VII KAWA Festival Poznań – Z mlekiem*

kava.png

Źródło: facebook.com

W poniedziałkowe przedpołudnie w otwartym na nowo bistro Wartko nad Wartą odbyła się konferencja prasowa promująca trwający od wczoraj VII KAWA Festival. W byłej loży masońskiej przy Marcinkowskiego byliśmy kiedyś z okazji urodzin, ale od tamtego czasu wiele się tu zmieniło. W Wartko nad Wartą można zjeść m.in. sowite śniadania bazujące w większości na recepturach jajecznych, z wyraźnymi brytyjskimi inspiracjami. Spróbowałem omletu z chili, gdyż – jak wiecie – ten dodatek zawsze budzi moje zainteresowanie i nie zawiodłem się. Porcja rozsądnej wielkości, smak w porządku, choć oczywiście na moje zmysły zdecydowanie za mało ostre. Rozumiem jednak, że chodziło tylko o delikatną pieszczotę podniebienia, a nie o walenie obuchem przez łeb. Od tego mam wszak degustacje papryczek w piwnym towarzystwie. Poza omletami znajdziecie tu jajka w koszulkach, kiełbaski, tosty czy naleśniki. Po śniadaniu restauracja serwuje zestawy lunchowe w przyzwoitych cenach. Warto wpaść, bo pomimo śniadaniowego boomu wciąż brakuje w Poznaniu tego typu miejsc.

Clou spotkania była jednak zapowiedź VII KAWA Festival. Tym razem motywem przewodnim jest hasło Z mlekiem*. Zanim zjawiłem się na konferencji, wiedziałem o tym, że królować będzie kawa wchodząca na stół cała na biało, natomiast – przyznaję się bez bicia – nie zauważyłem, iż chodzi o mleko roślinne. W tej edycji organizatorzy postanowili wykonać ukłon w stronę osób preferujących opcje wegańskie. Oprócz zamiany mleka krowiego na roślinny substytut, także ciasta pojawią się w wersji bez produktów odzwierzęcych. W siódmej edycji festiwalu weźmie udział rekordowa liczba 41 poznańskich kawiarni, więc goście mają w czym wybierać. Poza znacznym zwiększeniem zasięgu, wprowadzono również zmienioną formę oceniania miejsc w celu wyłonienia zwycięzcy imprezy. Tym razem zamiast znanych z poprzednich odsłon papierowych kart do głosowania wybór odbędzie się za pośrednictwem internetu. Do wzięcia udziału we wspólnej zabawie motywuje także cena zestawu. Za  kawę i deser zapłacimy jedynie 10 złotych.

Osobiście, jako mięsożerca i zwolennik czarnej kawy, będę miał okazję wyjść nieco ze strefy komfortu i spróbować czegoś innego. Ciekaw jestem, jak uczestnicy festiwalu poradzą sobie z postawionym zadaniem. Łatwo nie będzie! Impreza potrwa do końca bieżącego tygodnia.

Link do wydarzenia: https://www.facebook.com/events/1266765293334110/

Reklamy
VII KAWA Festival Poznań – Z mlekiem*

Cóż ukryło się w Sekretnym menu?

Kolejny Culinary Fest za nami! Tym razem uczestnicy festiwalu mieli za zadanie przygotować menu w oparciu o temat przewodni pod tytułem: Sekret. Udało się nam odwiedzić kilka miejsc, o których mocno indywidualną opowieść znajdziecie poniżej. Większość degustacji odbyliśmy w składzie: ja (Artur) i moja Ukochana (Justyna). W jednym przypadku towarzyszył mi zaś mój piwny druh – Michał. A więc – do dzieła!

Firlejka

Już we wstępie kilkanaście dni temu pisałem, iż żałuję, że tym razem na liście uczestników nie ma Momo i Lavendy, ale na szczęście jest nasz inny stały faworyt – Firlejka. Do tej przytulnej piwnicy (ciągnie libertarianina…) udaliśmy się na sam początek festiwalu. Przystawka wyglądała jak prawdziwe dzieło sztuki – coulis malinowo-buraczany sprawiał wrażenie rozprysku krwi z miejsca zbrodni, a leżąca obok ośmiorniczka w towarzystwie kaparowego jabłuszka i kawioru jabłkowego stanowiła ciekawe dopełnienie. W smaku – jak zwykle – bez zarzutu. Każdy element współgrał ze sobą i tworzył interesująca kompozycję. Danie główne to już ukryty w cukinii dorsz w wersji polędwiczej – ostatnio zyskującej coraz większe uznanie wśród szefów kuchni (niedawno próbowałem takowej w La Cocotte). Dodatki w postaci confitowanego pomidora, marchwi, szparaga i sosu salsa verde z anchois współtworzyły ciekawą symfonię smaków. Maksimum punktów za maksimum doznań estetyczno-artystycznych. Jedyne, do czego mógłbym się przyczepić, to wielkość porcji, jednak w Culinary Fest niekoniecznie o to chodzi.

Może Morze

Miejsce to już zawsze będzie kojarzyć mi się z czasami, gdy gościła tu Klepsydra, a ja wyśpiewywałem w niej swoje ulubione numery przez okno wychodzące na Stary Rynek ponad pół dekady temu. Teraz możemy tu zjeść świeże ryby i inne morskie stwory. Na Culinary Fest kuchnia Może Morze przygotowała krem z buraka gotowanego w malinach, z topinamburem, orzechem i miętą. Danie podane zostało na zimno (mi to pasowało), było mocno buraczane, a jedyny mankament (niezamierzony, każdemu się zdarza!) to mała łupina orzecha w środku. Smak jak najbardziej zadowalający. Danie główne stanowiły pierożki z krewetkami, podlane wędzonym masłem. Nuty dymnej niestety nie wyczułem (a bardzo ją lubię…), sami zaś głowni bohaterowie nie zawiedli. Solidnie, acz bez większych ochów i achów.

