Poznańskie Targi Piwne 2015

Cóż to była za końcówka miesiąca! Najpierw Poznańskie Targi Piwne, potem cały tydzień kosztowania gamy baśniowych interpretacji podczas X Culinary Fest, a na koniec jeszcze encore w postaci Steak by Steak, czyli to – co mięsożercy lubią najbardziej. Zacznijmy jednak chronologicznie.

P_20151121_192935.jpg

Na targi trafiłem w piątkowe popołudnie, po delikatnym biforku na rozbudzenie apetytu. Ekipa Poznańskiej Loży Piwnej zaczęła się powoli kompletować, więc można było rozpoczynać wspólne degustacje. Zanim jednak do nich przejdziemy, kilka słów o całym przedsięwzięciu. Czytelnikom winny jestem przede wszystkim sprostowanie, gdyż zapowiadałem, iż –wzorem zeszłej edycji – będzie można nabyć na PTP sery od Marka Grądzkiego. Tym razem jednak takiej możliwości nie było – a szkoda, bo bardzo na nie liczyłem. Drugim minusem – na szczęście w porę zażegnanym przez ludzkie działanie – były wybitnie… niefestiwalowe pojemności lanego piwa przez dużą część wystawców. Idąc na taką imprezę, chce się spróbować jak największej ilości różnych propozycji, a nie stać przed wyborem: 0,3 czy 0,5 litra. Jak jednak napisałem – ludzkie działanie zwyciężyło i w dalszej części imprezy właściwie u wszystkich można było napić się piwa o mniejszej pojemności. Za ten początkowy zgrzyt nie mogę jednak winić ani browarów, ani organizatorów, lecz jedynie opresyjne, fiskalne państwo, które chce regulować każdy element naszego życia – oczywiście dla naszego dobra. Poza tym, impreza była okazją do spotkania się w gronie znajomych, wspólnych rozmów, śmiechów, żartów i – oczywiście – degustacji. Oprócz tego mogłem spotkać także tych, którzy w Poznaniu nie bywają zbyt często. Piwnej integracji nie było końca. Nie zabrakło też wspólnych śpiewów, zdjęć i nawiązywania nowych znajomości. Ostatecznie – piwa można się napić samemu w domu – a na festiwal idzie się po to, by pobyć z ludźmi, którzy są podobnie zakręceni na jego punkcie.

P_20151121_231938.jpg

Degustacje zaczęły się od mocnego uderzenia, mianowicie od Samca Alfa, imperialnego stoutu z płatkami z beczki po bourbonie, zaprezentowanego gościom przez browar Artezan. Poprzeczka została zawieszona bardzo wysoko, gdyż mieliśmy tu niebywałe uderzenie słodyczy, wanilii i czekolady, delikatną nutę kawową, a to wszystko podane w gęstej, treściwej teksturze. Właściwie do końca imprezy ciężko było o coś równie pysznego. Wielka klasa i brawa dla piwowarów. Od początku nastawiałem się właściwie głównie na RISy, gdyż jest to mój ulubiony styl, a takie wydarzenie to doskonała okazja, by spróbować ich wiele. Kolejnym piwem w tym stylu, wartym uwagi, jest kooperacja browaru Bednary z poznańską Centralą Piwną. Saint Satanislav prowokuje bluźnierczą etykietą, za co już ma plusa, gdyż sztuka (a kraft sztuką jest!) spełnia swoje zadanie, gdy przekracza granice, depcze autorytety i przełamuje tabu. Dla mnie istotną informacją był fakt, iż piwo to zostało uwarzone z udziałem słodu wędzonego torfem – zdecydowanie mojego ulubionego. Oczywiście, jako zwolennik posmaków mocno dymionej whisky, chciałbym, aby sypnięto go nieco odważniej, ale na to pewnie przyjdzie jeszcze czas. RIS ten nie jest zbyt mocny (8%), więc i tekstura nie sprawia wrażenia bardzo gęstej. Satanislav daje jednak bardzo fajne wrażenia smakowe w postaci czekoladowego likieru z truflowo-kawową nutą. Z pewnością ten kooperacyjny wypust oceniam pozytywnie i liczę na powtórkę. Spośród nowych mocarzy dane było mi jeszcze spróbować dwóch. Wzmocniony quadrupel Fest Buba z SzałuPiw – mała próbka wzięta od kogoś dała mi wrażenie, że jest to piwo potężne, przed którym czuje się respekt, ale jednocześnie fajnie ułożone i owocowe. Natomiast One At All z Beer Bros to – niestety – największa porażka targów jeśli chodzi o RISy. Nie zaklasyfikowałbym w ogóle tego piwa do tej kategorii – 18 blg to stanowczo za mało, by stawać w szranki z rywalami klasy wspomnianego na początku Samca Alfa. W nosie kawa zbożowa z mielonych żołędzi i sporo siarki. W ustach lekki kwasek, trochę dyskontowej kawy i wodnistość. Nie dopiłem, a to rzadkość. Pozostając w klimatach mocnych, jednak już klasycznych, polskich – czas powiedzieć coś o dwóch porterach bałtyckich. Pierwszy z nich to wersja 24 blg z Chmielarium (na szczęście pijąc z beczki nie widać tych strasznych etykiet…). Aromatycznie mocno przeciętnie, ale w smaku już pojawia się trochę czekolady. Dziesięciu procent alkoholu też jakoś mocno nie czuć. Na pewno piłem lepsze bałtyki, ale ten zły nie był. Zdecydowanie lepiej zaprezentowało się, zdaniem wielu, najlepsze piwo premierowe na PTP – 652 m n.p.m. z Podgórza. Poddany rocznemu leżakowaniu w browarze porter bałtycki zyskał świetny czekoladowy front, który świetnie współgrał z nutami pumpernikla i śliwki kalifornijskiej. Alkohol ułożony doskonale. W odczuciu pełne, gładkie, deserowe. Jeśli ktoś jeszcze nie próbował, to koniecznie powinien to zmienić!

