Deutsche Sommertour – Dzień 2 – kolorowe groty i Erfurt

Z Lipska ruszyliśmy na południe, w poszukiwaniu maleńkiej miejscowości Würchwitz, liczącej zaledwie sześciuset mieszkańców. To właśnie tam, w jednym z gospodarstw usytuowanych tuż przy wjeździe, wyrabia się słynny milbenkäse, czyli ser powstający przy współudziale maleńkich pajęczaków, roztoczy o nazwie Tyrophagus casei L. Zwierzęta te żywią się dojrzewającym serem, a następnie, umierając, tworzą jego skórkę, dzięki czemu ta zyskuje pikantny posmak. Dojechawszy w końcu do rzeczonej mieściny, nie zastaliśmy w niej jednak nikogo! Czułem się, jakbym wyszedł na środek atomowej pustyni. Bramy pootwierane, wokół pasące się beztrosko kozy, napis „käse” (niem. ser) przy bramie i… żywego ducha! Samo centrum wioski zdobił dziwaczny… pomnik roztocza – najbliższego współpracownika serowara. Weszliśmy na podwórko, pukaliśmy w okna i drzwi, dzwoniliśmy na podany numer telefonu, pisaliśmy SMSy… Nic. Wioska wymarła. Milbenkäse pozostał niespróbowany, ale istnieje możliwość zamówienia go online (nie wiem czy wysyłają do Polski) oraz skosztowania go w Dreźnie, w przepięknej mleczarnio-kawiarni Pfunds Molkerei, gdzie byliśmy dwa lub trzy lata temu. Trzeba będzie wrócić!

Kolejny przystanek to ponownie element gastroeksploracji. Obiecałem sobie, że przywiozę z Niemiec rzemieślnicze wina kupione od lokalnego winiarza. Po długim przedwyjazdowym szperaniu w internecie, zaznaczyłem na mapie wymarzone miejsce: Weingut Klaus Boehme – winnicę leżąca w Saksonii-Anhalt, przy granicy z Turyngią. Krajobraz podczas drogi znacznie się zmienił. Postindustrialne molochy przepoczwarzyły się w tereny zielone, wszechobecne uprawy winorośli oraz typowo włoskiej urody małe miasteczka. Wjeżdżaliśmy do niemieckiej Toskanii! To ten region kraju najbardziej przypadł mi do gustu. Mógłbym zamieszkać w takiej mieścinie, robić wino i nie przejmować się niczym.

Winnica Klausa Boehme została opisana w wielu lokalnych i krajowych mediach oraz trafiła do prestiżowego „żółtego przewodnika” Gault & Millau. Trafiliśmy tam w takim okresie, że poprzedni rocznik był w większości wyprzedany, a nowego jeszcze nie zabutelkowano. Na szczęście kilka butelek różnych szczepów udało się kupić, a spróbować jeszcze więcej. Najbardziej do gustu przypadły nam riesling, weissburgunder, fruehburgunder oraz veltsanz 5.0 czyli blend fruehburgundera i portugiesera. Zostaliśmy oprowadzeni po włościach przez miłą właścicielkę, a widząc piękne beczki, w których leżakują te niezwykle aromatyczne trunki, od razu wymarzyłem sobie leżakowanie w nich piwa. Być może coś z tego wyniknie.

Z załadowanym bagażnikiem pojechaliśmy do miejsca, które przyciąga wszelkiej maści romantyków, mistyków, czarownice i poetów, a także miłośników „tańców księżycowych”. Auerworld Palast to konstrukcja według projektu architekta Marcela Kalberera, zrobiona w całości z wierzb, uformowana w kształt kopuły, z „domkiem” z czerwonymi drzwiami w środku. Obecnie całość nieco zarosła i pierwotny zamysł jest zaburzony, ale w internecie bez problemu można znaleźć zdjęcia z czasów, kiedy całość bardziej przypominała planowaną formę tej budowli wzorowanej na domach z czasów Sumerów. Na miejscu spotkaliśmy osobliwą parę rowerzystów, którzy – usiadłszy na pieńku – czytali sobie wiersze. I tak to się żyje w tej Turyngii.

Teoretycznie stąd mogliśmy od razu zjechać do Erfurtu, gdzie mieliśmy nocleg, ale postanowiliśmy nadłożyć trochę drogi i udać się na południe, do Saalfeld. Tam znajduje się była kopalnia łupków, przerobiona obecnie na trasy turystyczne. Dzieciaki znajdą też obok kolorowy park pełen wróżek i innych stworów. Dotarliśmy na miejsce tuż przed zamknięciem, w sam raz na ostatnie zwiedzanie (możliwe tylko z przewodnikiem). Jako że byliśmy jedynymi gośćmi, nasz przewodnik Nick bez problemu przestawił się z niemieckiego na angielski i oprowadził nas po grotach, opowiadając historie w obcym dla siebie języku. Wielki szacunek – tego nie było w programie! Jaskinie pokopalniane w Saalfeld są szczególnie ciekawe, gdyż w wyniku procesów fizykochemicznych ściany mienią się niemal kolorami tęczy. Stąd też nazwa „bajeczne groty”.  Na miejscu – podobnie jak u nas w Wieliczce – organizowane są koncerty, a także śluby. Dla widoków, jakie tam zastaliśmy, z pewnością warto było nieco wydłużyć dzień!

Po tak intensywnym zwiedzaniu dotarliśmy w końcu do Erfurtu, gdzie czekał na nas osobliwy Most Kramarzy, w który wbudowano… domy mieszkalne i – zgodnie z nazwą – liczne sklepy! To właśnie wokół tego miejsca toczy się życie towarzyskie w mieście. Jeden z kramów gości Goldhelm Schokoladen Manufaktur, czyli lokalną manufakturę pralinek i czekoladek – idealne miejsce, by zakupić prezenty i pamiątki! Niedaleko stąd mieści się Stara Synagoga, o której warto wspomnieć w związku z pewnym wydarzeniem z 1349 roku.

Doszło wówczas w Erfurcie do pogromu Żydów, których obwiniano o przywiezienie do miasta dżumy. Prym w rozsiewaniu plotek wiedli lokalni księża, pomimo jasnego stanowiska Watykanu, iż są to bzdury. Efektem nagonki było wymordowanie żydowskiej populacji miasta, a następnie zagrabienie jej majątku przez mieszkańców. Przypomina wam to coś? Mówimy o wydarzeniach sprzed siedmiuset lat!

Kilka kroków od synagogi znajduje się sklep z kraftem, który dysponuje także kranami, z których leje się piwo sygnowane nazwą lokalu. Der Bier Rufer to miejsce prowadzone przez piwnego entuzjastę, z którym uciąłem sobie krótką pogawędkę o kondycji polskiego, niemieckiego i światowego piwowarstwa. Bardzo spodobało mi się jego podejście, gdy powiedział mi, iż raz w życiu spróbował pastry i nigdy więcej nie weźmie tego do ust. Na miejscu wypiłem bardzo dobrego hellesa.

Na jedzenie poszliśmy do Zum Wenigemarkt, po drugiej stronie rzeki, gdzie na skwerku roiło się od ludzi. Cudem znaleźliśmy stolik, po czym przystąpiliśmy do zamawiania. Skoro jesteśmy przy piwie, wypiłem tu dwa Kostritzery: jasny nie miał w ogóle goryczki, ale dał się wypić jako niezobowiązujące piwo, zaś ciemny niestety pachniał i smakował zbyt ciężko i karmelowo. Wracając do konsumpcji, zdałem się na sympatyczną kelnerkę i poprosiłem o coś bardzo lokalnego. Jako przystawkę otrzymałem mięso wieprzowe zapiekane pod serem (przysmak NRD – jak oznajmiła), a jako danie główne – roladę wołową z cebulą i speckiem oraz surówką z czerwonej kapusty z jabłkami na słodko. Dania proste, ale smaczne. W Zum Wenigemarkt można zjeść także dania wegetariańskie: warzywa na parze, kluski z pieczarkami oraz dwa rodzaje tagliatelle.

Nie dotarliśmy niestety do Braukeller Erfurt, gdyż browar był tymczasowo zamknięty w związku z kwarantanną. Polecam poprzechadzać się uliczkami starówki, gdyż można tam odnaleźć ciekawe figurki przedstawiające bohaterów kanału telewizyjnego dla dzieci Kika. Ile zdołasz odnaleźć?

Trzeciego dnia ruszyliśmy dalej na zachód…

Deutsche Sommertour – Dzień 2 – kolorowe groty i Erfurt

Deutsche Sommertour – dzień pierwszy – droga do Lipska

Pierwszego dnia już złamałem pierwotne założenie o maksymalnie czterech godzinach za kierownicą, jednak musieliśmy jakoś dojechać do pierwszego miejsca noclegowego. Po drodze zaś czaiły się pierwsze atrakcje. Wjeżdżając do Niemiec co prawda moja dacia była świeżo po przeglądzie, jednak nie posiadałem ani wymaganej zielonej naklejki ekologicznej (ostatecznie udało się ją nabyć na stacji kontroli pojazdów TUV – za niecałe 6 EUR – a bez niej wstęp do większości miast jest zabroniony), ani nie wiedziałem na ile ruchy miejskie zdołały uprzykrzyć za zachodnią granicą ruch samochodowy. Do tego dojdziemy później. Póki co w byłym NRD przywitały nas szerokie autostrady i postindustrialny krajobraz, który przywodził na myśl utwór kieleckiego barda.

Przystankiem numer jeden w moim Wielkim Planie było Dessau-Rosslau. W mieście tym turyści zazwyczaj odwiedzają zabytkową siedzibę Bauhausu – kolebki niemieckiego modernizmu, lub przepiękne ogrody, jednak mnie interesowały zupełnie inne rzeczy. Od zawsze uwielbiałem stare, opuszczone cmentarze. Mają w sobie jakąś magiczną moc, niesprecyzowanego ducha czasów minionych, a spacerując po nich czuć owianą tajemnicą, ciemną, romantyczną nutę niemieckiego gotyku. W Poznaniu mam kilka takich ulubionych miejsc – wszystkie w pobliżu Moraska – więc nie mogłem przepuścić okazji do odwiedzenia takiej atrakcji podczas naszej wycieczki.

