7 grup smakowych piwa + zaproszenie na Poznańskie Targi Piwne

Ale ja nie lubię piwa! – słyszeliście to pewnie nieraz, gdy próbowaliście zachęcić mało piwnego znajomego lub znajomą do spróbowania swojego nowego ulubionego rzemieślniczego trunku. Doświadczenie pokazuje mi jednak, iż bardzo wiele takich osób ze słowem piwo kojarzy jedynie jasnego lagera, i to takiego masowej, korporacyjnej produkcji. Zwykle zdarza się, że taka osoba poza tym próbowała co najwyżej piwa pszenicznego, a może nawet kiedyś w jej ręce wpadł porter bałtycki. Przy dostępnej gamie stylów piwa taka liczba na pewno nie robi wrażenia. O ile jestem świadom, że są nieliczni, którzy w ogóle alkoholu nie piją oraz ci, którzy rzeczywiście próbowali wielu różnych piw i żadne im nie zasmakowało, to jednak śmiało wysuwam tezę, że większość piwo może lubić, tylko jeszcze o tym nie wie. A konkretnie – jeszcze nie miała okazji spróbować takiego, które trafiałoby w ich gusta. To tworzy swoiste wyzwanie dla piwnych geeków, stojących w awangardzie rewolucji – zaprezentować, doradzić, pomóc – ale też nie zmuszać. Każdy człowiek ma inne potrzeby, a ten krótki poradnik pomóc ma tym, którzy wyrażają chęć poznania czegoś nowego oraz ich przewodnikom po świecie piw rzemieślniczych. Okazja do napisania tego tekstu jest bardzo dobra, gdyż już jutro zaczynają się Poznańskie Targi Piwne. Korzystając z tej okazji, przy omówieniu każdej grupy smakowej, postaram się dobrać i polecić konkretne piwo dostępne podczas tegorocznej edycji imprezy.

targi.png
Źródło: Poznańskie Targi Piwne

 

Kluczową sprawą w piwnej edukacji jest chęć poszerzenia strefy komfortu, a także niezatracenie młodzieńczego głodu poszukiwania czegoś nowego w tym świecie. Przecież jest cudowny, wielobarwny, zróżnicowany. To właśnie w jego heterogeniczności kryje się prawdziwe piękno, a nie w monotonnym powtarzaniu tego samego każdego dnia. Nie w tym, co znane, ale w tym, co nieznane. Jak śpiewał Tomek Żółtko, dziwne jest piękne – wciąż twierdzę tak, gorsząc dewotów. Inność jest wartością, którą cennie jest oswoić, by móc eksplorować kolejne obcości ad infinitum. Wśród znajomych nawet wprowadziłem do języka potocznego pojęcie pożeracza schabowego z mizerią na duraleksie (nb: nie ma nic złego w tradycyjnej kuchni, chodzi o podejście w stylu – to znam i tylko to jem/piję/akceptuję). Swoją drogą – przydałoby się jakieś chwytliwe, jednowyrazowe określenie. Pomożecie? Na pewno znacie takich ludzi. Piwo istnieje dla nich tylko po to, by się nawalić lub zaspokoić pragnienie w upalny dzień, jedzenie po to, by zaspokoić głód i mieć energię do pracy, a wakacje spędzają piętnasty raz w identycznym hotelu all-inclusive z przygotowanymi atrakcjami dla turystów, aby broń Boże żaden obcy element nie zakłócił ich strachliwego jestestwa, ani by sami nie musieli niczego nowego przeżywać. Boją się. Tkwią wygodnie w swojej ciasnej strefie komfortu. To też tworzy uprzedzenia, nieufność oraz niechęć do obcych – tak smaków, wrażeń, jak i ludzi. Ciągle to samo i tak samo. Nudna i zabijająca chęć życia rutyna. Emocje i zmysły wyłączone – tylko potrzeby podstawowe, celebracja przyzwyczajeń, mentalna starość, śmierć młodzieńczego zapału i ciekawości. I w tym krajobrazie beznadziejności nagle pojawiamy się my – rewolucjoniści – serwując im imperialnego stouta wędzonego na owczej kupie, sparowanego z tatarem z penisa łosia i miskę prażonych mączników młynarków jako przekąskę. Pokazujemy, że można – i że warto – chcieć od życia coś więcej. Obiecuję, że do tego tematu jeszcze wrócę, bo jest moim zdaniem bardzo ciekawy i wymaga dłuższej analizy, jednak dziś skupię się na grupach smakowych piwa, które mogą niejako nakierować na właściwe style raczkujących adeptów kraftu. Nie jest to w żaden sposób mój autorski podział, ani nic odkrywczego dla osób, które już w świecie piwnym od dłuższego czasu się poruszają, jednak może pomóc on zarówno mało doświadczonym rewolucjonistom w piwnej ewangelizacji znajomych, jak i laikom chcącym zgłębić temat. Autor koncepcji grup smakowych – Greg Engert – piwny sommelier, piwowar, ambasador kraftu i restaurator – podzielił piwa na: orzeźwiające, chmielowe, słodowe, palone, wędzone, owocowo-przyprawowe i cierpkie.

11825567_413222022135757_9206263445953118493_n.jpg

Źródło: Browar Artezan

 

Piwa orzeźwiające to najpopularniejsza grupa na rynku, stanowiąca, myślę, ponad 90% ogólnej światowej produkcji. To do niej zaliczymy większość asortymentu osiedlowych sklepów, marketów, a także browarów lubujących się w klasyce. Napoje z tej grupy mają przede wszystkim oferować czysty, orzeźwiający, nienachalny profil smakowy. W większości nie są ani zbyt mocne, ani nie posiadają zbyt wiele ciała. Ich barwa zazwyczaj oscyluje od słomkowej do jasnobursztynowej. Osoby głęboko tkwiące w strefie komfortu i niechcące od razu rzucać się na głęboką wodę, mogą zacząć choćby od delikatnie owocowego estrowego profilu American blond ale czy American wheat, zachowujące przy tym cechy trunku najważniejsze dla piwosza o klasycznym guście. Z kolei komuś poszukującemu nut ciasteczkowych, chlebowych czy tostowych – lepiej polecić piwo dolnej fermentacji typu lager wiedeński, helles czy mocniejsze, charakteryzujące się bogatą słodową pełnią, marcowe. Osobom pragnącym nieco większej goryczki czy ziołowo-ziemistego charakteru europejskiego chmielu, warto zaserwować porządnego pilsa (tu bardzo łatwo o przekłamanie, gdyż wiele kiepskich koncernowych eurolagerów mieni się pilsami) czy – tu już bardziej rewolucyjnie – India pale lager, czyli piwo dolnej fermentacji, zachowujące czysty profil, ale już z użyciem amerykańskiego chmielu, dającego nuty cytrusowe, tropikalne czy żywiczne. Pierwsza z opisywanych grup jest najmniej ciekawa dla piwnego świra i rewolucjonisty, jednak może stanowić najbezpieczniejszą opcję dla osób głęboko zakorzenionych w tradycji. Zauważyłem, że wśród osób, które spędziły sporo czasu w Niemczech (np. jako gastarbeiterzy) to właśnie orzeźwiające piwa zyskują najlepsze oceny. A co do takiego piwa podać? Doskonale łączy się z nim drób, mięczaki, sezonowe warzywa i owoce czy sushi. Świetnym połączeniem na wiosnę może być sałatka z nowalijek spożywana na świeżym powietrzu przy akompaniamencie mocno chmielonego niemieckiego pilsa. Pycha!