Un Pot

W tym miejscu byliśmy po raz pierwszy. Od wejścia powitał nas york właścicielki (?) oraz wrażenie raczej domowej atmosfery. Zajęliśmy miejsce na podwórzu, z dala od głównej sali. Jako przystawka na stół przywędrowała zupa z soczewicy, której smak przywodził na myśl wojskową grochówkę. Tylko mięsa brakowało! Niemniej jednak, smakowicie i sycąco. Jeszcze bardziej można było najeść się drugim daniem. Tu już otrzymaliśmy typowy talerz babcinej zieleniny. Żadnych hipsterskich musztardowców, gwiazdnic ani jarmuży – po prostu mnóstwo szerokolistnego, ogrodowego lubczyku. Na nim zaś – dysonans… Miały być ziemniaki z zasmażaną cebulą i imbirem, a ostatecznie dostaliśmy… tosty, takie zwykłe z opiekacza, a do tego… na słodko! Nie było to złe, ale zupełnie nie zgadzało się z tym, co wyczytaliśmy w festiwalowym menu. Do tego mięso mielone – duża porcja! – z groszkiem, a na rzeczonych tostach trzy ostre papryczki. I tu największy plus – naprawdę pikantne! Nie jakieś popierdółki, tylko rzeczywiście odjechane mordokręty. Brawo!

Nova

Również mój debiut. Jedyne miejsce, gdzie w miejsce Justyny towarzyszył mi Michał. W menu stało jak byk: ramen. Cóż… nie lubię, naprawdę nie lubię pisać źle. Zupa była naprawdę smaczna. Kurczak, warzywa, makaron – wszystko OK. Tylko że… to nie był ramen. Gdyby ktoś napisał: rosół z kury – OK! Natomiast koło ramenu to nawet nie stało. Danie główne już nieco bardziej kojarzyło się z kuchnią azjatycką. Kurczak z makaronem udon, w towarzystwie czosnkowo-imbirowym mógł zarówno nasycić, jak i zadowolić smakiem. W ogólnym rozrachunku – przeciętnie.

Eatalia

To miejsce polecano nam już wiele razy, a więc trzeba było w końcu zajrzeć do nowej restauracji przy Gołębiej. Mieści się ona w piwnicy nowopowstałego hotelu, a wystrój wnętrza całego budynku zdecydowanie trafia w mój gust. Sąsiedztwo Firlejki chyba zainspirowało tutejszą kuchnię, gdyż dania festiwalowe zaprezentowane zostały w podobnym stylu. Artystyczna kompozycja z estetycznym kunsztem zachęcała do fotografowania i spróbowania propozycji tutejszej kuchni. Pierwszy plan jednak grały tu ciekawe składniki. Kacze serca w połączeniu z foie-gras, a do tego polik cielęcy z nasturcją? Mimo małych porcji, smakosze mogli z pewnością być zadowoleni. Po tym arcyciekawym entree, goście otrzymali perliczkę zamgloną nutą mango i kolendry (do których mam ogromną słabość…), w towarzystwie topinamburu i trufli. Eatalia nie oszczędzała na składnikach i zaprezentowała wykwintny kunszt nowoczesnej sztuki kulinarnej. Zdecydowanie – odkrycie festiwalu!

Gospoda Młyńskie Koło

Mamy z Justyną taką tradycję, że jeździmy sobie na nocne przejażdżki po wschodnich rubieżach Poznania. Wielokrotnie mijaliśmy Młyńskie Koło i zawsze mówiliśmy sobie, że zajedziemy tam na coś dobrego. Odstraszały nas jednak wysokie ceny. Dowiedziawszy się, iż Gospoda bierze udział w Culinary Fest, od razu zdecydowaliśmy się tam pojechać. Menu na pierwszy rzut oka raczej nie miało w sobie nic sekretnego i przywodziło bardziej na myśl obiad u babci niż wykwintną ucztę u uczestnika Masterchefa, ale… niczego nie żałujemy. Tradycyjny polski rosół z kury z domowym makaronem był odpowiednio treściwy i dał dobry podkład w żołądku przed drugim daniem. Wówczas dopiero przekonaliśmy się, w czym tkwił tytułowy sekret… Otóż – w wielkości porcji. Za jedyne 15 złotych oprócz rosołu otrzymaliśmy ogromną porcję kotleta schabowego z ziemniakami i warzywami, a do tego półmisek kapusty z grzybami i czekajkę w postaci domowego chleba ze smalcem. Najedliśmy się tak, że nie mogliśmy wstać od stołu. Gospoda Młyńskie Koło to miejsce, gdzie można najeść się do syta niczym staropolski szlachcic. Do tego do dyspozycji gości jest małe jeziorko, ogród z hamakiem i pokoje hotelowe. Być może niektórych odrzuca mało centralna lokalizacja tego miejsca, jednak zdecydowanie warto pojechać tam skosztować tradycyjnej polskiej kuchni. Pysznie i dużo. Czego chcieć więcej?

 

Więcej miejsc nie udało się nam odwiedzić. Każde z tych, które nas ugościło, zaoferowało inną interpretację przewodniego tematu festiwalu. Kto zdobędzie nagrodę publiczności? O tym przekonamy się już za kilka dni. Na koniec jednak łyżka dziegciu – nie wszyscy uczestnicy dali nam karty do głosowania. Niedopatrzenie?