Cmentarz nr 3 w Dessau-Rosslau przedzielony jest ulicą, a jego wschodnia część jest w sporym procencie opuszczona. To na tej nekropolii znajdziemy m.in. poprzewracane stare urny, przerażające figury i reliefy na pokrytych zębem czasu kamiennych nagrobkach, otulonych gdzieniegdzie dzikim bluszczem, pomniki poległych żołnierzy z czasów I Wojny Światowej, groby zmarłych w wyniku eksplozji pracownic fabryki amunicji z 1918 roku, czy dziwaczne korzenie rosnące na pniach drzew. Największą atrakcję stanowi jednak opuszczone krematorium, obecnie odgrodzone nową siatką, w którym palono zwłoki przez ponad siedemdziesiąt lat. Aby wejść na jego teren należy przejść przez parking przy sąsiednim sklepie meblowym i znaleźć dziurę w płocie. Wszystkie drzwi prowadzące do budynku są zamknięte, jednak na odważnych czeka wybite okno w podpiwniczeniu. Przechadzając się po złomowisku starych wagoników i przedzierając się obok windy transportującej zwłoki, można nieraz usłyszeć skrzypienie czy dziwne odgłosy wywołane przez wiatr, przywodzące na myśl znakomite filmy grozy. Obiekt popada systematycznie w ruinę, ale jeszcze do niedawna można było odnaleźć tam krzyże czy nawet ubrania.

Zanim dojechaliśmy do pierwszego miejsca noclegowego (Lipska), po drodze zahaczyliśmy o jeszcze jedno cmentarzysko. Tym razem w roli nieboszczyków wystąpili jednak nie oficerowie Deutsches Heer, lecz gigantyczne maszyny wydobywcze, będące symbolem industrialnej potęgi NRD. Na terenie dawnej kopalni niedaleko Gräfenhainichen utworzono Ferropolis – Miasto Żelaza – w którym umożliwiono zwiedzającym nie tylko kontakt wzrokowy z majestatem potężnych megakoparek, ale również wejście na ich pokład, przechadzanie się długimi korytarzami pomiędzy stanowiskami pracy, a także zajrzenie do środka maszynowni.

Molochy te ozdabiają teren jeziora nad którym można zatrzymać się kamperem bądź rozbić namiot. Ktoś chętny na biwak w tak niecodziennej scenerii? Gdy pandemia nie krzyżuje planów, w Ferropolis odbywają się koncerty i przedstawienia teatralne. Odwiedzający mogą także odwiedzić galerię, muzeum czy podziwiać zabytkową, dziewiętnastoletnią lokomotywę stojąca niedaleko wejścia na cmentarzysko. Całość robi niesamowite wrażenie! Co do praktycznych porad, nie parkujcie na pierwszym parkingu z oznaczeniem Ferropolis, gdyż będziecie musieli iść jeszcze spory kawałek. Miejsca postojowe są też przy samej kasie biletowej.

Z Miasta Żelaza udaliśmy się do Halle, aby odwiedzić Państwowe Muzeum Prehistorii, w którym znajduje się Dysk z Nebry, czyli wykonane z brązu i złota prawdopodobnie najstarsze wyobrażenie kosmosu, będące jednocześnie narzędziem służącym do przewidywania faz księżyca oraz odmierzania daty. Zabytek ten, pochodzący z epoki brązu, odnaleziony został przez dwójkę amatorów pod koniec XX wieku. Dziś jest on cennym eksponatem, któremu poświęcona jest cała wystawa i… któremu teoretycznie nie można robić zdjęć.

Paranoja ochrony na tym punkcie posunięta jest do tego stopnia, że służbista chodził za nami krok w krok, patrząc czy przypadkiem nie wyciągamy aparatu. Ukradkiem udało mi się uchwycić Dysk telefonem, za co oczywiście otrzymałem ochrzan od starszego pana, który z pewnością zrobiłby doskonałą karierę w enerdowskich służbach. Dysponując nieco większą ilością czasu polecam pochodzić po całym muzeum, gdyż jest świetnie zorganizowane i jest w nim ukryta masa wiedzy na temat naszych przodków. Są też, rzecz jasna, kości – zarówno ludzkie, jak i zwierzęce.

Mając już trzy zapierające dech w piersiach atrakcje za sobą, dotarliśmy w końcu do Lipska, gdzie zaplanowałem jedzenie i piwo, a także zobaczenie jeszcze dwóch ciekawostek. Pierwsza z nich to działający od 1973 roku neon reklamowy Ludowych Delikatesów w Lipsku, które produkowały głównie konserwy owocowo-warzywne. Na kolorowej animacji widzimy siedzącą przy stole rodzinę, która z uśmiechem na ustach je tworzoną w tutejszych zakładach zupę. Co ciekawe, w XIX wieku istniał w tym miejscu… browar. Polecam wizytę późnym wieczorem bądź nocą – w końcu to neon!

Teraz szybki quiz: miejsce najsłynniejszej porażki Napoleona? Szybka odpowiedź większości ludzi: Waterloo. Tymczasem to w Lipsku doszło do największego pogromu francuskich wojsk, a starcie to nazwano „bitwą narodów”. To tu zginął polski marszałek – Józef Poniatowski, a w konsekwencji zawarto pokój w Tylży, w wyniku którego utworzono marionetkowe Księstwo Warszawskie, a Gdańsk został Wolnym Miastem. Pamięci właśnie tego wydarzenia poświęcono gargantuiczny pomnik, który odwiedziliśmy nad ranem kolejnego dnia. Całość wygląda bardziej jak świątynia opisywana w książkach fantasy, aniżeli miejsce pamięci. Mamy tu ogromne figury średniowiecznych rycerzy (pomimo że bitwa odbyła się w XIX wieku), gigantycznego Michała Archanioła wraz z orszakiem oraz pustą kryptę – a to dopiero początek! Tego typu postaci z kamienia jest tu dużo więcej, a całość powala swoim majestatem. Na miejscu działa także muzeum poświęcone bitwie.

Jeśli chodzi o jedzenie, udało się nam zająć stolik w ratuszowej piwnicy (Ratskeller), gdzie działa browar restauracyjny, a także można zakupić miejscowe musztardy, przyprawy i inne łakocie. Kuchnia rzecz jasna jest tu typowo niemiecka, obfitująca w mięsiwo i dania z ziemniaków, choć znajdzie się i opcja dla wegetarian. Do jedzenia zamówiłem Brauhausteller, czyli specjalność zakładu – plastry polędwiczki wieprzowej podawane z plackami ziemniaczanymi i sosem grzybowym. Taka podkręcona wersja placka po zbójnicku – pyszności! Jako akompaniament piwnicznej uczty, nie omieszkałem wziąć deski pięciu lokalnych piw marki Lotteraner. Podstawowy, jasny Kellerbier był niezwykle pijalny, a do tego wyraźnie piwniczno-drożdżowy w aromacie i smaku. Brakuje mi takich piw w Polsce. Dunkel wypadł przeciętnie, a Helles Weizenbier zaatakował moje nozdrza szalenie intensywnym goździkiem. To chyba najbardziej goździkowy weizen, jakiego piłem. Oprócz tego wjechało piwo specjalne, którym akurat był Pale Ale chmielony Willamette, jednak miał on posmak estrowego, kwiatowego, wodnistego angielskiego ejla – ale takiego pitego z butelki albo w kiepskim pubie – nie kremowego z caska. Na browarniany deser musiałem wziąć klasyk lipskiego piwowarstwa – czyli Gose. W Polsce browary zwykle nazywają tak piwa kwaśne z owocami, z lekkim dodatkiem soli, co zupełnie nie przystaje do klasycznej wersji tego stylu. Poza wyraźną mineralnością i kwaskowym posmakiem, na pierwszy plan wybijała się tu kolendra, której raczej nie czuć w nadwiślańskich wersjach, o ile w ogóle bywa dodawana. Drugie Gose w Lipsku wypiłem w Bayerischer Bahnhof, gdzie także zamówiłem potężną deskę serów – nie do przejedzenia dla jednej osoby! Ta wersja klasycznego piwa z regionu także atakowała mocną kolendrą bez cienia słodyczy, co utwierdziło mnie w przekonaniu, że w Polsce prawdziwego Gose nie ma. Na miejscu spróbowałem jeszcze miejscowego pilsa o nazwie Schaffner, który w pełni zadowolił moje stęsknione za wytrawnym, goryczkowym piwem podniebienie. Ogromna większość niemieckich pilsów spróbowanych podczas tego wyjazdu sprawiła mi o wiele więcej radości, niż przesłodzone kraftowe cukiereczki popularne obecnie na rynku rzemieślniczym. Takich smutnych dla piwa czasów dożyliśmy.

Na zakończenie lipskiej przygody, obserwując ruchliwą ulicę, którą miejscy aktywiści nazwaliby pewnie „miejską autostradą”, trafiliśmy do kawiarni utworzonej na cześć najbardziej charakternego Francuza w dziejach PremiershipCantona Cafe. Oprócz kawy można tu także solidnie zjeść i wypić, a moje dobre zdanie o niemieckich pilsach, nawet tych dostępnych w mało piwnych miejscach, potwierdził Ur-Krostitzer, który troszkę woniał żelazem, ale oprócz tego zachowywał znakomitą wytrawność z goryczkowym finiszem. Ciekawostka: dwóch młodych Niemców kilka lat temu powiedziało mi, że młodzież nie lubi już piwa, dlatego popularne są drinki piwne w stylu mieszania pilsa z colą czy napojami gazowanymi. Na szczęście nie widziałem nikogo, kto by takie herezje zamawiał, pomimo iż w kilku miejscach widniały w menu. Nasi zachodni sąsiedzi chyba nie uginają się pod dyktatem słodyczy płynącym z USA i Wielkiej Brytanii kanałami mediów społecznościowych.

Z Lipska udaliśmy się na w kierunku zachodzącego słońca…

Deutsche Sommertour – dzień pierwszy – droga do Lipska

Deutsche Sommertour – prolog

Deutsche Sommertour

Podróże w czasie pandemii są mniej więcej tak samo przewidywalne, jak prowadzenie biznesu w nadwiślańskim raju dla przedsiębiorców. Marzyliśmy jednak od dawna o długim zagranicznym urlopie, a nie tylko weekendowym wypadzie do sąsiedniego województwa. Jak zawsze, po skrupulatnej analizie ofert tanich lotów, wynaleźliśmy w końcu upragniony kierunek w dobrej cenie. Zapadła decyzja: lecimy do Stavanger! Wdrapiemy się na słynną Preikestolen, a fiordy będą nam z ręki jadły. Nic bardziej mylnego. Rząd uzurpujący sobie prawo do zarządzania terytorium zajmowanym przez wielbicieli mrożonej pizzy i pieniędzy wprowadził kwarantannę dla Polaków w związku ze zbyt dużą liczbą pozytywnych testów na COVID-19 i z naszej wycieczki wyszło mniej więcej tyle, ile z popchnięcia Jana Aage Fjortofta przez Romana Szewczyka w drugiej połowie przegranego meczu eliminacji do Mistrzostw Świata w USA – czerwona kartka.