Propozycje targowe: Artezan – Cymbopogon, Beer Bros – Pierwsza prosta, Browar Stu Mostów – WRCLW Pils

885586_545315015617352_3489503978230048356_o.jpg

Źródło: Browar Trzech Kumpli

 

Drugą grupę stanowią piwa o zdecydowanie chmielowym charakterze, w których pierwsze skrzypce mają grać nuty pochodzące z różnych odmian tej rośliny, stanowiącej – wbrew powszechnej opinii – jedynie przyprawę do piwa. Poza walorami aromatycznymi, piwa z tej grupy charakteryzować się będą intensywną goryczką, a także nieco większym ciałem i ciut ciemniejszym kolorem niż te z pierwszej kategorii. Nie są to oczywiście złote zasady, gdyż zawsze można znaleźć wyjątki, np. w postaci ultrajasnego, bardzo wytrawnego IPA z zachodniego wybrzeża USA. Aromat chmielowy w świecie rewolucyjnym jest tak różnoraki, że naprawdę każdy może znaleźć coś dla siebie. Od szlachetnych, kultywowanych od lat odmian europejskich, dających nuty ziemiste, ziołowe, kwiatowe, lekko drewniane czy tytoniowe, przez pionierów rewolucji – czyli mocno grejpfrutowe, cytrusowe, tropikalne i leśne odmiany amerykańskie – aż po post-rewolucyjne eksperymentalne efemerydy, dające tak odległe od klasyki wrażenia sensoryczne jak melon, liczi, cebula czy… nafta. Chcąc poznać cały przekrój, najlepiej spróbować klasycznego angielskiego bittera, w którym użyto brytyjskiego chmielu, następnie dać szansę piwu z solidną podbudową słodową, która kontruje goryczkę i dodaje złożoności, jak np. American barleywine, by w końcu trafić na symbol piwnej rewolucji, czyli wytrawne, ultragoryczkowe, uderzające z siłą bomby atomowej w nozdrza cytrusem i sosną American IPA – najlepiej świeże i zza oceanu. Trzeba tu jednak mieć się na baczności, gdyż łatwo trafić na minę. W dzisiejszych czasach jest to najpopularniejszy styl warzony przez browary rzemieślnicze, więc zamiast superchmielowej bomby, można otrzymać przeciętny, karmelowy egzemplarz o znikomym profilu chmielowym. Warto też sięgnąć po nieco mniej goryczkowe i bardziej sesyjne American pale ale, a także mocniejsze double/imperial IPA. Kolejnym krokiem będzie już próbowanie eksperymentalnych odmian chmielu oraz stylów hybrydowych, jak Belgian IPA, black IPA, wild IPA czy smoked IPA. Co do food pairingu, to ucztę mogą tu mieć wielbiciele zdecydowanych smaków: ostre, dojrzewające sery, burgery, dziczyzna czy steki to pierwsza myśl, jaka się mi nasuwa. Idealnym połączeniem wydaje się świeżutkie American IPA z małego browaru z zachodniego wybrzeża USA, pite do krwistego steku z polędwicy wołowej. Mimo późnej pory – zrobiłem się głodny.

Propozycje targowe: Browar Setka/Browar Jana – Ardeny’44, Artezan – Preparat, Trzech Kumpli – Pan IPAni, Pracownia Piwa – Dwa Smoki, Artezan – Mera IPA

ROBD_4-pack_mockup-410.png

Źródło: Smuttynose

 

Kolejny zestaw piwnych stylów to te, które na pierwszym planie stawiają stronę słodową. Napoje z tej grupy charakteryzują się nutami orzechów, toffi, karmelu, a także ciasteczek, tostów czy chleba, a ich barwa oscyluje wokół miedziano-brązowej. Propozycje podkreślające tostowe, ciasteczkowe, chlebowe i orzechowe nuty to np. dark mild, dunkel lager, brown ale, altbier czy doppelbock, który jest zdecydowanie najmocniejszy z tego zestawu, a do tego charakteryzuje się sporą zawartością melanoidyn, czyli związków powstałych w wyniku połączenia cukrów i aminokwasów, przywodzących aromatycznie na myśl przypieczoną skórkę od chleba czy mocno zbrązowioną wierzchnią warstwę steku. Przy ciemniejszych i mocniejszych piwach z tej kategorii, można wyczuć też nuty suszonych owoców, rodzynek czy fig. Do tej samej kategorii można zaklasyfikować trunki ukazujące mocno owocową stronę słodową, w postaci dojrzałych jabłek, śliwek, czy wspomnianych suszonych fig, rodzynek, a także moreli, daktyli czy nawet pumpernikla oraz te z mocnymi akcentami toffi i karmelu. Do tej podgrupy zaliczymy brytyjskie style, takie jak Scottish ale, wee heavy, Irish red ale czy English barleywine, ale także ukazujące unikatowy charakter belgijskich drożdży Belgian pale ale. Tego typu piwa pijemy raczej do potraw o zdecydowanym, lecz nie przesadnie, smaku, najlepiej nieco oddalonym od słodkiego, by podkreślić kontrast. Dobra wędlina, pleśniowe sery czy nawet prawdziwa włoska pizza może być świetnym pairingiem dla opisywanej grupy.

Propozycje targowe: Smuttynose – Really Old Brown Dog Ale, Beer Bros – Fenegryka Ale

11223565_1218039334889874_940764274527259622_o.jpg

Źródło: Browar Kingpin

 

Piwa palone to kategoria, która może zarówno zaciekawić, jak i odrzucić nowicjusza. Z jednej strony mamy tu bowiem tak mainstreamowe style jak dry stout (a przecież każdy słyszał o Guinnessie, a i większość piła), a z drugiej stouty imperialne, czyli piwa bardzo mocne, złożone, palone, pełne, a do tego często posiadające nuty pochodzące z beczek dębowych, w których nierzadko leżakują. Wszystkie te piwa mają raczej ciemną barwę, natomiast występują zarówno w wersji wytrawnej, jak i pełnej. Delikatniejsze style, dające jedynie palone tło, trochę zbożowej kawy, orzechów i mlecznej czekolady, to np. schwarzbier, foreign extra stout czy klasyczny, zniewalający czekoladą, kawą i suszonymi owocami porter bałtycki . Jeśli chcemy spróbować czegoś o bardziej aksamitnej teksturze, osadzającej się na języku niczym krem lub olej, warto sięgnąć po oatmeal stout, w którym zastosowano niesłodowane płatki owsiane w celu uzyskania opisywanego odczucia w ustach. Chcąc zaś przekonać do ciekawego piwa osobę lubującą się w słodyczach, można zaproponować jej milk stout, czyli piwo z dodatkiem niefermentowalnej (a więc pozostawiającej słodycz) laktozy. Należy przy tym pamiętać, iż laktoza jest silnym alergenem, więc upewnijmy się, że osoba pijąca milk stouta nie jest na nią uczulona. Bardziej złożone i zdecydowane smaki poznamy próbując takich stylów jak American brown ale, American stout czy imperial stout. Zwłaszcza piwa określane tym ostatnim mianem warte są uwagi każdego degustatora. Dość powiedzieć, że na popularnych portalach z recenzjami i ocenami piw, takich jak RateBeer czy Beer Advocate, w czołówce rankingu większość piw to właśnie imperialne stouty. Dzieje się tak dlatego, że są to piwa najbardziej złożone, najbardziej bogate aromatycznie i smakowo, dające coś, co degustatorzy nazywają beergasmem, czyli orgazmem (sensorycznym) poprzez piwo. Najlepsze z najlepszych propozycji poddawane są długotrwałemu leżakowaniu w dębowych beczkach po destylatach, przejmując od nich zarówno wanilinę z drewna, jak i cechy trunku, który wcześniej przebywał w tym samym lokum. Zapewniam Was, że nie ma nic lepszego, niż imperialny stout długo leżakowany w beczce po dobrej, torfowej whisky. Takie warte są każdej ceny. Do lżejszych propozycji z tej kategorii można zjeść dobrze przyrządzonego kurczaka lub owoce morza, do słodszych ciekawy deser przełamany np. kwaśną śmietaną lub owocami, a do najcięższych zawodników mocno spieczoną na grillu wieprzowinę, żeberka, karmelizowany bekon lub dżem z boczku. Teraz dopiero zrobiłem się głodny…

Propozycje targowe: Kingpin – Turbo Geezer, Pinta – Lublin To Dublin 2015, Kraftwerk/Wąsosz – This Is Kraft Bitch, Podgórz – 652 m n.p.m., Birbant – Russian Imperial Stout Barrel Aged, Bednary/Centrala Piwna – Saint Satanislav, Artezan – Samiec Alfa Barrel Aged, Pracownia Piwa – Mr Hard Rock’s

12248221_908017399266462_1270059005931990525_o.jpg

Źródło: Browar PINTA

 

Idąc w jeszcze trudniejsze dla nowicjuszy aromaty, nie można zapomnieć o piwach wędzonych – czyli takich, w których użyto słodu poddanego wcześniej działaniu dymu. Zależnie od jego źródła, może on wnieść przeróżne aromaty, od ogniska, przez szynkę i oscypek, po palone kable, lizol i zużyte bandaże. Piwa mogą nabierać także aromatów wędzonych poprzez długotrwałe leżakowanie w beczkach po destylatach, w których produkcji użyto słodów wędzonych (np. szkocka whisky z wyspy Islay). Mimo że połączenie takich wrażeń zmysłowych z piwem na pierwszy rzut oka wygląda dość dziwacznie, to doświadczenie pokazuje mi, że często trafiają one do ludzi, którzy nie przepadają za piwem. Moja Ukochana, na przykład, piwa nie lubi, ale dobrą wędzonką nie pogardzi. Poza klasycznym niemieckim rauchbierem, właśnie do piw wędzonych zalicza się rdzennie polski styl – piwo grodziskie – lekki pszeniczny trunek z bazą słodową dymioną drewnem dębowym. Jakie jedzenie pasuje do tej grupy? Dobra, długo dojrzewająca kiełbasa, szynka wieprzowa, dziczyzna czy wędzony halibut na pewno stanie się znakomitym dopełnieniem smakowitego akordu.

