Browar Golem zaprasza na premierę Dybuka!

Czasem bywa tak, że człowiek po prostu postanawia realizować swoje marzenia. Przestaje się bać, myśleć negatywnie i po prostu to robi. Przezwycięża strach. Wychodzi ze strefy komfortu. Wówczas może wszystko. Jesteśmy młodzi, zdrowi, mamy rodzinę, przyjaciół i trochę pieniędzy – i nie mamy zamiaru za to przepraszać. Mamy zamiar to wykorzystać. Nic nie stoi na przeszkodzie temu, byśmy kiedyś stali się najlepsi na świecie. Nie zdarzy się to od razu. Być może nie stanie się to nigdy, ale próbować -zawsze warto. Krok po kroku – ucząc się na własnych i cudzych błędach – trzeba pokonywać kolejne przeszkody i przekraczać granice. Trzymać miecz wysoko podniesiony do góry, nie poddawać się i iść prosto w ogień przeznaczenia. Ku chwale kraftowej rewolucji! Dawać ludziom świetne piwo, przekonywać, że warto chcieć więcej, mocniej, bardziej. Dążyć do tego, by każdy człowiek miał alternatywę dla bezsmakowego jasnego eurolagera z międzynarodowej korporacji. Dziś ruszamy w bój. Niech zwycięża dobre piwo! Niech ginie koncernowy eurolager!

O co w tym wszystkim chodzi?

Otóż, wraz z Michałem Kamińskim i Sebastianem Łęszczakiem – dwoma piwowarami domowymi z Poznania – postanowiliśmy powołać do życia inicjatywę kontraktową o nazwie Browar Golem. Dziś, 12 grudnia, o godzinie 20:00 w pubie Setka przy ul. Św. Marcin 8 w Poznaniu odbędzie się uroczysta premiera naszego pierwszego piwa. Dybuk to żytni porter, uwarzony z dodatkiem łuski kakaowej i… soli. Zawiera on 6,5% alkoholu, a jego ekstrakt wynosi 16 stopni Plato. W chwili, gdy to piszę, wszystkie kegi z naszym piwem już zostały sprzedane do pubów i hurtowni, podobnie jak 3/4 butelek. Dybuka możecie znaleźć w wielu miastach Polski, ze szczególnym akcentem położnym na te, które wiodą prym w piwnej rewolucji. Jeśli chodzi o sklepy, to możliwe jest, iż nasze debiutanckie piwo znajdziecie także w innych miejscach – o ile zamówiły butelki z jednej ze współpracujących z nami hurtowni. Mapkę dostępności możecie znaleźć na naszym fanpage.

Geneza nazwy i pomysł

12063877_1499227500371278_6686702008672625765_n.png

Poszukując nazwy naszego browaru, chcieliśmy, by nawiązywała ona w jakiś sposób do Poznania, w którym aktualnie mieszkamy, ale także nie była zbyt oczywistym skojarzeniem. Poza tym, chcieliśmy wzbudzić lekkie kontrowersje. Postać Golema związana jest nierozerwalnie z Jehudą Löw ben Becalelem – poznańskim, a później praskim rabinem, który według legendy utworzył ją z gliny, by bronić się przed antysemickimi atakami w czeskiej stolicy. Nawiązanie do kultury żydowskiej w kraju, gdzie często nie patrzy się na to dziedzictwo przychylnym okiem, spełniło swoją rolę. Bardzo ucieszyły mnie komentarze jednego z użytkowników YouTube, gdy pod recenzją Tomka Kopyry dał upust swojemu antysemityzmowi. Właśnie o to nam chodziło. Zatańczył dokładnie tak, jak mu zagraliśmy. Przynęta została złapana. Nie ukrywam, że chcemy prowokować różne środowiska, grać na stereotypach, burzyć pomniki i gwałcić społeczne tabu. Nazwa pierwszego piwa – Dybuk – to również nawiązanie do folkloru żydowskiego, przez co niektórzy od razu pomyśleli, że skoro browar i debiut nawiązują do tej kultury, to i następne piwa również takie będą. Otóż jeszcze was zaskoczymy. Nie będzie tak prosto i oczywiście. Dybuk to zbłąkana grzeszna dusza, która szuka człowieka, do którego może przylgnąć, zmieniając jej normalne zachowanie i przejmując nad nim kontrolę. Zgodnie z barwą piwa, ciemne trunki nazywać chcemy w sposób szeroko mówiąc demoniczny, a jasne – w anielski. Dziś Dybuk przylgnie do wielu z was. Miejmy nadzieję, że wasza wspólna sensoryczna podróż będzie przyjemna.

Jaki jest Dybuk?

12311082_1506990586261636_7311403130136984446_n.png

Do produkcji Dybuka użyliśmy pięciu słodów: pale ale, żytniego (30%), czekoladowego, karmelowego i barwiącego, chmielu Magnum, łuski kakaowca, soli i amerykańskich drożdży. Spory dodatek żyta nadał mu oleistej konsystencji i gładkiej faktury. W połączeniu z niskim wysyceniem dwutlenkiem węgla, piwo jest bardzo pijalne i tworzy aksamitny film na języku. Połączenie słodu czekoladowego, łuski kakaowca, całkiem sporej chmielowej goryczki i soli nadało Dybukowi mocno czekoladowy charakter, porównywalny z jedzeniem gorzkiej czekolady. Próg wyczuwalności soli każdy ma inny, więc dla jednego degustatora będzie ona jedynie intensyfikować słodycz (spróbujcie kiedyś wypić espresso z odrobiną soli), a dla innego rzeczywiście nada słony charakter. Dybuk nie jest piwem jednowymiarowym i – jak już pokazały pierwsze relacje – każdy odbiera go nieco inaczej. Wszyscy mamy bowiem inaczej rozwiniętą wyczuwalność niektórych smaków. Podsumowując, Dybuk to nisko wysycone ciemne piwo, o profilu wyraźnie czekoladowym, z oleistą, gładką teksturą, okraszone ciekawymi dodatkami i goryczką o średnio-wysokiej intensywności w odniesieniu do stylu. Nasz debiut oceniamy pozytywnie. Wiemy, co należy poprawić w następnej warce – i tak też uczynimy. Będziemy się rozwijać, uczyć na błędach i stawać się coraz lepsi. Jeśli chcesz być najlepszy, musisz myśleć tak, jak najlepsi.

Zaproszenie

Jpeg

Jeśli chcesz spróbować Dybuka, zapraszamy dziś (sobota, 12 grudnia) o godzinie 20:00 do pubu Setka przy ul. Św. Marcin 8 w Poznaniu. Oprócz samego piwa przygotowaliśmy inne atrakcje: będzie można nabyć nasze koszulki, wziąć udział w konkursie, a także spróbować food pairingu, jaki własnoręcznie przygotowałem. Jeśli jeszcze nie korzystacie ze znakomitej aplikacji Uber, umożliwiającej podróże po mieście prywatnymi samochodami i wpisującej się w trend peer-2-peer economy, możecie dojechać na naszą imprezę za darmo. Wystarczy ściągnąć apkę i przy rejestracji wpisać kod GOLEMDYBUK. Dzięki temu zyskacie jeden darmowy przejazd.

Jeśli zaś jesteście z Bydgoszczy, wpadnijcie jutro do pubu Prolog 9 przy ul. Pod Blankami 13 / Długiej 18. Tam także będziemy razem z wami.

Nasze piwo poleje się także w wielu miejscach w całej Polsce, a mapkę dostępności znajdziecie na naszym fanpage.

Do zobaczenia i smacznego!

Reklamy
Browar Golem zaprasza na premierę Dybuka!

X Culinary Fest – Bajkowa Kuchnia

X Poznań Culinary Fest zakończył się wraz z ostatnią niedzielą, więc czas na małe podsumowanie. Tym razem byliśmy w wielu miejscach i odczucia mamy… różne – od bardzo pozytywnych, do zupełnie kiepskich. Które restauracje sprostały wyzwaniu, a które jeszcze muszą sporo się nauczyć? O tym w dalszym ciągu tego wpisu. Spoza głównego festiwalowego nurtu, niestety przełożone zostały warsztaty kulinarne z Gault&Millau, a na degustację win w Concordia Design nie mogłem dotrzeć. Skupmy się więc na samym menu proponowanym przez uczestników imprezy. Tematem przewodnim tej edycji była Bajkowa Kuchnia i każdy z szefów kuchni miał przygotować przystawkę oraz danie główne wpisujące się w temat. Do tego wszystkiego Faktoria Win A La Carte przygotowała wine pairing.