Bezskutecznie próbując odzyskać utracone fundusze od WizzAir, jednocześnie szukaliśmy alternatywnej opcji na wspólny wyjazd. Nie było możliwości, żeby zrezygnować. To nie w moim stylu. Od dawna po głowie chodził mi pewien pomysł: po prostu wsiąść w samochód i zobaczyć ciekawe miejsca, o których raczej nie pisze się w przewodnikach turystycznych głównego nurtu. Zwykle – co czytelnicy tego bloga wiedzą – odnajduję takie perełki nawet w popularnych destynacjach, ale tym razem cały wyjazd chciałem skupić wokół rozmaitych kuriozów. Pozostał jeszcze kierunek. Poznań, z racji swojego położenia, ma właściwie dwie oczywiste opcje na taki wypad: Czechy i Niemcy. Objazdówkę po krainie hermelinem stojącej zaliczyliśmy już kiedyś pociągami i autobusami, więc padło na kraj tych, których Arminiusz obronił niegdyś przed Rzymianami. Można było rozpocząć to, co lubię najbardziej: szczegółowe planowanie.

Z racji rozmiarów kraju, północ i południe zostawiłem na późniejsze wyjazdy. Wyeliminowałem także Drezno i Spreewald, gdzie spędziliśmy zeszłoroczną majówkę. Berlin, który odwiedziłem wielokrotnie, miał być zaś jedynie postojem na kawę. Kiedy już sporządziłem, za pośrednictwem ulubionych internetowych źródeł, galerię osobliwości w zawężonym regionie, przystąpiłem do wyznaczania trasy. Początkowo chciałem, abyśmy dojechali aż do Amsterdamu, lecz nie starczyłoby nam dni, chcąc zobaczyć to, co zaplanowałem. Nie oznacza to jednak, że nie przekroczyliśmy niderlandzkiej granicy!

Podczas projektowania itinerariusza wycieczki założyłem, że jako kierowca nie chcę spędzić za kółkiem więcej niż czterech godzin dziennie. Noclegi zabukowałem w miarę blisko centrum (aby móc iść na piwo bez samochodu), możliwie najtaniej, w pokoju z łazienką. Jak się okazało, nie zawsze było to możliwe i w kilku miejscach przyszło nam spać w bardziej oddalonych miejscach. Wyżywienie założyłem na mieście, 2-3 posiłki dziennie, bo przecież gastroturystyka to sól życia. Nie wyobrażam sobie pojechać gdzieś i żyć na kanapkach i konserwach. Wyjątkiem była Islandia – z racji astronomicznych cen, ale i tam udało się odwiedzić wiele restauracji. Ustaliłem też ścisły budżet, który się nawet spiął w granicach pierwotnie zaplanowanych, pomimo jednego bardzo niespodziewanego wydatku, o czym napiszę później.

Główne cele wyjazdu pozostawały niezmienne od zawsze: dziwactwa, lokalne jedzenie i piwo oraz – przede wszystkim – dobra zabawa. Wszystko to zaplanowane w szczegółach, dopięte na ostatni guzik. Jak powszechnie wiadomo, guziki lubią czasem strzelać, zwłaszcza na objedzonym brzuchu, czego nie da się uniknąć. Na szczęście większość zakładanych punktów udało się zrealizować. Tyle tytułem wstępu. Wyjazdowe reminiscencje ukazywać się będą zapewne w odcinkach.

Dane podróży:

Liczba osób: 2

Liczba dni: 10 (9 noclegów)

Dystans: ok. 2750 km

Samochód: Dacia Sandero Stepway 0,9 TCe (2014)

Deutsche Sommertour – prolog

Spoglądając w otchłań – #wspieramypolskikraft

Czarne chmury nad miastem

Czarne chmury nad miastem

Za chwilę rozpoczniemy drugi tydzień kwarantanny. Świat zmienił się nie do poznania. Wszystko to, co kochałem, prysło jak bańka mydlana. Siedząc w domu, wpatrzony w białe, martwe ściany, odliczam dni, wsłuchując się w rytm coraz wolniej płynącej w żyłach krwi. Bardziej niż o tym, co jest, myślę o tym, co będzie – i do jakiego stopnia ludzie nie wyobrażają sobie potęgi kryzysu i recesji, która czai się za rogiem.

Ludzie, anonimowe jednostki, umierają codziennie – w wypadkach samochodowych, z powodu chorób, jak i z własnej woli. Niektórzy po prostu wolą odejść stąd na swoich warunkach, pokazując środkowy palec wszystkiemu wokół. Czasami, dla zabicia czasu, wpatruję się w aktualizowany na żywo licznik zgonów i ozdrowień powiązanych z panującą pandemią COVID-19. Liczby. Czy dziś przebije 11 tysięcy? O, zobaczcie, we Włoszech koronawirus przyniósł więcej ofiar niż w Chinach, a Hiszpania przegoniła Iran i wskoczyła na podium. Statystyka. Wchodzę na stronę z wiadomościami ekonomicznymi. Banki centralne w USA, Polsce i Europie odpaliły drukarki i wpadły w szał inflacyjnej polityki, którą odczujemy niedługo wszyscy. Tak źle nie było od wielu dekad…

Wróg u bram

Pijmy razem!

O tym, jaki był obraz rynku kraftu w Polsce, pisałem na łamach Beer, Bacon & Liberty wielokrotnie. Nie spodziewałem się jednak wówczas, że prawdziwe zagrożenie przyjdzie z zewnątrz. Niebezpieczeństwo, wobec którego hasła typu „hazy IPA is the new eurolager”, monotonia trendów zakupowych, dominacja smaku słodkiego czy zakończenie etapu eksperymentów i ciekawostek, bledną, i pokazują, że były jedynie „problemami pierwszego świata”, możliwymi do identyfikacji i refleksji nad nimi tylko w obliczu względnego spokoju gospodarczego i finansowego wszystkich zainteresowanych. Trzeba to jasno powiedzieć: dziś walka nie toczy się o to, czy będziemy pili IPA z 25 czy 250 IBU. Dziś wszyscy razem jednoczymy się we wspólnym celu, aby 75% z nas nie wylądowało na bruku i abyśmy nie cofnęli się o dwadzieścia lat w polskim krajobrazie gastronomicznym i piwnym.

Realia niszowego biznesu

Ciemno wszędzie, głucho wszędzie

Aby zrozumieć sieć wzajemnych zależności finansowych, musimy nieco uchylić kuchenne drzwi tzw. biznesów prowadzonych z pasji. Znacie na pewno te historie o ludziach rzucających spokojny etat w korporacji, aby otworzyć małą kawiarnię/browar/restaurację, by w końcu porzucić monotonię życia i poświęcić się temu, co kochają. Rzeczywistość nie wygląda jednak tak, jak w lukrowanych artykułach publikowanych na łamach NaTemat.pl. Wskutek decyzji polskiego rządu (nie będę tu rozwodził się nad jej słusznością), wszystkie lokale gastronomiczne zostały zamknięte. Nie wierzę w plany ich otwarcia za pierwotnie zakładane 10, 20 ani nawet 30 dni. Już dziś odwoływane są imprezy i koncerty zaplanowane na maj i czerwiec. Oznaczać to może, że rządowy zakaz przestanie obowiązywać dopiero latem – o ile pogłoski o sezonowości wirusa SARS-CoV-2 się sprawdzą. W przeciwnym wypadku – kwarantanna może potrwać nawet dłużej.

Przeważająca większość pubów z kraftem, a także małych kawiarni, restauracji czy innych lokali gastronomicznych, nie posiada swoich nieruchomości, a właściciele tychże nie zamrożą najemcom czynszu z dobrej woli. Sektor nano- i mikro- , czyli właściwie wszystko, co nie jest sieciówką, nie posiada zabezpieczenia finansowego pozwalającego przetrwać tak długi okres. Prawda jest taka, że większość „pasjonatów” balansuje na granicy zera i modli się, aby dany miesiąc się spiął. To nie jest tak, że właściciele browarów rzemieślniczych, pubów kraftowych i sklepów specjalistycznych jeżdżą najnowszymi modelami luksusowych samochodów – częściej używanym, rozklekotanym vanem lub skodą w leasingu, którą zaraz zresztą stracą. Problemem staje się choćby tydzień bez przychodu, ale z kosztami stałymi. Otrzymuję sygnały od wielu pubów, że nie mają z czego zapłacić nie tylko za towar, ale nawet za czynsz, a pierwszy z nich – jak legendarny warszawski Hoppiness – zorganizował już zrzutkę charytatywną na przetrwanie lokalu. Takie są realia mikrobiznesu gastronomicznego w Polsce, który nie sprzedaje piw koncernowych i nie otrzymuje fantów z wielkich korporacji.

Spirala finansowych zatorów

Botticelli

Wracając do myśli rozpoczynającej poprzedni akapit – wzajemne powiązania finansowe wyglądają tak, że – obecnie zamknięte urzędowo i przynoszące straty z racji kosztów stałych – puby kraftowe, zamawiają piwo zarówno z browarów jak i hurtowni, umawiając się na odroczony termin płatności wynoszący z reguły tydzień lub dwa. O ile istnieje na rynku sporo dobrze radzących sobie i uczciwych płatników – którym w tym momencie chciałbym bardzo podziękować za nieustające wsparcie i bycie rzetelnym partnerem biznesowym, nie można ukrywać, że zatory płatnicze są prawdziwą zmorą poprzez to, że ogromna rzesza klientów nie przestrzega terminów płatności. Czy wynika to z braku płynności finansowej czy też zwykłego cwaniactwa? Niestety, ale bardzo często z tego pierwszego. Tych pieniędzy najzwyczajniej w świecie nie ma – co po części spowodowane jest tym, że – uwaga: trigger! – piwo rzemieślnicze jest zbyt tanie względem piwa koncernowego! Cwaniaków – rzecz jasna – zapewne nie brakuję, ale w tej chwili nikomu nie chcę zarzucać złej woli.