P_20151121_191525.jpg

Oprócz piw bardzo mocnych, z premierowych propozycji spróbowałem czegoś, co wzbudzało nieufność. Mianowicie Cherry Milk Stoutu z browaru Amber. Mimo że czasy, gdy piwa z Ambera, Ciechana czy Fortuny na tle eurolagerowej pustyni zachwycały, bezpowrotnie minęły, to nadal jestem zdania, iż browary z segmentu regionalnego potrafią pozytywnie zaskoczyć, co umiejętnie udowodnił niedowiarkom Kormoran serią Podróże Kormorana. Niestety, tu miłej niespodzianki nie było. Trochę zbożowej kawy, ciut masła i wiśniowy kwasek. Spodziewałem się raczej mocno słodkiego (od laktozy), solidnie palonego, ale i czekoladowego piwa, z nutą znaną z likierowych czekoladek z wiśnią. Tu jednak tego nie było. Aby zakończyć degustacyjne wrażenia (było ich więcej, ale nie sposób o wszystkich pisać) pozytywnie, dodam, że Dwa Smoki z beczki po starce z Pracowni Piwa pachniały ciekawie i równie fajnie smakowały, choć mogło to nieco przywodzić na myśl aromat młodego domowego piwa. Także próbowana po raz pierwszy Cascara z Artezana wywarła spore wrażenie na mych kubkach smakowych. Sam będę musiał tego dodatku użyć w którymś ze swoich piw. Spoza wymienionych propozycji, jak zwykle klasę trzymały Kingpin, Birbant i niezwykle aktywny jeśli chodzi o liczbę nowych piw Browar Setka.

P_20151121_202051.jpg

Poza degustacjami, goście mogli skorzystać z bardzo smacznych propozycji gastronomicznych (choć i tak tęsknię za serami z zeszłego roku…) w postaci burgerów, pizzy, zapiekanek, frytek, wypieków z Masz.Babo.Placek, suszonej wołowiny czy litewskich wędlin. W chwili przerwy dla żołądka zaś, można było posłuchać muzyki, wykładów zaproszonych gości oraz być świadkiem rozdania nagród Konkursu Piw Rzemieślniczych – przeniesionego z Festiwalu Birofilia, a także Konkursu Piw Domowych. Szkoda, że nie wszystkie liczące się w Polsce browary wystawiły swoje piwa w kategoriach konkursowych, gdyż uczestnictwo Pracowni Piwa czy Artezana na pewno namieszałoby trochę w stawce. Ze swojej strony gratuluję tym, którzy zgarnęli medale, a zwłaszcza zdobywcy tytułu Kraftu Roku (za wędzony porter z Widawy) – Wojtkowi Frączykowi.

Jpeg

 

Dziękuję organizatorom, że ponownie ogarnęli świetnie temat i sprawili, że spędziłem dwa (w niedzielę już odpoczywałem) dni pełne pozytywnych emocji i doskonałych doznań smakowych. Oby za rok było równie dobrze, a może i lepiej? Dziękuję też tym wszystkim ludziom, z którymi ten czas udało mi się przeżyć. Zarówno starym znajomym, jak i nowo poznanym. Do zobaczenia gdzieś na piwnym szlaku!

Reklamy
Poznańskie Targi Piwne 2015

7 grup smakowych piwa + zaproszenie na Poznańskie Targi Piwne

Ale ja nie lubię piwa! – słyszeliście to pewnie nieraz, gdy próbowaliście zachęcić mało piwnego znajomego lub znajomą do spróbowania swojego nowego ulubionego rzemieślniczego trunku. Doświadczenie pokazuje mi jednak, iż bardzo wiele takich osób ze słowem piwo kojarzy jedynie jasnego lagera, i to takiego masowej, korporacyjnej produkcji. Zwykle zdarza się, że taka osoba poza tym próbowała co najwyżej piwa pszenicznego, a może nawet kiedyś w jej ręce wpadł porter bałtycki. Przy dostępnej gamie stylów piwa taka liczba na pewno nie robi wrażenia. O ile jestem świadom, że są nieliczni, którzy w ogóle alkoholu nie piją oraz ci, którzy rzeczywiście próbowali wielu różnych piw i żadne im nie zasmakowało, to jednak śmiało wysuwam tezę, że większość piwo może lubić, tylko jeszcze o tym nie wie. A konkretnie – jeszcze nie miała okazji spróbować takiego, które trafiałoby w ich gusta. To tworzy swoiste wyzwanie dla piwnych geeków, stojących w awangardzie rewolucji – zaprezentować, doradzić, pomóc – ale też nie zmuszać. Każdy człowiek ma inne potrzeby, a ten krótki poradnik pomóc ma tym, którzy wyrażają chęć poznania czegoś nowego oraz ich przewodnikom po świecie piw rzemieślniczych. Okazja do napisania tego tekstu jest bardzo dobra, gdyż już jutro zaczynają się Poznańskie Targi Piwne. Korzystając z tej okazji, przy omówieniu każdej grupy smakowej, postaram się dobrać i polecić konkretne piwo dostępne podczas tegorocznej edycji imprezy.