 

U Myśliwych

Dom Łowiecki na Libelta to miejsce, które kojarzy mi się znakomicie. Wszak dziczyzna to nie tylko historia tej ziemi, ale i przede wszystkim świetny smak. Nasza pierwsza wizyta U Myśliwych – na schabie z dzika – była średnia. Mięso okazało się twarde i mało bogate w smaku. Tym razem szef kuchni spisał się dużo lepiej. Przystawka w postaci carpaccio z jelenia trafiłaby w gusta najwybredniejszych degustatorów, a dodatek rozmarynu do próbowanego po raz pierwszy w życiu przeze mnie łosia przypomniał mi, dlaczego tak lubię to zioło. Akcent humorystyczny stanowiło towarzystwo przy sąsiednim stoliku, które zdegustowane było wielkością porcji. Chyba nie za bardzo zrozumieli, o co chodzi w tastingu. Na minus zaś na pewno można ocenić brak standów Faktorii i formularzy do oceny – jakby restauracja nie była zainteresowana festiwalem. Ocena: 7/10

 Firlejka

Przy Placu Kolegiackim, w miejscu dawnej Piwnicy Farnej, mieści się restauracja Firlejka. Wcześniej nie było nam dane tam zajrzeć, a – jak się okazało – potrafią całkiem nieźle gotować. Moja Ukochana przystawkę w postaci consomme z kaczki uznała za jedną z lepszych w przeciągu całego tygodnia, a ja byłem pod wrażeniem wizualnego przygotowania dania głównego – zaczarowanego ogrodu z boczkiem sous vide w roli głównej. Zarówno starannie dobrane warzywa, jak i samo mięso spełniło wszelkie oczekiwania mojego wymagającego podniebienia. Za food desgin należy się Firlejce medal. Ocena: 8/10

 Bazar 1838

Do Bazaru chcieliśmy przyjść już podczas imprezy Poznań Za Pół Ceny, jednak kolejki skutecznie nas odstraszyły. Tym razem nie było z nimi problemu i mogliśmy w końcu spróbować kuchni tego legendarnego miejsca. Jako przystawka wjechała zupa porowo-ziemniaczana z poszetowanym jajkiem. W tym przypadku po raz kolejny wielce pozytywnie zaskoczona była Moja Druga Połowa. Dla mnie konsystencja jajka w połączeniu z zupą – niestety – nie zachęcała do konsumpcji. Smakowo zupa wypadła całkiem dobrze, ale jakoś to jajko mi nie pasowało. Co innego w daniu głównym – tu potrawka z fasoli w połączeniu z pieczonym boczkiem osiągnęła coś, co w przypadku degustacyjnych, festiwalowych porcji, jest nieziemsko trudne to zrobienia: była sycąca. Autentycznie można było się tym najeść – a do tego smakowało świetnie! Minus za brak formularzy do ocen. Ocena: 7/10

 

Bistro La Cocotte

Tu również ostatnio nie weszliśmy przez kolejkę. Wnętrze rzeczywiście nie jest restauracyjne, a bardziej bistrowe – co dobrze odzwierciedla nazwę miejsca. Przystawka w postaci cod accras dobrze parowałaby się z jasnym piwem – solidne rybne kawałki ze smacznym sosem, ale bez fajerwerków. Danie główne to królik w czerwonym winie z powidłami. W tym przypadku musiało dojść do przekroczenia granic strefy komfortu, gdyż Justyna króliki traktowała zawsze jako zwierzęta domowe, a nie jako jedzenie. Na szczęście udało się nam zjeść to danie bezproblemowo. Gęsta konsystencja dodatków stanowiła świetną kontrę dla delikatnego króliczego mięsa. Ocena: 6/10

 Gorąca Patelnia

P_20151125_163900.jpg

Trafiłem tam przypadkiem, w przerwie między jedną pracą, a drugą. Niestety, w porównaniu z innymi restauracjami, propozycja Gorącej Patelni wyglądała po prostu biednie, a smakowała jałowo. Grzanka z oliwkami i papryka faszerowana nieprzyprawionym kurczakiem, to stanowczo za mało, by pretendować do miana bajkowej kuchni. Ocena: 3/10

 Avocado

Obok Serca Jeżyc przechodzę praktycznie codziennie, ale do Avocado zaszliśmy pierwszy raz w życiu. Jak się okazało – była to wizyta udana. Siedmiomilowy las, czyli wonton z podgrzybkiem w akompaniamencie szczawiowego biszkoptu (przypominał rafę koralową) i żelu z herbaty oraz plastra miodu (mega słodki), zapowiedział danie główne w godny sposób, choć może ten ultrasłodki miód można było sobie darować. Jako gwóźdź programu otrzymaliśmy szarpaną wołowinę z kwaśnym, pomidorowym sosem oraz makaronem z miętą. Można to nazwać wciągnięciem tradycyjnego bolognese na o wiele wyższy poziom. Mi smakowało, a Justyna uznała to za najlepsze danie festiwalu. Brawo. Ocena: 8/10

 Drukarnia – Skład Chleba i Wina

To miejsce zawsze nas zastanawiało. Kiedy byśmy obok nie przechodzili, zawsze w środku jest pełno ludzi. Do tego te wszystkie pozytywne recenzje. Trzeba było spróbować! Oprócz festiwalowego menu zakupiłem świetny żytni chleb z miodem i słonecznikiem, którego wszystkie poznańskie piekarnie mogą Drukarni pozazdrościć. Co do samej imprezy, to w przystawce przepyszne było mięso, ale już połączenie ze słodkimi kruchymi ciastkami i żelem niekoniecznie trafiło w moje gusta. Danie główne natomiast z pewnością ma szansę wygrać X Culinary Fest – Bajkowa Kuchnia w kategorii food design. Wystarczy spojrzeć! Smakowo także nie zawiedli. Zielony sos bardzo przyjemnie łączył się z łososiem, a dodatek w postaci mojego ulubionego rokitnika, grzybów i marchwi stanowił świetny twist. Ocena: 8/10

 MOMO love at first bite

Z Momo mam ten problem, że nie mogę oglądać ich zdjęć. Nie mogę, bo są tak foodpornowe, że mam ochotę zjeść wszystko. Nie wiem, kto jest fotografem restauracji, ale powinien dostać solidną podwyżkę. Najpierw na stół wjechał krem z dyni z mleczkiem kokosowym, imbirem, rydzami i ośmiorniczką. Grzybowych nut tu za dużo nie było, ale jako całość danie smakowało wyśmienicie. Ośmiorniczka okazała się dobrym wstępem do bohatera wieczoru, czyli kalmara, podanego w towarzystwie chorizo, cukinii, szpinaku i konfitury z pomidorów. Znów – podobnie jak w Avocado – pomidorowy dodatek świetnie dopełniał mięso. Momo jak zawsze nie zawodzi – i tym razem także wyszliśmy zadowoleni. Ocena: 9/10

 

Festiwal uznaję za bardzo udany. Większość odwiedzonych miejsc zaskoczyła pozytywnie lub potwierdziła swą klasę. Wino – bo o nim jeszcze nie pisałem – zazwyczaj pasowało i smakowało. W jednym tylko przypadku było na mój gust zbyt siarkowe. Culinary Fest rozwija się prężnie, pozyskuje nowych partnerów i zaskakuje kreatywnymi rozwiązaniami. Oby tak dalej! Nie mogę też nie wspomnieć o tym, o czym już pisałem na Facebooku – mianowicie o podszywaniu się innego festiwalu pod Culinary Fest. Żeby nie robić mu reklamy, nie będę pisał, o kogo chodzi. Gdyby Was to ciekawiło, zapraszam na Facebooka.

 

Po zakończeniu festiwalu udaliśmy się jeszcze do Someplace Else, do hotelu Sheraton, na ostatni dzień imprezy pod nazwą Steak by Steak. Piszę o tym, gdyż steki uwielbiam, a tam – niestety – dostaliśmy sam tłuszcz i mało co mięsa, płacąc krocie. W Poznaniu jadłem zdecydowanie lepszy antrykot i lepszy rostbef – choćby U Rzeźników, w Cammero czy w Czerwonej Papryce. Być może te kawałki mięsa z najwyższej półki rzeczywiście urywały co nieco, ale polska wołowina zaserwowana nam w Sheratonie wołała o pomstę do nieba. Wstyd.

