoś dużo lepiej, a w swoich mieniących się kolorami tęczy knajpkach przesiadują całymi dniami, słuchając snującego się gdzieś w oddali fado. W tych mało sprzyjających okolicznościach jednak gastroromantycy otwierają swoje przybytki, dzielą się swoją pasją i – nierzadko – bankrutują. Nie da się ukryć, że – obserwując Poznań – lokale zmieniają szyldy i właścicieli w zastraszającym tempie. Jeszcze nie zdążyłem gdzieś być, a tu się okazuje, że… już w tym miejscu jest inna knajpka. Tak jednak jest zawsze w przypadku biznesów z pasji. Jeden wypali, a dziesięć nie. Trudno. I tak warto. Nie jesteśmy robotami, a nie wyobrażam sobie nic bardziej nudnego i przygnębiającego, niż z góry ustalone role społeczne i zawodowe – oczywiście przydzielane przez wielkiego centralnego planistę w imię bezpieczeństwa i spokoju. Jako klient więc korzystam i próbuję, co tam nowego pojawiło się na gastromapie Poznania oraz miast, które odwiedzam. I tu wciąż znajduję rzeczy zaskakujące. Ciekawe połączenia, smaki, których nie znałem. A przecież gdyby to połączyć z piwem… Zrobić coś naprawdę szalonego. Wywrócić świat do góry nogami. Wyrwać z fundamentów zmurszałe mury stęchłej, nudnej tradycji i pomazać je różowym sprayem – jak grób Morrisona. Gwałcić tabu, szokować, sypać piaskiem po oczach.

Dla zblazowanego birgiczka więc jeszcze ogień nadziei się tli – choćby w trzech wyżej wymienionych uniwersach. A to przecież tylko fragment złożonej magii wszechświata. Są jeszcze – ograniczając się tylko do tego, co przyjmuje się doustnie, ostre sosy, sery, herbata, yerba mate, czy nielegalne substancje psychoaktywne. Toleruję, acz nie pojmuję trwania w jednym miejscu… Życie jest moim zdaniem zbyt krótkie, by przestawać poszukiwać bodźców. To wszystko tak naprawdę zaledwie skrawek skrawka. Przecież jeszcze mamy rzeczy pieszczące inne zmysły, acz pobudzające te same obszary w mózgu, zaspokajające głód nowości czy wytwarzające hormony szczęścia w odpowiedzi na reakcje bólowe czy zagrożenie. O nich jednak być może przeczytacie w którymś kolejnym felietonie…

Trzy remedia dla zblazowanych birgiczków

10 piw, które warto spróbować

utopias.jpg

Dziś nieco luźniej, bez wbijania kija w mrowisko. Postanowiłem sobie przypomnieć, a Wam przedstawić, 10 zagranicznych piw, które zmieniły moje spojrzenie na ten napój albo były na tyle ciekawym doświadczeniem, ze do dziś je pamiętam i miło wspominam. Przed wami top 10, złota dziesiątka, w kolejności alfabetycznej:

Alaskan Brewing – Alaskan Smoked Porter

Degustacja miała miejsce w roku 2014, gdy ja siedziałem przy dobrze znanym barze w Piwnej Stopie, oglądając mieniące się za szybą lodówki różnokolorowe etykiety zagranicznych butelek. Zwykle oznacza to, że wszystko na kranie już piłem (a rzadko powtarzam piwa) albo akurat mam ochotę wydać więcej pieniędzy na coś specjalnego. Padło na rzeczony wędzony porter. Był to mój pierwszy kontakt z tego typu piwem. Wcześniej próbowałem co prawda legendarnej Schlenkerli, natomiast wytwór piwowarów z Alaski rzucił mnie na kolana. Pachniał tlącym się ogniskiem, świeżo wygaszonym papierosem i ziemią. Smakował wędzoną śliwką w ciemnej czekoladzie. Niesamowite doznanie. Zakochałem się w wędzonkach.

Boston Beer Company – Samuel Adams Utopias

Tym razem Dobry Zbeer w Gliwicach. Nasze kranoprzejęcie. Okazało się, że jest Utopias – piwo bardzo rzadkie, jednak kilka butelek trafiło do Polski. Ignorując świadomość trzycyfrowej ceny za pojemność kieliszka od wódki, po prostu trzeba było je wypić ze względu na legendarność i możliwość zdobycia niepowtarzalnego doświadczenia. Fermentowane drożdżami szampańskimi i tymi do zadań specjalnych barley wine, trunek to przypomina w smaku bardziej koniak aniżeli to, co znamy pod nazwą piwo. Bardzo mocno alkoholowe w smaku, rozgrzewające, słodkie, pełne przepysznych suszonych owoców, rodzynek, daktyli, fig, wzbogacone o pełno nut beczkowych w stylu drewna, wanilii czy kokosa, a także akcentów ziołowych i ziemistych.