Rezultat tragicznej kondycji finansowej pubów jest taki, że pieniędzy nie otrzymuje hurtownia i browar, które już musiały zapłacić od wystawionej faktury podatek – gdyż tak skonstruowane jest polskie prawo. Co więcej, browar piwo butelkowane sprzedaje także do hurtowni, która również płaci z odroczonym terminem i – wskutek zatorów – też ma ogromne opóźnienia, akumulujące się w niektórych przypadkach nawet do kilku miesięcy wstecz! Na palcach jednej ręki można policzyć polskie hurtownie, które płacą za towar bez opóźnień – i chwała im za to! Browar traci więc podwójnie – na niewypłacalnych klientach zarówno detalicznych, jak i hurtowych. Nieliczni nie są pod kreską. W jeszcze gorszej sytuacji są browary fizyczne, które udostępniają swoje moce kontraktowcom. Jeśli sklep i pub nie zapłaci hurtowni, a hurtownia nie zapłaci kontraktowi, to kontrakt nie będzie miał z czego zapłacić browarowi fizycznemu za warzenie. Powstaje niekończący się łańcuch długów i wzajemnego kredytowania się na 0%, który nie dotyczy właściwie tylko tych, którzy mają ogromną skalę lub/i handlują z wielkimi sieciami. Co więcej – są to długi, których w obecnej sytuacji może nie być jak odzyskać, gdyż w momencie rozpoczęcia zamykania się lokali na stałe, a nie tylko czasowo, najzwyczajniej w świecie egzekucja komornicza okaże się bezskuteczna. Jeśli nie będziemy w tych arcytrudnych czasach wspierać polskich browarów rzemieślniczych, powrócimy do smutnych czasów, gdy – jak pisał Łukasz Matusik – jarać będziemy się musieli Raciborskim lub Żywcem APA. Im dłużej utrzymuje się obecny lockdown, tym więcej z nas – piwnych rewolucjonistów – najzwyczajniej w świecie zbankrutuje.

Festiwalowa pustynia

Pustynia solna

Kolejnym aspektem finansowego armageddonu jest odwołanie wiosennego sezonu piwnych festiwali, z których te największe generowały dla browarów duży zysk, wystarczający niejednokrotnie na pokrycie choćby kosztów produkcji całej warki piwa. Dodam, że pozycje, które miały mieć swoją premierę np. na Warszawskim Festiwalu Piwa, zostały już – z racji terminu – uwarzone. Utracony zysk z ich sprzedaży na festiwalu został wkalkulowany w proces produkcyjny, którego koszty i tak będzie trzeba pokryć. To generuje kolejne zadłużenie i zatory finansowe pomiędzy podmiotami.

Złowieszczy śmiech gigantów

Gigant

Komu jest to na rękę? Wbrew pozorom – nie najlepszym browarom pod względem jakości, ale największym i najbogatszym, czyli koncernom, które – na spalonej ziemi – będą mogły dyktować warunki do woli.  Mniej odczują kryzys browary regionalne i najwięksi kraftowcy, choć i oni muszą liczyć się ze stratami. Najmniejsi, którzy i tak traktują kraft jako dodatek do codziennej etatowej pracy, zapewne będą w stanie się jakoś przeczołgać zaciskając pasa. Najgorzej mieć będą średniej wielkości browary kraftowe, produkujące warki między 20 a 60 hektolitrów, gdyż nie będą w stanie upłynnić uwarzonego piwa w takiej ilości na mocno odchudzonym rynku, zwłaszcza, gdy odpada sprzedaż w kegach. Nie wspominam nawet o wielu świetnych browarach, które nie posiadają sprzętu do rozlewu w butelki i 100% produkcji kegują. Obecna sytuacja to dla nich automatyczne zawieszenie działalności do odwołania.

Wezwanie do broni

Wujek Sam

Co więc możemy wszyscy – jako konsumenci – zrobić? Przede wszystkim #wspieramypolskikraft!

Zaglądajcie często do swoich najbliższych sklepów specjalistycznych z piwem rzemieślniczym, kupujcie piwa z polskich browarów kraftowych, a pozycje, które można leżakować (portery, stouty i inne mocarze), kupujcie w dużych ilościach – nie zepsują się. W ten sposób możecie pomóc swojemu ulubionemu browarowi przetrwać te tragiczne czasy. Producenci piwa, którzy posiadają sklepik przy zakładzie, oferują różnorakie promocje i wyprzedaże. To doskonała okazja, aby wesprzeć ludzi, których szanujecie!

Wspieraj również lokalną małą gastronomię. Nie zamawiaj jedzenia z sieciówek, korzystaj z opcji dowozu lub odbioru osobistego organizowanego przez mikroknajpki prowadzone z pasji. To nasi rewolucyjni bracia i siostry!

Niestety, wobec chorego prawa z czasów stanu wojennego, zwanego „Ustawą o wychowaniu w trzeźwości”, i jego współczesnej interpretacji, niemożliwy jest w pełni legalny, otwarty handel alkoholem w Internecie. Polacy, jednak, nauczeni połową wieku komunistycznego ucisku, potrafią sobie radzić w trudnych chwilach i tak działać, aby niewygodne prawo obchodzić. W tej chwili działa kilka serwisów, które oferują dostawę piwa do najbliższego punktu odbioru – lub wręcz pod drzwi. Są to ipiwo.pl, kraftklub.pl,  oraz aplikacja Glovo (pierwsze zamówienie warte >30 zł z 15 zł zniżką z tym kodem: 4LLAF1P).

 

Niewykluczone, że w ślad za Hoppinessem za chwilę kolejne puby uruchomią zbiórki – je również warto wesprzeć. Kupujcie vouchery, które wykorzystacie, gdy wszystko wróci do normy, a jak już minie panika, nie bójcie się! Idźcie tłumnie do ulubionego multitapu, pijcie dobre piwo i nie pozwólcie, aby ostatnie kilkanaście lat pracy u podstaw poszło na marne. Nie zaprzepaśćmy tego, co osiągnęliśmy w zakresie promocji dobrego smaku i kultury picia piwa w miejscach tworzonych z pasją!

Nieuchronnym jest także uruchomienie podobnych akcji pomocowych przez producentów piwa. Obserwujcie ich strony na Facebooku i grosza dajcie browarowi. Fizyczne zakłady mogą oferować pakiety piw do odbioru w lokalnym sklepiku, vouchery na pokazy warzenia lub zwiedzanie połączone z degustację. Kontrakty zaś będą ratowały się zapewne kuponami na szkło, ubrania czy inny merch, a także talonami na piwo do odbioru podczas piwnych festiwali, które – miejmy nadzieję – szybko powrócą do kalendarza.

Na koniec – najważniejsze – to nie czas na spory wewnętrzne! Dziś wszyscy gramy do jednej bramki, w jednej drużynie. Albo przetrwamy to razem jako kraft i mikrogastronomia, albo powrócimy do krajobrazu sprzed rewolucji. Działajmy TERAZ!

Dołącz do wydarzenia #wspieramypolskikraft na Facebooku już teraz i prześlij dalej ten artykuł.

Dziękuję z całego serca tym, którzy wspierają polski kraft oraz polską mikrogastronomię! Dziękuję też wszystkim lojalnym i rzetelnym klientom Browaru Golem, który reprezentuję. Bez Was nie byłoby nas. Wasze zdrowie!

Spoglądając w otchłań – #wspieramypolskikraft

Mega podsumowanie roku 2019 + wyróżnienia Beer, Bacon & Liberty

Jaki był ten dzień? Co darował? Co wziął? Czy mnie wyniósł pod niebo, czy rzucił na dno? – śpiewał trzy i pół dekady temu Grzegorz Kupczyk, wówczas wokalista legendarnego zespołu Turbo.

 

 

Czas podsumowań nie ominie i tego miejsca. Jako jednak, że Beer, Bacon & Liberty to przestrzeń mocno introspektywna, skupię się na tym, co przeżywałem – wyjazdowo, piwnie i gastronomicznie. W końcu bloger niewiele różni się od faceta, który nie nosi nic pod płaszczem, tyle że zamiast obnażać się w parku przed Bogu ducha winnymi niewiastami, czyni to metaforycznie za pomocą klawiatury w przepastnej sieci połączonych maszyn obliczeniowych.

 

Styczeń

edf
Talerz rozmaitości: maqluba, moutabbal, sałatka i chlebki

Jego Szczenięctwo 2019 rozpoczął się ekspedite. Z okazji Nowego Roku polecieliśmy z Justyną na naszą pierwszą wyprawę na Bliski Wschód. Obaw było niemało, jednak inherentne pragnienie doświadczania nowości zwyciężyło z pozostałościami neofobii leżącymi odłogiem w zakamarkach naszych mózgów. Przeżyliśmy cudowny tydzień w Jordanii, pochłonęliśmy bezlik rarytasów, nauczyliśmy się gotować jak miejscowi, a do domu przytargaliśmy całą walizkę oryginalnych przypraw i ziół. Wszystko to opisałem zresztą w dwóch częściach: tu oraz tu. Po jordańskiej przygodzie zostają dziś wspomnienia, zdjęcia i… książki o tamtejszej kuchni, które kolekcjonuję w domowej biblioteczce. Bardzo chciałbym powrócić w tamten rejon –wybrać się także do Izraela, Palestyny czy innych krajów regionu. Wszystko przed nami!

 

Styczeń to także miesiąc, kiedy opublikowałem chyba najdłuższy i poparty długą lekturą materiałów źródłowych artykuł na temat odczuwania i preferencji smaków. Tekst ten zaowocował później zaproszeniami do kilku prelekcji, które miałem przyjemność wygłosić. Znajdziecie go tutaj. Od tego czasu dane mi było rozmawiać z wieloma ekspertami w temacie, zweryfikować swoją wiedzę i poznać masę nowych i ciekawych informacji. Za wszystkie wymiany zdań serdecznie dziękuję – tu szczególne ukłony dla Pawła Leszczyńskiego.

 

Luty

Wienerschnitzel

Wyzwanie o wiele większe niż konfrontacja z arabskimi stereotypami czekało mnie w kolejnym miesiącu. Z okazji okrągłych urodzin mojej Mamy zabrałem Ją w wymarzoną podróż do Wiednia. Raczyliśmy się tam m.in. słynnym tortem Sachera, strudlami, przepysznym sznyclem oraz przeogromną podwójną porcją żeberek w lokalnej piwiarni. Mama oglądała witryny designerskich butików, a ja eksplorowałem ossuaria i krypty. Weekend spędziliśmy w miłej atmosferze i – mimo różnic pod względem preferencji spędzania czasu i ogólnej wizji podróżowania – byliśmy w stanie powrócić szczęśliwi i wypoczęci. Wspomnienie tego wyjazdu możecie przeczytać w tym miejscu.

 

Wraz z Browarem Golem zaś rozpoczęliśmy w lutym sezon imprezowo-festiwalowy, od potężnego kranoprzejęcia (rekordowy średni woltaż piw na tablicy), na którym gościła nas wrocławska Szynkarnia. Była to znakomita okazja do spróbowania oferty również innych miejsc na gastromapie stolicy Dolnego Śląska. Zjedliśmy smaczną pizzę w polecanym przez miejscowych Vaffanapoli, odwiedziliśmy firmowy lokal browaru Wielka Wyspa, gdzie zostaliśmy po królewsku ugoszczeni przez kolegów z branży, a także mikropalarnię kawy Mała Czarna niedaleko stadionu – urokliwe miejsce z przepyszną tytułową w roli głównej. Kawowych eksploracji było zresztą więcej – tradycyjnie wpadliśmy do Gniazda na dripa, a sycące śniadanie opędzlowaliśmy w Dinette. Relację z tej miniwyprawy znajdziecie tutaj.