 

 

 

 

 

 

X Culinary Fest – Bajkowa Kuchnia

Poznańskie Targi Piwne 2015

Cóż to była za końcówka miesiąca! Najpierw Poznańskie Targi Piwne, potem cały tydzień kosztowania gamy baśniowych interpretacji podczas X Culinary Fest, a na koniec jeszcze encore w postaci Steak by Steak, czyli to – co mięsożercy lubią najbardziej. Zacznijmy jednak chronologicznie.

P_20151121_192935.jpg

Na targi trafiłem w piątkowe popołudnie, po delikatnym biforku na rozbudzenie apetytu. Ekipa Poznańskiej Loży Piwnej zaczęła się powoli kompletować, więc można było rozpoczynać wspólne degustacje. Zanim jednak do nich przejdziemy, kilka słów o całym przedsięwzięciu. Czytelnikom winny jestem przede wszystkim sprostowanie, gdyż zapowiadałem, iż –wzorem zeszłej edycji – będzie można nabyć na PTP sery od Marka Grądzkiego. Tym razem jednak takiej możliwości nie było – a szkoda, bo bardzo na nie liczyłem. Drugim minusem – na szczęście w porę zażegnanym przez ludzkie działanie – były wybitnie… niefestiwalowe pojemności lanego piwa przez dużą część wystawców. Idąc na taką imprezę, chce się spróbować jak największej ilości różnych propozycji, a nie stać przed wyborem: 0,3 czy 0,5 litra. Jak jednak napisałem – ludzkie działanie zwyciężyło i w dalszej części imprezy właściwie u wszystkich można było napić się piwa o mniejszej pojemności. Za ten początkowy zgrzyt nie mogę jednak winić ani browarów, ani organizatorów, lecz jedynie opresyjne, fiskalne państwo, które chce regulować każdy element naszego życia – oczywiście dla naszego dobra. Poza tym, impreza była okazją do spotkania się w gronie znajomych, wspólnych rozmów, śmiechów, żartów i – oczywiście – degustacji. Oprócz tego mogłem spotkać także tych, którzy w Poznaniu nie bywają zbyt często. Piwnej integracji nie było końca. Nie zabrakło też wspólnych śpiewów, zdjęć i nawiązywania nowych znajomości. Ostatecznie – piwa można się napić samemu w domu – a na festiwal idzie się po to, by pobyć z ludźmi, którzy są podobnie zakręceni na jego punkcie.

P_20151121_231938.jpg

Degustacje zaczęły się od mocnego uderzenia, mianowicie od Samca Alfa, imperialnego stoutu z płatkami z beczki po bourbonie, zaprezentowanego gościom przez browar Artezan. Poprzeczka została zawieszona bardzo wysoko, gdyż mieliśmy tu niebywałe uderzenie słodyczy, wanilii i czekolady, delikatną nutę kawową, a to wszystko podane w gęstej, treściwej teksturze. Właściwie do końca imprezy ciężko było o coś równie pysznego. Wielka klasa i brawa dla piwowarów. Od początku nastawiałem się właściwie głównie na RISy, gdyż jest to mój ulubiony styl, a takie wydarzenie to doskonała okazja, by spróbować ich wiele. Kolejnym piwem w tym stylu, wartym uwagi, jest kooperacja browaru Bednary z poznańską Centralą Piwną. Saint Satanislav prowokuje bluźnierczą etykietą, za co już ma plusa, gdyż sztuka (a kraft sztuką jest!) spełnia swoje zadanie, gdy przekracza granice, depcze autorytety i przełamuje tabu. Dla mnie istotną informacją był fakt, iż piwo to zostało uwarzone z udziałem słodu wędzonego torfem – zdecydowanie mojego ulubionego. Oczywiście, jako zwolennik posmaków mocno dymionej whisky, chciałbym, aby sypnięto go nieco odważniej, ale na to pewnie przyjdzie jeszcze czas. RIS ten nie jest zbyt mocny (8%), więc i tekstura nie sprawia wrażenia bardzo gęstej. Satanislav daje jednak bardzo fajne wrażenia smakowe w postaci czekoladowego likieru z truflowo-kawową nutą. Z pewnością ten kooperacyjny wypust oceniam pozytywnie i liczę na powtórkę. Spośród nowych mocarzy dane było mi jeszcze spróbować dwóch. Wzmocniony quadrupel Fest Buba z SzałuPiw – mała próbka wzięta od kogoś dała mi wrażenie, że jest to piwo potężne, przed którym czuje się respekt, ale jednocześnie fajnie ułożone i owocowe. Natomiast One At All z Beer Bros to – niestety – największa porażka targów jeśli chodzi o RISy. Nie zaklasyfikowałbym w ogóle tego piwa do tej kategorii – 18 blg to stanowczo za mało, by stawać w szranki z rywalami klasy wspomnianego na początku Samca Alfa. W nosie kawa zbożowa z mielonych żołędzi i sporo siarki. W ustach lekki kwasek, trochę dyskontowej kawy i wodnistość. Nie dopiłem, a to rzadkość. Pozostając w klimatach mocnych, jednak już klasycznych, polskich – czas powiedzieć coś o dwóch porterach bałtyckich. Pierwszy z nich to wersja 24 blg z Chmielarium (na szczęście pijąc z beczki nie widać tych strasznych etykiet…). Aromatycznie mocno przeciętnie, ale w smaku już pojawia się trochę czekolady. Dziesięciu procent alkoholu też jakoś mocno nie czuć. Na pewno piłem lepsze bałtyki, ale ten zły nie był. Zdecydowanie lepiej zaprezentowało się, zdaniem wielu, najlepsze piwo premierowe na PTP – 652 m n.p.m. z Podgórza. Poddany rocznemu leżakowaniu w browarze porter bałtycki zyskał świetny czekoladowy front, który świetnie współgrał z nutami pumpernikla i śliwki kalifornijskiej. Alkohol ułożony doskonale. W odczuciu pełne, gładkie, deserowe. Jeśli ktoś jeszcze nie próbował, to koniecznie powinien to zmienić!

P_20151121_191525.jpg

Oprócz piw bardzo mocnych, z premierowych propozycji spróbowałem czegoś, co wzbudzało nieufność. Mianowicie Cherry Milk Stoutu z browaru Amber. Mimo że czasy, gdy piwa z Ambera, Ciechana czy Fortuny na tle eurolagerowej pustyni zachwycały, bezpowrotnie minęły, to nadal jestem zdania, iż browary z segmentu regionalnego potrafią pozytywnie zaskoczyć, co umiejętnie udowodnił niedowiarkom Kormoran serią Podróże Kormorana. Niestety, tu miłej niespodzianki nie było. Trochę zbożowej kawy, ciut masła i wiśniowy kwasek. Spodziewałem się raczej mocno słodkiego (od laktozy), solidnie palonego, ale i czekoladowego piwa, z nutą znaną z likierowych czekoladek z wiśnią. Tu jednak tego nie było. Aby zakończyć degustacyjne wrażenia (było ich więcej, ale nie sposób o wszystkich pisać) pozytywnie, dodam, że Dwa Smoki z beczki po starce z Pracowni Piwa pachniały ciekawie i równie fajnie smakowały, choć mogło to nieco przywodzić na myśl aromat młodego domowego piwa. Także próbowana po raz pierwszy Cascara z Artezana wywarła spore wrażenie na mych kubkach smakowych. Sam będę musiał tego dodatku użyć w którymś ze swoich piw. Spoza wymienionych propozycji, jak zwykle klasę trzymały Kingpin, Birbant i niezwykle aktywny jeśli chodzi o liczbę nowych piw Browar Setka.

P_20151121_202051.jpg

Poza degustacjami, goście mogli skorzystać z bardzo smacznych propozycji gastronomicznych (choć i tak tęsknię za serami z zeszłego roku…) w postaci burgerów, pizzy, zapiekanek, frytek, wypieków z Masz.Babo.Placek, suszonej wołowiny czy litewskich wędlin. W chwili przerwy dla żołądka zaś, można było posłuchać muzyki, wykładów zaproszonych gości oraz być świadkiem rozdania nagród Konkursu Piw Rzemieślniczych – przeniesionego z Festiwalu Birofilia, a także Konkursu Piw Domowych. Szkoda, że nie wszystkie liczące się w Polsce browary wystawiły swoje piwa w kategoriach konkursowych, gdyż uczestnictwo Pracowni Piwa czy Artezana na pewno namieszałoby trochę w stawce. Ze swojej strony gratuluję tym, którzy zgarnęli medale, a zwłaszcza zdobywcy tytułu Kraftu Roku (za wędzony porter z Widawy) – Wojtkowi Frączykowi.