Brewdog – Punk IPA

To, jak obecnie wygląda i działa BrewDog, wiedzą wszyscy, którzy interesują się branżą piwną. Jako początkujący adept kraftu kupiłem jednak tę ich bajeczkę o punkowym, rewolucyjnym, bezkompromisowym browarze, który nie bierze jeńców. Czytałem o pakowaniu piwa w zdechłe wiewiórki, o wyścigu o miano najmocniejszego piwa świata, a później o wysyłaniu piwa do Putina. Cały ten marketing był wprost skierowany do takich ludzi jak ja – szalonych nonkonformistów. Myślałem wówczas, że są autentyczni. Jeśli o samo piwo chodzi, Punk IPA piłem mniej więcej w tym samym czasie, co Hardcore IPA oraz 5 AM Saint. Być może była to nawet dziewicza zagraniczna IPA, jakiej spróbowałem, choć pierwsze zapisy mam na temat Laguna IPA z BrauKunstKeller. Przepiękny aromat amerykańskiego chmielu, solidna goryczka i niesamowita przyjemność z picia. Tak je pamiętam. Później trafiłem na wiele paskudnych lub nijakich warek, ale najlepszą piłem na miejscu – w Szkocji, gdy kupiłem puszkę w małym, lokalnym sklepiku na urokliwej wyspie Skye.

Cantillon – Iris

Znów lodówka z butelkami w Piwnej Stopie – co poradzę? Do tej pory piłem lambiki ogólnodostępne, takie jak dosładzane Lindemansy czy Geuze i Kriek z Boona. Tamten wieczór zapoznał mnie jednak z jednym z najbardziej cenionych belgijskich browarów produkujących piwa kwaśne – Cantillon. Iris poza swą przecudowną kwaśnością, na którą mózg reaguje podobnie do goryczy, zachwycał świeżym chmielowym aromatem, uzyskanym dzięki chmieleniu na zimno przed rozlewem. Kwiaty, białe owoce, delikatna stajnia, a do tego cudowna cierpkość i wytrawność. To piwo wzniosło moje lambikowe doświadczenie na inny poziom.

Emelisse – White Label Imperial Russian Stout Ardbeg BA

Moje urodziny. Koleżanka chciała sprawić mi prezent w postaci piwa, jednak jako że się na nim nie zna, poszła do Piwnej Stopy i poprosiła o pomoc obsługę. Jako że znali mniej więcej preferencje jubilata, w moje ręce wkrótce wpadł ów holenderski imperialny stout. Było to pierwsze (i chyba jedyne do tej pory) piwo leżakowane w beczkach po Ardbegu, jakie piłem. Okazało się strzałem w dziesiątkę. Przepiękny aromat torfowej wędzonki, szpitalnych korytarzy, bandaży, lizolu, spalonej instalacji elektrycznej łączył się tu z potężnymi pokładami mocno palonego espresso i toną gorzkiej, wytrawnej czekolady. Pokochałem to piwo za jego bezkompromisową agresywność i coś zupełnie nowego.

Mikkeller – 1000 IBU

Był to czas, o którym pisałem w poprzednim felietonie. Szukałem coraz mocniejszych doznań, coraz bardziej agresywnych smaków. Gdy sięgam do notatek z tego okresu, w wielu miejscach mam dopisek, że piłem bardziej gorzkie, albo że brakuje goryczki. Kiedy więc usłyszałem, że w Centrali Piwnej pojawiło się piwo reklamowane jako najbardziej gorzkie na świecie, musiałem tam natychmiast pobiec. Pamiętam, że szedłem z butelką mojego Świętego Graala wzdłuż ulicy Dąbrowskiego i uśmiechałem się od ucha do ucha, bo wiedziałem, ze jak tylko przyjdę do domu – otworzę ten skarb. W 2013 roku nie przeszkadzała mi jeszcze karmelowość w IPA, więc nie uznałem jej za wadę. Goryczka zaatakowała od razu i przyjemnie pieściła moje podniebienie przez długi, bardzo długi czas. Znawcy powiedzieliby, że miała zalegający i łodygowy charakter, ale właśnie tego szukałem. Było to wówczas najdroższe piwo, jakie kiedykolwiek kupiłem. Butelka o pojemności 330 ml kosztowała około 35 złotych. Nie żałuję jednak ani złotówki. Niestety, powrót do tego piwa po latach okazał się całkowitą porażką.