 

 

 

Cóż ukryło się w Sekretnym menu?

Startuje Culinary Fest – Sekret!

13243830_1126602110745178_7413130670305472772_o.png

Źródło: https://www.facebook.com/CulinaryFest

Oj działo się w weekend na Starej Rzeźni, ale o tym niedługo! Tymczasem już dziś wystartowała kolejna edycja Culinary Fest w Poznaniu, tym razem pod hasłem sekret. Potrwa ona przez cały tydzień, od 23 do 29 maja. Tym razem udział wezmą 32 restauracje, które tradycyjnie przygotowały specjalne menu składające się z przystawki i dania głównego w porcjach degustacyjnych. Koszt nie uległ zmianie i za dwudaniowy tasting zapłacimy 15 złotych. Propozycje czekające na spróbowanie przez gości możecie zobaczyć tu. Na liście uczestników znalazło się kilka nowych miejsc – także takich, w których jeszcze nie byliśmy. Postaramy się odwiedzić przynajmniej kilka z nich. O nowoczesną oprawę mobilną zadbali producenci aplikacji OfferOn, dzięki którym goście mogli będą łatwo odnaleźć pobliskie restauracje biorące udział w festiwalu, a także uzyskać natychmiastowy dostęp do menu, zdjęć oraz ocenić i skomentować swoje doświadczenie. Na pewno jest to zmiana na plus. Szkoda, że tym razem zabrakło Lawendy i Momo, dokąd zawsze chętnie wpadaliśmy. Będzie jednak okazja spróbować czegoś innego. Czytając przygotowane przez szefów karty dań można z góry powiedzieć, że większość rzeczywiście wzięła sobie do serca temat przewodni i postanowiła łamać konwenanse, przecierać szlaki i zawrzeć tytułowy sekret w proponowanym daniu. Jak te eksperymenty wyjdą w praktyce? O tym przeczytacie po zakończeniu festiwalu. Mogę jedynie zdradzić, że już w pierwszym dniu – czyli dzisiaj – odwiedziliśmy Firlejkę (jak zawsze – a jakże), Może Morze oraz Un Pot, dokąd zawitaliśmy po raz pierwszy. Mamy też umówioną kolację w Eatalii, której wnętrze zrobiło na mnie bardzo dobre wrażenie. Zapewne zdołamy wpaść jeszcze w jakieś ciekawe miejsce. Niechaj się święci święto degustacji. Smacznego!

Startuje Culinary Fest – Sekret!

Co przyniósł nam francuski Kogut?

Niedawno odwiedziliśmy Luganę oraz Świńskie Uszy, co mogliście obserwować na żywo, jeśli śledzicie nas na Instagramie. Spędziliśmy tam świetny czas i z pewnością jeszcze nie raz tam wrócimy. Prawdę mówiąc trafiłem do Uszu niedługo po raz drugi, tym razem na kolację rodzinną, kiedy to spróbowaliśmy bardzo dobrych żeberek. Jeśli chodzi o to danie, wciąż jednak nie było dane mi przetestować podobno najlepszych z Lars, Lars & Lars. Kiedyś trzeba będzie nadrobić… W odświeżonej Luganie jak zwykle największe wrażenie zrobiło moje ulubione wino Primitivo di Manduria, a także świetna kaczka czy eksperymentalna odmiana caprese. A Wy już odwiedziliście te miejsca? Ostatnio zaś wpadliśmy do znanego nam Bistro La Cocotte, gdzie bywaliśmy już wcześniej z okazji Culinary Fest.

Tym razem niestety dotarłem spóźniony (praca), jednak zdołałem uchwycić co nieco moim aparatem i smakowymi kubkami. Jak podkreślała gospodyni imprezy, większość składników używanych w kuchni Bistro sprowadzana jest bezpośrednio z Francji, a oprócz jedzenia goście mogą raczyć się dobrymi francuskimi winami. Spójrzmy jednak do menu. Obie przystawki: szparagi z jajkiem w koszulce oraz tarta ziemniaczano-porowa z serem gruyere z powodzeniem mogłyby znaleźć swoje miejsce wśród pozycji śniadaniowych, których – jeszcze – w La Cocotte nie ma. W ogóle w Poznaniu brakuje dobrych miejsc na śniadania, a przecież nawet wystrój Bistro pasuje doskonale na poranne pyszności! Następna pozycja to zupa z pieczonego rabarbaru. Tu mogłem zauważyć, jak różna jest percepcja smaków wśród ludzi. Ja, jako osoba stroniąca od cukru, uznałem tę pozycję za słodką, wręcz deserową, zaś niektórzy czuli przede wszystkim kwasek. Zapewne moje odczucie spowodowane było tym, że uwielbiam mocno kwaśne piwa, sok z cytryny bez cukru na orzeźwienie i nie przepadam za słodyczami. Bardzo ciekawe przełamanie tej słodko-kwaśnej nuty wprowadziły chipsy z suszonych jabłek, kręcące się na podniebieniu na drugim planie. Dla osób lubiących eksperymenty i tego typu delicje, polecam zdecydowanie. Ja w moje rejony smakowe udałem się natomiast podczas degustacji dań głównych. Najpierw dużo radości dała mi jagnięcina navarin w zredukowanym winnym sosie, w akompaniamencie świeżych, wiosennych warzyw. Smak przypominał mi Bałkany i chwile cudnie tam spędzone przed paroma laty. Drugą propozycję menu stanowi polędwica z dorsza, która smakuje wyraźnie, mięsiście i ma wyraźnie sprężystą teksturę. Naprawdę kucharz wyciągnął z tej ryby tyle, ile się dało. Do tego mamy biały sos i ziemniaczane puree. Desery – jak wiecie – to nie moja bajka. Tort dacquoise z bezą był smaczny, acz bardzo słodki, więc porcja degustacyjna była maksymalnej wielkości jak na moje kubki smakowe. Jeśli lubicie poziom słodkości zbliżony do tureckiej baklawy, to na pewno wam posmakuje. Tarta cytrynowa wprowadziła nieco rześkości  i kwasku, więc zjadłem ją z przyjemnością. Całej degustacji towarzyszyły trzy rodzaje francuskiego wina. Jeśli chodzi o piwo, w ofercie obecnie znajdują się belgijskie klasyki, np. Leffe Blonde.