Jpeg

 

Dziękuję organizatorom, że ponownie ogarnęli świetnie temat i sprawili, że spędziłem dwa (w niedzielę już odpoczywałem) dni pełne pozytywnych emocji i doskonałych doznań smakowych. Oby za rok było równie dobrze, a może i lepiej? Dziękuję też tym wszystkim ludziom, z którymi ten czas udało mi się przeżyć. Zarówno starym znajomym, jak i nowo poznanym. Do zobaczenia gdzieś na piwnym szlaku!

Poznańskie Targi Piwne 2015

3 Kolory – nowe menu!

Od ostatniej wizyty w restauracji 3 Kolory, położonej w malowniczej okolicy Jeziora Maltańskiego, minęło niezbyt wiele czasu, jednakże w zeszłym tygodniu nadarzyła się okazja, by ponownie skosztować ich świetnej kuchni. Tym razem pretekst do wizyty w tym lokalu stanowiła premiera nowego menu, z kilkoma ciekawymi propozycjami, które wcześniej nie były dostępne w regularnej karcie dań. Podczas uroczystej inauguracji mogliśmy spróbować degustacyjnych porcji siedmiu różnych propozycji – przystawek, dań jarskich, a także mięsnych.

Na pierwszy ogień poszły pierogi z tradycyjnym gęsim farszem, typowym dla okolic święta Świętego Marcina, w towarzystwie oliwy gryczanej i suszonej śliwki. Jako przetarcie szlaków, taka forma przystawki spełniła swoją rolę znakomicie. Ciasto było smaczne, farsz wyrazisty, a dodatki starannie zaplanowane i dobrane. Drugą propozycję stanowił racuch z cukinii, podany w akompaniamencie gravlaksu, szpinaku, kwaśnej śmietany i emulsji szczypiorkowej. Jako miłośnik łososia w każdej formie, dodatek rybny sprawił mi wielką radość, natomiast – niestety – racuch ociekał tłuszczem. Taka jednak jest charakterystyka cukinii, że bardzo szybko nasiąka olejem. Nie mój klimat, aczkolwiek innym to nie przeszkadzało. Zdecydowanie najbardziej aromatycznym akcentem wieczoru okazała się podwędzana sezonowana wołowina, której towarzyszył burak, szparagi i rukola. Zapach wędzarniczego dymu – jeden z moich ulubionych w całym sensorycznym spektrum – sprawił, że porcja bardzo szybko zniknęła z mojego talerza. Pozostali uczestnicy kolacji, zwłaszcza płci męskiej, również właśnie to danie wybrali najjaśniejszym akcentem wieczoru. Swoją drogą, była to ciekawa obserwacja antropologiczna. Mężczyźni zapytani o najsmaczniejsze danie wybrali mięso, a kobiety wykazywały już nieco odmienne preferencje. Wiele z nich postawiło na faszerowaną kaszą bul gur włoską kapustę, podaną w sosie z pieczonych buraków. Ta autorska i nowoczesna wariacja na temat popularnych w Polsce gołąbków przypadła paniom do gustu najbardziej. Jeśli chodzi o moją ocenę, to również jest pozytywna, ale – oczywiście – jak każdemu mięsożercy brakowało w tym wszystkim mięsa. Piąty punkt programu to poszetowany pstrąg w sosie estragonowym, z zielonym groszkiem, kapustą i boczkiem. Ten ostatni dodatek wywołał na mojej twarzy duży uśmiech, natomiast delikatna ryba na moje podniebienie była zbyt neutralna. Wolę bardziej zdecydowane smaki. Tych na szczęście nie zabrakło. Dwa ostatnie akty kolacji to zdecydowana mięsna uczta. Najpierw na stół wjechała pieczona wołowina w gęstym jusie, a do tego kopytka z serem plus warzywa. Mięso było bardzo aromatyczne i kruche, z wyraźnymi ciemnymi smakami, natomiast w tym wszystkim ginął dodany do sosu rozmaryn. Szkoda, gdyż to jedno z moich ulubionych ziół. Le grande finale nie stanowiło dla mnie żadnego zaskoczenia, gdyż grill stone, czyli niezwykle efektowne, samodzielne przyrządzanie wołowiny na rozgrzanym kamieniu z lawy wulkanicznej, w menu jest już nie od dziś i pisałem już o tym daniu ostatnim razem. Niestety, nadal temu spektakularnemu doświadczeniu towarzyszą bardzo mierne majonezowe sosy. Powtórzę się raz jeszcze – salsa z wędzonego chipotle podniesie ocenę tego dania do maksimum.

Nowe menu na pewno oferuje wiele ciekawych propozycji, ze szczególnym uwzględnieniem mocno dymionej polędwicy, pieczonej wołowiny i – mimo kiepskich dodatków – grill stone, choćby dla samego doświadczenia grillowania na lawowym kamieniu. Gusta miłośników dań bezmięsnych na pewno zaś zaspokoi faszerowana włoska kapusta. Kto jeszcze w 3 Kolorach nie był, zdecydowanie powinien spróbować nadmaltańskich przysmaków.

3 Kolory – nowe menu!

X Culinary Fest – Bajkowa kuchnia – 23-29.11.2015

Ostatnimi czasy naprawdę sporo się dzieje. Wczoraj zapraszałem Was na dziś zaczynające się Poznańskie Targi Piwne, a tymczasem już w przyszłym tygodniu odbędzie się kolejna, dziesiąta, edycja Culinary Fest w Poznaniu. Tym razem tematem przewodnim imprezy będzie Bajkowa kuchnia, a każda z uczestniczących restauracji otrzymała ambitne zadanie zaprojektowania specjalnego menu wiążącego się z baśniowymi motywami.

12038656_983512508387473_2506916317564541760_o.jpg

W bieżącej edycji festiwalu weźmie udział 38 slowfoodowych restauracji rozsianych po całym mieście. Zadbano też o promocyjne ceny, dzięki czemu każdy gość będzie mógł spróbować wielu podejść do tematu przewodniego. Za degustacyjny zestaw, składający się z dania głównego i przystawki, zapłacimy tylko 15 złotych (odpowiednio 12 i 5, gdy zamawiamy osobno), a dodatkowo za jedyne cztery złote otrzymamy kieliszek specjalnie dobranego do potrawy wina przygotowanego przez Faktorię Win A La Carte – jednego z nowych partnerów, oferującego ponad 100 gatunków wina na każdą okazję. Po skonsumowaniu posiłku, goście mogli będą ocenić swoje doświadczenie, dzięki czemu wyłoniony zostanie zwycięzca festiwalu. W IX edycji na podium znalazły się: Fiesta del Vino, Toga i Momo. Kto zwycięży tym razem? To już zależy od Was!

Zadbano także o odpowiednie szkolenie personelu restauracji, tak, aby każdy gość mógł dowiedzieć się czegoś więcej na temat wina, które zamawia. Sommelier Faktorii – Rafał Łojszczyk – podczas konferencji prasowej zapowiedział, iż niektóre pairingi nie będą oczywiste. Wszak od barwy wina ważniejsza jest jego charakterystyka sensoryczna. Co do innych nowości w stosunku do poprzednich edycji, partnerem Culinary Fest został także wchodzący na poznański rynek Uber, dzięki czemu nowi użytkownicy aplikacji będą mogli liczyć na darmowy przejazd do restauracji biorącej udział w festiwalu, wpisując specjalny kod przy rejestracji.

Oprócz samego menu festiwalowego, organizowane będą też imprezy towarzyszące, takie jak degustacja win w Concordia Design czy warsztaty kulinarne organizowane przy współpracy z ekipą popularnego francuskiego przewodnika Gault&Millau.

Co do samego serca festiwalu, czyli bajkowego menu, opublikowano w internecie propozycje uczestniczących restauracji, a więc każdy gość może już teraz zdecydować, gdzie się wybierze w poszukiwaniu nowych smaków. Tych zaś będzie cała gama, od warzywnych zup, przez drób i owoce morza, po dziczyznę. Sam nie zdecydowałem jeszcze, gdzie się udam, ale na pewno mocno mnie kusi ragout z łosia U Myśliwych.

Więcej informacji o festiwalu, całej idei, menu oraz partnerach możecie znaleźć na stronie wydarzenia na Facebooku. Z mojej strony na pewno zaś możecie spodziewać się – jak zawsze – introspektywnej relacji smakowej po zakończeniu imprezy. Poprzednią możecie przeczytać tu.