 

Marzec

kiw3
Kufle i Widelce

Początek marca stał pod znakiem prawdziwego maratonu wydarzeń! W Browarze Jana uwarzyliśmy wraz z Golemem nasze czwarte piwo – Golem vs. Werewolf – a dzień później zakotwiczyliśmy w Krakowie, aby pierwszy raz wziąć udział w znakomitym przedsięwzięciu, jakim jest food pairing. Właściwie od początku mojej działalności w krafcie powtarzam do znudzenia, że dobre, rzemieślnicze piwo musi lubić się z doskonałą, autorską kuchnią! Miejsce kraftu jest w kartach degustacyjnych najlepszych szefów kuchni, tuż obok wina z ekologicznych winnic i najlepszych ziaren kawy. Milowy krok do tego celu uczynił lokal Kufle i Widelce w Krakowie, gdzie szef kuchni – Paweł Florczyk – skomponował znakomite cztery dania dopasowane do naszych piw. Imprezę uważam za wielki sukces i jedynie brak czasu spowodował, że jesienią nie zorganizowaliśmy powtórki. W 2020 roku trzeba będzie wrócić do tej idei! Przy okazji pobytu w Grodzie Kraka, nie mogło oczywiście zabraknąć kranoszwędania i gastroeksploracji w przemiłym towarzystwie. Wyróżnię tu wspaniałą ucztę w restauracji Taj oraz wegański lunch w Ka Udon, a także – tradycyjnie – świetną kawę w Tekturze i Wesołej. Poczytać nieco więcej możecie tu.

 

Marzec to także pierwszy typowo piwny wyjazd zagraniczny. Tym razem na cel wzięliśmy stolicę Katalonii i tamtejszy coroczny Barcelona Beer Festival. Pięć browarów: spiritus movens przedsięwzięcia – Maryensztadt, a także Spółdzielczy, Harpagan, Pracownia Piwa i Golem – oferowało gościom imprezy swoje wyroby na polskim stoisku. Podobne mieli także Rosjanie i Finowie. To właśnie my i nasi wschodni sąsiedzi wzbudzali największe zainteresowanie publiczności, a pozytywne opinie o piwach znad Wisły z pewnością były prztyczkiem w nos naszych lokalnych marud. A może po prostu w Barcelonie też uważają, że zagraniczne = lepsze? Oprócz festiwalu piwa, odbywał się w tym samym czasie także inny – jeszcze większy – Spannabis – poświęcony konopiom. Tak to się robi w wolnym świecie…

 

Jeśli chodzi o jedzenie, w osławionym BierCab zjadłem tatara z najlepszej wołowiny na świecie – Wagyu – co było moim pierwszym doświadczeniem z tej klasy mięsem. Dodam, że w Barcelonie wołowina jest dużo tańsza niż np. w Warszawie. W innym lokalu za zestaw stek + frytki + piwo zapłaciłem jedynie 16 euro. Odwiedziłem również pyszny tapas bar mieszczący się na jednej z odnóg słynnej La Rambli i przeszedłem ponad dwadzieścia kilometrów włócząc się po mieście. Nie zabrakło również spotkań towarzyskich – tych zapowiedzianych i zupełnie przypadkowych – ze znajomymi z Polski.

 

Niestety, koniec pierwszego kwartału to także pierwsze uderzenie blogowego lenistwa. Wyprawy do Barcelony nie opisałem, zdjęć nie wrzuciłem, a kolejny tekst mojego autorstwa ukazał się dopiero… w czerwcu! A przecież tyle się działo!

 

Miesiąc kończyła wiosenna edycja Beer Geek Madness na której Golem zaprezentował piwo uwarzone wraz z browarem WagabundaAll The Rage – które powstało jako synteza wszystkiego, czego nie lubi rynek. Warzenie poprzedziła ankieta przeprowadzona w celu wyłonienia najbardziej nielubianych dodatków. Piwo wyszło bardzo pijalne, smaczne, ale ciut za grzeczne. Podczas imprezy wypiłem wiele świetnych propozycji uwarzonych przez inne browary rzemieślnicze, a szczególnie w pamięć zapadła mi znakomita wędzonka z browaru Szpunt.

 

Kwiecień

Jaga

Zanim wszyscy udali się na świąteczną przerwę, gościliśmy jeszcze na Warszawskim Festiwalu Piwa. Wiosenna edycja przebiegła zgodnie z przewidywaniami, obfitowała w rewelacyjne piwa i doskonały odbiór naszych produktów przez klientów. To zdecydowanie najlepsze miejsce zarówno do degustacji, jak i sprzedaży piwa. Nie dziwię się, że WFP cieszy się niesłabnącym zainteresowaniem. Cieszy mnie też, że mamy tam swoje stałe miejsce i wszyscy wiedzą, gdzie Golema znaleźć.

 

Dwa tygodnie później mogłem w końcu na chwilę zawitać w rodzinnym Białymstoku, ku czemu pretekstem była oczywiście Wielkanoc. Korzystając z okazji – pierwszy raz zagościłem na nowym stadionie mojej Jagiellonii. Tak to jest, jak mieszka się pięćset kilometrów od klubu, któremu się kibicuje! Lepiej jednak późno – niż wcale. Zakupiłem aktualną koszulkę klubu, do czego raczej skłonił mnie fakt, iż poprzednia – jakby to ująć – nie jest już w moim rozmiarze – aniżeli nowy wzór żółto-czerwonego pasiaka, a następnie udałem się na stadion przy ulicy Słonecznej. Obiekt zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Pamiętam jak przez mgłę pojedyncze mecze przy Jurowieckiej, na których dane było mi być, a także te rozgrywane już po przenosinach na – jak się wówczas mówiło – stadion Hetmana, jednak jeszcze przed jego rekonstrukcją. Najbardziej zaskoczyła mnie infrastruktura. Na każdym sektorze łazienka, toaleta, a nawet mikrogastronomia! Pamiętam przecież, że za potrzebą musieliśmy chodzić do pobliskiego lasku, a jedynym jedzeniem, o jakim można było marzyć, to przyniesione ze sobą pestki słonecznika. Białystok doczekał się w końcu świetnego stadionu na europejskim poziomie – i mówię to bez cienia ironii. Żeby dodać pikanterii do tego przeżycia – Jagiellonia grała z Lechem, a przecież od trzynastu lat mieszkam w Poznaniu, który stał się moim drugim domem. Tu mam przyjaciół, pracę i z tym miastem wiążę swoją przyszłość. Pomimo, że nie uważam się za kibica Kolejorza, to przez wspomniane powiązania żywię do tej drużyny szacunek. Można powiedzieć, że już ponad dekadę buduję w stolicy Wielkopolski białostocko-poznański most przyjaźni. Biorąc to wszystko pod uwagę, mecz nie mógł mieć lepszego przebiegu! Padło w nim aż sześć bramek – po trzy dla każdej z drużyn. Sprawiedliwy remis i dużo emocji na boisku stanowiły doskonałą ucztę dla każdego fana piłki. Pomimo że wróciłem do domu z lekkim poczuciem niedosytu spowodowanym brakiem zwycięstwa, na mojej twarzy rysował się jednocześnie uśmiech zadowolenia z tego, jak spędziłem ten kwietniowy wieczór.

 

Maj

Rakotzbrucke

Nie ukrywam, że w wyborze miejsca na majówkę zainspirowały mnie dwie rzeczy: wpis poświęcony Spreewaldowi na blogu Krytyka Kulinarna oraz zdjęcie Rakotzbrücke na Atlas Obscura. Chciałem koniecznie zobaczyć słynny diabelski most tworzący z własnego odbicia w wodzie idealny okrąg. Jako że znajduje się on niedaleko polskiej granicy, podobnie jak wspominany Spreewald, postanowiłem właśnie tam spędzić weekend majowy. Niestety, zbiornik nad którym poprowadzony jest most, był wysuszony, a sam teren ogrodzony i w trakcie renowacji. Mimo to, udało się nam zobaczyć choćby namiastkę tego magicznego miejsca, podobnie jak pobliski park rododendronów, które dopiero przymierzały się do kwitnienia. Spreewald, kraina nazywana „Niemiecką Wenecją”, to skarb wciąż przez Polaków nieodkryty. Na miejscu dało się słyszeć jedynie pojedyncze polskie głosy. Krajobrazy mają tam bajkowe. Przemierzając kajakiem zielone labirynty czuliśmy się, jakbyśmy znaleźli się w zupełnie innym świecie. Nie zabrakło także tradycyjnego niemieckiego mięsiwa, wypieków i… kebabu! Znak czasów! Jednym z najciekawszych punktów wycieczki była wizyta na ekofarmie, gdzie obserwowaliśmy połacie rosnących ziół, próbowaliśmy lokalnych octów, miodów i nalewek i – jak zwykle w tego typu sytuacjach – sporo z tych rzeczy zabraliśmy ze sobą. Najciekawszym odkryciem był dla mnie ocet pomarańczowy! Rewelacyjna sprawa.

 

Trzy tygodnie później zawitałem w Norwegii – w Bergen. Tu z Browarem Golem braliśmy udział w minifestiwalu piwnym odbywającym się w pubie Apollon. Miejsce to niezwykłe, gdyż połączone ze… sklepem z płytami winylowymi, prowadzone przez prawdziwego entuzjastę rockowego i metalowego grania. Było tam wszystko, co kocham, włącznie z oryginałem najlepszego albumu wszech czasów – Rainbow „Rising”. Wypiłem morze piwa z miejscowych i pozostałych goszczących w Bergen browarów, pozwiedzałem urokliwe miasteczko, obejrzałem z góry fiordy, a swą krótką wyprawę zamknąłem z przytupem na legendarnym targu rybnym, gdzie spróbowałem po raz pierwszy jeżowca, a na wynos zakupiłem kawałek mięsa wieloryba, które następnie przemyciłem przez unijną granicę. Mięso tych ssaków nazywane jest „wołowiną morza” i zachwyci każdego fanatyka steków. Moje zdumienie wzbudziła obsługa stoisk – w większości… latynoska. Okazało się, że byli to Meksykanie, którzy w kilka tygodni są w stanie zarobić w Norwegii tyle, żeby przez kolejne miesiące nic nie robić w rodzinnym kraju. Za to między innymi kocham współczesny globalizm!

 

Czerwiec

Kiss

Na samym początku miesiąca braliśmy udział w imprezie z okazji Nocy Kultury, która odbywała się w podwórku przed Dzikim Wschodem w Lublinie. Z wydarzenia tego zapamiętam przede wszystkim klienta, który zamówił cztery wymrażane piwa za łączną trzycyfrową sumę, po czym poszedł po towarzyszy wieczoru i… nie wrócił po opłacony towar. Furorę zrobiła także adnotacja „najmocniejsze piwo festiwalu” zamieszczona przy naszym Molochu ICE.