Propozycje targowe: Pinta – Jak w dym, Browar z Grodziska – Piwo grodziskie, AleBrowar – Smoky Joe

12184068_1671490323069180_6991543921197618375_o.jpg

Źródło: Browar Profesja

 

Szósta kategoria smakowa to piwa o charakterze owocowym i przyprawowym. Tu należy od razu zaznaczyć, że nie są to trunki z dodatkiem syropu owocowego, a przyprawowość zazwyczaj pochodzi ze związków chemicznych produkowanych przez specjalne szczepy drożdży. Piwa z tej grupy możemy śmiało polecić ludziom, którzy twierdzą, że piwo jest dla nich za gorzkie. Wynika to z faktu, że nadmierna goryczka wysuwałaby się na pierwszy plan, lub byłaby zbyt wyraźnie zaznaczona. Od wieków najlepsze piwa z tej kategorii warzy się w Belgii, a także w browarach umiejscowionych w innych krajach, ale czerpiących z belgijskich tradycji piwowarskich. Oprócz nich, także do tej grupy należy zakwalifikować klasyczne niemieckie piwo pszeniczne w stylu hefeweizen. Spośród opisywanych tu trunków, wyróżniamy jasną i ciemną grupę aromatyczno-smakową. W przypadku tej pierwszej nasze zmysły otrzymają solidną dawkę pochodzących z estrów owoców w postaci dojrzałego jabłka, gruszki, brzoskwiń, moreli i jasnych owoców (jasne piwa belgijskie), a także bananów (niemiecka pszenica). Do tego często możemy spotkać charakterystyczny smak gumy do żucia oraz pochodzące z fenoli przyprawy takie jak goździki, pieprz czy gałka muszkatołowa. W przypadku niektórych piw używa się także dodatków, takich jak skórka pomarańczy i kolendra (witbier), zioła zastępujące chmiel (gruit) czy praktycznie dowolnych ingrediencji w przypadku wariacji na temat stylu saison. Druga z podgrup idzie raczej w stronę ciemnych i suszonych owoców, takich jak figi, śliwki, rodzynki i wiśnie, uzupełniając je podobnym przyprawowym charakterem, co jasne odpowiedniki: pieprz, cynamon, goździki, gałka muszkatołowa. Egzemplarze o pełniejszym ciele przemycą także do naszych zmysłów nuty opisywane wcześniej w przypadku ciemnych piw o profilu słodowym, takie jak karmel, orzechy, czekolada czy toffi. Warto sięgnąć po klasycznego belgijskiego dubbla czy quadrupla, a także niemieckiego weizenbocka. Jeśli chodzi o pairing, to sensoryczna charakterystyka tej grupy współgra znakomicie z owocami morza, a także pikantnymi daniami i wędlinami.

Propozycje targowe: Erdinger – Weissbier, Profesja – Pielgrzym, Jan Olbracht – Pomarańczarnia króla, Pracownia Piwa – Hey Now, Trzech Kumpli – Otwarcie sezonu

12066043_1713810355499514_4452075780896470420_n.png

Źródło: Browar Setka

 

Ostatnią z opisywanych kategorii są piwa cierpkie i kwaśne. W obecnej fazie światowej rewolucji są to najmodniejsze style, więc chcąc być na czasie, należy koniecznie ich spróbować. Występują one we wszystkich barwach i nie znają granic jeśli chodzi o moc. Można spotkać bardzo lekkie (berliner weisse), ale też bardzo mocne (sour imperial stout) style. Na początek przygody z piwami kwaśnymi proponuję zacząć od delikatnych, lekkich kwasów, takich jak niemieckie berlinery, gose czy lichtenhainery. Mają one umiarkowaną kwasowość, są orzeźwiające i dość owocowe, cytrusowe, a czasem wręcz cytrynowe. W aromacie nie czuć typowych dla belgijskich wariantów nut określanych jako stajenne i wiejskie, natomiast mogą pojawić się aromaty wędzone (lichtenhainer) oraz akcenty… słone (gose). Nie należy się ich bać, gdyż razem tworzą unikatowe i bardzo ciekawe połączenie. Bardzo często również spotykam się z twierdzeniem: nie lubię piwa, ale bardzo lubię wino. Takiej osobie od razu można zaproponować dobrego krieka albo leżakowane w dębowej beczce flanders red ale. Spora cierpkość, owocowe bogactwo (w przypadku lambików także w wyniku dodatku owoców), a również często nuty waniliowo-drewniane pochodzące z beczek powinny zadowolić koneserów dobrego wina. Część osób, która pierwszy raz próbuje tego typu trunków, wręcz opisuje swoje wrażenia jako bardziej winne, aniżeli piwne. Jeszcze inny podtyp w tej grupie to wspomniane wcześniej aromaty stajenne, końskie, wiejskie czy skórzane – pochodzące z efektów pracy dzikich drożdży, czy to dodanych przez piwowara, czy też fermentujących spontanicznie. Mamy tu też wyraźne akcenty ziemiste, nuty jasnych winogron, a niekiedy… octu. Jeśli ktoś jest gotowy na takie przeżycia, powinien sięgnąć np. po klasyczne oude gueuze, tradycyjnego lambika bez dodatku owoców lub po jeden ze stylów hybrydowych, gdzie dodatkowo otrzyma jeszcze cechy charakterystyczne dla jednej z pozostałych opisywanych grup. Pomyślcie o wędzonym torfem, mocno chmielonym, kwaśnym imperialnym stoucie leżakowanym w beczce po Lagavulin, z dodatkiem chili i kawy. Na samą myśl cieknie mi ślina. Do piw kwaśnych pasuje najlepiej dobre mięso, owoce morza i aromatyczne sery, ale także owoce i nieprzesłodzone desery lodowe.

Propozycje targowe: Pinta – Kwas Gamma, Pinta – Kwas Delta, Browar Setka – Kapitan Drake, SzałPiw – Vaccinium corymbosum sagax, SzałPiw – Oxycoccus audax, SzałPiw – Cerasum alacre, Piwoteka – Zośka straszybotka

Mimo obszernego opisu, klasyfikacja ta nie jest ostatecznym uszeregowaniem sensorycznych doznań, jakich możemy doznać pijąc piwo. Nie możemy zapominać o stylach hybrydowych, nabieraniu przez trunki cech destylatów dzięki beczkom, w których piwo leżakuje, a także o popularnych dodatkach, takich jak kawa czy chili. W piwnej rewolucji chodzi o to, by przekraczać granice. Ze swej natury jednak, rewolucja musi być permanentna, gdyż zawsze po złamaniu jednego tabu w piwnym światku, pojawia się kolejne. Na szczęście, eksperymentatorów nie brakuje. Nadmienię tylko, że istnieje browar o nazwie Brugghús Steðja w Islandii, który uwarzył piwo z dodatkiem… wędzonych na owczej kupie jąder finwali. Na tym polega właśnie rewolucja. To jest, kurwa, prawdziwy kraft, który nie bierze jeńców!