Jak widzicie, w Bistro La Cocotte swoje smaki odnajdzie prawie każdy. W opcji wegetariańskiej można np. otrzymać czarną soczewicę z dodatkiem buraka. Miłośnicy słodkości mogą rozpocząć wieczór od rabarbarowego kremu, a zakąsić go smacznym dacquiosem. Mięsożerców zaś na pewno  usatysfakcjonuje jagnięcina i dorszowa polędwica. Już niedługo Poznań Za Pół Ceny, w którym Bistro La Cocotte bierze udział, więc warto przyjść i spróbować samemu!

Co przyniósł nam francuski Kogut?

Konkursy, laureaci i festiwal pyszności

Jako że we czwartek ogłoszono wyniki trzech konkursów: XI Culinary Fest – Nuty Smakowe, Restauracja Roku 2015 oraz IV Kawa Festival, najwyższy czas nie tylko przedstawić laureatów, ale także i podzielić się swoimi wrażeniami z tych wydarzeń.

12674931_1217625038266849_1867106927_o

Niestety, przez nasz islandzki wyjazd nie mogliśmy uczestniczyć w Culinary Feście tak intensywnie, jak zawsze, ale i tym razem pozwoliliśmy sobie na skosztowanie kilku propozycji. Odwiedziliśmy między innymi Koba Cocktail Bar na Tylnym Chwaliszewie – lokal ukryty przed światem, mimo że położony przecież w centrum. Na miejscu zastaliśmy – poza, oczywiście, festiwalowym menu – duży wybór wysokiej klasy alkoholi, wliczając w to ciekawe i rzadko dostępne okazy. Na drinka zdecydowanie warto się tam wybrać. Samo jedzenie również nie budziło zastrzeżeń, a obsługa zapewniała doświadczenie na wysokim poziomie fachowości. Następnie zdecydowaliśmy się Firlejkę – jedno z miejsc, które zdecydowanie zagościło wśród naszych ulubionych. Zestaw przygotowany przez kuchnię tej restauracji zarówno prezentował się, jak i smakował wybornie. Łosoś otulony płatkami owsianymi mógł zainspirować niejednego smakosza, a przegrzebek był taki, jak powinien być – delikatny, kremowy i mięsny. Nasze dobre opinie potwierdziły zresztą wyniki – Firlejka otrzymała pierwsze miejsce w głosowaniu gości. Nie mogliśmy oczywiście pominąć Momo, gdzie gościmy przy okazji każdego festiwalu. Tym razem poznańscy mistrzowie owoców morza zaserwowali nam pyszne ośmiornice w wariancie owocowym, z dodatkiem awokado i mango, a także przegrzebka (ponownie!) z prosciutto na makaronie sojowym. Uznana marka nie zawiodła i wyszliśmy ukontentowani. Z nowych miejsc zaszliśmy jeszcze do dwóch susharniKoku i Tokyo Tey. Jako wielbiciel kolendry ucieszyłem się na jej obecność w przystawkowej zupie, natomiast – tradycyjnie – widząc słowo ostre/pikantne miałem dużo wyższe wymagania w kategorii: pieszczenie podniebienia ogniem. Danie główne – tempura na bogato: krewetka, warzywa, owoce, miód, pieprz…. Mnóstwo wrażeń. A do tego naprawdę można było się na chwilę nasycić! Z przyjemnością polecam. Tokyo Tey z kolei to dość dziwne miejsce – mianowicie wpisujące się w tradycję azjatyckiego fast foodu, z gotowymi już rolkami popakowanymi w pudełka. Niestety, nie wypowiem się na temat ich sushi, gdyż jedliśmy tylko menu festiwalowe, a tam – o dziwo – królowało mięso. Oba dania zostały pięknie podane, w nowoczesnym, nieco artystycznym stylu. Dorada na przystawkę (tak! ryba to też mięso!) miała za kompanów freski z czarnego sosu kokosowego i mango. Ponownie – ostrą tej potrawy nie nazwę, mimo opisu. Danie główne miało potencjał. Niestety, mój wędzony na ciepło schab był lekko surowy w środku, co wieprzowinie zdarzyć się nie może. Nie takie rzeczy oczywiście jadłem w życiu i nie robiłem afery, natomiast skrzętnie zanotowałem to w swej pamięci. Na koniec tej opowieści przypomniałem sobie, że jeszcze byliśmy w Mamasitas, gdzie uraczono nas bardzo smacznym burrito i niezłym kukurydzianym kremem.