Następna wyprawa to jak zawsze świetny Wrocławski Festiwal Dobrego Piwa – tym razem bez ulewnego deszczu przy składaniu stoiska! To tam padły pierwsze nieśmiałe deklaracje, że odchodzimy od plastikowych kubków podczas imprez. Wiekopomna chwila. Plastików nie mieliśmy ani w Warszawie jesienią, ani w Poznaniu!

 

Koniec miesiąca uświetniła mi podróż do Krakowa, gdzie obejrzałem wyreżyserowany z największym rozmachem koncert w moim życiu, podczas którego w rolach głównych wystąpili latający na platformach i ziejący ogniem muzycy legendarnej kapeli Kiss, a także odbywający się tydzień później równie świetny show w wykonaniu Muse z wielkim nadmuchiwanym robotem, który próbował zdejmować muzyków ze sceny. To także podczas tej wędrówki zawitałem pierwszy raz do Pracowni Piwa i Prostego Żarcia, spróbowałem tamtejszej genialnej pizzy i umówiłem się na kooperację, której owocem kilka miesięcy później stał się Hern – jedno z nielicznych goryczkowych IPA w Polsce.

 

Wspomniałem, że czerwiec to duże zmiany na blogu. Przede wszystkim nieco odmieniłem profil mojej działalności – zamiast opisów wypraw i eksploracji gastronomicznych więcej miejsca zacząłem poświęcać publicystyce. Od czerwca regularnie piszę o tym, co nie podoba mi się na piwnym rynku, punktując jego przywary, a także uruchomiłem sekcję „Inspiracje BBL”, gdzie zamieszczam autorskie przepisy na ciekawe dania, które sam przyrządzam jako kucharz-amator.

 

Lipiec

Golem w Spółdzielczym, gościnnie Browar Absztyfikant i Browar Domowy Upperbeer

W lipcu zawitaliśmy wraz z Golemem do kolejnego partnerskiego lokalu – Pubu Spółdzielczego. Tam tradycyjnie impreza była na całego i bez trzymanki, a przy okazji pozwiedzaliśmy trochę Trójmiasto. Wykąpaliśmy się w morzu w Brzeźnie, zjedliśmy świetne sushi w MaMi, a także odwiedziliśmy festiwal piwa w Gdyni, w którym… nie braliśmy udziału! Pierwszy raz od dawna byłem na festiwalu piwa jako gość, a nie jako wystawca. To odświeżające doświadczenie. Przybiłem piątki z większością znajomych, pogadałem, wbiłem się po piracku kilku blogerom przed kamerę na lajwy i wróciliśmy z ekipą do Gdańska.

 

Koniec miesiąca to tradycyjny coroczny Zlot CeeManiaków, czyli fanów gry Championship/Football Manager. Spotykamy się co roku w ostatni weekend lipca od samego początku XXI wieku. Tym razem daleko nie miałem, gdyż ugościł nas Ośrodek Wypoczynkowy Wrzos w Stęszewku. Malownicze wielkopolskie pojezierze i tereny Puszczy Zielonki to doskonałe miejsce, by ugościć ekipę około dwudziestu facetów i kilka rodzin z dziećmi. Bawiliśmy się przednio w gronie starych znajomych, mimo że jedzenie było fatalne, a obsługa ośrodka wyjęta z PRL-owskich koszmarów. Nie o to jednak chodzi w Zlotach. Odmóżdżenie – mimo że tylko trzydniowe – to coś, czego wszyscy bardzo potrzebowaliśmy.

 

Sierpień

Kanion Szaryński

Kolejny miesiąc i kolejna podróż z Browarem – znów do lokalu partnerskiego. Tym razem ugościła nas Piwoteka Narodowa – miejsce znane wszystkim fanom piwa w Łodzi. Tym razem przy okazji imprezy w tym miejscu nie pokusiliśmy się na wytworną kolację w Qualle, na co zdecydowaliśmy się rok wcześniej (rewelacja – polecam!), jednak nie zabrakło innych atrakcji. Zwiedziliśmy w końcu większość Piotrkowskiej i okolice, finiszując w sieciowym Whisky In The Jar przy Manufakturze. Jadłem tam niestety jeden z najgorszych steków w życiu – antrykot, który proporcje mięsa do złogów tłuszczu i tkanki łącznej miał mniej więcej odwrotne do tych, które powinien mieć. Niestety, złego doświadczenia dopełniła obsługa, która zaczęła mi wmawiać, że tak powinien wyglądać ten kawałek mięsa. Oj – nie lubię takich zachowań. Nie jednego steka w życiu jadłem i to w niczym nie przypominało antrykotu ani w ogóle wołowiny. Tego typu kawałki wyrzuca się do kosza, a nie wydaje klientom. No ale czego spodziewać się po sieciówce?

 

Na plus wypadła wizyta na karaoke w Ganimedesie na OFF Piotrkowska. Oprócz bycia fanem piwa, piłki nożnej i jedzenia – śpiewanie to moja kolejna pasja. Nie wiem co jest takiego w wydzieraniu się do mikrofonu, że bardzo często tego typu zabawy odbywają się w klubach „LGBT-friendly” , ale tak już się jakoś złożyło. Oczywiście w niczym mi to nie przeszkadza i bawiłem się tam znakomicie. Warto dodać, że drinki w Ganimedesie są naprawdę tanie. Nic wyszukanego – ot zwykły Jack z colą – ale za dychę to jak za darmo. Co do koktajli bardziej wyszukanych, na OFF-ie weszliśmy jeszcze do jednego miejsca – Brush Barber Shop – w którym połączono drink bar z… salonem fryzjerskim. Osobliwa kombinacja i dwa biznesy w jednym. Jak zamyka się barber, otwiera się bar. Swoją drogą, w słowie „barber” zawiera się „bar” i „barba”, a w słowie „barba” zawiera się „bar”… Czyżby dlatego brodaczy ciągnęło do piwa?! 😉 W każdym razie wypiłem tam znakomity firmowy koktajl na bazie torfowej whisky i popiołu z cygara. Totalnie moje smaki!

 

Największą atrakcją w sierpniu  była jednak z pewnością wyprawa z moim przyjacielem – Markiem – do dalekiego Kazachstanu! W tak egzotycznym miejscu jeszcze nie byliśmy. Kazachstan to jednak materiał na solidny, kilkunastostronicowy wpis. Obiecuję sam sobie (kogo oszukuję?), że go w końcu napiszę… W tym podsumowaniu jedynie wspomnę, że nasza kazachska wyprawa spełniła doskonale rolę totalnej odskoczni od codzienności. Widoków, wrażeń, smaków i anegdot starczy na lata opowieści… Męski wyjazd – 10 lat po ostatnim do Rumunii i Węgier –w okrojonym składzie, ale magiczny i dający mnóstwo frajdy. Oby na następny trzeba było czekać krócej!

 

W sierpniu pokonałem zdecydowanie największą liczbę kilometrów w życiu. Po powrocie z dzikiego Kazachstanu udałem się na Śląsk – do Rybnika, by wziąć udział wraz z Browarem Golem w Rybnickim Zalewie Dobrego Piwa. Być może ta lokalizacja wydaje się ciut egzotyczna dla osób spoza branży, jednak otrzymaliśmy tyle pozytywnych referencji rzeczonej imprezy, że nie mogliśmy odmówić. Okazało się, że goście Zalewu dopisali, piwo smakowało, a wszystko zostało zorganizowane na tip-top przez Bernadkę z Browaru Brewera. Dodatkowo, na festiwalowej scenie poprowadziłem quiz wiedzy o browarach uczestniczących w imprezie, który to spotkał się z bardzo entuzjastycznym przyjęciem. Dzień wcześniej mówiłem także o smakach i tym, jak je odczuwamy. Świetna inicjatywa i znakomity wyjazd. Na pewno wrócimy!

 

Wrzesień

One More Beer Festival

We wrześniu wzięliśmy z Golemem udział w minifestiwalu Pracownia Piwa i Przyjaciele, odbywającym się obok browaru w Modlniczce. Tam wówczas uwarzyliśmy wspomnianego Herna. Zostałem w Krakowie jeszcze tydzień, gdyż w kolejny weekend mieliśmy zaszczyt być jednym z polskich browarów oferujących swoje piwo podczas najbardziej wyczekiwanej piwnej imprezy dla birgików – One More Beer Festival. Sam mogłem uczestniczyć jedynie w piątkowej sesji, ale „liznąłem” nieco tego klimatu i popróbowałem amerykańskich i nie tylko sztosów. Target zdecydowanie nowoczesny. Goryczki próżno szukać było w którymkolwiek piwie, jednak trzeba docenić kunszt wykonania nawet, kiedy coś jest nie w moim stylu. Wypiłem za to kilka świetnych kwasów. Z pewnością powrócę na OMBF w roku 2020, by mocniej zgłębić to, co najnowsze trendy mają do zaoferowania. Warto być na czasie.

 

Po krakowskiej przygodzie udaliśmy się do Kopenhagi, gdzie wzięliśmy udział w znakomitym kranoprzejęciu w pubie Skaal. Polskie piwa uzyskały znów dobre oceny i mnóstwo pochwał od lokalsów, a nasza impreza udowodniła, że nie mamy czego się wstydzić na zachodzie. Zostaliśmy przyjęci po królewsku, a właściciel nawet pokusił się o zaserwowanie polskich pierogów! Jeśli o nich mowa, to w drodze powrotnej zahaczyliśmy o Mandu w Gdańsku, gdzie serwują jedne z lepszych w kraju! Polecam w ciemno wszystkim pierogożercom.

 

Październik

Warszawski Festiwal Piwa

Pracując w branży piwnej tak wychodzi, że 90% wyjazdów związanych jest z tą pracą. Tym razem znów odwiedziłem z kolegami Gdańsk, a konkretnie Pułapkę, by wziąć udział w Brewers Combat. To idea mająca na celu konfrontację dwóch browarów, które mają za zadanie uwarzyć ten sam styl piwa, a następnie publiczność ocenia, który był lepszy. Rywalem Golema był browar Monsters, który ten pojedynek wygrał. Najważniejszym jednak wynikiem tej bitwy jest fakt, że polski rynek zyskał dwa nowe American Stouty – styl piwa warzony niezwykle rzadko, za to jeden z moich ulubionych. Oby więcej tego typu trunków pojawiało się w pubach i sklepach.

