Baranie łby, zepsute ryby i wszechobecna lukrecja – czyli kocham Cię jak Islandię

Od naszej ostatniej podróży minęło już trochę czasu i stęskniliśmy się nieco za życiem na walizkach. Jako że okazja była przednia (Walentynki), postanowiłem zabrać moją Ukochaną na Islandię, która nas oboje od pewnego czasu intrygowała. Korzystając z urodzinowej promocji WizzAir, kilka miesięcy wcześniej zakupiliśmy dwa bilety w cenie jednego, dołożyliśmy do tego duży bagaż i zabukowaliśmy lot z Gdańska do Keflaviku i z powrotem. Czegoż więc warto spróbować na miejscu? Czy mity na temat islandzkiego jedzenia i picia są prawdziwe? Postanowiliśmy stawić czoła tym pytaniom na miejscu, a odpowiedź na nie znajdziecie poniżej. Zapraszam do lektury.

IMG_0878.JPG

Plany kulinarno-piwne

Przed wyprawą nie mogliśmy, rzecz jasna, powstrzymać się przed buszowaniem po sieci w celu odnalezienia najciekawszych i najdziwniejszych atrakcji czekających na nas na Wyspie Gejzerów. W nasze poszukiwania lokalnych dziwot włączyliśmy także ciekawostki kulinarne i piwne. Wiedziałem już wcześniej, że Islandia to jedyne miejsce, gdzie możemy spróbować niektórych rzeczy, które gdzie indziej – o ile nie są wprost zabronione – to powiedzmy… ich konsumpcja nie należy do kręgu kulturowego. Do takich smakołyków na pewno zaliczymy wieloryba – morskiego ssaka chronionego od trzydziestu lat prawem międzynarodowym. Na szczęście są takie krańce świata, gdzie niektóre walenie można ordynarnie zjeść. Islandia daje taką możliwość. Poza wielorybami, przed wyjazdem wiedziałem także o frykasach znajdujących się na zaszczytnych listach pod tytułami w stylu: najbardziej obrzydliwe potrawy świata: fermentowanym rekinie, baranich jądrach, kwaszonym tłuszczu wieloryba czy owczej głowie. Nie darowałbym sobie, gdybym przynajmniej ich nie spróbował. Co do piwa, z okazji tradycyjnego zimowego święta Þorri browar Steðja uwarzył w 2014 roku piwo Hvalur, do którego produkcji użyto… zmielonych kości wieloryba (!), a rok później powtórzono eksperyment pod nazwą Hvalur 2, a napój infuzowano wędzonymi na owczej kupie jądrami finwali (!!). Niestety, piwo Hvalur 3 nie powstało, także przez lobby antywielorybnicze, które rozpętało krucjatę przeciwko używaniu waleni w procesie produkcji piwa. Poza tym, jak zawsze celem wyprawy było zjedzenie i wypicie jak największej ilości lokalnych ciekawostek, o których nie mieliśmy pojęcia przed wylotem.

Lokalne obskuria – czy ludzie naprawdę to jedzą?!

12715654_1001236363302098_4423760712594557386_n

Czytając zestawy tradycyjnych islandzkich potraw, nasuwa się jedno pytanie: czy ci ludzie naprawdę to jedzą? A jeśli tak – to dlaczego? Czy są szaleni, a może jest jakieś drugie dno? Prawda jest taka, że – jak w większości przypadków – tak zwana kuchnia lokalna powstała z biedy i ograniczonego dostępu do zasobów. Gdy nie było samolotów i sieci importowych, a przez pół roku na miejscu nic nie rosło, trzeba było sobie jakoś radzić. Stąd robiono przetwory ze wszystkiego i żadna jadalna część mięsa nie mogła się zmarnować. To właśnie z tego powodu zaczęto choćby jeść baranie głowy, robić coś na kształt polskiej kaszanki czy zakopywać rybę pod ziemią. Ten ostatni proces miał też uzasadnienie medyczne. Rekin grenlandzki, tradycyjnie poddawany takowej obróbce, nie posiada bowiem układu moczowego i w związku z tym wszystkie toksyny przenikają wprost do jego mięsa, czyniąc je trującym dla człowieka. Długotrwały proces dojrzewania pomaga rozłożyć szkodliwe substancje i umożliwia zjedzenie rekiniego mięsa. Dziś na Islandii mamy możliwość spróbowania każdej kuchni świata, a przeciętny mieszkaniec tego kraju zazwyczaj zamiast wędzonych baranich jąder wybierze pad thai, pizzę, burgera lub hot-doga. Co ciekawe, przez zamiłowanie mieszkańców do fast foodu, Islandia należy do najbardziej otyłych krajów Europy. Równocześnie widnieje na liście najszczęśliwszych miejsc. Przypadek? 😉 Starodawne, tradycyjne islandzkie potrawy pełnią dziś dwie funkcje: stanowią atrakcję dla żądnych przygód kulinarnych turystów, a także serwowane są podczas wspomnianego wcześniej święta Þorri. Wtedy to na stole można znaleźć m.in.: fermentowanego rekina, baranie jądra, podpiekane owcze głowy, zrobiony z nich salceson, kaszankę, wątrobiankę, suszone na wietrze ryby, tradycyjny żytni chleb, długodojrzewającą jagnięcinę, koninę, comber jagnięcy oraz płetwy foki. Taką ucztę należy oczywiście sowicie zapić – najlepiej miejscowym alkoholem o nazwie Brennivin – czyli wódką ziemniaczaną z dodatkiem kminku. Smacznego!