targi.png
Źródło: Poznańskie Targi Piwne

 

Kluczową sprawą w piwnej edukacji jest chęć poszerzenia strefy komfortu, a także niezatracenie młodzieńczego głodu poszukiwania czegoś nowego w tym świecie. Przecież jest cudowny, wielobarwny, zróżnicowany. To właśnie w jego heterogeniczności kryje się prawdziwe piękno, a nie w monotonnym powtarzaniu tego samego każdego dnia. Nie w tym, co znane, ale w tym, co nieznane. Jak śpiewał Tomek Żółtko, dziwne jest piękne – wciąż twierdzę tak, gorsząc dewotów. Inność jest wartością, którą cennie jest oswoić, by móc eksplorować kolejne obcości ad infinitum. Wśród znajomych nawet wprowadziłem do języka potocznego pojęcie pożeracza schabowego z mizerią na duraleksie (nb: nie ma nic złego w tradycyjnej kuchni, chodzi o podejście w stylu – to znam i tylko to jem/piję/akceptuję). Swoją drogą – przydałoby się jakieś chwytliwe, jednowyrazowe określenie. Pomożecie? Na pewno znacie takich ludzi. Piwo istnieje dla nich tylko po to, by się nawalić lub zaspokoić pragnienie w upalny dzień, jedzenie po to, by zaspokoić głód i mieć energię do pracy, a wakacje spędzają piętnasty raz w identycznym hotelu all-inclusive z przygotowanymi atrakcjami dla turystów, aby broń Boże żaden obcy element nie zakłócił ich strachliwego jestestwa, ani by sami nie musieli niczego nowego przeżywać. Boją się. Tkwią wygodnie w swojej ciasnej strefie komfortu. To też tworzy uprzedzenia, nieufność oraz niechęć do obcych – tak smaków, wrażeń, jak i ludzi. Ciągle to samo i tak samo. Nudna i zabijająca chęć życia rutyna. Emocje i zmysły wyłączone – tylko potrzeby podstawowe, celebracja przyzwyczajeń, mentalna starość, śmierć młodzieńczego zapału i ciekawości. I w tym krajobrazie beznadziejności nagle pojawiamy się my – rewolucjoniści – serwując im imperialnego stouta wędzonego na owczej kupie, sparowanego z tatarem z penisa łosia i miskę prażonych mączników młynarków jako przekąskę. Pokazujemy, że można – i że warto – chcieć od życia coś więcej. Obiecuję, że do tego tematu jeszcze wrócę, bo jest moim zdaniem bardzo ciekawy i wymaga dłuższej analizy, jednak dziś skupię się na grupach smakowych piwa, które mogą niejako nakierować na właściwe style raczkujących adeptów kraftu. Nie jest to w żaden sposób mój autorski podział, ani nic odkrywczego dla osób, które już w świecie piwnym od dłuższego czasu się poruszają, jednak może pomóc on zarówno mało doświadczonym rewolucjonistom w piwnej ewangelizacji znajomych, jak i laikom chcącym zgłębić temat. Autor koncepcji grup smakowych – Greg Engert – piwny sommelier, piwowar, ambasador kraftu i restaurator – podzielił piwa na: orzeźwiające, chmielowe, słodowe, palone, wędzone, owocowo-przyprawowe i cierpkie.

11825567_413222022135757_9206263445953118493_n.jpg

Źródło: Browar Artezan

 

Piwa orzeźwiające to najpopularniejsza grupa na rynku, stanowiąca, myślę, ponad 90% ogólnej światowej produkcji. To do niej zaliczymy większość asortymentu osiedlowych sklepów, marketów, a także browarów lubujących się w klasyce. Napoje z tej grupy mają przede wszystkim oferować czysty, orzeźwiający, nienachalny profil smakowy. W większości nie są ani zbyt mocne, ani nie posiadają zbyt wiele ciała. Ich barwa zazwyczaj oscyluje od słomkowej do jasnobursztynowej. Osoby głęboko tkwiące w strefie komfortu i niechcące od razu rzucać się na głęboką wodę, mogą zacząć choćby od delikatnie owocowego estrowego profilu American blond ale czy American wheat, zachowujące przy tym cechy trunku najważniejsze dla piwosza o klasycznym guście. Z kolei komuś poszukującemu nut ciasteczkowych, chlebowych czy tostowych – lepiej polecić piwo dolnej fermentacji typu lager wiedeński, helles czy mocniejsze, charakteryzujące się bogatą słodową pełnią, marcowe. Osobom pragnącym nieco większej goryczki czy ziołowo-ziemistego charakteru europejskiego chmielu, warto zaserwować porządnego pilsa (tu bardzo łatwo o przekłamanie, gdyż wiele kiepskich koncernowych eurolagerów mieni się pilsami) czy – tu już bardziej rewolucyjnie – India pale lager, czyli piwo dolnej fermentacji, zachowujące czysty profil, ale już z użyciem amerykańskiego chmielu, dającego nuty cytrusowe, tropikalne czy żywiczne. Pierwsza z opisywanych grup jest najmniej ciekawa dla piwnego świra i rewolucjonisty, jednak może stanowić najbezpieczniejszą opcję dla osób głęboko zakorzenionych w tradycji. Zauważyłem, że wśród osób, które spędziły sporo czasu w Niemczech (np. jako gastarbeiterzy) to właśnie orzeźwiające piwa zyskują najlepsze oceny. A co do takiego piwa podać? Doskonale łączy się z nim drób, mięczaki, sezonowe warzywa i owoce czy sushi. Świetnym połączeniem na wiosnę może być sałatka z nowalijek spożywana na świeżym powietrzu przy akompaniamencie mocno chmielonego niemieckiego pilsa. Pycha!