 

Następną okazją do piwnych celebracji był rzecz jasna Warszawski Festiwal Piwa. Tradycyjnie, na trzecim piętrze Stadionu im. Marszałka Jóżefa Piłsudskiego, zajęliśmy miejsce przy barze i serwowaliśmy najlepsze piwa z naszego portfolio. Pod względem liczby check-inów w aplikacji Untappd zajęliśmy drugie miejsce – tuż po zdecydowanym zwycięzcy imprezy – browarze Ziemia Obiecana, który obecnie uchodzi za ten, który robi najlepsze IPA w kraju. Warto tu dodać, że to także Łukasz Kierski i jego projekt wygrał Beer Geek Madness, które odbyło się kilka tygodni później. Ja z kolei zadebiutowałem na głównej scenie ze swoją prelekcją „Jak przekonywać ludzi do piwa rzemieślniczego?”, a chwilę później uczestniczyłem w panelu dyskusyjnym na temat przyszłości kraftu, pod batutą Michała Stemplowskiego z blogu Chmielobrody.

 

Listopad

Lilith ICE + Śliwowica

Weekend w okolicach Wszystkich Świętych wykorzystałem na wizytę w rodzinnym Białymstoku, gdzie poza odwiedzeniem rodziny oraz postawieniem zniczy na grobach, udałem się do żydowskiej restauracji Mazel Tov. Jest to miejsce, jakiego brakowało mi, gdy mieszkałem w stolicy Podlasia. Znakomita kuchnia, nowoczesny wystrój, bogaty wybór win i pomocny sommelier. Białystok zasługiwał długo na taki lokal – zwłaszcza biorąc pod uwagę ogromne żydowskie dziedzictwo, jakim może się to miasto szczycić. Cieszy mnie to, że Mazel Tov udowodnił, że w miejscu, które ma bardzo złą prasę w ogólnopolskiej prasie, można stworzyć świetne miejsce odwołujące się do tej części historii miasta, o której wielu wolałoby zapomnieć. Nie słyszałem też o żadnych przypadkach przemocy czy wandalizmu dotyczących tej restauracji. Może więc mieszkańcy terenów znajdujących się niegdyś pod pozostałymi zaborami zrozumieją, że wcale na tej „Białorusi” nie jest tak źle? Dużo się zmieniło od lat dziewięćdziesiątych…

 

Następnie udałem się wraz z Golemem na Beer Geek Madness do Wrocławia. Tematyka imprezy – dla nas idealna: black and sour. Niestety, festiwal uważam za nieudany! Zanim posypią się gromy – nie mam nic do zarzucenia organizacji. Ta jak zwykle była na najwyższym poziomie i nie mogę się przyczepić absolutnie do niczego. Problem leżał po drugiej stronie. Idea BGM zawsze przyświecała taka, żeby robić piwa szalone (Madness!), odjechane, dziwne. Tymczasem większość browarów – zwłaszcza zagranicznych – przywiozła słodkie ulepy albo soczkowe „kwasy”. Nic nie wykręcało twarzy, nic nie atakowało goryczką… Kilka wyjątków stanowiły piwa leżakowane w beczkach po winie czy dosłownie jedno czy dwa z elementem wędzonki torfowej (Kwas Theta Laphroaig BA z Pinty był rewelacyjny!).  Nie znalazłem jednak ani jednego piwa w typie tych ekstremalnych z poprzednich edycji, jak masakrująca podniebienie kapsaicyną pierwsza Czekoladowa Dolina z Podgórza, piwo z gotowanym kurczakiem z Piwoteki czy wędzone eksperymenty ze Szpunta.

 

Moim zdaniem browary – a właściwie to rynek, który tego chce – zaprzepaściły ideę Beer Geek Madness. Jako Golem przywieźliśmy ultragoryczkowego, ultrapalonego stouta i kwasa o pH 2,4 i te piwa zupełnie przepadły. Symptomatyczne jednak jest co innego – otóż nasze propozycje zyskały dość wysokie noty i masę pochwał od ludzi z branży: piwowarów, barmanów, właścicieli knajp, menedżerów… oraz mocno przeciętne ze strony klientów, zwłaszcza tych, którzy przyszli „z ulicy” i nie siedzą mocno w krafcie – że tak powiem – ideologicznie. Po prostu lubią wypić piwo, „takie lepsze”. Dlaczego? O tym pisałem wielokrotnie: klient kraftowy się umasowił. Rządzą bezpieczne, słodkie smaki, a wszystko, co dziwne, gryzące, męczące – jest niemile widziane. Idea BGM została zjedzona przez rynek. Wielka szkoda, bo uwielbiam ten festiwal i tę ideę… Oby kolejna edycja pokazała, że się mylę!

 

O wiele lepszy odbiór naszych dziwnych piw mieliśmy podczas Poznańskich Targów Piwnych. Impreza ta budziła w tym roku sporo pytań, gdyż zrezygnowano z Konkursu Piw Rzemieślniczych, który został przesunięty na Sympozjum Piwowarów Zawodowych, a jego miejsce zajął nowy plebiscyt – Greater Poland Beer Cup. Mimo oczywistej niepewności, targi okazały się znakomite! Ludzie dopisali tak, że hale pękały w szwach, a na naszym stoisku praktycznie non stop wiła się wężowa kolejka. Oprócz piwa można było też napić się rzemieślniczych destylatów, o co zadbała Jednorodna. Blend naszej wymrażanej Lilith ze śliwowicą to jedno z ciekawszych połączeń smakowych, jakie piłem w tym roku. Polecam każdemu! Uwielbiam to, że wraz z szeroką ofertą piwną i gastronomiczną zyskujemy również większy wybór w zakresie win, destylatów czy kaw. Rewolucja piwna być może już dawno zjadła swój ogon, ale jej kuzyni w innych segmentach smakowego uniwersum radzą sobie nieźle. Niestety, cykl leja spiralnego dopada każdego i już na facebookowych grupach kawowych słychać przebąkiwania o dokładnie tych samych problemach, które od jakiegoś czasu trawią rynek piwny.

 

Listopad obfitował w wyjazdy. Kolejny weekend to kranoprzejęcie w Jabeerwocky w Warszawie, gdzie polał się ostatni keg Milky Moona leżakowanego dwa lata w beczce po winie, a miesiąc zamknęły rewelacyjne Lubelskie Targi Piw Rzemieślniczych, które po raz kolejny potwierdziły to, o czym wszyscy w branży wiedzą: niedziele na festiwalach piwnych należy raz na zawsze zlikwidować! Piątek i sobota – rewelacja, niedziela – absolutna stypa. Tak jest wszędzie i mam nadzieję, że w końcu organizatorzy imprez pójdą po rozum do głowy i przestaną przedłużać targi do niedzieli. O wiele lepszą opcją jest czwartek. Co ciekawe, tuż obok odbywały się Targi Ślubne, gdzie w przypływie niedzielnej nudy przechadzaliśmy się pomiędzy wypacykowanymi gośćmi umorusani musztardą z kiełbasek od Walentego Kani. Tu warto dodać, że Walenty zaserwował także flambirowane larwy jedwabników – zdecydowanie punkt godny odnotowania! Wracając do Warszawy i Jabeerwocky, przed imprezą udałem się do Butchery and Wine, aby zjeść pierwszy raz w życiu stek z wołowiny rasy Wagyu. To najlepsze mięso, jakie można sobie wyobrazić. Konsystencja niemalże masła, feeria smaków, intensywność, prawdziwy foodgasm. Przynajmniej raz w życiu każdy zdeklarowany mięsożerca musi tego spróbować!

 

Grudzień

Wieża telewizyjna na Žižkowie

Lublin zakończył sezon festiwalowy, więc mogłem grudzień poświęcić na prywatne wyjazdy oraz przygotowania do Świąt. Z okazji moich urodzin Justyna zabrała mnie do Pragi, gdzie uczestniczyliśmy w świetnym koncercie Cult of Luna, ale także zjedliśmy mnóstwo znakomitości, wypiliśmy masę dobrej kawy i – co mnie szczególnie ucieszyło – wzięliśmy udział w minifestiwalu wędzonych piw w BeerGeeku! Kontakt z czeskim kraftem sprawił, że na moją twarz powrócił uśmiech w kontekście piwa rzemieślniczego – taki, jak miałem w Polsce jeszcze dwa czy trzy lata temu. Oni jeszcze się tym bawią. Oni wciąż odkrywają. Tam nadal rzemiosło jest na etapie poszukiwań, eksperymentów i szaleństwa – to cudowne, dziewicze i romantyczne. Relację z praskiej wyprawy możecie przeczytać tutaj.

 

Kolejne tygodnie upłynęły pod znakiem odpoczynku, którego epilog stanowił wyjazd do domu rodzinnego na Boże Narodzenie, wspaniały czas spędzony z rodziną, a także szybka wizyta w 33 Kranach, Kafejeto i Sztuce Mięsa, spotkania ze znajomymi, a po powrocie do Wielkopolski – Sylwester na ostatniej takiej domówce w Poznaniu.

 

Podsumowanie

 

Rok ten obfitował w wyjazdy – głownie służbowe – ale także te prywatne: Jordania, Kazachstan czy Praga były niesamowitymi przeżyciami w cudownym towarzystwie. Jaki będzie rok 2020? Zapowiada się, że zdecydowanie mniej intensywny. Jak jednak się stanie – okaże się w praniu. Na sam koniec chciałbym wyróżnić kilka miejsc, w których zachwyciłem się pysznym jedzeniem i piwem w minionym roku, a także wspomnieć parę trunków, które utkwiły w mojej pamięci.

 

WYRÓZNIENIA I PODZIĘKOWANIA BEER, BACON & LIBERTY 2019:

2019

Multitapy i inne miejsca serwujące alkohol

 

Piwna Stopa, Szynkarnia, Pub Spółdzielczy, Piwoteka Narodowa – cztery lokale, które wiernie wspierają na zasadach partnerskiej współpracy Browar Golem – miejsca, gdzie zawsze możecie się napić piw z autorskiego konceptu, który współtworzę, a także innych fenomenalnych trunków i spędzić czas w przemiłej atmosferze oraz spotkać obsługę, która zapewnia fachowe doradztwo w zakresie piw rzemieślniczych i nie tylko.

 

Multitapy, które ugościły nas z naszym piwem: Jabeerwocky (zarówno Poznań jak i Warszawa), Fermentownia (znakomity konkurs na domowy klon naszego piwa), Ministerstwo Browaru (Gramy u Siebie – kolejna edycja już za chwilę!), Pułapka (świetna inicjatywa z Brewers Combat, a za chwilę widzimy się na Craft Beer Fieście), Dziki Wschód (Lublin to jedno z ciekawszych miejsc na mapie Polski), Kufle i Widelce (chapeau bas za inicjatywę food pairingu), Apollon (niesamowite połączenie sklepu z winylami z multitapem) i Skaal (czołowe kopenhaskie miejsce dla spijaczy kraftu). Mam nadzieję, że o żadnym nie zapomniałem!