Mikkeller – Black

Poznańskie Targi Piwne. Stoisko wrocławskiego Zakładu Usług Piwnych. Patrzę: imperialny stout, 17%, więc szykuje się jakieś potężne doznanie. Do tej pory piłem takie po 9-12%. Znów mnie siekło. Wow! Cóż to było za piwo?! Przeogromna gęstość połączona z agresywnym alkoholowym pieczeniem uwalniały endorfiny, ale po chwili następował kolejny wystrzał hormonu szczęścia: niesamowita, popiołowa paloność i gryząca, piołunowa gorycz. Tak smakowało moje wymarzone piwo ultymatywne. Piłem je później w wielu wersjach, jednak żadna nie była w stanie dorównać temu pierwszemu razowi.

Nomada – Mole Negro

Dom Piwa i lodówka z butelkami. Tradycyjne miejsce urzędowania Poznańskiej Loży Piwnej w weekendowy wieczór. Przyszła wówczas jakaś dostawa mniej znanych piw z Hiszpanii, a w tym te autorstwa browaru Nomada. Ktoś rzucił hasło, że Mole Negro to piwo ekstremalnie ostre, na dodatek z papryczką w środku butelki! Dwa razy nie trzeba było mnie namawiać. Wraz z kolegą uwolniliśmy kapsaicynowego Barabasza, po czym zjedliśmy go na pół. Piekło mocno. No dobra, to skoro papryczka poszła, to czas na piwo. Łudziliśmy się, że większość ostrości zostało w owocu. Nic bardziej mylnego. Próbując ugasić ogień w gardle, spożyliśmy jeszcze większe ilości kapsaicyny – tym razem w płynie. Gęby nam powykręcało, ale gęby te były uśmiechnięte. Kolejny eksperyment udany. Bariera przekroczona. Endorfiny podwójne – od ostrości i od ekscytacji doświadczeniem.

The Alchemist – Heady Topper

The Alchemist był gwiazdą festiwalu Beer Geek Madness i z tej okazji do Polski po raz pierwszy trafiły puszki Heady Toppera i Focal Bangera. Pierwowzór piwa w stylu New England IPA smakował zupełnie inaczej niż to, co znamy obecnie pod tym mianem. Topper był prawie że zielony od chmielu w barwie, idealnie zmętniony i obłędnie pachniał grejpfrutem, naftą i tropikalnymi owocami. W smaku znów mocne uderzenie wspomnianych nut, a do tego całkiem spora goryczka. Wszystko to pięknie się komponowało. Szkoda, że rynek poszedł w kierunku bezgoryczkowego IPA. Tej cechy akurat Heady Topperowi nie brakowało.

Toppling Goliath – Assassin

Nudny będę z tym, gdzie to piłem… Tym razem jednak nie lodówka, ale panel. Dzieje całkiem nowe. Ogólnie rzecz ujmując, gdy teraz udaje mi się napić jakiegoś superpopularnego piwa o niesamowitych recenzjach, to najczęściej jestem srogo zawiedziony. Wynika to z tego, że większości są to słodkie ulepy, które człowiek ma ochotę przepić dobrym kwasem albo wytrawnym IPA, choć w sytuacjach ekstremalnych naprawdę wystarczy Pilsner Urquell. Tak, Assassin też jest ulepem, jednak miał w sobie coś więcej niż cukier. Dużo beczki, ciemnych owoców, kakao, melasę, a do tego ukryty alkohol. Czuć było, że to piwo szlachetne, dobrze zaprojektowane i wykonane.

Blisko dziesiątki były także ulubiony w czasach liceum i wczesnych studiów SvyturysBaltas, wymrażane BrewdogiSink The Bismarck oraz Tactical Nuclear Penguin, zawsze dobrze wchodzący na Wyspach GuinnessGuinness Draught, klasyczny PaulanerHefe-Weissbier, znakomity towarzysz na Craft Beer Camp, czyli Rooie DopDouble Oatmeal Stout, czy też najlepsze piwo ostatniego One More Beer Festival – Bottle LogicFundamental Observation i wiele, wiele innych.

A jakie zagraniczne piwa Was rzuciły na kolana? Podzielcie się w komentarzu.