 

Jeśli chodzi o konkurs na Restaurację Roku 2015, wzięło w nim udział pięć znanych wszystkim poznańskich foodies miejsc: Bistro La Cocotte, Papierówka, Saute, Lavenda oraz Momo. Tym razem spięliśmy się i trafiliśmy aż do 4 z 5 wymienionych lokali. W La Cocotte przy Murnej uraczeni zostaliśmy pyszną ośmiornicą, jedną z lepszych w mieście, której towarzyszyły duszone warzywa i aioli. Morski stwór we francuskiej interpretacji miał mocno kremowo-maślany smak, co nieco odbiegało od mojego wyobrażenia o mocno zgrillowanej ośmiornicy a la Mykonos. Niemniej jednak, danie okazało się poezją dla podniebienia i z pewnością zasługuje na wysokie noty i wyróżnienie. Następnie – tradycyjnie – trafiliśmy do Momo, gdzie otrzymaliśmy sporych rozmiarów krewetki wraz z ciecierzycą, papryką, chorizo i botwiną. Ten ostatni dodatek pod względem estetycznym uważam za doskonały pomysł na dekorację i cieszę się, że roślina ta przeżywa obecnie swoisty renesans wśród polskich szefów kuchni. Smakowo również – tradycyjnie – Momo nie zawiodło. Trzeci nasz wybór padł na Lavendę, która to okazała się faworytem gości i ostatecznie wygrała cały konkurs. Nie jestem zwolennikiem risotto, więc dwie poprzednie propozycje podeszły mi lepiej, natomiast przegrzebek był taki jaki powinien być: mięsisty, delikatny i delikatnie przypieczony. Dodatki w postaci groszku cukrowego czy sadzonego jajka przepiórczego stanowiły ciekawe uzupełnienie i wprowadzały dodatkowe nuty. Brawo. Niestety, podczas prezentacji wyników i zwycięskich dań niektóre przegrzebki okazały się stanowczo przesolone, w tym mój – błąd w sztuce. Zdarza się. Zajechaliśmy również do Saute, którego największym problemem jest lokalizacja – niby blisko centrum i Ronda Śródka, ale jednak na peryferiach. Tu zaserwowano nam policzki wieprzowe w akompaniamencie fondantu ziemniaczanego. Smakowało nieźle, gdyż policzki uwielbiam, ale muszę napisać kilka gorzkich słów o samej koncepcji. Gotowane czy pieczone ziemniaki są dla mnie swoistym memem kulturowym – synonimem januszady – pewnego zachowania a la inżynier Mamoń z filmu Rejs. Ziemniaki z mielonym/schabowym i mizerią, jedzone dzień w dzień na talerzu z duraleksu w moim mózgu zakodowane zostały jako coś, z czym trzeba walczyć. Coś, co przeczy wszystkiemu, co cenię w kuchni. Symbolizują zwykłość, przeciętność, brak woli poznawania nowego. Tu mieliśmy kontrast: policzki – mimo że podroby, to jednak rzadko jedzone na co dzień, a więc ciekawe – i ziemniaki – ucieleśnienie nieciekawości. Mało jest rzeczy, których nie lubię jeść, natomiast te skrobiowe potwory przypominające o nudzie dnia codziennego należą właśnie do tego grona. Do Papierówki nie poszliśmy, gdyż wciąż pamiętam tego źle wysmażonego steka, ale może w końcu się przełamię i dam im szansę kolejny raz…

Zwycięzcą Kawa Festival została również Lavenda, jednak – jak wiecie – za deserami nie przepadam, więc mogę jedynie napisać tyle, że kciuk do góry za to, iż zaproponowana pozycja nie była mocno przesłodzona, choć niektórzy odnieśli takie wrażenie. Nie mieliśmy tu do czynienia co prawda ze zwiewnym owocowo-ziołowym muśnięciem podniebienia, ale do ekstremów słodkości pokroju turecko-arabskich deserów na pewno propozycji Lavendy trochę brakowało. I dobrze.

12528727_1217625258266827_1794139145_o

Świńskie Uszy – miejsce uroczystego ogłoszenia wyników – to nowe miejsce na kulinarnej mapie Poznania. Dysponuje ono dwoma poziomami: restauracyjną górą i klubowo-barowym dołem. Lokal ma duży potencjał, zwłaszcza, że prowadzony jest przez człowieka doświadczonego na lokalnym rynku – Krzysztofa Hellera odpowiedzialnego za sukces Goko Sushi. Ciekawa jest koncepcja braku stałego menu. Zamiast niezmiennej karty dań, mamy cztery kategorie cenowe i w każdej z nich różne ciekawostki przygotowane przez kuchnię danego dnia. Pomysł popieram, gdyż uwielbiam nowości i ciekawostki, a gardzę sztampą i rutyną. Pytanie – czy poznański rynek to kupi? Mam nadzieję, że tak. Restauracja zrezygnowała też z prowadzenia oficjalnego konta na Facebooku i cały ruch social media chce skanalizować na Instagramie. Podczas kolacji uraczeni zostaliśmy makrelą w asyście malinowego kuskusu. Pierwszy raz jadłem takie połączenie i to już sprawia, że jestem zadowolony z takiego wyboru kuchni. Nie mam zastrzeżeń co do efektu tego eksperymentu – smakowało pysznie i dobrze łączyło się w całość. Warto eksperymentować, warto szukać. Życie jest za krótkie, by zamykać się w swojej ciasnej strefie komfortu.

Kolejna edycja Culinary Fest odbędzie się 23-29 maja pod hasłem Sekret, zaś Kawa Festiwal 4-10 kwietnia pod kuszącym mnie mocno sloganem – Bezmlecznie. Jestem bardzo ciekawy, co tym razem wymyślą uczestnicy. Zapowiada się smakowicie.

Konkursy, laureaci i festiwal pyszności

Browar Golem zaprasza na premierę Dybuka!