Reykjavik Food Walk

Na długo przed wyjazdem wpadł mi w oko pewien profil na Instagramie. Reykjavik Food Walk, bo o nim mowa, obfitował w piękne zdjęcia krajobrazów i opisy smacznych rzeczy. Okazało się, że od pół roku istnieje wydarzenie, dzięki któremu goście są w stanie spróbować 13 lokalnych przysmaków w 6 różnych miejscach w stolicy. Udało się nam zarezerwować miejsca na środę, 17 lutego. Udaliśmy się pod Harpę w południe, a że do rozpoczęcia wydarzenia pozostało jeszcze pół godziny, wypiliśmy kawę w kawiarni na dole. Niestety, była to jedna z gorszych decyzji na miejscu. Przepalone, nieco stęchłe ziarno masowej produkcji – lepiej idźcie gdzie indziej, np. do Haiti (o tym później). RFW zaczęliśmy od wizyty w Islenskim Barinnie, miejscu, które uprzednio odwiedziliśmy już dwukrotnie. Tym razem mieliśmy okazję spróbować zupy na jagnięcinie. Osobiście jestem wielbicielem owczego mięsa i cenię je pod względem smakowym dużo wyżej niż kurczaka. Dlatego też, mimo że w sumie była to zwykła zupa a la bulion z warzywami, dodatek mięsa jagnięcego zapewnił tak zwane punkty dodatkowe, o które przecież chodzi. Drugi przystanek to Ostabúðin – miejsce, gdzie można zarówno zjeść na miejscu, jak i kupić dobre wędliny oraz ser na wynos. Jeśli chodzi o sery, były smaczne, jednak nie rzucały na kolana. Co innego mięso. Mieliśmy okazję spróbować długodojrzewającego konia, kaczki i owcy. Każda z wędlin otoczona była mieszanką ziół i przypraw. Konina w rozmarynie i tymianku pokonała wszystko. Była to jedna z najsmaczniejszych wędlin, jakie jadłem w życiu. Oczywiście połowa wycieczki nawet jej nie spróbowała! Nienawidzę tej fałszywej moralności, w której zjedzenie konia jest nieakceptowalne, ale już świnia czy krowa to nic takiego. Powiedzmy sobie wyraźnie – moralny aspekt zjedzenia konia, psa, kota czy szczura różni się od zjedzenia świni, krowy czy kurczaka tylko ograniczeniami kulturowymi. Na szczęście ja się już ich wyzbyłem i nie pogardzę dobrze sprawioną koniną. Grunt, to rozszerzać swoją strefę komfortu ad infinitum i przestać się bać. Strach to największy wróg postępu. Do tego dochodzi neofobia. O niej jednak – kiedy indziej. Idąc dalej w kierunku kościoła Hallgrimskirkja, trafiliśmy do Cafe Loki, kawiarni nazwanej tak na cześć nordyckiego boga. Mimo odbywającego się tam remontu, w ramach RFW mogliśmy wejść do środka i otrzymać tradycyjne islandzkie lody. Co wyróżnia miejscowy słodki przysmak od znanych nam z Polski lodów tradycyjnych? Dodatek… ciemnego żytniego chleba! Żyto przez 200 lat duńskiej okupacji było głównym surowcem zbożowym na Islandii i właśnie w tym okresie powstały przepisy na rúgbrauð. Kruszony chleb miesza się z masą lodową, co stanowi lokalny przysmak. Jakkolwiek dziwnie to brzmi, połączenie naprawdę dało radę i warto go spróbować. Następnie przeszliśmy nad Tjörnin, czyli staw w centrum Reyjkaviku, gdzie mieszkańcy i turyści karmią dzikie gęsi, kaczki i łabędzie krzykliwe. Ptaki są dorodne i przyzwyczajone do zjadania okruchów z pańskiego stołu. To właśnie tam doszedłem do wniosku, że Tjörnin stanowi doskonałą alegorię etatyzmu. Łabędź posiada z natury tak wielką siłę, że jest w stanie skrzydłem złamać ludzką kość. Tymczasem poprzez systematyczną pampersyzację (nie mylić z pauperyzacją) ptaki te stały się w stu procentach zależne od ludzi – na tyle, że jedzą im z ręki. Dokładnie w ten sam sposób działają państwa socjalne. Człowiek – z natury obdarzony jednostkową wolną wolą, prawem własności i samostanowienia – może być przez działanie opresyjnego aparatu państwowego pozbawiony naturalnej niezależności i zostać uzależniony od socjalnych benefitów oraz opieki urzędników do tego stopnia, że nie tylko się boi, ale nie jest w stanie funkcjonować samodzielnie. Przez całe życie potrzebna mu jest państwowa pielucha. Jest to ludobójstwo en masse na płaszczyźnie duchowej. Dość dygresji. Nad Tjörnin spróbowaliśmy klasycznego islandzkiego skyru. To produkt mleczny podobny do jogurtu, fermentowany nie tylko bakteriami mlekowymi, ale i paciorkowcami. Mieliśmy okazję skosztować zarówno wersji naturalnej, jak i truskawkowej. Obie smakowały bardzo podobnie do znanej z polskich sklepów Jogobelli. Idąc w kierunku Starego Portu, zatrzymaliśmy się przy słynnym Bæjarins Beztu Pylsur, czyli budce z hot-dogami czynnej od… 80 lat. Parówki w Islandii robi się głównie z mięsa jagnięcego, z domieszką wieprzowiny i wołowiny. Bułki w Polsce są lepsze, natomiast jeśli chodzi o wkład, to bardziej przekonał mnie wariant miejscowy. Jako dodatki można zamówić świeżą i prażoną cebulę, remuladę, keczup i musztardę. Po tym posiłku udaliśmy się do Saegreifinn, tawerny w Starym Porcie, którą założył legendarny Morski Baron. Tam skosztowaliśmy zupy homarowej, która przypominała nieco polską pomidorówkę z dodatkowym akcentem w postaci rzeczonego skorupiaka. Na Islandii poławia się dużo homarów i można je dostać w większości nadmorskich knajp. Oczywiście, jeśli myślicie, że przez to są tańsze – mylicie się. Pomimo dostępności, nadal jest to towar luksusowy. Finisz naszego touru miał miejsce w restauracji Matur Og Drykkur, gdzie otrzymaliśmy tradycyjny islandzki deser w postaci smażonych na głębokim tłuszczu warkoczy z ciasta o smaku podobnym do racuchów, przyozdobionych karmelowym sosem. Ogólnie oceniam doświadczenie Reykjavik Food Walk jako bardzo udane. Nasz przewodnik – Egill – wykazał się sporą wiedzą i potrafił ciekawie o wszystkim opowiadać, poznaliśmy sporo fajnych ludzi i – co najistotniejsze – spędziliśmy pół dnia na międzynarodowych pogaduchach i samplingu ciekawych lokalnych dań. Jeśli jesteście foodies, musicie skorzystać z ich oferty będąc w Reykjaviku!