Propozycje targowe: Artezan – Cymbopogon, Beer Bros – Pierwsza prosta, Browar Stu Mostów – WRCLW Pils

885586_545315015617352_3489503978230048356_o.jpg

Źródło: Browar Trzech Kumpli

 

Drugą grupę stanowią piwa o zdecydowanie chmielowym charakterze, w których pierwsze skrzypce mają grać nuty pochodzące z różnych odmian tej rośliny, stanowiącej – wbrew powszechnej opinii – jedynie przyprawę do piwa. Poza walorami aromatycznymi, piwa z tej grupy charakteryzować się będą intensywną goryczką, a także nieco większym ciałem i ciut ciemniejszym kolorem niż te z pierwszej kategorii. Nie są to oczywiście złote zasady, gdyż zawsze można znaleźć wyjątki, np. w postaci ultrajasnego, bardzo wytrawnego IPA z zachodniego wybrzeża USA. Aromat chmielowy w świecie rewolucyjnym jest tak różnoraki, że naprawdę każdy może znaleźć coś dla siebie. Od szlachetnych, kultywowanych od lat odmian europejskich, dających nuty ziemiste, ziołowe, kwiatowe, lekko drewniane czy tytoniowe, przez pionierów rewolucji – czyli mocno grejpfrutowe, cytrusowe, tropikalne i leśne odmiany amerykańskie – aż po post-rewolucyjne eksperymentalne efemerydy, dające tak odległe od klasyki wrażenia sensoryczne jak melon, liczi, cebula czy… nafta. Chcąc poznać cały przekrój, najlepiej spróbować klasycznego angielskiego bittera, w którym użyto brytyjskiego chmielu, następnie dać szansę piwu z solidną podbudową słodową, która kontruje goryczkę i dodaje złożoności, jak np. American barleywine, by w końcu trafić na symbol piwnej rewolucji, czyli wytrawne, ultragoryczkowe, uderzające z siłą bomby atomowej w nozdrza cytrusem i sosną American IPA – najlepiej świeże i zza oceanu. Trzeba tu jednak mieć się na baczności, gdyż łatwo trafić na minę. W dzisiejszych czasach jest to najpopularniejszy styl warzony przez browary rzemieślnicze, więc zamiast superchmielowej bomby, można otrzymać przeciętny, karmelowy egzemplarz o znikomym profilu chmielowym. Warto też sięgnąć po nieco mniej goryczkowe i bardziej sesyjne American pale ale, a także mocniejsze double/imperial IPA. Kolejnym krokiem będzie już próbowanie eksperymentalnych odmian chmielu oraz stylów hybrydowych, jak Belgian IPA, black IPA, wild IPA czy smoked IPA. Co do food pairingu, to ucztę mogą tu mieć wielbiciele zdecydowanych smaków: ostre, dojrzewające sery, burgery, dziczyzna czy steki to pierwsza myśl, jaka się mi nasuwa. Idealnym połączeniem wydaje się świeżutkie American IPA z małego browaru z zachodniego wybrzeża USA, pite do krwistego steku z polędwicy wołowej. Mimo późnej pory – zrobiłem się głodny.

Propozycje targowe: Browar Setka/Browar Jana – Ardeny’44, Artezan – Preparat, Trzech Kumpli – Pan IPAni, Pracownia Piwa – Dwa Smoki, Artezan – Mera IPA

ROBD_4-pack_mockup-410.png

Źródło: Smuttynose

 

Kolejny zestaw piwnych stylów to te, które na pierwszym planie stawiają stronę słodową. Napoje z tej grupy charakteryzują się nutami orzechów, toffi, karmelu, a także ciasteczek, tostów czy chleba, a ich barwa oscyluje wokół miedziano-brązowej. Propozycje podkreślające tostowe, ciasteczkowe, chlebowe i orzechowe nuty to np. dark mild, dunkel lager, brown ale, altbier czy doppelbock, który jest zdecydowanie najmocniejszy z tego zestawu, a do tego charakteryzuje się sporą zawartością melanoidyn, czyli związków powstałych w wyniku połączenia cukrów i aminokwasów, przywodzących aromatycznie na myśl przypieczoną skórkę od chleba czy mocno zbrązowioną wierzchnią warstwę steku. Przy ciemniejszych i mocniejszych piwach z tej kategorii, można wyczuć też nuty suszonych owoców, rodzynek czy fig. Do tej samej kategorii można zaklasyfikować trunki ukazujące mocno owocową stronę słodową, w postaci dojrzałych jabłek, śliwek, czy wspomnianych suszonych fig, rodzynek, a także moreli, daktyli czy nawet pumpernikla oraz te z mocnymi akcentami toffi i karmelu. Do tej podgrupy zaliczymy brytyjskie style, takie jak Scottish ale, wee heavy, Irish red ale czy English barleywine, ale także ukazujące unikatowy charakter belgijskich drożdży Belgian pale ale. Tego typu piwa pijemy raczej do potraw o zdecydowanym, lecz nie przesadnie, smaku, najlepiej nieco oddalonym od słodkiego, by podkreślić kontrast. Dobra wędlina, pleśniowe sery czy nawet prawdziwa włoska pizza może być świetnym pairingiem dla opisywanej grupy.