X Culinary Fest – Bajkowa kuchnia – 23-29.11.2015

7 grup smakowych piwa + zaproszenie na Poznańskie Targi Piwne

Ale ja nie lubię piwa! – słyszeliście to pewnie nieraz, gdy próbowaliście zachęcić mało piwnego znajomego lub znajomą do spróbowania swojego nowego ulubionego rzemieślniczego trunku. Doświadczenie pokazuje mi jednak, iż bardzo wiele takich osób ze słowem piwo kojarzy jedynie jasnego lagera, i to takiego masowej, korporacyjnej produkcji. Zwykle zdarza się, że taka osoba poza tym próbowała co najwyżej piwa pszenicznego, a może nawet kiedyś w jej ręce wpadł porter bałtycki. Przy dostępnej gamie stylów piwa taka liczba na pewno nie robi wrażenia. O ile jestem świadom, że są nieliczni, którzy w ogóle alkoholu nie piją oraz ci, którzy rzeczywiście próbowali wielu różnych piw i żadne im nie zasmakowało, to jednak śmiało wysuwam tezę, że większość piwo może lubić, tylko jeszcze o tym nie wie. A konkretnie – jeszcze nie miała okazji spróbować takiego, które trafiałoby w ich gusta. To tworzy swoiste wyzwanie dla piwnych geeków, stojących w awangardzie rewolucji – zaprezentować, doradzić, pomóc – ale też nie zmuszać. Każdy człowiek ma inne potrzeby, a ten krótki poradnik pomóc ma tym, którzy wyrażają chęć poznania czegoś nowego oraz ich przewodnikom po świecie piw rzemieślniczych. Okazja do napisania tego tekstu jest bardzo dobra, gdyż już jutro zaczynają się Poznańskie Targi Piwne. Korzystając z tej okazji, przy omówieniu każdej grupy smakowej, postaram się dobrać i polecić konkretne piwo dostępne podczas tegorocznej edycji imprezy.

targi.png
Źródło: Poznańskie Targi Piwne

 

Kluczową sprawą w piwnej edukacji jest chęć poszerzenia strefy komfortu, a także niezatracenie młodzieńczego głodu poszukiwania czegoś nowego w tym świecie. Przecież jest cudowny, wielobarwny, zróżnicowany. To właśnie w jego heterogeniczności kryje się prawdziwe piękno, a nie w monotonnym powtarzaniu tego samego każdego dnia. Nie w tym, co znane, ale w tym, co nieznane. Jak śpiewał Tomek Żółtko, dziwne jest piękne – wciąż twierdzę tak, gorsząc dewotów. Inność jest wartością, którą cennie jest oswoić, by móc eksplorować kolejne obcości ad infinitum. Wśród znajomych nawet wprowadziłem do języka potocznego pojęcie pożeracza schabowego z mizerią na duraleksie (nb: nie ma nic złego w tradycyjnej kuchni, chodzi o podejście w stylu – to znam i tylko to jem/piję/akceptuję). Swoją drogą – przydałoby się jakieś chwytliwe, jednowyrazowe określenie. Pomożecie? Na pewno znacie takich ludzi. Piwo istnieje dla nich tylko po to, by się nawalić lub zaspokoić pragnienie w upalny dzień, jedzenie po to, by zaspokoić głód i mieć energię do pracy, a wakacje spędzają piętnasty raz w identycznym hotelu all-inclusive z przygotowanymi atrakcjami dla turystów, aby broń Boże żaden obcy element nie zakłócił ich strachliwego jestestwa, ani by sami nie musieli niczego nowego przeżywać. Boją się. Tkwią wygodnie w swojej ciasnej strefie komfortu. To też tworzy uprzedzenia, nieufność oraz niechęć do obcych – tak smaków, wrażeń, jak i ludzi. Ciągle to samo i tak samo. Nudna i zabijająca chęć życia rutyna. Emocje i zmysły wyłączone – tylko potrzeby podstawowe, celebracja przyzwyczajeń, mentalna starość, śmierć młodzieńczego zapału i ciekawości. I w tym krajobrazie beznadziejności nagle pojawiamy się my – rewolucjoniści – serwując im imperialnego stouta wędzonego na owczej kupie, sparowanego z tatarem z penisa łosia i miskę prażonych mączników młynarków jako przekąskę. Pokazujemy, że można – i że warto – chcieć od życia coś więcej. Obiecuję, że do tego tematu jeszcze wrócę, bo jest moim zdaniem bardzo ciekawy i wymaga dłuższej analizy, jednak dziś skupię się na grupach smakowych piwa, które mogą niejako nakierować na właściwe style raczkujących adeptów kraftu. Nie jest to w żaden sposób mój autorski podział, ani nic odkrywczego dla osób, które już w świecie piwnym od dłuższego czasu się poruszają, jednak może pomóc on zarówno mało doświadczonym rewolucjonistom w piwnej ewangelizacji znajomych, jak i laikom chcącym zgłębić temat. Autor koncepcji grup smakowych – Greg Engert – piwny sommelier, piwowar, ambasador kraftu i restaurator – podzielił piwa na: orzeźwiające, chmielowe, słodowe, palone, wędzone, owocowo-przyprawowe i cierpkie.

11825567_413222022135757_9206263445953118493_n.jpg

Źródło: Browar Artezan

 

Piwa orzeźwiające to najpopularniejsza grupa na rynku, stanowiąca, myślę, ponad 90% ogólnej światowej produkcji. To do niej zaliczymy większość asortymentu osiedlowych sklepów, marketów, a także browarów lubujących się w klasyce. Napoje z tej grupy mają przede wszystkim oferować czysty, orzeźwiający, nienachalny profil smakowy. W większości nie są ani zbyt mocne, ani nie posiadają zbyt wiele ciała. Ich barwa zazwyczaj oscyluje od słomkowej do jasnobursztynowej. Osoby głęboko tkwiące w strefie komfortu i niechcące od razu rzucać się na głęboką wodę, mogą zacząć choćby od delikatnie owocowego estrowego profilu American blond ale czy American wheat, zachowujące przy tym cechy trunku najważniejsze dla piwosza o klasycznym guście. Z kolei komuś poszukującemu nut ciasteczkowych, chlebowych czy tostowych – lepiej polecić piwo dolnej fermentacji typu lager wiedeński, helles czy mocniejsze, charakteryzujące się bogatą słodową pełnią, marcowe. Osobom pragnącym nieco większej goryczki czy ziołowo-ziemistego charakteru europejskiego chmielu, warto zaserwować porządnego pilsa (tu bardzo łatwo o przekłamanie, gdyż wiele kiepskich koncernowych eurolagerów mieni się pilsami) czy – tu już bardziej rewolucyjnie – India pale lager, czyli piwo dolnej fermentacji, zachowujące czysty profil, ale już z użyciem amerykańskiego chmielu, dającego nuty cytrusowe, tropikalne czy żywiczne. Pierwsza z opisywanych grup jest najmniej ciekawa dla piwnego świra i rewolucjonisty, jednak może stanowić najbezpieczniejszą opcję dla osób głęboko zakorzenionych w tradycji. Zauważyłem, że wśród osób, które spędziły sporo czasu w Niemczech (np. jako gastarbeiterzy) to właśnie orzeźwiające piwa zyskują najlepsze oceny. A co do takiego piwa podać? Doskonale łączy się z nim drób, mięczaki, sezonowe warzywa i owoce czy sushi. Świetnym połączeniem na wiosnę może być sałatka z nowalijek spożywana na świeżym powietrzu przy akompaniamencie mocno chmielonego niemieckiego pilsa. Pycha!