5B9A1954.jpg

Źródło: draftmag.com

 

O ile – niestety – Hvalur 2 nie będzie dostępny na Poznańskich Targach Piwnych, już jutro zapraszam serdecznie wszystkich do Poznania, by przyszli na MTP i spróbowali w życiu czegoś nowego. Kupcie bilet i dobre, degustacyjne szkło, podchodźcie do stoisk, proście o próbki i kupujcie małe porcje. Dzięki temu poznacie więcej smaków, a przy tym minie trochę czasu, nim zaburzycie sobie percepcję. Targi to doskonała okazja do tego, by poszerzyć strefę komfortu i poznać świat piwa bardziej całościowo, odkryć nieznane jeszcze dla siebie smaki. Może i wy zakochacie się w piwnej rewolucji i przekonacie się, że piwo to nie tylko jasne pełne pite w upalny dzień na plaży z plastikowego kubka. Może i wy zobaczycie, że piwo jest równie bogate sensorycznie co wino. Odkryjecie, być może ku własnemu zdziwieniu, iż piwo można nie tylko żłopać, ale i degustować. Przyjdźcie, stuknijcie się ze mną szkłem i celebrujcie różnorodność. Tak jak w każdym innym aspekcie życia, tak i w piwie – jednorodność jest nudna, a wielobarwność daje radość z naszego krótkiego ziemskiego życia i pozwala czerpać coraz to nowe wrażenia. Czym innym bowiem jest życie, jak nie kolekcjonowaniem wspomnień? Zadbajcie o to, by mieć co wspominać na starość. Nieważne, czy macie 18, czy 80 lat. Póki macie marzenia i nie boicie się przekraczać granic strefy komfortu, jesteście młodzi. Życie dzieje się teraz. Nie pozwólcie mu uciec przez palce. Trzecie już Poznańskie Targi Piwne odbędą się w dniach 20-22 listopada na terenie Międzynarodowych Targów Poznańskich. Oprócz piwa, na gości czeka masa innych atrakcji, łącznie z paradą food trucków oraz serami od mistrza Marka Grądzkiego. Do zobaczenia na miejscu!

Reklamy
7 grup smakowych piwa + zaproszenie na Poznańskie Targi Piwne

Wrocławskie wspomnienia, czyli Beer Geek Madness 3 bez ściemy

12021832_10153719877154073_896937122_n12025396_10153719877039073_1649687110_n

Są festiwale, na które ostrzy się sobie zęby na kilka miesięcy przed samą imprezą. Tak też było z trzecią odsłoną Beer Geek Madness, która tradycyjnie odbyła się we wrocławskich Zaklętych Rewirach. Jako że od początku istnienia tego przedsięwzięcia (tu możecie przeczytać o poprzedniej edycji) goszczę w tym klimatycznym miejscu, mogę co nieco powiedzieć na temat paru aspektów zeszłoweekendowego wydarzenia. A więc do rzeczy.

Mówi się, że najistotniejszym elementem każdej imprezy są jej uczestnicy. Oceniając sobotni wieczór z tej perspektywy, jestem bardzo zadowolony. Jak zwykle poznańska ekipa nie zawiodła i bawiła się najlepiej, jak to było możliwe. Poza tym, udało mi się spotkać i chwilę porozmawiać z kilkoma osobami spoza naszego lokalnego światka, więc tym bardziej były powody do mruczenia. Identycznie jak pół roku temu, zajęliśmy miejsce w pralni i nie opuściliśmy go właściwie aż do przeniesienia imprezy na dach. Tuż obok naszych miejscówek rozlokowano krany z piwem z niemieckich browarów, które to były główną atrakcją tej odsłony BGM. Mimo szerokiej oferty prezentowanej na mapkach i ulotkach, na niektóre pozycje trzeba było czekać, aż poprzednie się skończą. Nie wiem nawet, czy wszystkie ostatecznie zostały podpięte.

Łyżka dziegciu

Poza piwem na gości – jak zawsze – czekały atrakcje artystyczne, koncerty, a także ultradrogie designerskie koszulki oraz ekipa salonu fryzjerskiego Petit Pati, z której usług dane mi było skorzystać – z dużym zadowoleniem. Celowo nie wspominam tu o gastronomii, bo tej tak jakby w ogóle nie było. Bez wątpienia cała farsa z jedzeniem zasługuje na miano największego skandalu BGM 3. Mimo trwającej od godziny 18 imprezy (plus niekrótki czas spędzony przed wejściem), goście byli skazani na głód aż do… 21, kiedy to – w teorii – dopiero otwarto strefę gastronomiczną. W teorii, gdyż totalny chaos i brak jakiegokolwiek pomyślunku sprawił, iż zamiast degustować kolejne piwa trzeba było stać godzinami w kolejce do jedynej kasy, aby dostać jakiś ochłap. Przed imprezą zapowiadano autorską kuchnię, a pod daniami podpisali się nawet szefowie kuchni. Szkoda, że nikt nie pomyślał o tym, żeby jedzenie było rzeczywiście dostępne w sposób sprawny i szybki. Dodatkowo, podczas wielogodzinnego oczekiwania na łaskę organizatorów, ochrona obiektu poczuła przypływ testosteronu i pozoru władzy, traktując ludzi jak bydło, zachowując się nieuprzejmie, agresywnie i chamsko. Zwykłym gościom (bez opasek VIP) nie pozwalano wychodzić z terenu obiektu, aby mogli coś zjeść i wrócić na imprezę, a także nie wpuszczano dostawców zamawianego jedzenia z zewnątrz. Napakowane karki z pobliskiej dyskoteki niczym gestapowcy przedzierali się pomiędzy gośćmi imprezy szukając pretekstu do wyleczenia swoich kompleksów. Doszły do mnie też słuchy (świadkiem sam nie byłem), iż jeden z ochroniarzy domagał się… łapówki za wpuszczenie dostawcy pizzy. Inny z kolei chciał dyktować, w jakiej pozycji znajdować się powinien zmęczony człowiek na ziemi: spać na siedząco może, ale na boku – już nie. Jak się okazało, byczki nie były pracownikami żadnej agencji ochrony (wiele osób chciało złożyć oficjalną skargę), więc pretensje można mieć tylko do organizatorów. Poza jedzeniem i ochroną, tragicznie zorganizowano imprezę na dachu o północy. Nie wspominając nawet o tym, że na jakiegokolwiek porządnego stouta trzeba było czekać pięć godzin od początku imprezy, to jeszcze przez totalną dezorganizację nagle wyzwolono w tłumie instynkty znane z filmików o uchodźcach na greckiej granicy. Wziąwszy pod uwagę niewielką powierzchnię dachu, mnogość ludzi i najlepsze piwa – wynik był jasny: dantejskie sceny i ogromny chaos. Przy tym wszystkim naprawdę małej wagi uchybieniem wydaje się brak myjek do szkła (jak ktoś miał długie ręce to mógł sobie na początku umyć w zlewie za barem, ale potem i tak obsługa, której wcześniej w ogóle nie było, miała z tym problem) czy darmowej wody do picia (to akurat nie jest żaden wymóg, ale skoro była na BGM 2, to jest to ewidentnie nieuzasadniona zmiana na gorsze). Po pierwszej edycji zdecydowanie najgorsze wrażenie robiła na mnie palarnia w przejściu do drugiej sali i strefy gastronomicznej – wyciągnięto jednak wnioski, palaczy wyrzucono na zewnątrz, dodano dyspensery wody i mimo tego, że nie każdy załapał się na amerykańskie piwa, mogło się wydawać, że idzie ku lepszemu. Niestety, organizacyjnie BGM 3 okazał się ogromnym krokiem wstecz. Nie piszę tego po to, by bezproduktywnie mieszać kogoś z błotem, a jedynie punktuję to, co koniecznie należy poprawić.