 

Wszystkie lokale, które gościły pijany tłum po festiwalach piwnych w Warszawie, Wrocławiu i Lublinie – poza wymienionymi: U Fotografa, Browar Zakładowy, Kufle i Kapsle, Hoppiness, AleBrowar Wrocław, 4Hops, Kontynuacja, Craftova, Cześć, Artezan Pub, ś.p. Mikkeller Bar Warsaw i inne.

 

Pozostałe multitapy z poznańskiego szlaku piwnego, które zawsze przyjmą spragnionych: Dom Piwa, Wściekły Chmiel i Napiwek.

 

Cały krakowski szlak piwny, ze szczególnym akcentem na Weźże Krafta, Multi Qlti, Nowy Kraftowy, Craftownię, House of Beer, Strefę Piwa, Miejscówkę, BroPub, Beer Street, Omertę i oczywiście jedyny prawdziwy angielski brewpub – TEA Time!

 

Dwa rewelacyjne czeskie: BeerGeek Bar i Zly Casy w Pradze.

 

We wszystkich tych lokalach piłem znakomite piwa w minionym roku i muszę je wszystkie wyróżnić. Wychodźcie, Kochani, z domu i pijcie świetne kraftowe trunki w najlepszych multitapach.

 

W kategorii „inne alkohole” wyróżniam trzy lokale: łódzki Brush Barber Shop za niesamowite autorskie drinki, w tym ten z wędzoną torfem whisky i popiołem z cygara – absolutny sztos, poznański Dram, gdzie na piwnym szlaku zawsze można zboczyć na znakomite whisky lub rum oraz krakowski Mercy Brown – mimo osobliwych zasad tam panujących, serwują świetne koktajle!

 

Piwo (i cydr)

 

Zamieszczam w tym zestawieniu tylko jedno polskie piwo – i to niekraftowe – gdyż unikam oceniania kolegów z rynku, na którym bezpośrednio wspólnie działamy.

 

Oud Beersel Lambic Infused With Lapsang Souchong Black Tea – niesamowite połączenie lambika i wędzonej chińskiej herbaty – coś absolutnie unikatowego

ChorltonSolera Three – wykręcający twarz kwas, który kupiłem z polecenia Maćka Żbikowskiego – rewelacyjny

Industrial ArtsWrench NEIPA – przywiezione z USA, soczyste, delikatnie kwaskowe, wprawiające ślinanki w ruch, nieprzesłodzone

ZagovorHop Division – potężnie nachmielone IPA od sąsiadów zza wschodniej granicy

Staatliches HofbrauhausHofbrau Munchner Weisse – wzorcowy weizen pity w niesamowitej romantycznej scenerii zamku w Budziszynie

Fifth HammerIron Orchid – amerykański stout w starym stylu, z mnóstwem palonych akcentów i genialnym śliwkowym tłem, nie ulepek

3 FonteinenFramboos Oogst 2017 Blend No. 70 oraz Oude Gueze Cuvee Armand & Gaston Blend No. 69 – dwa znakomite lambiki od klasyków gatunku

Ca del Brado – Sei Montagne – kwasik infuzowany herbatą Pu Er Sheng

Toksowskaja Cidreria (On The Bones) Swiatoj Domkrat – rosyjski cydr o potężnej kwaskowości, super

panel Bottle LogicEl Duende, Paisley Cave Complex, Layers of Influence, a także:  The Lost Colony, However Improbable, Fundamental Summation, Beer Geek Observation – pierwsze trzy wymienione były najlepsze, ale ogólnie cały panel Bottle Logic – pomimo że to ulepy – zdecydowanie zapadł mi w pamięć jako smaczny w małych ilościach (w większych powodowałby zasłodzenie całkowite)

oraz na koniec:

Okocim – 0,0% – naprawdę solidne piwo bezalkoholowe – to nic, że z aromatem i z koncernu – a co?!

 

Jedzenie – Polska

 

Było tego naprawdę sporo – ale chcę wyróżnić te, które zapamiętałem najbardziej. Jakie dania i lokale wspominam do dziś? Przekonajmy się! Z góry przepraszam, że nie mogłem umieścić wszystkich miejsc serwujących przepyszne dania.

 

Butchery and Wine (Warszawa) – to tu zjadłem pierwszy raz stek z wołowiny Wagyu – doznania niesamowite, mięso, które ma konsystencję niemalże masła, nic nie jest w stanie tego przebić, absolutnie.

Przyjemność (Poznań) – tu to chyba nie trzeba tłumaczyć – najlepsza pizza w Poznaniu, zabieram tam wszystkich gości z innych miast i jeszcze nie zdarzyło się, by ktoś narzekał  – tak trzymać!

Proste Żarcie (Modlniczka k. Krakowa) – znakomita pizza w każdej wersji plus piwo z Pracowni Piwa w lokalu przy browarze – czego można więcej chcieć?

Figa (Poznań) – rewelacyjna walentynkowa kolacja z przegrzebkami i boczkiem confit w roli głównej, idealny fine dining.

Kuchnia PoWolność (Poznań) – miejscówka wegetariańska na blogu radykalnego mięsożercy?! A jak! Jadłem tu najlepszy bezmięsny gyros, który mógłby spokojnie stawać w szranki z najlepszymi w tej kategorii. Do tego znakomita zupa cebulowa!

Byczyn (Poznań) – druga wegeknajpa to miejsce, gdzie spróbowałem pierwszy raz Beyond Burgera, który z powodzeniem może zastąpić wołowy kotlet – polecam.

Na Winklu (Poznań) – jeśli na pierogi, to przede wszystkim tam – rewelacyjne ruskie, z mięsem, kapustą i grzybami, czy też sezonowe z bobem.

Mandu (Gdańsk) – a skoro mowa o pierogach, to w Trójmieście lepszych nie znajdziecie niż właśnie tu.

Molam (Kraków) – fantastyczne autorskie kompozycje z azjatycką duszą – tam trzeba koniecznie zajść.

Taj (Kraków) – cudowna uczta wielu smaków w tajskim klimacie, zdecydowanie warto odwiedzić.

Mazel Tov (Białystok) – znakomita żydowska kuchnia i przewspaniałe wina w sercu Podlasia.

Show (Zielona Góra) – świetna autorska kuchnia, na czele z pysznym tatarem.

 

Jedzenie – zagranica

 

Pominąłem w zestawieniu domową kuchnię, jaką raczyła nas gospodyni w kazachskich Satach, a była przepyszna (genialne manty i baursaki).

 

Hashem (Amman, Jordania) – miejsce, gdzie można najeść się do syta za kilkanaście złotych, a serwują tu pierwszej kategorii hummusy, falafele i kiszonki – legendarna lokalizacja w stolicy Jordanii.

Beit Sitti (Amman, Jordania) – przewspaniałe warsztaty kulinarne ze znakomitymi prowadzącymi, mnóstwo wyniesionej wiedzy i rewelacyjne jedzenie według tradycyjnych receptur oraz sklepik z przyprawami.

Al-Quds (Amman, Jordania) – najlepsze falafele na świecie.

Sufra (Amman, Jordania) – przepyszny kubbeh lamaneyeh, kelner w stroju z „Baśni tysiąca i jednej nocy” i świetny klimat na randkę.

BierCab (Barcelona, Katalonia) – wspaniały tatar z wołowiny Wagyu i świetne piwa, w końcu to multitap!

Targ Rybny (Bergen, Norwegia) – jeżowce, kraby, wieloryby, ryby i inne morskie stwory – wszystko świeże, a czasem nawet żywe – raj dla rybożerców.

Qarlygash Cafe (Ałmaty, Kazachstan) – konina w Kazachstanie jest wszechobecna, a tam zjadłem świetną sałatkę z tym pysznym mięsem.

Zeleny Bazar (Ałmaty, Kazachstan) – tylko tu wypijecie niepasteryzowane zsiadłe mleko wielbłądzicy lane z wiadra plastikowym kubkiem…

Line Brew (Almaty, Kazachstan) – piwo słabe, za to mają szafę z dojrzewającą wołowiną i steki z tejże!

Kiszłak (Almaty, Kazachstan) – świetne szaszłyki i inne mięsa

Zur Krautermuhle (Burg, Niemcy) – ulokowana przy pięknych terenach spacerowych restauracja ze znakomitym mięsem i świetnymi rybami

Zum Haseneck (Budziszyn, Niemcy) – restauracja specjalizująca się w królikach i zającach – świetna inna opcja na mięso – spróbowałem zająca w czerwonym winie z modrą kapustą – rewelacja.

Bier & Bierli (Wiedeń, Austria) – podwójna porcja żeberek z frytkami, trzema sosami i świetnym lagerem wiedeńskim zadowoli każdego mięsożercę i piwożłopa.

Figlmuller (Wiedeń, Austria) – jeśli na oryginalny, ogromny Wienerschnitzel, to tylko tam.

Cafe Schwarzenberg (Wiedeń, Austria) – pyszna „Bomba Mozarta” i cudny kameralny koncert skrzypcowo-fortepianowy

Mezi Srnky (Praga, Czechy) – nie lubię śniadań na słodko, ale ich gryczane pankejki z owocami i orzechami zadowoliły nawet takiego niesłodziaka jak ja

Amuni (Praga, Czechy) – zupełnie wyjątkowa, niespotykana pizza – zapewniam, że takiej nie zjecie nigdzie indziej

Satsang (Praga, Czechy) – świetny Beyond Burger i niezły pad thai – za grosze

Kofein (Praga, Czechy) – fantastyczna kaczka hoisin serwowana w wielkiej bułce a’la bao

Lotnisko w Boryspolu  (Boryspol/Kijów, Ukraina) – tu pojawia się na Waszych twarzach jedno wielkie WTF – ale tak, można tam zjeść znakomite sało, czyli tradycyjną ukraińską słoninę z chrzanem i ciemnym pieczywem – polecam gorąco.

Puzata Hata (Kijów, Ukraina) – niby każdy zna, ale warto wspomnieć – trzydaniowy obiad w cenie jednej kawy specialty w nowoczesnej kawiarni – domowo i pysznie. Weźcie pierogi i barszcz.

 

Miejmy nadzieję, że rok 2020 przyniesie równie dużo doskonałych piw i posiłków, a kreatywność autorów nie da się zamknąć w sztywne rynkowe ramy, mimo których będą oni mogli pozwolić sobie na odrobinę szaleństwa. Wszystkim Wam – a właściwie nam – życzę, abyśmy nadal mogli eksplorować niezbadane terytoria, odkrywać to, co nowe, dziwne i piękne, oraz mogli dzielić się z najbliższymi wspaniałymi doznaniami smakowymi. Szczęśliwego Nowego Roku!

Mega podsumowanie roku 2019 + wyróżnienia Beer, Bacon & Liberty