Czasem bywa tak, że człowiek po prostu postanawia realizować swoje marzenia. Przestaje się bać, myśleć negatywnie i po prostu to robi. Przezwycięża strach. Wychodzi ze strefy komfortu. Wówczas może wszystko. Jesteśmy młodzi, zdrowi, mamy rodzinę, przyjaciół i trochę pieniędzy – i nie mamy zamiaru za to przepraszać. Mamy zamiar to wykorzystać. Nic nie stoi na przeszkodzie temu, byśmy kiedyś stali się najlepsi na świecie. Nie zdarzy się to od razu. Być może nie stanie się to nigdy, ale próbować -zawsze warto. Krok po kroku – ucząc się na własnych i cudzych błędach – trzeba pokonywać kolejne przeszkody i przekraczać granice. Trzymać miecz wysoko podniesiony do góry, nie poddawać się i iść prosto w ogień przeznaczenia. Ku chwale kraftowej rewolucji! Dawać ludziom świetne piwo, przekonywać, że warto chcieć więcej, mocniej, bardziej. Dążyć do tego, by każdy człowiek miał alternatywę dla bezsmakowego jasnego eurolagera z międzynarodowej korporacji. Dziś ruszamy w bój. Niech zwycięża dobre piwo! Niech ginie koncernowy eurolager!

O co w tym wszystkim chodzi?

Otóż, wraz z Michałem Kamińskim i Sebastianem Łęszczakiem – dwoma piwowarami domowymi z Poznania – postanowiliśmy powołać do życia inicjatywę kontraktową o nazwie Browar Golem. Dziś, 12 grudnia, o godzinie 20:00 w pubie Setka przy ul. Św. Marcin 8 w Poznaniu odbędzie się uroczysta premiera naszego pierwszego piwa. Dybuk to żytni porter, uwarzony z dodatkiem łuski kakaowej i… soli. Zawiera on 6,5% alkoholu, a jego ekstrakt wynosi 16 stopni Plato. W chwili, gdy to piszę, wszystkie kegi z naszym piwem już zostały sprzedane do pubów i hurtowni, podobnie jak 3/4 butelek. Dybuka możecie znaleźć w wielu miastach Polski, ze szczególnym akcentem położnym na te, które wiodą prym w piwnej rewolucji. Jeśli chodzi o sklepy, to możliwe jest, iż nasze debiutanckie piwo znajdziecie także w innych miejscach – o ile zamówiły butelki z jednej ze współpracujących z nami hurtowni. Mapkę dostępności możecie znaleźć na naszym fanpage.

Geneza nazwy i pomysł

12063877_1499227500371278_6686702008672625765_n.png

Poszukując nazwy naszego browaru, chcieliśmy, by nawiązywała ona w jakiś sposób do Poznania, w którym aktualnie mieszkamy, ale także nie była zbyt oczywistym skojarzeniem. Poza tym, chcieliśmy wzbudzić lekkie kontrowersje. Postać Golema związana jest nierozerwalnie z Jehudą Löw ben Becalelem – poznańskim, a później praskim rabinem, który według legendy utworzył ją z gliny, by bronić się przed antysemickimi atakami w czeskiej stolicy. Nawiązanie do kultury żydowskiej w kraju, gdzie często nie patrzy się na to dziedzictwo przychylnym okiem, spełniło swoją rolę. Bardzo ucieszyły mnie komentarze jednego z użytkowników YouTube, gdy pod recenzją Tomka Kopyry dał upust swojemu antysemityzmowi. Właśnie o to nam chodziło. Zatańczył dokładnie tak, jak mu zagraliśmy. Przynęta została złapana. Nie ukrywam, że chcemy prowokować różne środowiska, grać na stereotypach, burzyć pomniki i gwałcić społeczne tabu. Nazwa pierwszego piwa – Dybuk – to również nawiązanie do folkloru żydowskiego, przez co niektórzy od razu pomyśleli, że skoro browar i debiut nawiązują do tej kultury, to i następne piwa również takie będą. Otóż jeszcze was zaskoczymy. Nie będzie tak prosto i oczywiście. Dybuk to zbłąkana grzeszna dusza, która szuka człowieka, do którego może przylgnąć, zmieniając jej normalne zachowanie i przejmując nad nim kontrolę. Zgodnie z barwą piwa, ciemne trunki nazywać chcemy w sposób szeroko mówiąc demoniczny, a jasne – w anielski. Dziś Dybuk przylgnie do wielu z was. Miejmy nadzieję, że wasza wspólna sensoryczna podróż będzie przyjemna.

Jaki jest Dybuk?

12311082_1506990586261636_7311403130136984446_n.png

Do produkcji Dybuka użyliśmy pięciu słodów: pale ale, żytniego (30%), czekoladowego, karmelowego i barwiącego, chmielu Magnum, łuski kakaowca, soli i amerykańskich drożdży. Spory dodatek żyta nadał mu oleistej konsystencji i gładkiej faktury. W połączeniu z niskim wysyceniem dwutlenkiem węgla, piwo jest bardzo pijalne i tworzy aksamitny film na języku. Połączenie słodu czekoladowego, łuski kakaowca, całkiem sporej chmielowej goryczki i soli nadało Dybukowi mocno czekoladowy charakter, porównywalny z jedzeniem gorzkiej czekolady. Próg wyczuwalności soli każdy ma inny, więc dla jednego degustatora będzie ona jedynie intensyfikować słodycz (spróbujcie kiedyś wypić espresso z odrobiną soli), a dla innego rzeczywiście nada słony charakter. Dybuk nie jest piwem jednowymiarowym i – jak już pokazały pierwsze relacje – każdy odbiera go nieco inaczej. Wszyscy mamy bowiem inaczej rozwiniętą wyczuwalność niektórych smaków. Podsumowując, Dybuk to nisko wysycone ciemne piwo, o profilu wyraźnie czekoladowym, z oleistą, gładką teksturą, okraszone ciekawymi dodatkami i goryczką o średnio-wysokiej intensywności w odniesieniu do stylu. Nasz debiut oceniamy pozytywnie. Wiemy, co należy poprawić w następnej warce – i tak też uczynimy. Będziemy się rozwijać, uczyć na błędach i stawać się coraz lepsi. Jeśli chcesz być najlepszy, musisz myśleć tak, jak najlepsi.