Chmiel, wędzonka, kwas i owoce

Co do samego piwa, otwarcie przyznam, iż żadne nie rzuciło mnie na kolana. W porównaniu z takimi perełkami jak Pirate Bomb z drugiej edycji, czy kwaśne piwa Mikkellera z pierwszej, tu mieliśmy pozycje co najwyżej dobre. Niemcy prezentują zachowawczość nawet w rewolucji. Ot, ironia losu. Ja wolę podejście amerykańskie. Być może na dachu były lepsze piwa, jednak – jak pisałem – tylko najbardziej wytrwali i odporni na zachowania stadne mogli sobie pozwolić na degustację tychże. Na początek moje festiwalowe szkło (mały, gustowny kieliszek) wypełniło Viking Gose z browaru The Monarchy. Z racji małej dostępności moich ulubionych RISów, festiwal stał dla mnie pod znakiem historycznych niemieckich styli, takich jak właśnie gose czy berliner weisse. W propozycji Monarchy sympatycznie komponował się lekki kwasek z przyjemną wędzonką, a całość przyjemnie orzeźwiała i zapowiadała udany wieczór. Dla porównania spróbowałem klasycznego Ritterguts Gose, które to na RateBeerze uznawane jest za absolutny majstersztyk. Tu już kwasowość stała na nieco wyższym poziomie, a do tego znać o sobie dawała nieco mydlana nuta kolendry. Wartość orzeźwiająca podobna jak w przypadku Vikinga. Trzecią próbką na rozkładzie był Onkel Albert z browaru Onkel – saison, który zaskoczył mnie dość niskim jak na ten styl wysyceniem i chmielowym początkiem. Poza tym, klasyczne belgijskie wyższe alkohole i nic więcej. Nie jestem jednak miłośnikiem saisonów. Podobnie nie podniecają mnie klasyczne pilsy, jak ten z Schonramera, który poza słodowością nie dawał żadnych uniesień. Nawet do meczu wolę pić jakieś pale ale. Nieco lepiej wypadło w tym towarzystwie German IPA z browaru Camba Bavaria, aromatyzowane na zimno europejskimi odmianami chmielu. Kwiatowy aromat i chmielowy smak, goryczka na zadowalającym mnie poziomie. Jedyne, do czego się mogę przyczepić, to zbyt wysokie wysycenie. Kolejna propozycja to efekt współpracy trzech browarów, dwóch rosyjskich i jednego niemieckiego: 1516, Bakunin i BrauKunstKeller – saison z pomarańczami, chmielony Huell Melonem i Mandariną Bavarią. Pierwszy raz piłem piwo na Huellu i rzeczywiście aromat melonowo-arbuzowy był wyraźnie wyczuwalny. W połączeniu z owocowością dawało to naprawdę niezłe rezultaty. Mimo że saison to nie jest mój ulubiony styl, wypiłem go z wielką przyjemnością. To tyle jeśli chodzi o pralnię.

W oczekiwaniu na podpięcie innych beczek, udałem się na główną salę, gdzie na początek spróbowałem Lodzermenscha z Piwoteki. Browar ten bardzo szanuję za Czarnego Wdowca, więc oczekiwania miałem spore. Niestety, poza lekkim kwaskiem i dobrą pijalnością piwo nie wnosiło zbyt wiele walorów aromatyczno-smakowych. Nos wręcz był zupełnie neutralny. Po krótkim polskim interwale, powróciłem do germańskich bohaterów wieczoru i wypiłem znane już mi Laguna IPA z BrauKunstKeller oraz Backbone Splitter od Hansa Mullera. Tu trzeba przyznać plusik za to, że niemieccy piwowarzy nie siedzieli w loży VIP chełpiąc się swoją znakomitością, a z chęcią opowiadali o swoim piwie i pomagali w napełnianiu szkieł. Z tej dwójki to Splitter oferował nieco przyjemniejszy aromat chmielowy (Laguna zajeżdżała trochę perfumami). Oba piwa natomiast nie powalały ogromem goryczy czy mircenem wyciekającym przez nos. Klasyczna teutońska zachowawczość. Następny niemiecki wypust to Holy Shit z browaru Schoppe, w którym chmiel mieszał się z karmelem i słodowością i średnio intensywną goryczką. Zawiódł mnie niestety Pfefferkorner z Freigeist Bierkultur, który poza aromatem pieprzu atakował nutami kanalizacyjnymi, a w smaku nie dawał niczego lepszego. Na zakończenie niemieckich degustacji spróbowałem jeszcze Methusalem z The Monarchy i Saison Blanc z Camba Bavaria. O ile wypust Camby wiał nudą i klasyką, to całkiem ciekawą propozycją okazał się adambier od Monarchów. Ciemne, wędzone, nieco kwaśne, mocne piwo w starym dortmundzkim stylu – z pewnością można je zaklasyfikować do kategorii madness.

Jeśli chodzi o polskie premiery, to dane mi było spróbować jedynie kilku. Nie wypowiem się na temat krytykowanego wszem i wobec Rauchweizena z Doctora Brew, gdyż po prostu nie miałem okazji go pić. Kwas Delta z Pinty okazał się całkiem fajnym, orzeźwiającym berlinerem, jednak bez większych egzaltacji. Zwycięski Cyrulik z Profesji miał jak dla mnie ciut za mało wędzonki (choć nieco w innym charakterze niż Kwas Beta). Lekko kwaśne i owocowe okazało się Blu Berrymore z Hopium, natomiast Saison Curry Wurst z Birbanta, mimo dobrych rekomendacji znajomych piwowarów, absolutnie nie przypadł mi do gustu. Jakieś takie piaskowe odczucie w ustach, dziwna przyprawowosć i lekka wędzonka nie dały dobrego połączenia. Lepiej na pewno smakował Very Bloody Berliner z Piwnego Podziemia, z wyraźnym czerwonym owocem (bardziej porzeczka niż aronia) na pierwszym planie, o lekko winnym finiszu. Browar ten udowadnia, ze większość wypustów ma udanych. Fuck The Boundaries z BroKREACJI z kolei oferował feerię różnych smaków, od chmielowego, przez kwaśny do słonego. Połączenie całkiem udane. Na dachu, niestety, załapałem się tylko na Omniprairie, czyli kooperacyjny imperialny milk stout z browarów Prairie i Omnipollo – słodkie, czekoladowe, bardzo gładkie, aksamitne, dobrze ułożone piwo. Wysoka klasa. Niestety, pozostałych hitów nie było mi dane spróbować. Spośród polskich premier, Beer Geek Choice przyznałbym chyba Piwnemu Podziemiu, aczkolwiek zwycięska propozycja Profesji nie była zła.

Na przyszłą edycję organizatorzy mają dużo do poprawy. Wierzę jednak, że zdają sobie doskonale sprawę z tego, co zostało spieprzone i jak nie dopuścić do powtórki tego następnym razem. Ja nie tracę nadziei i wiary w to, że na Beer Geek Madness 4 znów się spotkamy i przeżyjemy niezapomniane chwile w towarzystwie piwnych świrów, których w Polsce nie brakuje. Niechaj żyje rewolucja. Przekraczajmy granice – o wiele bardziej niż Niemcy mają na to odwagę. Co do samego piwa, z mojej strony apel: więcej RISów, więcej barley wine. Nie po pięciu godzinach imprezy, a od początku. No i to jedzenie… Zróbcie coś z tym. Do zobaczenia!

Wrocławskie wspomnienia, czyli Beer Geek Madness 3 bez ściemy

Beer Geek Madness 2 – relacja pofestiwalowa

Na Beer Geek Madness pojechałem drugi raz, mając w pamięci zeszłoroczną imprezę, która wywołała we mnie niemały entuzjazm. Oczekiwania miałem duże, a ślinianki kipiały z nadzieją na świeżą porcję ekstremalnych doznań smakowych. W końcu idea tej imprezy została niejako stworzona dla takiego człowieka jak ja – uwielbiającego jeść i pić wszystko co dziwne, przegięte i inne. Szczerze mówiąc niewiele interesowała mnie mnogość atrakcji pobocznych w rodzaju studia tatuażu, golibrody, piwnych kosmetyków czy nawet koncertów – ten temat zostawię tym, którzy skorzystali z możliwości stworzonych przez organizatorów w owej materii. Najważniejsze było piwo – wyzwanie wszak niemałe, gdyż na kranach zawitało 38 pozycji plus oczywiście główny bohater wieczoru – browar The Alchemist – ze swoimi dwoma sztandarowymi propozycjami w puszkach: Heady Topper i Focal Banger. Łącznie – bagatela – czterdzieści piw. Do tego trzy niemieckie krany po północy na dachu. Mission impossible. Na szczęście część polskich propozycji już piłem, podobnie jak piwa z browaru Anchor. Po wykreśleniu znanych trunków z listy, do odwiedzenia pozostało 27 kranów. Tu oczywiście z pomocą przyszła nieoceniona poznańska ekipa, z którą przyjechałem na miejsce, i z którą to uprawialiśmy intensywny kilkugodzinny sampling i wymianę opinii w komfortowych warunkach.