Gdzie i co zjeść?

Po uprzednim wykonaniu internetowego researchu, udaliśmy się do restauracji Islenski Barinn, by tam spróbować lokalnych mięs niedostępnych w Polsce. To tu – według recenzji znalezionych na TripAdvisor – można zjeść renifera, maskonura, wieloryba i baranie jądra, a także wypić dobre piwo. Jak się okazało, nie zawsze i nie wszystko. Co prawda renifera musieliśmy spróbować gdzie indziej, ale udało się nam zamówić przystawki podawane w gustownych słoikach, zawierające mięso maskonura z chili oraz wieloryba w sosie z ostrym cheddarem. Sympatyczny ptaszek w smaku przypominał nieco kurczaka w azjatyckim stylu, natomiast wieloryb (a konkretnie płetwal karłowaty) zachwycał swym smakiem. Mięso tego walenia daje wrażenie, jakby dwie fantastyczne rzeczy – stek wołowy i stek z tuńczyka – połączyły się w jedno. Jędrne, mocno białkowe mięso o wyrazistym smaku, do tego świetnie podkreślone ostrym serem. Znakomite! Każdy spragniony dobrego smaku powinien spróbować płetwala, póki jeszcze jest taka szansa. Jeśli przystawka to dla kogoś za mało, może zamówić cały stek albo udać się do Starego Portu, gdzie we wspomnianej wcześniej restauracji Saegreifinn można raczyć się świeżymi porcjami degustacyjnymi za niewielką cenę.

Kolejną rzeczą, jakiej nie mogliśmy przegapić, był svið – czyli głowa owcy przecięta na pół, pozbawiona mózgu, opalona i podawana na ciepło z ziemniakami i puree z rzepy – zupełnie jak szkockie haggis. Od kilkudziesięciu lat jest to popisowe danie restauracji Fljótt og Gott mieszczącej się na… miejskim dworcu autobusowym (BSI). Zapach potrawa ta miała dość specyficzny, ale to dzięki wyglądowi uznaje się ją za jeden z największych kulinarnych koszmarów. W miarę spożywania części jadalnych (policzki, dziąsła, itd.) odsłaniają się nam bowiem zęby. Dosłownie wyjadamy resztki mięsa spomiędzy kości szczęki i czaszki, a także okolice oka i ucha. Ten widok odrzuca najbardziej odpornych, a czasem powoduje nawet dolegliwości natury gastrycznej. W moim przypadku ciekawość świata zatryumfowała nad strachem kolejny raz i zjadłem wszystko, co było w svidzie do zjedzenia. Policzki to przecież jeden z najsmaczniejszych i najdelikatniejszych frykasów, a skóra i to, co pod nią na myśl przywodziła swojską golonkę. Co ciekawe, istnieje też możliwość zjedzenia svidu na zimno.

Prawdziwym Świętym Graalem był hakarl, czyli fermentowany rekin grenlandzki. Drogie to cholerstwo (około 1500 koron za 100 gramów), ale cóż – być na Islandii i nie zjeść hakarla to grzech. Kultowy status wśród miłośników ekstremalnych doznań sensorycznych potrawa ta zawdzięcza niebywałemu smrodowi (niektórzy porównują aromat hakarla do szwedzkich kiszonych śledzi – surstromming), a także faktowi, że – cóż- de facto jest to zepsuta ryba, która spoczywa miesiącami pod ziemią, a następnie wisi i suszy się na wietrze przez prawie pół roku. Kupując mój garniec złota w sklepie, usłyszałem od sprzedawcy wyartykułowane przerażonym głosem: tylko nie otwieraj tego w domu! Zgodnie z zaleceniem, rekina spróbowaliśmy na zewnątrz, podczas śnieżycy, jaka nawiedziła wówczas Reykjavik. Pogoda dodała nieco majestatycznego charakteru temu wydarzeniu. Justyna skusiła się tylko na kawałek, a mi zostało do zjedzenia całe opakowanie. W aromacie czuć było coś na kształt mocno dojrzałego francuskiego sera, amoniaku i starej ryby. Z czasem profil przechylał się coraz bardziej w stronę sera. W smaku było już bardziej zwyczajnie – rybnie i lekko kwaskowo. Tekstura hakarla przypomina środek ryby, gdy chcemy sobie usmażyć filet i za szybko zdejmiemy go z patelni – taki lekko gumiasty i nieścięty. Nie jest to potrawa, którą chciałbym jeść codziennie, ale na pewno ciekawa i warta poznania. W końcu w życiu chodzi o kolekcjonowanie doświadczeń, by mieć co później wspominać, prawda?