Zaproszenie

Jpeg

Jeśli chcesz spróbować Dybuka, zapraszamy dziś (sobota, 12 grudnia) o godzinie 20:00 do pubu Setka przy ul. Św. Marcin 8 w Poznaniu. Oprócz samego piwa przygotowaliśmy inne atrakcje: będzie można nabyć nasze koszulki, wziąć udział w konkursie, a także spróbować food pairingu, jaki własnoręcznie przygotowałem. Jeśli jeszcze nie korzystacie ze znakomitej aplikacji Uber, umożliwiającej podróże po mieście prywatnymi samochodami i wpisującej się w trend peer-2-peer economy, możecie dojechać na naszą imprezę za darmo. Wystarczy ściągnąć apkę i przy rejestracji wpisać kod GOLEMDYBUK. Dzięki temu zyskacie jeden darmowy przejazd.

Jeśli zaś jesteście z Bydgoszczy, wpadnijcie jutro do pubu Prolog 9 przy ul. Pod Blankami 13 / Długiej 18. Tam także będziemy razem z wami.

Nasze piwo poleje się także w wielu miejscach w całej Polsce, a mapkę dostępności znajdziecie na naszym fanpage.

Do zobaczenia i smacznego!

Browar Golem zaprasza na premierę Dybuka!

X Culinary Fest – Bajkowa Kuchnia

X Poznań Culinary Fest zakończył się wraz z ostatnią niedzielą, więc czas na małe podsumowanie. Tym razem byliśmy w wielu miejscach i odczucia mamy… różne – od bardzo pozytywnych, do zupełnie kiepskich. Które restauracje sprostały wyzwaniu, a które jeszcze muszą sporo się nauczyć? O tym w dalszym ciągu tego wpisu. Spoza głównego festiwalowego nurtu, niestety przełożone zostały warsztaty kulinarne z Gault&Millau, a na degustację win w Concordia Design nie mogłem dotrzeć. Skupmy się więc na samym menu proponowanym przez uczestników imprezy. Tematem przewodnim tej edycji była Bajkowa Kuchnia i każdy z szefów kuchni miał przygotować przystawkę oraz danie główne wpisujące się w temat. Do tego wszystkiego Faktoria Win A La Carte przygotowała wine pairing.

 

U Myśliwych

Dom Łowiecki na Libelta to miejsce, które kojarzy mi się znakomicie. Wszak dziczyzna to nie tylko historia tej ziemi, ale i przede wszystkim świetny smak. Nasza pierwsza wizyta U Myśliwych – na schabie z dzika – była średnia. Mięso okazało się twarde i mało bogate w smaku. Tym razem szef kuchni spisał się dużo lepiej. Przystawka w postaci carpaccio z jelenia trafiłaby w gusta najwybredniejszych degustatorów, a dodatek rozmarynu do próbowanego po raz pierwszy w życiu przeze mnie łosia przypomniał mi, dlaczego tak lubię to zioło. Akcent humorystyczny stanowiło towarzystwo przy sąsiednim stoliku, które zdegustowane było wielkością porcji. Chyba nie za bardzo zrozumieli, o co chodzi w tastingu. Na minus zaś na pewno można ocenić brak standów Faktorii i formularzy do oceny – jakby restauracja nie była zainteresowana festiwalem. Ocena: 7/10

 Firlejka

Przy Placu Kolegiackim, w miejscu dawnej Piwnicy Farnej, mieści się restauracja Firlejka. Wcześniej nie było nam dane tam zajrzeć, a – jak się okazało – potrafią całkiem nieźle gotować. Moja Ukochana przystawkę w postaci consomme z kaczki uznała za jedną z lepszych w przeciągu całego tygodnia, a ja byłem pod wrażeniem wizualnego przygotowania dania głównego – zaczarowanego ogrodu z boczkiem sous vide w roli głównej. Zarówno starannie dobrane warzywa, jak i samo mięso spełniło wszelkie oczekiwania mojego wymagającego podniebienia. Za food desgin należy się Firlejce medal. Ocena: 8/10

 Bazar 1838

Do Bazaru chcieliśmy przyjść już podczas imprezy Poznań Za Pół Ceny, jednak kolejki skutecznie nas odstraszyły. Tym razem nie było z nimi problemu i mogliśmy w końcu spróbować kuchni tego legendarnego miejsca. Jako przystawka wjechała zupa porowo-ziemniaczana z poszetowanym jajkiem. W tym przypadku po raz kolejny wielce pozytywnie zaskoczona była Moja Druga Połowa. Dla mnie konsystencja jajka w połączeniu z zupą – niestety – nie zachęcała do konsumpcji. Smakowo zupa wypadła całkiem dobrze, ale jakoś to jajko mi nie pasowało. Co innego w daniu głównym – tu potrawka z fasoli w połączeniu z pieczonym boczkiem osiągnęła coś, co w przypadku degustacyjnych, festiwalowych porcji, jest nieziemsko trudne to zrobienia: była sycąca. Autentycznie można było się tym najeść – a do tego smakowało świetnie! Minus za brak formularzy do ocen. Ocena: 7/10

 