11146133_876043422457549_1766042545_n

Od tego właśnie zacznę. Czytając bowiem niektóre komentarze na temat organizacji stwierdzam, że chyba urodziłem się w czepku. Raz, że udało nam się wejść piętnaście minut przed czasem, dwa – że zajęliśmy jedne z nielicznych miejsc siedzących na sali z amerykańskimi piwami i w końcu trzy – że zdążyliśmy spróbować wszystkiego zanim wyszło. Kolejny łut szczęścia to nieoczekiwany test wytrzymałości festiwalowego szkła, które ktoś mi wytrącił z ręki przeciskając się do baru. Na szczęście było grubsze niż rok temu i mimo upadku ze sporej wysokości nie stłukło się (nie wszyscy mieli na tyle szczęścia…). Jest nadzieja, że wytrzyma nieco dłużej niż cieniutkie szkła z Poznańskich Targów Piwnych czy to z poprzedniego Beer Geek Madness. Sam Sensorik firmy Sahm prezentuje się ładnie, pije się z niego wygodnie, a piwo może w nim zaprezentować swoje aromatyczne walory.

Największą zaletą imprezy była oczywiście mnogość piw i stylów, a także idea uwarzenia przez browary swoich propozycji specjalnie na BGM. Część osób – zwłaszcza nieobecnych – krytykuje to swoiste tworzenie elitarności i wyjątkowości festiwalu – ale mi akurat pasuje to, że osoby, które zdecydowały się wybrać do Wrocławia zostały w jakiś sposób wynagrodzone, a ranga samej imprezy na pewno zyskuje, jeśli browar przygotowuje ofertę specjalnie na tę okazję. Następnym logicznym krokiem będzie przekonanie jakiegoś mocnego zagranicznego gościa, by uwarzył coś specjalnie na Beer Geek Madness, lecz zapewne na dzień dzisiejszy jest to bujanie w obłokach. Pamiętać jednak należy, że kto nie mierzy wysoko, nie osiąga wiele. Grunt to wierzyć w to, że można być najlepszym na świecie i do tego wytrwale zmierzać. Na takiej mentalności zbudowano potęgę Ameryki, a nie na wiecznych kompleksach i zginaniu karku, co oczywiście jest pokłosiem pańszczyzny, zaborów, wojen i komuny. Kolejnym plusem organizacyjnym było zwiększenie powierzchni imprezy, przez co zyskaliśmy dużo więcej powietrza i komfortu degustacji. Tu oczywiście muszę pochwalić to, że prośby moje i wielu innych osób zostały wysłuchane i palacze już nie zatruwali dymem przejścia. Nic bardziej nie denerwowało mnie podczas pierwszej edycji niż konieczność przechodzenia przez papierosowy odór chcąc zdegustować coś z drugiej sali, czy mając ochotę coś przekąsić. Wielki plus. Na pewno też muszę wspomnieć tu o zamontowaniu myjek do szkła, choć i tak było ich za mało i nie wszystkie działały – ale lepsze to niż czekanie w kolejce do toalety by umyć pokal. Ostatecznie zawsze pomocą służyli uczynni barmani w sali amerykańskiej.

O ile plusów było zdecydowanie więcej, to o kilku negatywnych drobnostkach natury organizacyjnej należy na pewno napisać. Pierwszy zgrzyt to źle wydrukowane mapy, według których było więcej punktów sprzedaży żetonów niż w rzeczywistości i początkowe nieogarnięcie obsługi sali w tej materii. Druga rzecz to źle dobrane proporcje beczkowych piw amerykańskich i głównych bohaterów imprezy. Rozumiem oczywiście, że The Alchemist był najważniejszy, jednak z tego co widziałem, to bardzo dużo puszek zostało niesprzedanych, a amerykańskie beczki szybko się pokończyły. Na tyle szybko, że kto od nich nie zaczął, raczej nie zdążył nawet na połowę. My na szczęście rozpoczęliśmy właśnie od Ameryki, więc znów dopisało nam szczęście. Organizatorzy wyraźnie przeliczyli się z estymacją chęci nabywania puszek Alchemista przez gości, gdyż początkowo – chcąc stworzyć aurę niedostępności – ogłosili, że każdy może kupić maksymalnie dwa żetony, a jak się okazało, że po początkowym szale przy barach sporo puszek zostało, nie było problemu z zakupem większej ilości Heady Toppera i Focal Bangera. Sam poprzestałem na trzech, gdyż miałem zamiar jeszcze dokupić piwa z innych amerykańskich browarów na wynos, a portfel nie jest z gumy. Przydałoby się też zorganizować w Zaklętych Rewirach hotspot Wi-Fi dla gości imprezy. O pozostałych uchybieniach pisali inni – nas nie dotknęły.

Tyle jeśli chodzi o organizację, którą ogólnie oceniam jako dobrą i gratuluję przedsięwzięcia i przede wszystkim samej idei, która jest świetna. To impreza, na którą się czeka cały rok. Jeśli chodzi o moje dobre rady na przyszłość, to postawiłbym także na jakąś bardziej szaloną kuchnię. Jedzenie było raczej zwykłe. Warto nad tym popracować. Plus za dobrą kawę. Wartym rozważenia pomysłem byłoby także wprowadzenie konkursu piw domowych – z zastrzeżeniem, że jest tylko jedna kategoria (open madness beer) – interpretacja dowolna. Przeglądając fora, jak i własne zapiski, mogę śmiało stwierdzić, że sędziowie mieliby nad czym dywagować. Byłby to też fajny pretekst do przedłużenia imprezy na dwa dni – jako preludium konkurs piwowarów domowych, a potem main event z głównymi aktorami.