Kontynuując wątek rybny, Islandczycy mają jedną świetną i szeroko dostępną przekąskę, której mi bardzo brakuje w Polsce. Zamiast niezdrowych i tuczących chipsów, w każdym sklepie spożywczym można kupić harðfiskur, czyli suszoną na wietrze rybę. Do wyboru mamy m.in. dorsza i plamiaka, a także kilka innych okazów. Chrupiący smakołyk pachnie i smakuje jak ryba, więc nie powinien odrzucać nikogo, kto gustuje w morskich stworach. To jednak wartość odżywcza czyni go prawdziwie ultymatywnym osiągnięciem dietetyki i przemysłu spożywczego: 86% białka. Tak – dobrze czytacie. Osiemdziesiąt sześć. Zamiast pełnych węglowodanów i transtłuszczu chrupek, można kupić harðfiskur i dać swojemu organizmowi to, co najlepsze! A poza tym to pyszna przekąska do pochrupania przed telewizorem. Polecam!

Spróbowawszy większości obskuriów, został nam jeszcze renifer (baranich jąder nie widzieliśmy nigdzie – zapolujemy następnym razem). Mimo kilku opinii w internecie i paru telefonach, okazało się, że ani Islenski Barinn, ani Hamborgarabúllan (podobno najlepsza burgerownia w mieście) nie mają reniferzego mięsa. Do wyboru mieliśmy burgera z renifera w jednym z ekskluzywnych hoteli i carpaccio jako część czterodaniowego zestawu obiadowego w restauracji Höfnin. Uznaliśmy, że ponad 3000 koron za bułkę to jednak za drogo, więc postanowiliśmy spędzić romantyczny wieczór w portowej knajpce, delektując się ciekawymi potrawami lokalnej kuchni. Carpaccio spełniło nasze oczekiwania, choć porcja była mikroskopijna. Smakowo dobrze, ale konina lepsza. Zupa z owoców morza to już totalny majstersztyk. Nie jestem jakimś miłośnikiem zup, ale mam swoje faworytki. Krewetkowa z mleczkiem kokosowym i trawą cytrynową w Why Thai, ramen z szaszłykami z kurczaka w Yetztu, borowikowa w 3Kolory Malta, czy właśnie ta – z owocami morza w Höfnin. Mule, krewetki, a do tego kwaśna śmietana i kiełki – świetna kompozycja, a sam wywar pieścił podniebienie – nomen omen – niebiańsko. Rewelacyjna jest też lokalizacja tego miejsca. Stary Port to idealne miejsce na randkę. Piękne widoki, świetna kawa (o tym później) i mnóstwo dobrego jedzenia. Wszystkie zmysły dostają dawkę paliwa. Wraz ze wspaniałą kobietą jesz sobie jedną z najlepszych zup, jakie próbowałeś, a przez panoramiczne okno oglądasz statki, morze i ośnieżone szczyty. Danie główne to już fiesta jagnięciny. Owca przygotowana na trzy sposoby – dużo mięsa o charakterystycznym smaku, a to wszystko podane na kaszy w asyście karmelizowanej marchwi. Na deser otrzymaliśmy ciasto czekoladowe z płynną czekoladą, a do tego maliny. Smaczne, acz – jak wiecie – nie jestem fanem słodkości.

Wracając do tematu burgerów, Hamborgarabúllan to podobno najlepsza miejscówka tego typu w całej stolicy Islandii. Mając porównanie do poznańskich burgerowni powiem tyle – nie ma nawet startu! Po pierwsze, mało mięsa (tamtejszy standard to… 80 gramów! Osiemdziesiąt! Kiedy w porządnym burgerze powinno być minimum 200! Chcąc się najeść mięsa, a nie bułki, trzeba zamówić potrójną porcję! – na szczęście była opcja ze 150 gramami polędwicy), po drugie kiepskie, kapciowate bułki. Plus za duży wybór ciekawych sosów – niestety, bez tych superostrych od Blaira i podobnych.

Ciekawie prezentują się islandzkie słodycze. Dla Polaków istotne są przede wszystkim dwie informacje: miejscowi ubóstwiają nasze Prince Polo, które dostępne jest wszędzie, a także do wszystkiego, do czego się da, dodają lukrecję. Lukrecjowa czekolada, cukierki, lody – czasem strach otworzyć lodówkę, bo można tam znaleźć lukrecję. Jako że jest to tzw. smak nabyty, lojalnie ostrzegam. Nie znam zbyt wielu osób w naszym kraju, które przepadają za tym charakterystycznym smakiem. Jeśli do dziś po nocach w koszmarach śni się Wam czarne Haribo, omijajcie produkty z napisem Lakkris.