10 piw, które warto spróbować

Przekleństwo dostępności kraftu, masturbacja, lenistwo i steki z Biedronki

closed_open-219812.jpg!d.jpg

Kilka lat temu, gdy piwna karuzela zaczynała się kręcić nad Wisłą, wśród początkujących smakoszy kraftu dało się zauważyć delikatne narzekania na to, że aby zdobyć upragnioną butelkę świeżego IPA trzeba wybrać się kilka – a w przypadku mniejszych miejscowości nawet kilkadziesiąt – kilometrów dalej. Marzyliśmy o tym, aby piwo rzemieślnicze dostępne było w osiedlowym sklepie, do którego chodzimy w kapciach i szlafroku po bułki i gazetę. Jak to często bywa, padliśmy ofiarą krótkowzrocznego myślenia. Nie ma bowiem mowy o większej dostępności bez kompromisów.

Z czasem wytwory polskich rzemieślników zaczęły stopniowo pojawiać się w niektórych mniejszych sieciach, a w końcu także w marketach, na stacjach benzynowych, a ostatecznie trafiły do dyskontów. Produkt niegdyś ekskluzywny skończył na palecie obok zupek w proszku i produktu czekoladopodobnego. Stało się więc to, o czym poniekąd marzyliśmy. Mamy kraft na wyciągnięcie ręki. Mogę przy okazji codziennych zakupów do koszyka włożyć parę butelek czegoś ciekawszego niż produkty wielkiej trójki koncernów. Pytanie tylko: jaka jest tego konsekwencja, poza naszym pozornym szczęściem? Zajrzyjmy głębiej.

Człowiek z natury jest leniwy – to hasło jest motorem napędowym wynalazców. Wszystkie innowacje, jakie powstały w historii, miały na celu uczynić nasze życie bardziej wygodnym, a przynajmniej tak były przedstawiane. Nawet niesławny Segway – uznawany w wielu rankingach za najbardziej nieudany wynalazek w historii – reklamował się hasłem mówiącym o tym, że nie będzie już nigdy konieczności chodzenia pieszo. Podam przykład anegdotyczny, jak mechanizm ten działa w mojej sytuacji. Jako fanatyk mięsa wiem, że aby zdobyć naprawdę dobry kawałek, muszę wybrać się nieco dalej, niż 200 metrów od domu. By trafić na odpowiednią, drobną marmurkowatość wołowiny, bez kluchowatych przerostów, trzeba się często naszukać. Tymczasem dyskont za rogiem oferuje masowo produkowane, pakowane próżniowo steki, pocięte i gotowe do obróbki termicznej. Nie jest to mięso najwyższej jakości, jednak lenistwo wygrywa. Stek z Biedronki produkowany przez Sokołów to mimo wszystko półka wyżej od zrazowej z mięsnego. Mimo, że jest on jednak lata świetlne za dobrym, sezonowanym na sucho przez kilka (lub kilkanaście) tygodni antrykotem z byka rasy hodowanej na mięso, kupuję te średnie steki i smażę parę razy w tygodniu. Rzemieślniczy, specjalistyczny rzeźnik nie zarobił – zarobił dyskont. Pytanie: jak długo utrzyma się na rynku, mając taką konkurencję?

Znany psycholog – Philip Zimbardo – rozszerzył zasięg tej hipotezy na seks oraz karierę. Według niego, dzisiejszy młody mężczyzna często wybiera masturbację i pornografię zamiast adoracji żywej kobiety oraz seksu, gdyż to pierwsze wymaga mniej wysiłku, a daje gratyfikację wystarczającą do uzyskania minimalnej satysfakcji. Człowiek zadowala się bylejakością. Zimbardo dalej konkluduje, iż popularność gier komputerowych przyczyniła się do apatii w sprawach dotyczących awansu zawodowego i zdobywania kolejnych szczebli kariery. Gratyfikacja uzyskiwana poprzez osiąganie kolejnych poziomów w grze komputerowej zaspokaja podstawowe poczucie spełnienia, przez co motywacja do dążenia do ambitnych celów w świecie pozawirtualnym spada. Ja zauważam tę samą tendencję w krafcie. Mając dostępny średniej jakości produkt rzemieślniczy w dyskoncie, człowiek zadowala się nim, zamiast jechać specjalnie do sklepu dla koneserów na końcu miasta. Jest to ten sam psychologiczny mechanizm zadowalania się czymś w miarę OK, zamiast próbować sięgnąć po to, co najlepsze.