Czas na sedno wieczoru czyli piwo. Każdej z propozycji spróbowałem niecałe 100 mililitrów, kilka powtórzyłem na koniec w większej pojemności. Wystarczająco, by powiedzieć coś o aromacie, smaku i goryczce, natomiast zapewne niewystarczająco, by stwierdzić czy piwo nuży na dłuższą metę oraz by doszukać się subtelności. Niemniej jednak nie jestem sędzią i opisuję tylko to, co odczuwam moimi amatorskimi zmysłami. Porównując jednak opinie moje i osób z ekipy, z którą imprezowałem, były one raczej podobne, z nielicznymi wyjątkami. Zacznę od Ameryki, bo i od tego rozpoczęliśmy wieczór. Zdecydowanie najgorszą propozycją było La Vermontoise z browaru Hill Farmstead, w które moim zdaniem wdało się zakażenie. Dałem swoją próbkę chyba z dziesięciu osobom, by potwierdzić moje przypuszczenia i większość także wyczuła to co ja – palony plastik, aromat gabinetu dentystycznego, apteki. Nie o takie funky chyba chodziło – zwłaszcza że opisy na zagranicznych forach odbiegały znacznie od tego, co można było wyczuć w moim szkle. Idąc od dołu z ocenami, Lil’ B i Yin&Yang z Evil Twin Brewing okazały się całkiem w porządku, ale miały drobne niedociągnięcia w postaci odpowiednio aldehydu octowego i zbyt nachalnego alkoholu. Pod tym jednak kryły się naprawdę przyzwoite piwa. Jeśli chodzi o ten sam browar, to spróbowałem jeszcze Come Again, sour pale ale które oferowało już przyjemny (zamierzony) kwasek i dobrą pijalność, a także najlepszą moim zdaniem pozycję Evil Twin na imprezie – I Love You With My Stout, która powalała gęstością, mocą i bogactwem smaku. Następnie dwa lżejsze stouty – Campfire z High Water i Too Cream Stout z Dark Horse. W tym pierwszym można było wyczuć w aromacie coś co nie do końca pasowało do stoutu, jakby skórki cytryny (a może to te pianki, o których pisze producent? Nigdy nie jadłem grillowanych pianek…), natomiast w drugim bardzo przyjemną nutę suszonego tytoniu i słodkość od laktozy. Prawdziwe bomby jednak opatrzone zostały dalszymi numerami na promocyjnej ulotce (swoją drogą kolejne dzięki dla organizatorów – naprawdę przydatna rzecz podczas degustacji). Także z browaru Dark Horse można było spróbować ośmioprocentowego stouta owsianego One Oatmeal Stout, który zrobił na mnie bardzo pozytywne wrażenie i z pewnością jawi się jako jeden z najjaśniejszych punktów oferty amerykańskiej – kawa, czekolada, nawet jakieś nuty waniliowe (choć nie był leżakowany w beczce – z tego co wiem), gładkość i długi posmak. Można byłoby się nim podelektować dłużej, gdyby pozwolił na to czas i portfel. Takie imprezy jednak polegają – przynajmniej dla mnie – głównie na doświadczaniu, a nie celebrowaniu. Aby zakończyć temat Dark Horse Brewing – na BGM przyjechała jeszcze beczka podwójnego IPA pod nazwą Double Crooked Tree IPA, która masakrowała nozdrza fantastycznym chmielowym aromatem, a rzekome 13,6% alkoholu (!) było wyczuwalne jak co najwyżej 7. Fantastyczne piwo i ogólnie – rewelacyjny browar. Na pewno sięgnę jeszcze po produkty Ciemnego Konia, gdy będę miał okazję. Następny kran to Mac Fannybaw z browaru Against The Grain, który z pewnością oferował najciekawszą paletę smaków – leżakowane w beczce piwo wędzone z solą – absolutny must-have dla każdego piwnego świra. Każdy element dobrze wyczuwalny, z wyraźnym, ale nienachalnym słonym finiszem, wędzonym aromatem i nutami drewniano-wiejskimi. Nie było to może najsmaczniejsze piwo festiwalowe, ale na pewno w kategorii ciekawostka należało przynajmniej umoczyć w nim język. No i na koniec bomba – dosłownie – piętnastoprocentowy imperialny stout z wanilią, chili i kawą, leżakowany w beczkach po rumie pod nazwą Pirate Bomb! od Prairie Artisan Ales. Pierwszy łyk i… wow – na to czekałem! To było coś niesamowitego – wanilia, rum, palony cukier, kawa, praliny czekoladowe z likierem i spora dawka alkoholu – chili nie wyczułem, ale w przypadku kapsaicyny mam wysoki próg wyczuwalności. Było to jedno z nielicznych piw, którego wziąłem dolewkę. Te 200 ml sączyło się cudownie. Słyszałem, że nie dla wszystkich starczyło – mogą żałować. Najlepsze piwo BGM 2. Piw niemieckich sam nie brałem, spróbowałem natomiast każdego – Golden Gate Gose z browaru Almanac bardzo smaczne, zaś Laguna i Collabrew od BrauKunstKeller pijalne, ale bez chmielowej bomby, której oczekuję od IPA czy double IPA. Nie wiem jak to będzie na trzeciej edycji Beer Geek Madness z udziałem niemieckich kraftowców, ale mam pewne obawy, że aż takich fajerwerków jak Pirate Bomb czy piw od Dark Horse nie uświadczymy. Obym się mylił.

Przechodząc do polskich premier – cieszę się z tego, że wygrał X z Widawy – sam oddałem połowę swoich głosów na tę pozycję. Piwo było niezwykle ciekawe, a beczka po Jacku Danielsie dała nie tyle wanilię, co ciekawą nutę drewniano-stajenną – poza tym dało się wyczuć owoce leśne i solidną chmielową goryczkę. Niektórym coś w tym piwie nie pasowało, ale jak dla mnie jako całość prezentowało się świetnie. Drugą połowę głosów dałem na propozycję SzałuPiw Mgły Chwaliszewa. Tu wielkie brawa za pomysł z dodawaniem do piwa mgiełki chmielonej Citrą z odparowalnika – prawdziwa alchemia zgodna z duchem i głównym tematem imprezy. Samo piwo dawało ciekawe nuty belgijskie w aromacie i przyjemną owocowość i cytrusowość w smaku. Te dwie propozycje zyskały moją największą aprobatę. Poza tym pozytywnie wspominam kwaśnego RISa z jagodami Goji pod nazwą Wild Wild East od Birbanta, który naprawdę atakował solidną dawką kwaskowatości. Nie każdemu to połączenie nut palonychi i kwasu pasowało, ale doświadczenie to na pewno ciekawe. Pozostając przy kwaśnych piwach – Funky Cherry z SzałuPiw jak dla mnie kwasku miało za mało, a szkoda, bo gdyby wzmocnić ten aspekt smakowy, piłoby się je naprawdę świetnie. Do tej kategorii mógłbym zaliczyć jeszcze np. Saxy Berry od Doctora Brew, jednak w aromacie i smaku przypominało mi ono raczej dżem z porzeczek, a maleńki plusik postawiłem przy nim tylko ze względu na to, że sugerowane 10% alkoholu zostało naprawdę dobrze ukryte. Ostatnim uczestnikiem imprezy, który uraczył nas przedrostkiem wild, okazał się powstały niedawno browar Profesja z Wrocławia. Niestety, ich Alchemik nie był za bardzo ani wild, ani IPA. Za grzeczne w tak doborowym towarzystwie i raczej do zapomnienia. Prawdziwym blockbusterem miało być piwo PintytakAHaka – promowane przez pionierów polskiego kraftu wycieczką do Nowej Zelandii, zbieraniem tamże świeżego chmielu, a – już na miejscu – obecnością… drużyny rugbistów. Zwycięzca kategorii na najdłuższą nazwę stylu (double chocolate orange & exotic New Zealand haka black IPA) niestety nie sprostał wymaganiom rozkręconego marketingowego szału. Piwo okazało się nazbyt ugrzecznione (co poniekąd wpisuje się w moje obawy, iż rzemieślniczy weterani są raczej ostrożni jeśli chodzi o dzikie eksperymenty) i na tle konkurencji niczym specjalnym się nie wyróżniało. Delikatna paloność, nuty ciemnych słodów, goryczka raczej średnia, chmiel jakoś mocno nie buchał. Zapewne gdybym wypił to piwo w roku 2012 – padłbym na kolana, ale czas leci nieubłaganie. Czas pokazać więcej jaj, panowie. Ubiegłoroczni zwycięzcy – Pracownia Piwa – uwarzyli na okazję Beer Geek Madness 2 ciemnego saisona z ziołami. Moje ostatnie doświadczenie z tym stylem zakończyło się katastrofą – chodzi mi tu o piwo Południca z kooperacji Majer/Kraftwerk i smak cukierków na kaszel tymianek/podbiał – więc podszedłem do Magic Dragona z dużą dozą ostrożności. O ile na pewno smakowało lepiej niż gliwicki poprzednik, to tu zamiast cukierków na kaszel mieliśmy atak mięty rodem z płynu do płukania ust połączonej z solidną porcją czekolady. Co istotne – mięta wychodziła coraz bardziej pod wpływem ogrzania, więc na zimno to piwo wydawało się mniej ziołowe. Wielu osobom bardzo smakowało, ale to najwyraźniej po prostu nie mój styl. Następnie dwa witbiery: Lunatic z Kingpina i Albedo z Piwoteki. W obu w aromacie wystąpiły nuty siarkowe i o ile propozycja Kingpina oferowała poza tym całkiem fajną rześkość i cytrusowość w smaku, to pierwszy element Opus Magnum był przyciężkawy, a w miarę degustacji aromat kanalizacyjny nasilał się, czyniąc z propozycji Piwoteki najsłabszą polską premierę festiwalu. O co jednak chodzi z tym Opus Magnum? Organizatorzy postanowili, iż motyw alchemii przedstawią w czterech kolorach i cztery browary miały uwarzyć piwo, które w jakiś sposób odnoszą się do barwy białej, czerwonej, żółtej i czarnej. Stąd Albedo, Rubedo, Citrinitas i Nigredo. Opcję czerwoną reprezentował Mason ze swoim altbierem dymionym drewnem sosnowym, jednak piwo to było nad wyraz zwyczajne i niczym nie porwało. Do kiełbaski z ogniska pewnie sprawdziłoby się rewelacyjnie, ale tu nie o to chodziło. Citrinitas z kolei miał bardzo ciekawą nutę wędzoną połączoną z cytrusowością od chmieli, jednak goryczka w piwie z browaru Kraftwerk łagodnie mówiąc nie powalała, a deklarowane chili dodane chyba zostało w ilościach jeszcze bardziej homeopatycznych, niż chmiel. Ogólnie piwo smakowało dobrze, jednak brakowało na koniec tego uderzenia w język od solidnej porcji papryczek. Nigredo – czyli czarny element układanki – był z niej najlepszy, z fajnym ciałem, wyraźną miętą i czekoladą. Z dwóch piw miętowych to zasmakowało mi znacznie lepiej niż opcja Pracowni. Na sam koniec postanowiłem sobie przepłukać usta Grodziskim, a że lubię eksperymenty, zerżnąłem je z kawą i wyszło bardzo fajnie. Może to jakiś pomysł dla naszych rzemieślników na kolejną edycję?