Gdzie na kawę?

Oprócz piwa i jedzenia, lubię wypić dobrą kawę. W Reykjaviku działa miejscowa palarnio-kawiarnia o nazwie Reykjavik Roasters i tam też udaliśmy się w celu wypicia czegoś lepszego niż sieciówkowe badziewie. Na miejscu znaleźliśmy zabytkową wypalarkę, trochę alternatywnego ziarna i różne warianty parzenia. Super. Niestety… po kwadransie nas wyrzucono za drzwi. W Islandii jak zamykają o 18, to zamykają o 18. Klient nie ma nic do gadania. Widocznie jeszcze nie dotarła na tę odległą wyspę wiadomość, iż najważniejszy jest konsument, a nie człowiek pracy. To konsument stanowi serce i najważniejsze ogniwo gospodarki. Nie do pomyślenia jest dla mnie fakt wypraszania klientów. Niestety, tam jest inaczej i to człowiek pracy jest ważny. Socjalizm, pieprzony socjalizm. Niemniej jednak, to chyba jedyne miejsce, gdzie serwują specialty, więc polecam.

Najczęściej kawę piliśmy jednak w Cafe Haiti, w Starym Porcie. Jest to – jak potem przeczytaliśmy – dość kultowe miejsce, prowadzone przez imigrantkę z Karaibów i jej rodzinę. Na miejscu zastaliśmy typowo podróżniczy wystrój, meble w stylu kolonialnym i domowy klimat. To lubimy. Ziarno importują sami – całkiem niezłe, a do tego mają pyszne ciasta. Polecam zwłaszcza sernik bananowy. Skojarzenia z poznańską La Ruiną nasuwały się same. Musicie koniecznie odwiedzić to miejsce.

Gdzie na piwo i nie tylko?

Co ciekawe, na Islandii piwo było zakazane aż do… 1989 roku! Przedziwne, nieprawdaż? To nie wszystko. Tak jak w Szwecji czy Norwegii – tu także jest problem z państwową kontrolą życia obywateli. Alkohol (>2,5%) możemy kupić jedynie w lokalach, strefie bezcłowej na lotnisku oraz w specjalnych sklepach monopolowych. Oczywiście – jak większość rzeczy na wyspie – sklepy te są otwarte od 11 do 18, z chyba jednym czy dwoma wyjątkami otwartymi do 20. Zero alkoholu na stacjach benzynowych i w sklepach spożywczych – nawet całodobowych! Można sobie tam co najwyżej kupić coś niskoalkoholowego typu rozwodniony, dwuprocentowy eurolager w wersji light. Swoją drogą ciekawi mnie, dlaczego nikt na Islandii nie wpadł na pomysł warzenia dwuprocentowego IPA? Nieistotne. Chcąc odkryć smaki islandzkiego kraftu, musimy wypatrywać szyldu Vínbúðin. Tam znajdziemy cały asortyment alkoholowy, a w tym piwo miejscowe i zagraniczne. Bez problemu możemy kupić produkty z oferty popularnych amerykańskich browarów kraftowych, jednak ja chciałem poznać smak lokalnych przysmaków. Najlepszym browarem na wyspie jest zdecydowanie kontraktowiec o nazwie Borg Brugghús, który warzy w Ölgerðin Egill Skallagrímsson w Reykjaviku. Praktycznie każde piwo firmowane tą marką to ścisła krajowa czołówka, a ich imperialne stouty mogą spokojnie konkurować z najlepszymi polskimi wypustami. Jeśli dla kogoś islandzkie nazwy są zbyt trudne, Borg nadaje swoim piwom numery. Udałem się na zakupy do sklepu przy ulicy Skeifan (otwarte do 20!) i zakupiłem cały koszyk piw. Jeśli chodzi o ceny, to nie odbiegają one znacząco od kosztów importowanego kraftu w Polsce. Za butelkę o pojemności 0,33 należało zapłacić około 20-25 złotych. W strefie bezcłowej wychodziło nieco taniej, około 15. Na wódce różnica ta jednak widoczna była dużo bardziej. Przebitka podatkowo-celna wynosiła około… 300%! Tak – Brennivin w mieście był trzykrotnie droższy niż na lotnisku! To, jak państwo okrada Islandczyków, jest niesamowite.