Bistro La Cocotte

Tu również ostatnio nie weszliśmy przez kolejkę. Wnętrze rzeczywiście nie jest restauracyjne, a bardziej bistrowe – co dobrze odzwierciedla nazwę miejsca. Przystawka w postaci cod accras dobrze parowałaby się z jasnym piwem – solidne rybne kawałki ze smacznym sosem, ale bez fajerwerków. Danie główne to królik w czerwonym winie z powidłami. W tym przypadku musiało dojść do przekroczenia granic strefy komfortu, gdyż Justyna króliki traktowała zawsze jako zwierzęta domowe, a nie jako jedzenie. Na szczęście udało się nam zjeść to danie bezproblemowo. Gęsta konsystencja dodatków stanowiła świetną kontrę dla delikatnego króliczego mięsa. Ocena: 6/10

 Gorąca Patelnia

P_20151125_163900.jpg

Trafiłem tam przypadkiem, w przerwie między jedną pracą, a drugą. Niestety, w porównaniu z innymi restauracjami, propozycja Gorącej Patelni wyglądała po prostu biednie, a smakowała jałowo. Grzanka z oliwkami i papryka faszerowana nieprzyprawionym kurczakiem, to stanowczo za mało, by pretendować do miana bajkowej kuchni. Ocena: 3/10

 Avocado

Obok Serca Jeżyc przechodzę praktycznie codziennie, ale do Avocado zaszliśmy pierwszy raz w życiu. Jak się okazało – była to wizyta udana. Siedmiomilowy las, czyli wonton z podgrzybkiem w akompaniamencie szczawiowego biszkoptu (przypominał rafę koralową) i żelu z herbaty oraz plastra miodu (mega słodki), zapowiedział danie główne w godny sposób, choć może ten ultrasłodki miód można było sobie darować. Jako gwóźdź programu otrzymaliśmy szarpaną wołowinę z kwaśnym, pomidorowym sosem oraz makaronem z miętą. Można to nazwać wciągnięciem tradycyjnego bolognese na o wiele wyższy poziom. Mi smakowało, a Justyna uznała to za najlepsze danie festiwalu. Brawo. Ocena: 8/10

 Drukarnia – Skład Chleba i Wina

To miejsce zawsze nas zastanawiało. Kiedy byśmy obok nie przechodzili, zawsze w środku jest pełno ludzi. Do tego te wszystkie pozytywne recenzje. Trzeba było spróbować! Oprócz festiwalowego menu zakupiłem świetny żytni chleb z miodem i słonecznikiem, którego wszystkie poznańskie piekarnie mogą Drukarni pozazdrościć. Co do samej imprezy, to w przystawce przepyszne było mięso, ale już połączenie ze słodkimi kruchymi ciastkami i żelem niekoniecznie trafiło w moje gusta. Danie główne natomiast z pewnością ma szansę wygrać X Culinary Fest – Bajkowa Kuchnia w kategorii food design. Wystarczy spojrzeć! Smakowo także nie zawiedli. Zielony sos bardzo przyjemnie łączył się z łososiem, a dodatek w postaci mojego ulubionego rokitnika, grzybów i marchwi stanowił świetny twist. Ocena: 8/10

 MOMO love at first bite

Z Momo mam ten problem, że nie mogę oglądać ich zdjęć. Nie mogę, bo są tak foodpornowe, że mam ochotę zjeść wszystko. Nie wiem, kto jest fotografem restauracji, ale powinien dostać solidną podwyżkę. Najpierw na stół wjechał krem z dyni z mleczkiem kokosowym, imbirem, rydzami i ośmiorniczką. Grzybowych nut tu za dużo nie było, ale jako całość danie smakowało wyśmienicie. Ośmiorniczka okazała się dobrym wstępem do bohatera wieczoru, czyli kalmara, podanego w towarzystwie chorizo, cukinii, szpinaku i konfitury z pomidorów. Znów – podobnie jak w Avocado – pomidorowy dodatek świetnie dopełniał mięso. Momo jak zawsze nie zawodzi – i tym razem także wyszliśmy zadowoleni. Ocena: 9/10

 

Festiwal uznaję za bardzo udany. Większość odwiedzonych miejsc zaskoczyła pozytywnie lub potwierdziła swą klasę. Wino – bo o nim jeszcze nie pisałem – zazwyczaj pasowało i smakowało. W jednym tylko przypadku było na mój gust zbyt siarkowe. Culinary Fest rozwija się prężnie, pozyskuje nowych partnerów i zaskakuje kreatywnymi rozwiązaniami. Oby tak dalej! Nie mogę też nie wspomnieć o tym, o czym już pisałem na Facebooku – mianowicie o podszywaniu się innego festiwalu pod Culinary Fest. Żeby nie robić mu reklamy, nie będę pisał, o kogo chodzi. Gdyby Was to ciekawiło, zapraszam na Facebooka.

 

Po zakończeniu festiwalu udaliśmy się jeszcze do Someplace Else, do hotelu Sheraton, na ostatni dzień imprezy pod nazwą Steak by Steak. Piszę o tym, gdyż steki uwielbiam, a tam – niestety – dostaliśmy sam tłuszcz i mało co mięsa, płacąc krocie. W Poznaniu jadłem zdecydowanie lepszy antrykot i lepszy rostbef – choćby U Rzeźników, w Cammero czy w Czerwonej Papryce. Być może te kawałki mięsa z najwyższej półki rzeczywiście urywały co nieco, ale polska wołowina zaserwowana nam w Sheratonie wołała o pomstę do nieba. Wstyd.

 

 

 

 

 

 

X Culinary Fest – Bajkowa Kuchnia