Propozycje targowe: Artezan – Cymbopogon, Beer Bros – Pierwsza prosta, Browar Stu Mostów – WRCLW Pils

885586_545315015617352_3489503978230048356_o.jpg

Źródło: Browar Trzech Kumpli

 

Drugą grupę stanowią piwa o zdecydowanie chmielowym charakterze, w których pierwsze skrzypce mają grać nuty pochodzące z różnych odmian tej rośliny, stanowiącej – wbrew powszechnej opinii – jedynie przyprawę do piwa. Poza walorami aromatycznymi, piwa z tej grupy charakteryzować się będą intensywną goryczką, a także nieco większym ciałem i ciut ciemniejszym kolorem niż te z pierwszej kategorii. Nie są to oczywiście złote zasady, gdyż zawsze można znaleźć wyjątki, np. w postaci ultrajasnego, bardzo wytrawnego IPA z zachodniego wybrzeża USA. Aromat chmielowy w świecie rewolucyjnym jest tak różnoraki, że naprawdę każdy może znaleźć coś dla siebie. Od szlachetnych, kultywowanych od lat odmian europejskich, dających nuty ziemiste, ziołowe, kwiatowe, lekko drewniane czy tytoniowe, przez pionierów rewolucji – czyli mocno grejpfrutowe, cytrusowe, tropikalne i leśne odmiany amerykańskie – aż po post-rewolucyjne eksperymentalne efemerydy, dające tak odległe od klasyki wrażenia sensoryczne jak melon, liczi, cebula czy… nafta. Chcąc poznać cały przekrój, najlepiej spróbować klasycznego angielskiego bittera, w którym użyto brytyjskiego chmielu, następnie dać szansę piwu z solidną podbudową słodową, która kontruje goryczkę i dodaje złożoności, jak np. American barleywine, by w końcu trafić na symbol piwnej rewolucji, czyli wytrawne, ultragoryczkowe, uderzające z siłą bomby atomowej w nozdrza cytrusem i sosną American IPA – najlepiej świeże i zza oceanu. Trzeba tu jednak mieć się na baczności, gdyż łatwo trafić na minę. W dzisiejszych czasach jest to najpopularniejszy styl warzony przez browary rzemieślnicze, więc zamiast superchmielowej bomby, można otrzymać przeciętny, karmelowy egzemplarz o znikomym profilu chmielowym. Warto też sięgnąć po nieco mniej goryczkowe i bardziej sesyjne American pale ale, a także mocniejsze double/imperial IPA. Kolejnym krokiem będzie już próbowanie eksperymentalnych odmian chmielu oraz stylów hybrydowych, jak Belgian IPA, black IPA, wild IPA czy smoked IPA. Co do food pairingu, to ucztę mogą tu mieć wielbiciele zdecydowanych smaków: ostre, dojrzewające sery, burgery, dziczyzna czy steki to pierwsza myśl, jaka się mi nasuwa. Idealnym połączeniem wydaje się świeżutkie American IPA z małego browaru z zachodniego wybrzeża USA, pite do krwistego steku z polędwicy wołowej. Mimo późnej pory – zrobiłem się głodny.

Propozycje targowe: Browar Setka/Browar Jana – Ardeny’44, Artezan – Preparat, Trzech Kumpli – Pan IPAni, Pracownia Piwa – Dwa Smoki, Artezan – Mera IPA

ROBD_4-pack_mockup-410.png

Źródło: Smuttynose

 

Kolejny zestaw piwnych stylów to te, które na pierwszym planie stawiają stronę słodową. Napoje z tej grupy charakteryzują się nutami orzechów, toffi, karmelu, a także ciasteczek, tostów czy chleba, a ich barwa oscyluje wokół miedziano-brązowej. Propozycje podkreślające tostowe, ciasteczkowe, chlebowe i orzechowe nuty to np. dark mild, dunkel lager, brown ale, altbier czy doppelbock, który jest zdecydowanie najmocniejszy z tego zestawu, a do tego charakteryzuje się sporą zawartością melanoidyn, czyli związków powstałych w wyniku połączenia cukrów i aminokwasów, przywodzących aromatycznie na myśl przypieczoną skórkę od chleba czy mocno zbrązowioną wierzchnią warstwę steku. Przy ciemniejszych i mocniejszych piwach z tej kategorii, można wyczuć też nuty suszonych owoców, rodzynek czy fig. Do tej samej kategorii można zaklasyfikować trunki ukazujące mocno owocową stronę słodową, w postaci dojrzałych jabłek, śliwek, czy wspomnianych suszonych fig, rodzynek, a także moreli, daktyli czy nawet pumpernikla oraz te z mocnymi akcentami toffi i karmelu. Do tej podgrupy zaliczymy brytyjskie style, takie jak Scottish ale, wee heavy, Irish red ale czy English barleywine, ale także ukazujące unikatowy charakter belgijskich drożdży Belgian pale ale. Tego typu piwa pijemy raczej do potraw o zdecydowanym, lecz nie przesadnie, smaku, najlepiej nieco oddalonym od słodkiego, by podkreślić kontrast. Dobra wędlina, pleśniowe sery czy nawet prawdziwa włoska pizza może być świetnym pairingiem dla opisywanej grupy.

Propozycje targowe: Smuttynose – Really Old Brown Dog Ale, Beer Bros – Fenegryka Ale

11223565_1218039334889874_940764274527259622_o.jpg

Źródło: Browar Kingpin

 

Piwa palone to kategoria, która może zarówno zaciekawić, jak i odrzucić nowicjusza. Z jednej strony mamy tu bowiem tak mainstreamowe style jak dry stout (a przecież każdy słyszał o Guinnessie, a i większość piła), a z drugiej stouty imperialne, czyli piwa bardzo mocne, złożone, palone, pełne, a do tego często posiadające nuty pochodzące z beczek dębowych, w których nierzadko leżakują. Wszystkie te piwa mają raczej ciemną barwę, natomiast występują zarówno w wersji wytrawnej, jak i pełnej. Delikatniejsze style, dające jedynie palone tło, trochę zbożowej kawy, orzechów i mlecznej czekolady, to np. schwarzbier, foreign extra stout czy klasyczny, zniewalający czekoladą, kawą i suszonymi owocami porter bałtycki . Jeśli chcemy spróbować czegoś o bardziej aksamitnej teksturze, osadzającej się na języku niczym krem lub olej, warto sięgnąć po oatmeal stout, w którym zastosowano niesłodowane płatki owsiane w celu uzyskania opisywanego odczucia w ustach. Chcąc zaś przekonać do ciekawego piwa osobę lubującą się w słodyczach, można zaproponować jej milk stout, czyli piwo z dodatkiem niefermentowalnej (a więc pozostawiającej słodycz) laktozy. Należy przy tym pamiętać, iż laktoza jest silnym alergenem, więc upewnijmy się, że osoba pijąca milk stouta nie jest na nią uczulona. Bardziej złożone i zdecydowane smaki poznamy próbując takich stylów jak American brown ale, American stout czy imperial stout. Zwłaszcza piwa określane tym ostatnim mianem warte są uwagi każdego degustatora. Dość powiedzieć, że na popularnych portalach z recenzjami i ocenami piw, takich jak RateBeer czy Beer Advocate, w czołówce rankingu większość piw to właśnie imperialne stouty. Dzieje się tak dlatego, że są to piwa najbardziej złożone, najbardziej bogate aromatycznie i smakowo, dające coś, co degustatorzy nazywają beergasmem, czyli orgazmem (sensorycznym) poprzez piwo. Najlepsze z najlepszych propozycji poddawane są długotrwałemu leżakowaniu w dębowych beczkach po destylatach, przejmując od nich zarówno wanilinę z drewna, jak i cechy trunku, który wcześniej przebywał w tym samym lokum. Zapewniam Was, że nie ma nic lepszego, niż imperialny stout długo leżakowany w beczce po dobrej, torfowej whisky. Takie warte są każdej ceny. Do lżejszych propozycji z tej kategorii można zjeść dobrze przyrządzonego kurczaka lub owoce morza, do słodszych ciekawy deser przełamany np. kwaśną śmietaną lub owocami, a do najcięższych zawodników mocno spieczoną na grillu wieprzowinę, żeberka, karmelizowany bekon lub dżem z boczku. Teraz dopiero zrobiłem się głodny…

Propozycje targowe: Kingpin – Turbo Geezer, Pinta – Lublin To Dublin 2015, Kraftwerk/Wąsosz – This Is Kraft Bitch, Podgórz – 652 m n.p.m., Birbant – Russian Imperial Stout Barrel Aged, Bednary/Centrala Piwna – Saint Satanislav, Artezan – Samiec Alfa Barrel Aged, Pracownia Piwa – Mr Hard Rock’s

12248221_908017399266462_1270059005931990525_o.jpg

Źródło: Browar PINTA

 

Idąc w jeszcze trudniejsze dla nowicjuszy aromaty, nie można zapomnieć o piwach wędzonych – czyli takich, w których użyto słodu poddanego wcześniej działaniu dymu. Zależnie od jego źródła, może on wnieść przeróżne aromaty, od ogniska, przez szynkę i oscypek, po palone kable, lizol i zużyte bandaże. Piwa mogą nabierać także aromatów wędzonych poprzez długotrwałe leżakowanie w beczkach po destylatach, w których produkcji użyto słodów wędzonych (np. szkocka whisky z wyspy Islay). Mimo że połączenie takich wrażeń zmysłowych z piwem na pierwszy rzut oka wygląda dość dziwacznie, to doświadczenie pokazuje mi, że często trafiają one do ludzi, którzy nie przepadają za piwem. Moja Ukochana, na przykład, piwa nie lubi, ale dobrą wędzonką nie pogardzi. Poza klasycznym niemieckim rauchbierem, właśnie do piw wędzonych zalicza się rdzennie polski styl – piwo grodziskie – lekki pszeniczny trunek z bazą słodową dymioną drewnem dębowym. Jakie jedzenie pasuje do tej grupy? Dobra, długo dojrzewająca kiełbasa, szynka wieprzowa, dziczyzna czy wędzony halibut na pewno stanie się znakomitym dopełnieniem smakowitego akordu.