Na początek opisów poszczególnych piw jeszcze napiszę, że na Islandii wszystko filtrują, więc piwa ogólnie są klarowne jak eurolagery. Degustację zacząłem od borgowego Leifura (nr 32), czyli żytniego saisona z tymiankiem i wrzosem. W aromacie krzątały się tu piękne wiosenne nuty kwiatów, podbite przyprawami i ziołami, jednak w smaku poza nimi dało się wyczuć karmelowość i toffi, co sprawiało wrażenie ciężkości. Bez tego byłaby to świetna propozycja na przedwiośnie, a tak oceniam ją jedynie średnio. Jeszcze więcej karmelu miało inne piwo w tym stylu – żytni saison z arcydzięgielem o nazwie Skadi z browaru Ölvisholt w Selfoss. Tu miałem do czynienia z dużo wyższym wysyceniem, cytrusowością i alkoholową goryczką (7,5% dało się odczuć). Piwo ma oleistą fakturę, świeży smak, jednak karmel i alkohol zaniżają mu ocenę. Einstök Icelandic Toasted Porter to już napitek dostępny także w Polsce, produkowany przez całkiem spory browar Viking w Akureyri, na dalekiej północy, pod samym kołem podbiegunowym. Kiepska piana, orzechowo-chlebowe aromaty z nutą gorzkiej czekolady i słabej kawy – takiej z automatu na dworcowym peronie. Piłem w życiu lepsze portery, ale Einstök daje radę na jakąś niewymagającą wieczorną sesję. Według RateBeer najlepszym islandzkim piwem jest Lava ze wspomnianego wcześniej browaru Ölvisholt. Jako że to wędzony imperialny stout, na samą myśl moje kolana ugięły się w miękkości. Cóż więc ma do zaoferowania najlepsze według RateBeerowiczów piwo na wyspie? Ciemnobrązowa barwa, klarowne, z beżową pianą. W aromacie palone słody i sos sojowy, a także nuta palonego plastiku (fenole). Bardzo gładka faktura w odczuciu w ustach, wyczuwalny alkohol i palony finisz. Piwo jest umiarkowanie wędzone, dość mocno palone i niezbyt pełne jak na imperialnego stouta. Na pewno ciekawe i smaczne, ale moim zdaniem nie najlepsze w kraju. A może tak – dla odmiany – jakieś miejscowe IPA? Tumi Humall to propozycja browaru Gæðingur ze Skagafirði. Napiszę wprost – Islandczycy potrafią zrobić pięknie pachnące, idealnie klarowne IPA o zauważalnej goryczce, która nie zalega. Niby nic, a jednak tak często można znaleźć piwa w owym stylu, którym daleko do takiej charakterystyki. W aromacie mamy tu głównie słodkie owoce – ananasa i mango, coś jak w kilkumiesięcznym piwie chmielonym Simcoe. W tle błąkają się nuty ziołowe i żywiczne. Goryczka jest wyważona, ale zaznaczona – krótka i średnio intensywna. Wytrawne z gorzkim finiszem. Powiem szczerze – chciałbym, by polskie IPA prezentowały taki poziom, jak Tumi Humall. Kontynuując wątek IPA, Borg wypuścił trzy wilcze odmiany. Wilk to po islandzku ulfur. I tak też mamy do wyboru piwa o nazwach: Ulfur, Ulfur Ulfur i Ulfrun (odpowiednio: IPA, double IPA, session IPA). Niestety – wersja podwójna jest sezonowa i nie miałem możliwości jej spróbować. Sesyjny wilczek sprzedawany jest w puszkach i przeznaczony jest do szybkiego picia bez zastanawiania się nad poszczególnymi cechami. W tej roli sprawdza się doskonale. Pachnie amerykańskim chmielem, smakuje świeżo i umiarkowanie gorzko, jest lekki i to by było na tyle. Średni brat – Ulfur – pachnie ananasem, ale nie jest to jakiś uderzający aromat. Goryczka średnia. Pijalne, ale bez większych uniesień. Do Tumi Humall nie ma startu. Najnowszym piwem od Borga jest Magdalena (nr 41), która premierę miała w lutym 2016 roku. To imperialny witbier (8,4% alk.) z dodatkiem trawy cytrynowej, kolendry i… marmolady pomarańczowej. Po pierwsze – jest to zdradziecko pijalne piwo. Alkohol ukryty został znakomicie i pije się go jak zwykłego witbiera – o połowę słabszego. W aromacie dominuje kolendra i ziołowe lekarstwa. Spora przyprawowość przywodzi na myśl saisona. Ziołowość towarzyszy całej degustacji. Dwa ostatnie piwa z browaru Borg, jakie miałem przyjemność degustować, to imperialne stouty: Surtur (nr 38) oraz Garun (nr 19). Garun to mocniejszy gracz (11,5%), jednak alkohol – mimo podbicia ekstraktu cukrem – jest świetnie ukryty. Piwo daje w sobie wyczuć trochę czekolady, lekkiej kawy i odrobinę lukrecji, a także ofertuje wytrawny, palony finisz. Jeśli chodzi o Surtura, to obecna warka to kolejna wersja tego trunku. Tym razem uwarzono go na szeroko opisywane wcześniej święto Þorri. Do zasypu dodano żyto i pszenicę, a całość infuzowano mnóstwem wanilii. W efekcie piwo jest o wiele słodsze w aromacie i smaku, a do tego wprost bucha z niego świeże kakao. Gdybym miał wymarzyć sobie imperialną wersję naszego Dybuka, to chciałbym, by smakowała ona właśnie tak, jak Surtur nr 38. Oba RISy są do kupienia w wielopakach w strefie bezcłowej na lotnisku, więc gorąco polecam ich nabycie.