Propozycje targowe: Smuttynose – Really Old Brown Dog Ale, Beer Bros – Fenegryka Ale

11223565_1218039334889874_940764274527259622_o.jpg

Źródło: Browar Kingpin

 

Piwa palone to kategoria, która może zarówno zaciekawić, jak i odrzucić nowicjusza. Z jednej strony mamy tu bowiem tak mainstreamowe style jak dry stout (a przecież każdy słyszał o Guinnessie, a i większość piła), a z drugiej stouty imperialne, czyli piwa bardzo mocne, złożone, palone, pełne, a do tego często posiadające nuty pochodzące z beczek dębowych, w których nierzadko leżakują. Wszystkie te piwa mają raczej ciemną barwę, natomiast występują zarówno w wersji wytrawnej, jak i pełnej. Delikatniejsze style, dające jedynie palone tło, trochę zbożowej kawy, orzechów i mlecznej czekolady, to np. schwarzbier, foreign extra stout czy klasyczny, zniewalający czekoladą, kawą i suszonymi owocami porter bałtycki . Jeśli chcemy spróbować czegoś o bardziej aksamitnej teksturze, osadzającej się na języku niczym krem lub olej, warto sięgnąć po oatmeal stout, w którym zastosowano niesłodowane płatki owsiane w celu uzyskania opisywanego odczucia w ustach. Chcąc zaś przekonać do ciekawego piwa osobę lubującą się w słodyczach, można zaproponować jej milk stout, czyli piwo z dodatkiem niefermentowalnej (a więc pozostawiającej słodycz) laktozy. Należy przy tym pamiętać, iż laktoza jest silnym alergenem, więc upewnijmy się, że osoba pijąca milk stouta nie jest na nią uczulona. Bardziej złożone i zdecydowane smaki poznamy próbując takich stylów jak American brown ale, American stout czy imperial stout. Zwłaszcza piwa określane tym ostatnim mianem warte są uwagi każdego degustatora. Dość powiedzieć, że na popularnych portalach z recenzjami i ocenami piw, takich jak RateBeer czy Beer Advocate, w czołówce rankingu większość piw to właśnie imperialne stouty. Dzieje się tak dlatego, że są to piwa najbardziej złożone, najbardziej bogate aromatycznie i smakowo, dające coś, co degustatorzy nazywają beergasmem, czyli orgazmem (sensorycznym) poprzez piwo. Najlepsze z najlepszych propozycji poddawane są długotrwałemu leżakowaniu w dębowych beczkach po destylatach, przejmując od nich zarówno wanilinę z drewna, jak i cechy trunku, który wcześniej przebywał w tym samym lokum. Zapewniam Was, że nie ma nic lepszego, niż imperialny stout długo leżakowany w beczce po dobrej, torfowej whisky. Takie warte są każdej ceny. Do lżejszych propozycji z tej kategorii można zjeść dobrze przyrządzonego kurczaka lub owoce morza, do słodszych ciekawy deser przełamany np. kwaśną śmietaną lub owocami, a do najcięższych zawodników mocno spieczoną na grillu wieprzowinę, żeberka, karmelizowany bekon lub dżem z boczku. Teraz dopiero zrobiłem się głodny…

Propozycje targowe: Kingpin – Turbo Geezer, Pinta – Lublin To Dublin 2015, Kraftwerk/Wąsosz – This Is Kraft Bitch, Podgórz – 652 m n.p.m., Birbant – Russian Imperial Stout Barrel Aged, Bednary/Centrala Piwna – Saint Satanislav, Artezan – Samiec Alfa Barrel Aged, Pracownia Piwa – Mr Hard Rock’s

12248221_908017399266462_1270059005931990525_o.jpg

Źródło: Browar PINTA

 

Idąc w jeszcze trudniejsze dla nowicjuszy aromaty, nie można zapomnieć o piwach wędzonych – czyli takich, w których użyto słodu poddanego wcześniej działaniu dymu. Zależnie od jego źródła, może on wnieść przeróżne aromaty, od ogniska, przez szynkę i oscypek, po palone kable, lizol i zużyte bandaże. Piwa mogą nabierać także aromatów wędzonych poprzez długotrwałe leżakowanie w beczkach po destylatach, w których produkcji użyto słodów wędzonych (np. szkocka whisky z wyspy Islay). Mimo że połączenie takich wrażeń zmysłowych z piwem na pierwszy rzut oka wygląda dość dziwacznie, to doświadczenie pokazuje mi, że często trafiają one do ludzi, którzy nie przepadają za piwem. Moja Ukochana, na przykład, piwa nie lubi, ale dobrą wędzonką nie pogardzi. Poza klasycznym niemieckim rauchbierem, właśnie do piw wędzonych zalicza się rdzennie polski styl – piwo grodziskie – lekki pszeniczny trunek z bazą słodową dymioną drewnem dębowym. Jakie jedzenie pasuje do tej grupy? Dobra, długo dojrzewająca kiełbasa, szynka wieprzowa, dziczyzna czy wędzony halibut na pewno stanie się znakomitym dopełnieniem smakowitego akordu.