Propozycje targowe: Pinta – Jak w dym, Browar z Grodziska – Piwo grodziskie, AleBrowar – Smoky Joe

12184068_1671490323069180_6991543921197618375_o.jpg

Źródło: Browar Profesja

 

Szósta kategoria smakowa to piwa o charakterze owocowym i przyprawowym. Tu należy od razu zaznaczyć, że nie są to trunki z dodatkiem syropu owocowego, a przyprawowość zazwyczaj pochodzi ze związków chemicznych produkowanych przez specjalne szczepy drożdży. Piwa z tej grupy możemy śmiało polecić ludziom, którzy twierdzą, że piwo jest dla nich za gorzkie. Wynika to z faktu, że nadmierna goryczka wysuwałaby się na pierwszy plan, lub byłaby zbyt wyraźnie zaznaczona. Od wieków najlepsze piwa z tej kategorii warzy się w Belgii, a także w browarach umiejscowionych w innych krajach, ale czerpiących z belgijskich tradycji piwowarskich. Oprócz nich, także do tej grupy należy zakwalifikować klasyczne niemieckie piwo pszeniczne w stylu hefeweizen. Spośród opisywanych tu trunków, wyróżniamy jasną i ciemną grupę aromatyczno-smakową. W przypadku tej pierwszej nasze zmysły otrzymają solidną dawkę pochodzących z estrów owoców w postaci dojrzałego jabłka, gruszki, brzoskwiń, moreli i jasnych owoców (jasne piwa belgijskie), a także bananów (niemiecka pszenica). Do tego często możemy spotkać charakterystyczny smak gumy do żucia oraz pochodzące z fenoli przyprawy takie jak goździki, pieprz czy gałka muszkatołowa. W przypadku niektórych piw używa się także dodatków, takich jak skórka pomarańczy i kolendra (witbier), zioła zastępujące chmiel (gruit) czy praktycznie dowolnych ingrediencji w przypadku wariacji na temat stylu saison. Druga z podgrup idzie raczej w stronę ciemnych i suszonych owoców, takich jak figi, śliwki, rodzynki i wiśnie, uzupełniając je podobnym przyprawowym charakterem, co jasne odpowiedniki: pieprz, cynamon, goździki, gałka muszkatołowa. Egzemplarze o pełniejszym ciele przemycą także do naszych zmysłów nuty opisywane wcześniej w przypadku ciemnych piw o profilu słodowym, takie jak karmel, orzechy, czekolada czy toffi. Warto sięgnąć po klasycznego belgijskiego dubbla czy quadrupla, a także niemieckiego weizenbocka. Jeśli chodzi o pairing, to sensoryczna charakterystyka tej grupy współgra znakomicie z owocami morza, a także pikantnymi daniami i wędlinami.

Propozycje targowe: Erdinger – Weissbier, Profesja – Pielgrzym, Jan Olbracht – Pomarańczarnia króla, Pracownia Piwa – Hey Now, Trzech Kumpli – Otwarcie sezonu

12066043_1713810355499514_4452075780896470420_n.png

Źródło: Browar Setka

 

Ostatnią z opisywanych kategorii są piwa cierpkie i kwaśne. W obecnej fazie światowej rewolucji są to najmodniejsze style, więc chcąc być na czasie, należy koniecznie ich spróbować. Występują one we wszystkich barwach i nie znają granic jeśli chodzi o moc. Można spotkać bardzo lekkie (berliner weisse), ale też bardzo mocne (sour imperial stout) style. Na początek przygody z piwami kwaśnymi proponuję zacząć od delikatnych, lekkich kwasów, takich jak niemieckie berlinery, gose czy lichtenhainery. Mają one umiarkowaną kwasowość, są orzeźwiające i dość owocowe, cytrusowe, a czasem wręcz cytrynowe. W aromacie nie czuć typowych dla belgijskich wariantów nut określanych jako stajenne i wiejskie, natomiast mogą pojawić się aromaty wędzone (lichtenhainer) oraz akcenty… słone (gose). Nie należy się ich bać, gdyż razem tworzą unikatowe i bardzo ciekawe połączenie. Bardzo często również spotykam się z twierdzeniem: nie lubię piwa, ale bardzo lubię wino. Takiej osobie od razu można zaproponować dobrego krieka albo leżakowane w dębowej beczce flanders red ale. Spora cierpkość, owocowe bogactwo (w przypadku lambików także w wyniku dodatku owoców), a również często nuty waniliowo-drewniane pochodzące z beczek powinny zadowolić koneserów dobrego wina. Część osób, która pierwszy raz próbuje tego typu trunków, wręcz opisuje swoje wrażenia jako bardziej winne, aniżeli piwne. Jeszcze inny podtyp w tej grupie to wspomniane wcześniej aromaty stajenne, końskie, wiejskie czy skórzane – pochodzące z efektów pracy dzikich drożdży, czy to dodanych przez piwowara, czy też fermentujących spontanicznie. Mamy tu też wyraźne akcenty ziemiste, nuty jasnych winogron, a niekiedy… octu. Jeśli ktoś jest gotowy na takie przeżycia, powinien sięgnąć np. po klasyczne oude gueuze, tradycyjnego lambika bez dodatku owoców lub po jeden ze stylów hybrydowych, gdzie dodatkowo otrzyma jeszcze cechy charakterystyczne dla jednej z pozostałych opisywanych grup. Pomyślcie o wędzonym torfem, mocno chmielonym, kwaśnym imperialnym stoucie leżakowanym w beczce po Lagavulin, z dodatkiem chili i kawy. Na samą myśl cieknie mi ślina. Do piw kwaśnych pasuje najlepiej dobre mięso, owoce morza i aromatyczne sery, ale także owoce i nieprzesłodzone desery lodowe.

Propozycje targowe: Pinta – Kwas Gamma, Pinta – Kwas Delta, Browar Setka – Kapitan Drake, SzałPiw – Vaccinium corymbosum sagax, SzałPiw – Oxycoccus audax, SzałPiw – Cerasum alacre, Piwoteka – Zośka straszybotka

Mimo obszernego opisu, klasyfikacja ta nie jest ostatecznym uszeregowaniem sensorycznych doznań, jakich możemy doznać pijąc piwo. Nie możemy zapominać o stylach hybrydowych, nabieraniu przez trunki cech destylatów dzięki beczkom, w których piwo leżakuje, a także o popularnych dodatkach, takich jak kawa czy chili. W piwnej rewolucji chodzi o to, by przekraczać granice. Ze swej natury jednak, rewolucja musi być permanentna, gdyż zawsze po złamaniu jednego tabu w piwnym światku, pojawia się kolejne. Na szczęście, eksperymentatorów nie brakuje. Nadmienię tylko, że istnieje browar o nazwie Brugghús Steðja w Islandii, który uwarzył piwo z dodatkiem… wędzonych na owczej kupie jąder finwali. Na tym polega właśnie rewolucja. To jest, kurwa, prawdziwy kraft, który nie bierze jeńców!

5B9A1954.jpg

Źródło: draftmag.com

 

O ile – niestety – Hvalur 2 nie będzie dostępny na Poznańskich Targach Piwnych, już jutro zapraszam serdecznie wszystkich do Poznania, by przyszli na MTP i spróbowali w życiu czegoś nowego. Kupcie bilet i dobre, degustacyjne szkło, podchodźcie do stoisk, proście o próbki i kupujcie małe porcje. Dzięki temu poznacie więcej smaków, a przy tym minie trochę czasu, nim zaburzycie sobie percepcję. Targi to doskonała okazja do tego, by poszerzyć strefę komfortu i poznać świat piwa bardziej całościowo, odkryć nieznane jeszcze dla siebie smaki. Może i wy zakochacie się w piwnej rewolucji i przekonacie się, że piwo to nie tylko jasne pełne pite w upalny dzień na plaży z plastikowego kubka. Może i wy zobaczycie, że piwo jest równie bogate sensorycznie co wino. Odkryjecie, być może ku własnemu zdziwieniu, iż piwo można nie tylko żłopać, ale i degustować. Przyjdźcie, stuknijcie się ze mną szkłem i celebrujcie różnorodność. Tak jak w każdym innym aspekcie życia, tak i w piwie – jednorodność jest nudna, a wielobarwność daje radość z naszego krótkiego ziemskiego życia i pozwala czerpać coraz to nowe wrażenia. Czym innym bowiem jest życie, jak nie kolekcjonowaniem wspomnień? Zadbajcie o to, by mieć co wspominać na starość. Nieważne, czy macie 18, czy 80 lat. Póki macie marzenia i nie boicie się przekraczać granic strefy komfortu, jesteście młodzi. Życie dzieje się teraz. Nie pozwólcie mu uciec przez palce. Trzecie już Poznańskie Targi Piwne odbędą się w dniach 20-22 listopada na terenie Międzynarodowych Targów Poznańskich. Oprócz piwa, na gości czeka masa innych atrakcji, łącznie z paradą food trucków oraz serami od mistrza Marka Grądzkiego. Do zobaczenia na miejscu!