Podsumowując, impreza bardzo udana. Pomimo kilku niedociągnięć i niewielu średnich piw, cała reszta sprawiła, że spędziłem świetny weekend w doborowym towarzystwie przy świetnych trunkach. Oby częściej i oby coraz lepiej i do przodu. Na sam już koniec oczywiście muszę napisać coś o głównych bohaterach – czyli piwach z browaru The Alchemist. Na samym festiwalu Heady Topper nie rzucił mnie na kolana – był smaczny, ale moja szczęka nie znalazła się na podłodze. Wypity w domu dwa dni później smakował i pachniał fenomenalnie – bardzo cytrusowo, a w smaku atakował niesamowitą chmielowością, rześkością i niezłą goryczką. Nie wiem, czy było to najlepsze double IPA jakie piłem, ale na pewno jest to piwo inne niż wiele zbyt karmelowych odpowiedników, jakich pełno na rynku. W lodówce czeka jeszcze Focal Banger. Z niecierpliwością czekam na edycję jesienną, choć – jak pisałem – mam pewne obawy co do poziomu szaleństwa niemieckich gości. Do zobaczenia!

Beer Geek Madness 2 – relacja pofestiwalowa

Weekendowe piwne degustacje

Weekend to doskonała okazja do wypicia kilku nowych propozycji browarów rzemieślniczych i ruszenia poznańskim szlakiem chmieli i słodów. W zeszłym tygodniu zacząłem wędrówkę od Setki, gdzie postanowiłem spróbować dwóch piw: Double Robust Porter z Birbanta oraz Quatro z Pinty.

birbant double robust

Na pierwszy ogień birbanckie ciemności z Witnicy. Piwo prezentuje się nieźle: ciemna nieprzejrzysta praktycznie barwa, piana oblepiająca w miarę szkło, redukująca się do kożuszka. W aromacie jak i w smaku, zgodnie z oczekiwaniem, pojawiły się nuty czekolady i kawy, raczej w stronę słodkich akcentów niż wytrawnych. Nie było tam jednak żadnej mega intensywności, która by mnie porwała – jak na podwójny porter to całkiem grzeczne. Udane, ale nie takie, które pamięta się długo.

quatro

Jakoś tak już jest, że marki-symbole każdej rewolucji po czasie są przeganiane przez swych następców. Tak w minionym roku było moim zdaniem z pionierami polskiego kraftu – Pintą i AleBrowarem. Nowe piwa od rewolucyjnych weteranów były zarówno dobre, jak i średnie, ale żadne nie wyrywało z butów, a nowi gracze na rynku serwowali coraz to lepsze propozycje. Na szczęście pod koniec roku Pinta wypuściła Quatro, które w końcu dane mi było spróbować. Już po pierwszym niuchu nowego piwa można było powiedzieć: wrócili! Bardzo dobry aromat amerykańskich chmieli: owoce tropikalne i lekka żywica. W tle trochę karmelu, który współgra także w smaku z solidną tropikalno-żywiczną nutą i porządną goryczką. Potężny ekstrakt (24,7°P) daje o sobie znać gęstością i pełnią, natomiast alkohol jest świetnie przykryty. Można powiedzieć, że Quatro to takie Imperium Atakuje na sterydach. Kolejna warka uwarzona zostanie dopiero za rok, więc jeśli ktoś jeszcze nie pił, to radzę się spieszyć do sklepu.

Drugim przystankiem na szlaku był Dom Piwa, gdzie jeszcze można dostać Mikkeller Black z beczki, a to wystarczający powód, by tam zajrzeć. O jednym z najlepszych piw świata napisano annały, więc Ameryki nie odkryję stwierdzając, że każdy osobnik zainteresowany piwowarstwem musi go spróbować. Niesamowita moc (17,5% alkoholu), gęstość, deserowość – po prostu bomba. Bardzo intensywna gorzka czekolada, likier, balsam osadzający się na ściankach jamy ustnej – to piwo to praktycznie posiłek, a nie napój. Póki jeszcze się nie skończył, biegnijcie przekonać się na własnym podniebieniu. Poza Blackiem spróbowałem też nowej propozycji kooperacyjnej Browaru Szałpiw i Pracowni Piwa, oznaczonej numerem 3. Jest to dubbel IPA, czyli połączenie Belgii i Ameryki. Piwo w aromacie bardziej oferowało fenolowe nuty belgijskie, które dominowały nad akcentami amerykańskich chmieli. W smaku wytrawne, z wyraźnymi suszonymi owocami na pierwszym planie, troszkę kawy i średnia goryczka, a w tle rozgrzewający alkohol.

Wieczór zakończył się w Piwnej Stopie, jednak notatek już nie robiłem. Co innego wczoraj, gdyż to właśnie tam wypadł start weekendowej degustacji. Na kranach sporo ciekawych rzeczy, w tym kilka, których nie miałem jeszcze okazji spróbować.

IMG_20150116_203700Picie rozpoczęło się od Chlumeckiego Vita z browaru Vysoký Chlumec, założonego podobno w 1466 roku. Piwo to zdobyło brązowy medal na konkursie Žatecká Dočesná. Co ciekawe, trafia ono tylko do beczek – nie ma wersji butelkowej. Drugą ciekawostką jest to, że ze strony internetowej można wywnioskować, iż nie jest to witbier (jakby sugerowała nazwa), ale hefeweizen. Rzadko trafia się w Polsce czeskie piwo, które nie jest lagerem, więc postanowiłem spróbować. Zważywszy na to, że dopiero co wróciłem z Pragi, to tym bardziej cieszyłem się na tę chwilę. Niestety, żadne sentymenty tego piwa nie mogły uratować. W zapachu głównie nuty siarkowo-kanalizacyjne z lekkim bananem, a w smaku pustka i jakaś nieopisana nieprzyjemna nuta. Ledwo zmęczyłem 330 ml. Na drugi ogień poszedł Nelson Sauvin Pale Ale z Browaru Birbant. Zapach tego piwa był dla mnie swoistym novum – bardzo charakterystyczny, przyjemny: owocowy – ale inaczej niż amerykańskie odmiany, lekko winny, coś zupełnie innego niż klasyka nowofalowych chmieli. Był to mój pierwszy kontakt z tą nowozelandzką odmianą i chyba sam będę musiał coś z nim stworzyć– jak już zrealizuję swój plan uwarzenia kilku piw wędzonych. W smaku piwo Birbanta to dobre, lekkie, orzeźwiające pale ale. Pewnie w lecie smakowałoby jeszcze lepiej. Dla porównania wypiłem jeszcze nową wersję Sharka od kolaborantów Kopyra/Widawa i tu aromat był już zdecydowanie inny – klasyczny, amerykański – cytrusowo-tropikalny, o średniej intensyności. Pamiętam poprzednie warki tego drapieżnika i była tam naprawdę mocna goryczka – teraz chyba na zimę rekin stracił zęby, bo już takiego uderzenia nie czułem. Inna sprawa, że może po prostu to mi wzrosła tolerancja na gorzki smak.

Piątkowe smakowanie zakończyłem w Domu Piwa, gdzie spróbować przyszło mi Wujka Vettisa z Browaru Podgórz. Do tej pory Podgórz nigdy mnie nie zawiódł, a ich festiwalowa Czekoladowa Dolina z masakryczną ilością kapsaicyny z Beer Geek Madness była dla mnie najlepszym piwem festiwalu. Każdemu jednak zdarzają się wpadki. Belgian IPA z Podgórza nie zaoferowała mi nic ciekawego. Słabo pijalne, męczące, bez jakichś większych wad, ale i bez przyjemności. Może to po prostu nie był odpowiedni dzień na to piwo.

Kolejne piwne degustacje już niedługo!

Weekendowe piwne degustacje