Propozycje targowe: Pinta – Jak w dym, Browar z Grodziska – Piwo grodziskie, AleBrowar – Smoky Joe

12184068_1671490323069180_6991543921197618375_o.jpg

Źródło: Browar Profesja

 

Szósta kategoria smakowa to piwa o charakterze owocowym i przyprawowym. Tu należy od razu zaznaczyć, że nie są to trunki z dodatkiem syropu owocowego, a przyprawowość zazwyczaj pochodzi ze związków chemicznych produkowanych przez specjalne szczepy drożdży. Piwa z tej grupy możemy śmiało polecić ludziom, którzy twierdzą, że piwo jest dla nich za gorzkie. Wynika to z faktu, że nadmierna goryczka wysuwałaby się na pierwszy plan, lub byłaby zbyt wyraźnie zaznaczona. Od wieków najlepsze piwa z tej kategorii warzy się w Belgii, a także w browarach umiejscowionych w innych krajach, ale czerpiących z belgijskich tradycji piwowarskich. Oprócz nich, także do tej grupy należy zakwalifikować klasyczne niemieckie piwo pszeniczne w stylu hefeweizen. Spośród opisywanych tu trunków, wyróżniamy jasną i ciemną grupę aromatyczno-smakową. W przypadku tej pierwszej nasze zmysły otrzymają solidną dawkę pochodzących z estrów owoców w postaci dojrzałego jabłka, gruszki, brzoskwiń, moreli i jasnych owoców (jasne piwa belgijskie), a także bananów (niemiecka pszenica). Do tego często możemy spotkać charakterystyczny smak gumy do żucia oraz pochodzące z fenoli przyprawy takie jak goździki, pieprz czy gałka muszkatołowa. W przypadku niektórych piw używa się także dodatków, takich jak skórka pomarańczy i kolendra (witbier), zioła zastępujące chmiel (gruit) czy praktycznie dowolnych ingrediencji w przypadku wariacji na temat stylu saison. Druga z podgrup idzie raczej w stronę ciemnych i suszonych owoców, takich jak figi, śliwki, rodzynki i wiśnie, uzupełniając je podobnym przyprawowym charakterem, co jasne odpowiedniki: pieprz, cynamon, goździki, gałka muszkatołowa. Egzemplarze o pełniejszym ciele przemycą także do naszych zmysłów nuty opisywane wcześniej w przypadku ciemnych piw o profilu słodowym, takie jak karmel, orzechy, czekolada czy toffi. Warto sięgnąć po klasycznego belgijskiego dubbla czy quadrupla, a także niemieckiego weizenbocka. Jeśli chodzi o pairing, to sensoryczna charakterystyka tej grupy współgra znakomicie z owocami morza, a także pikantnymi daniami i wędlinami.

Propozycje targowe: Erdinger – Weissbier, Profesja – Pielgrzym, Jan Olbracht – Pomarańczarnia króla, Pracownia Piwa – Hey Now, Trzech Kumpli – Otwarcie sezonu

12066043_1713810355499514_4452075780896470420_n.png

Źródło: Browar Setka

 

Ostatnią z opisywanych kategorii są piwa cierpkie i kwaśne. W obecnej fazie światowej rewolucji są to najmodniejsze style, więc chcąc być na czasie, należy koniecznie ich spróbować. Występują one we wszystkich barwach i nie znają granic jeśli chodzi o moc. Można spotkać bardzo lekkie (berliner weisse), ale też bardzo mocne (sour imperial stout) style. Na początek przygody z piwami kwaśnymi proponuję zacząć od delikatnych, lekkich kwasów, takich jak niemieckie berlinery, gose czy lichtenhainery. Mają one umiarkowaną kwasowość, są orzeźwiające i dość owocowe, cytrusowe, a czasem wręcz cytrynowe. W aromacie nie czuć typowych dla belgijskich wariantów nut określanych jako stajenne i wiejskie, natomiast mogą pojawić się aromaty wędzone (lichtenhainer) oraz akcenty… słone (gose). Nie należy się ich bać, gdyż razem tworzą unikatowe i bardzo ciekawe połączenie. Bardzo często również spotykam się z twierdzeniem: nie lubię piwa, ale bardzo lubię wino. Takiej osobie od razu można zaproponować dobrego krieka albo leżakowane w dębowej beczce flanders red ale. Spora cierpkość, owocowe bogactwo (w przypadku lambików także w wyniku dodatku owoców), a również często nuty waniliowo-drewniane pochodzące z beczek powinny zadowolić koneserów dobrego wina. Część osób, która pierwszy raz próbuje tego typu trunków, wręcz opisuje swoje wrażenia jako bardziej winne, aniżeli piwne. Jeszcze inny podtyp w tej grupie to wspomniane wcześniej aromaty stajenne, końskie, wiejskie czy skórzane – pochodzące z efektów pracy dzikich drożdży, czy to dodanych przez piwowara, czy też fermentujących spontanicznie. Mamy tu też wyraźne akcenty ziemiste, nuty jasnych winogron, a niekiedy… octu. Jeśli ktoś jest gotowy na takie przeżycia, powinien sięgnąć np. po klasyczne oude gueuze, tradycyjnego lambika bez dodatku owoców lub po jeden ze stylów hybrydowych, gdzie dodatkowo otrzyma jeszcze cechy charakterystyczne dla jednej z pozostałych opisywanych grup. Pomyślcie o wędzonym torfem, mocno chmielonym, kwaśnym imperialnym stoucie leżakowanym w beczce po Lagavulin, z dodatkiem chili i kawy. Na samą myśl cieknie mi ślina. Do piw kwaśnych pasuje najlepiej dobre mięso, owoce morza i aromatyczne sery, ale także owoce i nieprzesłodzone desery lodowe.