7 grup smakowych piwa + zaproszenie na Poznańskie Targi Piwne

Październikowy Restaurant Week

Oj smakowicie te ostatnie chwile mijają. Niedawno mogliście przeczytać wspomnienie pięknej kolacji w Luganie, a już dziś na BBL trafia dwie trzecie potrójnej dawki sensorycznych reminiscencji, jakie mam dla Was przygotowane na ten tydzień. Zaczynamy od Restaurant Week, od którego minęły już trzy tygodnie. Tym razem czas pozwolił na odwiedzenie jedynie dwóch miejsc, więc postanowiliśmy wybrać się tam, gdzie jeszcze nie byliśmy. Padło na La Lucciolę oraz Cocorico.

 

La Lucciola

Podolany to miejsce, do którego raczej mało który mieszkaniec Poznania często przyjeżdża. Ja jednak, z racji miejsca zamieszkania i pracy, bywałem tu niegdyś codziennie. Przypomina mi się taka anegdotka z tamtych czasów. W jednej z knajp mieszczących się w galerii handlowej przy ulicy Strzeszyńskiej na tablicy widniał napis pene z kurczakiem. Zawsze jak poznawałem jakiegoś Włocha, to polecałem to miejsce, by przekonał się na własne oczy, co – zdaniem obsługi – tam serwują. Poza tym, bywałem w okolicach celem skorzystania z kortów do badmintona. Nie wiedząc wcześniej, gdzie dokładnie znajduje się restauracja La Lucciola, nieco zdumiało mnie to, iż… GPS prowadzi mnie idealnie w to miejsce, gdzie nie tak dawno przecież doznawałem sportowych rozkoszy. Okazało się, iż lokal umiejscowiony jest w budynku centrum sportowego, co – niestety- stanowi, obok dalekiej od centrum lokalizacji, spory minus. Mianowicie – przy wejściu do restauracji czuć mocno zapachy typowe dla siłowni czy sali gimnastycznej. Niestety, jest to nie do przeskoczenia. Niestrudzeni jednak początkowymi niedogodnościami, zasiedliśmy przy stole i zostaliśmy uraczeni przemiłą i profesjonalną obsługą, zarówno ze strony kelnerki, jak i właścicielki przybytku. Jestem jednak facetem ceniącym esencję dużo wyżej niż otoczkę, więc przejdźmy do clou programu, czyli do jedzenia. Na przystawkę otrzymaliśmy tatar z sarny – nie było to jednak mięso surowe, gdyż dziczyzna spożywana bez obróbki termicznej nie jest bezpieczna dla naszego zdrowia – można więc to nazwać à la tatarem. Mięsko było smakowite, w sam raz na rozbudzenie apetytu. Restauracja zadbała o wymyślne dodatki – zwierzowi na talerzu towarzyszył kawior z derenia oraz rydze. Jak się okaże później – to właśnie dodatki pokazywały prawdziwy zmysł kuchmistrzyni. Po tym wstępie do uczty, na stół trafił wielkopolski jesiotr – ryba, która potrafi w niektórych restauracjach kosztować całkiem sporo. Tym razem podany on został w wersji korzenno-słodkiej, z cynamonem i gałką muszkatołową, jednak – wracając do dobrze pomyślanych minidodatków – smak wspaniale przełamywał rokitnik. Gdyby nie kwaskowa winność tej rośliny, całość wydałaby się zbyt monotonna. Ten akcent jednak sprawił, iż wszystkie warstwy smakowe doskonale współgrały, a ja zacząłem intensywnie poszukiwać rosnącego nieopodal rokitnika, by dodać go do mojego piwa. Deser to wciąż mało znane u nas leche frita, czyli galicyjskie smażone mleko. O ile mojej Ukochanej o wiele bardziej smakują inne desery, to ja przyjąłem swoją porcję ze smakiem. Jak zwykle dla mnie najistotniejszy fakt stanowiło to, że nie był on przesłodzony. La Luccioli w ogólnym rozrachunku wystawiam bardzo wysoką notę za pomysłowość, kunszt kulinarny, miłą obsługę i ogólne wrażenie. Jedynymi mankamentami są lokalizacja i zapachy przy wejściu, lecz póki co musimy z tym żyć. Jeśli będziecie w pobliżu – wpadnijcie na coś dobrego na Strzeszyńską.

 

Cocorico

Tu wybieraliśmy się już od jakiegoś czasu, a widniejące w festiwalowym menu schab z dzika i ogon wołowy przekonały nas, że ten moment jest właśnie teraz! Tak więc udaliśmy się na Świętosławską, w miejsce, które mijaliśmy nieraz, jednak jakoś nigdy nie wstąpiliśmy do środka. Lubimy te rejony. Niedaleko Sztukafeteria i Café Misja, klimatyczna Fara i Stary Rynek. Przybyłem na miejsce pierwszy i oczekiwałem na Ukochaną przy lampce wina. Wkrótce mogliśmy już biesiadować. Na początek zupa – krem z dyni. Jakże mogło być inaczej, skoro zbliżał się dzień, w którym Celtowie i ich nadwiślańscy potomkowie, którzy czasami wyznają jednocześnie Jezusa, Peruna i Odyna, obchodzą Halloween? Wydrążone dynie w tym roku stały nie tylko w lokalach gastronomicznych, ale także na… cmentarzach. Znicze w kształcie dyni to jedna z tych kiczowatych komercyjnych osobliwości, które mnie zawsze rozbrajają i wywołują uśmiech na mej twarzy. Lubię także, gdy pomysłowa przedsiębiorczość wygrywa z lenistwem i je bezlitośnie wykorzystuje. Przykładem takiego działania było sprzedawanie wydrążonych dyń z dziesięciokrotną (!) przebitką względem całych okazów na Placu Wielkopolskim. I słusznie! Koniec jednak tej dyniowej dygresji. Krem z dyni spełnił moje oczekiwania. Był gęsty, wyraźnie dyniowy, ze świetnym, mocno mięsnym, aromatycznym akcentem w postaci ogona i piany z chorizo. Danie główne – schab z dzika, który sam w sobie musiał ze swej natury być dobry – akompaniowały ciekawe dodatki: chipsy z jarmużu (znakomite, muszę sam zrobić takie, tylko że nie wiem jaki dip do nich dobrać…. pomysły jakieś?), kaszanka, topinambur, szalotka i puree z batatów, które z racji koloru i konsystencji wyglądało jak… roztopione mango. Ciekawszy to pomysł, niż tradycyjne ziemniaki. Na deser otrzymaliśmy fondant czekoladowy z lodem z kwaśnej śmietany, puree z kasztanów, emulsją z suszonych śliwek i orzechowym crumble. Dla mnie – rzecz jasna – było to za słodkie (choć kwaśna śmietana fajnie to przełamała), ale domyślam się, że komuś, kto lubi mocno słodkie smaki, przypadło to mocno do gustu. Na plus trzeba dopisać lokalizację, ale i fakt, iż w karcie znalazło się wino w promocyjnej cenie, a także Piwo Grodziskie – naturalny skarb Wielkopolski i element tradycji piwowarskiej regionu.

 

Restaurant Week za nami, a za pasem już X edycja Culinary Fest. Jeszcze w tym tygodniu pojawi się na BBL relacja z uroczystej premiery nowego menu w 3 Kolorach, a w weekend widzimy się na Poznańskich Targach Piwnych. Mam nadzieję, że będzie okazja stuknąć się dobrym piwem w dobrym szkle z wszystkimi czytelnikami. Do przeczytania i do zobaczenia!

Październikowy Restaurant Week