To tyle, jeśli chodzi o piwa pite w hotelu czy w domu po powrocie do Poznania. Właściwie to jeszcze piłem Myrkvi (nr 13) –porter z kolumbijską kawą paloną przez Reykjavik Roasters, jednak nie robiłem wówczas szczegółowych notatek, a samo piwo oceniłem minimalnie powyżej przeciętnej. W Reykjaviku sporo jest miejsc, gdzie można się napić dobrego piwa, jednak wyróżnić trzeba przede wszystkim dwa: Mikkeller & Friends, gdzie – jak sama nazwa wskazuje – można opić się duńskimi specjałami, a także leżący nieopodal Micro Bar, który serwuje głównie miejscowy kraft. Moim celem było przede wszystkim spróbowanie lokalnych przysmaków, więc udałem się do tej drugiej lokalizacji. Knajpa oferuje kilkanaście piw z islandzkich i grenlandzkich (!) browarów z kranu, a także propozycje butelkowe. Obsługa zna się na rzeczy, a w środku można spokojnie usiąść i porozmawiać przy stoliku. Jak przystało na pub dla geeków, dostępne są deski degustacyjne w opcji 5 lub 10 piw. Miodnie! Jako że część trunków próbowałem wcześniej w wersji butelkowej, odpuściłem je i zamówiłem pięć próbek. Na pierwszy ogień poszedł grenlandzki browar Godthaab i ich kolsch pod nazwą Nuummiut. Był to nie tylko mój debiut jeśli chodzi o Grenlandię (yay, kolejna pinezka na mapie!), ale i… pierwsze piwo w stylu kolońskim, jaki dane mi było spróbować. Wrażenia? Praktycznie brak. Wodniste, lekko kwaskowe, bez jakichkolwiek uniesień. Żadnych wad, ale i – prawdę mówiąc – żadnych zalet, poza pijalnością i rześkością. Wiem, że wielu osobom to wystarcza, ale ja jednak wolę bardziej degustacyjne trunki. Druga próbka to równie nudny niemiecki styl –altbier. Dökkur Bjór ze znanego z warzenia piw z wielorybimi dodatkami browaru Steðja to poprawne słodowe piwo o nutach przypieczonego chleba, toffi i karmelu. Wypić i zapomnieć. Nuda. Przyszedł czas na specjalistów od chmielu, twórców wspomnianego wcześniej świetnego IPA – browar Gæðingur z Selfoss. To właśnie w kooperacji z nim i browarem Two Roads Jeppe Bjergso z Evil Twin uwarzył piwo kwaszone… skyrem. Skyrgosi pachnie nieco wodą po ogórkach i kapustą kiszoną, w smaku jest lekki kwasek, soli jakoś mocno nie wyczułem. Są nuty mleczne i cytrynowe. Ot taka lemoniadowa ciekawostka z kiszonką. Po tym eksperymencie trzeba było spróbować czegoś potężnego – mianowicie świeżego double IPA. Najnowsza wersja Fulltrúi Syslumanns ma 10% alkoholu zamiast poprzedniego 8,6%. Bursztynowa barwa, aromat marakui i mango, delikatny stary chmiel z tyłu, porządna goryczka, alkohol świetnie ukryty (jak w większości islandzkich piw) i gorzki finisz w stylu grejpfrutowego albedo. Gæðingur nie zawodzi jeśli chodzi o mocno chmielone piwa.

Miałem jeszcze okazję wypić trzy piwa w restauracjach. Romantycznej kolacji z owocami morza akompaniował najpopularniejszy lager w Reykaviku o nazwie Gull. Piwo pięć lat temu wybrane zostało najlepszym standardowym lagerem na świecie podczas World Beer Awards i… w tej kategorii sprawdza się całkiem nieźle. Jak na piwo codziennego użytku, jest o wiele smaczniejsze niż koncernowe eurolagery. Ma wyczuwalnie słodowy charakter, z zaznaczoną nutą szlachetnego chmielu, a do tego pije się je szybko i bez męczarni. Nadal jest to tylko nudny jasny lager, ale przynajmniej nie wali kukurydzą czy masłem. Do wieloryba i maskonura wypiliśmy zaś z Justyną czekoladowy porter z browaru Kaldi oraz stout z browaru Viking. Oba nieco wodniste, ale z zaznaczonym odpowiednio czekoladowym i palonym charakterem. Do wypicia do obiadu w sam raz.

Post scriptum

To tyle, jeśli chodzi o jedzenie i alkohol. Z powodu ograniczonej dostępności napojów z procentami, Islandczycy zamiast w barach wolą siedzieć w basenach geotermalnych, które stały się dla nich tym, czym puby dla nas – miejscem spotkań towarzyskich. Za jedyne 900 koron możemy siedzieć cały dzień w ciepłym jacuzzi, popływać na basenie, skorzystać z wielu zjeżdżalni czy sauny, a za skromną dopłatą także oddać się w ręce masażysty. Wszystko to nie wyjeżdżając z miasta. Oczywiście są też naturalne gorące źródła w terenie, w tym to w Reykholt – najstarsze na wyspie, pamiętające jeszcze czasy prawdziwej, pięknej średniowiecznej anarchii. Jeśli nie lubicie tłumów, ze swojej strony polecić mogę mały basen o nazwie Klebergslaug, niedaleko Reykjaviku. Najwięcej turystów jedzie do turystycznej mekki – Blue Lagoon, ale my ominęliśmy to miejsce. 45 euro za bardziej odpicowane przez ludzi i zatłoczone termy to raz, że bardzo drogo, a dwa – w okresie Walentynek i tak wszystkie godziny poza 19:00 (o 20:00 zamykają) były zaklepane. Najpiękniejsze na wyspie są przede wszystkim krajobrazy, które zmieniają się z minuty na minutę podczas jazdy samochodem i właściwie to ciągle chce się zatrzymywać i robić zdjęcia. Nie mieliśmy czasu pojechać nigdzie dalej, więc ograniczyliśmy się do zwiedzania południowego zachodu – pięknych wodospadów, górskich potoków i wulkanicznych wzniesień. Warto wypożyczyć auto i wyjechać z miasta – choćby te 100-200 kilometrów. Pogoda potrafi zmienić się tak szybko, że w jednej chwili jest -15 stopni, a po chwili +5. O samochodzie wspominam nie bez przyczyny. Także w tej kwestii spotkała nas niemiła niespodzianka i pokaz, jak nie należy traktować klientów.