Propozycje targowe: Pinta – Kwas Gamma, Pinta – Kwas Delta, Browar Setka – Kapitan Drake, SzałPiw – Vaccinium corymbosum sagax, SzałPiw – Oxycoccus audax, SzałPiw – Cerasum alacre, Piwoteka – Zośka straszybotka

Mimo obszernego opisu, klasyfikacja ta nie jest ostatecznym uszeregowaniem sensorycznych doznań, jakich możemy doznać pijąc piwo. Nie możemy zapominać o stylach hybrydowych, nabieraniu przez trunki cech destylatów dzięki beczkom, w których piwo leżakuje, a także o popularnych dodatkach, takich jak kawa czy chili. W piwnej rewolucji chodzi o to, by przekraczać granice. Ze swej natury jednak, rewolucja musi być permanentna, gdyż zawsze po złamaniu jednego tabu w piwnym światku, pojawia się kolejne. Na szczęście, eksperymentatorów nie brakuje. Nadmienię tylko, że istnieje browar o nazwie Brugghús Steðja w Islandii, który uwarzył piwo z dodatkiem… wędzonych na owczej kupie jąder finwali. Na tym polega właśnie rewolucja. To jest, kurwa, prawdziwy kraft, który nie bierze jeńców!

5B9A1954.jpg

Źródło: draftmag.com

 

O ile – niestety – Hvalur 2 nie będzie dostępny na Poznańskich Targach Piwnych, już jutro zapraszam serdecznie wszystkich do Poznania, by przyszli na MTP i spróbowali w życiu czegoś nowego. Kupcie bilet i dobre, degustacyjne szkło, podchodźcie do stoisk, proście o próbki i kupujcie małe porcje. Dzięki temu poznacie więcej smaków, a przy tym minie trochę czasu, nim zaburzycie sobie percepcję. Targi to doskonała okazja do tego, by poszerzyć strefę komfortu i poznać świat piwa bardziej całościowo, odkryć nieznane jeszcze dla siebie smaki. Może i wy zakochacie się w piwnej rewolucji i przekonacie się, że piwo to nie tylko jasne pełne pite w upalny dzień na plaży z plastikowego kubka. Może i wy zobaczycie, że piwo jest równie bogate sensorycznie co wino. Odkryjecie, być może ku własnemu zdziwieniu, iż piwo można nie tylko żłopać, ale i degustować. Przyjdźcie, stuknijcie się ze mną szkłem i celebrujcie różnorodność. Tak jak w każdym innym aspekcie życia, tak i w piwie – jednorodność jest nudna, a wielobarwność daje radość z naszego krótkiego ziemskiego życia i pozwala czerpać coraz to nowe wrażenia. Czym innym bowiem jest życie, jak nie kolekcjonowaniem wspomnień? Zadbajcie o to, by mieć co wspominać na starość. Nieważne, czy macie 18, czy 80 lat. Póki macie marzenia i nie boicie się przekraczać granic strefy komfortu, jesteście młodzi. Życie dzieje się teraz. Nie pozwólcie mu uciec przez palce. Trzecie już Poznańskie Targi Piwne odbędą się w dniach 20-22 listopada na terenie Międzynarodowych Targów Poznańskich. Oprócz piwa, na gości czeka masa innych atrakcji, łącznie z paradą food trucków oraz serami od mistrza Marka Grądzkiego. Do zobaczenia na miejscu!

7 grup smakowych piwa + zaproszenie na Poznańskie Targi Piwne

Weekendowe piwne degustacje

Weekend to doskonała okazja do wypicia kilku nowych propozycji browarów rzemieślniczych i ruszenia poznańskim szlakiem chmieli i słodów. W zeszłym tygodniu zacząłem wędrówkę od Setki, gdzie postanowiłem spróbować dwóch piw: Double Robust Porter z Birbanta oraz Quatro z Pinty.

birbant double robust

Na pierwszy ogień birbanckie ciemności z Witnicy. Piwo prezentuje się nieźle: ciemna nieprzejrzysta praktycznie barwa, piana oblepiająca w miarę szkło, redukująca się do kożuszka. W aromacie jak i w smaku, zgodnie z oczekiwaniem, pojawiły się nuty czekolady i kawy, raczej w stronę słodkich akcentów niż wytrawnych. Nie było tam jednak żadnej mega intensywności, która by mnie porwała – jak na podwójny porter to całkiem grzeczne. Udane, ale nie takie, które pamięta się długo.