Jakie ma to przełożenie na jakość samego piwa i przyszłość rynku? Perspektywy nie rysują się zbyt dobrze dla bezkompromisowych, niszowych sklepów i browarów. Sieci nie chcą na półkach ogromnej rotacji i eksperymentów – chcą stałości i ciągle tego samego . Nic dziwnego – w końcu ich targetem jest klient masowy. Dodatkowo dochodzi kwestia ceny, której lwią część stanowi marża pośrednika. Browar – zwłaszcza kontraktowy – na produkcie sprzedawanym do sieci zarabia tyle co nic, chyba że idzie na kompromisy w kwestii jakości surowców lub jest w stanie zorganizować ogromną skalę produkcji i jedynie przez nią mu się to opłaca. W związku z tym, niektóre browary, zamiast zarzucać geeków ciekawostkami, warzą te same nudne piwa, by utrzymać się na rynku sieciowym. Na eksperymenty często nie ma już ani siły, ani mocy przerobowych. Szanuję tych, którym udaje się to łączyć bez szkody dla eksperymentów – są tacy! Łatwiej przecież trzepać to samo IPA trzeci rok niż coś pokombinować.

Wiele specjalistycznych punktów handlowych już wprowadziło cichaczem koncerniaki na swoje półki, a inne przyznają, że pieniądze zarabiają na czeskich lagerach i aromatyzowanych Fortunach, a nie na krafcie. Jedna z lokalnych sieci alkoholowych jakiś czas temu zmieniła plakaty prezentowane na swojej witrynie. Był Kingpin i SzałPiw – jest Harnaś i promocja na sześciopak Żuberka po 1,99 za puszkę. Wbrew opinii niektórych rzemieślników, moim zdaniem poprzez dostępność kraftu w marketach nie wykształci się rzesza nowych geeków. Wprost przeciwnie. Wykształci się co najwyżej rzesza miłośników czegoś lepszego niż ten nieszczęsny Harnaś, ale tak do 8 złotych i najlepiej, żeby nie smakowało jakoś zbyt wyraziście, bo to jakieś perfumowane i w ogóle. Znajdą się zapewne i jednostki, które wezmą kiedyś pierwszy raz piwo w dyskoncie i tak się wkręcą, że zaczną sięgać po torfowe portery z kiszonymi śledziami, jednak jest to – moim zdaniem – kropla w morzu, która nie uratuje sytuacji.

A więc codzienny kraftopijca szukający ciekawego, owocowego IPA, idzie do dyskontu i kupuje piwo tam, a nie u specjalisty. Portfel nie jest przecież z gumy, a do tego dochodzi opisywane lenistwo. W efekcie sklepy specjalistyczne notują coraz gorsze wyniki sprzedażowe. Przekłada się to na ich płynność finansową, a także płynność dostawców (hurtowni) oraz samych browarów. Taki obraz rynku wręcz zmusza przedsiębiorstwa na każdym szczeblu – detalicznym, hurtowym i produkcyjnym – do kompromisów. Browary – zamiast eksperymentować – robią setki hektolitrów nudnego piwa do marketów po to, by się utrzymać na rynku (a i tak większość marży weźmie pośrednik mający indeks w danej sieci). Część hurtowni przerzuca się na Czechy lub tanie browary regionalne. Sklepy specjalistyczne często albo rozszerzają ofertę i zarabiają na tanim piwie, albo zamykają się. Tych, którym się dobrze wiedzie, jest garstka – i dla nich ogromny szacunek! Kraft padł ofiarą lepszej dostępności. Wkrótce możemy doczekać czasów, gdy rzeczywiście w Biedronce będzie coś lepszego niż Tatra i Warka, ale nikomu nie będzie się opłacało warzyć rzeczy wyjątkowych, gdyż najzwyczajniej w świecie nie będzie gdzie ich sprzedawać.

Dla mnie – jako orędownika ciągłej zmiany, rewolucji i przeciwnika komfortowej nudy w kapciach – jest to konkluzja tragiczna. Nie zadowala mnie to, że mogę kupić kolejne generyczne piwo w stylu APA w dyskoncie zamiast Harnasia. Często zresztą popularność kraftu połączona z nieświadomością klienta masowego powoduje, że pod rzemiosło podszywają się zupełnie niekraftowe podmioty (agencje reklamowe, hurtownie zamawiające istniejące już piwo pod własną marką, a nawet… koncerny!) – to jednak materiał na inny felieton. Nie chciałbym, aby sklepy specjalistyczne padały. Chcę mieć dostęp do ciekawych piw oraz aby browary miały gdzie swoje kreatywne pomysły sprzedawać. Zachęcam więc wszystkich – dbajcie o swój sklep specjalistyczny! Nawet, gdy wygrywa wasze lenistwo, raz na jakiś czas pojedźcie na ten drugi koniec miasta i kupcie jakiegoś sztosa. Wkrótce bowiem możecie nie mieć gdzie…

Przekleństwo dostępności kraftu, masturbacja, lenistwo i steki z Biedronki