quatro

Jakoś tak już jest, że marki-symbole każdej rewolucji po czasie są przeganiane przez swych następców. Tak w minionym roku było moim zdaniem z pionierami polskiego kraftu – Pintą i AleBrowarem. Nowe piwa od rewolucyjnych weteranów były zarówno dobre, jak i średnie, ale żadne nie wyrywało z butów, a nowi gracze na rynku serwowali coraz to lepsze propozycje. Na szczęście pod koniec roku Pinta wypuściła Quatro, które w końcu dane mi było spróbować. Już po pierwszym niuchu nowego piwa można było powiedzieć: wrócili! Bardzo dobry aromat amerykańskich chmieli: owoce tropikalne i lekka żywica. W tle trochę karmelu, który współgra także w smaku z solidną tropikalno-żywiczną nutą i porządną goryczką. Potężny ekstrakt (24,7°P) daje o sobie znać gęstością i pełnią, natomiast alkohol jest świetnie przykryty. Można powiedzieć, że Quatro to takie Imperium Atakuje na sterydach. Kolejna warka uwarzona zostanie dopiero za rok, więc jeśli ktoś jeszcze nie pił, to radzę się spieszyć do sklepu.

Drugim przystankiem na szlaku był Dom Piwa, gdzie jeszcze można dostać Mikkeller Black z beczki, a to wystarczający powód, by tam zajrzeć. O jednym z najlepszych piw świata napisano annały, więc Ameryki nie odkryję stwierdzając, że każdy osobnik zainteresowany piwowarstwem musi go spróbować. Niesamowita moc (17,5% alkoholu), gęstość, deserowość – po prostu bomba. Bardzo intensywna gorzka czekolada, likier, balsam osadzający się na ściankach jamy ustnej – to piwo to praktycznie posiłek, a nie napój. Póki jeszcze się nie skończył, biegnijcie przekonać się na własnym podniebieniu. Poza Blackiem spróbowałem też nowej propozycji kooperacyjnej Browaru Szałpiw i Pracowni Piwa, oznaczonej numerem 3. Jest to dubbel IPA, czyli połączenie Belgii i Ameryki. Piwo w aromacie bardziej oferowało fenolowe nuty belgijskie, które dominowały nad akcentami amerykańskich chmieli. W smaku wytrawne, z wyraźnymi suszonymi owocami na pierwszym planie, troszkę kawy i średnia goryczka, a w tle rozgrzewający alkohol.

Wieczór zakończył się w Piwnej Stopie, jednak notatek już nie robiłem. Co innego wczoraj, gdyż to właśnie tam wypadł start weekendowej degustacji. Na kranach sporo ciekawych rzeczy, w tym kilka, których nie miałem jeszcze okazji spróbować.

IMG_20150116_203700Picie rozpoczęło się od Chlumeckiego Vita z browaru Vysoký Chlumec, założonego podobno w 1466 roku. Piwo to zdobyło brązowy medal na konkursie Žatecká Dočesná. Co ciekawe, trafia ono tylko do beczek – nie ma wersji butelkowej. Drugą ciekawostką jest to, że ze strony internetowej można wywnioskować, iż nie jest to witbier (jakby sugerowała nazwa), ale hefeweizen. Rzadko trafia się w Polsce czeskie piwo, które nie jest lagerem, więc postanowiłem spróbować. Zważywszy na to, że dopiero co wróciłem z Pragi, to tym bardziej cieszyłem się na tę chwilę. Niestety, żadne sentymenty tego piwa nie mogły uratować. W zapachu głównie nuty siarkowo-kanalizacyjne z lekkim bananem, a w smaku pustka i jakaś nieopisana nieprzyjemna nuta. Ledwo zmęczyłem 330 ml. Na drugi ogień poszedł Nelson Sauvin Pale Ale z Browaru Birbant. Zapach tego piwa był dla mnie swoistym novum – bardzo charakterystyczny, przyjemny: owocowy – ale inaczej niż amerykańskie odmiany, lekko winny, coś zupełnie innego niż klasyka nowofalowych chmieli. Był to mój pierwszy kontakt z tą nowozelandzką odmianą i chyba sam będę musiał coś z nim stworzyć– jak już zrealizuję swój plan uwarzenia kilku piw wędzonych. W smaku piwo Birbanta to dobre, lekkie, orzeźwiające pale ale. Pewnie w lecie smakowałoby jeszcze lepiej. Dla porównania wypiłem jeszcze nową wersję Sharka od kolaborantów Kopyra/Widawa i tu aromat był już zdecydowanie inny – klasyczny, amerykański – cytrusowo-tropikalny, o średniej intensyności. Pamiętam poprzednie warki tego drapieżnika i była tam naprawdę mocna goryczka – teraz chyba na zimę rekin stracił zęby, bo już takiego uderzenia nie czułem. Inna sprawa, że może po prostu to mi wzrosła tolerancja na gorzki smak.

Piątkowe smakowanie zakończyłem w Domu Piwa, gdzie spróbować przyszło mi Wujka Vettisa z Browaru Podgórz. Do tej pory Podgórz nigdy mnie nie zawiódł, a ich festiwalowa Czekoladowa Dolina z masakryczną ilością kapsaicyny z Beer Geek Madness była dla mnie najlepszym piwem festiwalu. Każdemu jednak zdarzają się wpadki. Belgian IPA z Podgórza nie zaoferowała mi nic ciekawego. Słabo pijalne, męczące, bez jakichś większych wad, ale i bez przyjemności. Może to po prostu nie był odpowiedni dzień na to piwo.

Kolejne piwne degustacje już niedługo!

Weekendowe piwne degustacje