Zabukowaliśmy samochód w firmie Sixt, zapłaciliśmy kartą przez internet, system ściągnął pieniądze i przysłał potwierdzenie, iż samochód jest do odbioru. Na miejscu okazało się, że nie akceptują mojej karty. Jeśli rzeczywiście tak jest, ich system rezerwacji nigdy nie powinien tej karty zaakceptować i ściągnąć pieniędzy z konta. Skoro otrzymałem potwierdzenie rezerwacji, to każda szanująca się firma – nawet jeśli zostało one wydane przez błąd systemu – uznaje rację konsumenta. Jest to podstawa etyki obsługi klienta! Tymczasem tam zakończyło się to wielką awanturą, gdyż nie miałem zamiaru dać za wygraną, a mimo to nawet kierownik nie chciał wydać mi auta, za które zapłaciłem i otrzymałem potwierdzenie. Skandaliczny brak profesjonalizmu i proklienckiego nastawienia. Piszę o tym po to, żeby dzięki temu przynajmniej jedna osoba wybrała inną firmę zajmującą się wynajmem samochodów. Nie musicie korzystać z mojej konkretnej rekomendacji, o której poniżej. Po prostu wypożyczcie od kogo innego, niż Sixt. My trafiliśmy na miejscu na świetnych ludzi – rodzinną firemkę Ice Rental Cars z Njardviku. Prowadzi ją ojciec z synem. Po usłyszeniu naszej historii wypożyczyli nam samochód za gotówkę, dostarczyli go pod Cafe Haiti, gdzie sfrustrowani poziomem obsługi klienta w Sixt zapijaliśmy smutki kawą i zagryzaliśmy sernikiem. Następnie, mimo że mieliśmy oddać auto do wtorkowego wieczoru, napisałem do nich, że jeszcze rano we środę chcielibyśmy podjechać do centrum i zapytałem, czy moglibyśmy przetrzymać naszego Hyundaia i30 o pół dnia dłużej. Bez żadnych problemów zgodzili się na to, nie żądając ani jednej korony dopłaty. Sam zwrot wypożyczonego samochodu również wyglądał bardzo dżentelmeńsko, bez szukania dziury w całym. To też ważne, gdyż – jak można przeczytać w opiniach o firmie Sixt w Internecie – najpierw chcą sprzedać jak najwięcej rodzajów ubezpieczeń jako dodatkowe koszty wynajmu, a gdy ktoś ich nie wykupi, niczym Sherlock Holmes szukają najmniejszych zadrapań, by ściągnąć z ludzi pieniądze. Jeden z klientów otrzymał rachunek na 10 tysięcy euro (!!!) za rzekome uszkodzenie karoserii wywołane przez żwir. Abstrahując od wątpliwych etycznie praktyk Sixt, na Islandii akurat ubezpieczenie od żwiru i pyłu wulkanicznego się przydaje, gdyż na drogach jest tego pełno i można np. łatwo stracić szybę. Jeśli będziecie wynajmować auto – zadzwońcie do chłopaków z Ice Rental Cars – niech im się interes kręci. Oni wiedzą jak się traktuje klienta. Niech rynek zadziała.

A największy minus wycieczki – poza wysokimi cenami i antykonsumencką gospodarką? Niestety, mimo szczerych chęci nie złapaliśmy zorzy polarnej! Zawsze jednak trzeba zostawić coś na następny raz. Polecimy tam kiedyś w lecie i pojedziemy w inne zakątki wyspy. Na pewno warto było to przeżyć. W islandzkiej naturze można się naprawdę zakochać.

Reklamy
Baranie łby, zepsute ryby i wszechobecna lukrecja – czyli kocham Cię jak Islandię

Wrocławskie wspomnienia, czyli Beer Geek Madness 3 bez ściemy

12021832_10153719877154073_896937122_n12025396_10153719877039073_1649687110_n

Są festiwale, na które ostrzy się sobie zęby na kilka miesięcy przed samą imprezą. Tak też było z trzecią odsłoną Beer Geek Madness, która tradycyjnie odbyła się we wrocławskich Zaklętych Rewirach. Jako że od początku istnienia tego przedsięwzięcia (tu możecie przeczytać o poprzedniej edycji) goszczę w tym klimatycznym miejscu, mogę co nieco powiedzieć na temat paru aspektów zeszłoweekendowego wydarzenia. A więc do rzeczy.

Mówi się, że najistotniejszym elementem każdej imprezy są jej uczestnicy. Oceniając sobotni wieczór z tej perspektywy, jestem bardzo zadowolony. Jak zwykle poznańska ekipa nie zawiodła i bawiła się najlepiej, jak to było możliwe. Poza tym, udało mi się spotkać i chwilę porozmawiać z kilkoma osobami spoza naszego lokalnego światka, więc tym bardziej były powody do mruczenia. Identycznie jak pół roku temu, zajęliśmy miejsce w pralni i nie opuściliśmy go właściwie aż do przeniesienia imprezy na dach. Tuż obok naszych miejscówek rozlokowano krany z piwem z niemieckich browarów, które to były główną atrakcją tej odsłony BGM. Mimo szerokiej oferty prezentowanej na mapkach i ulotkach, na niektóre pozycje trzeba było czekać, aż poprzednie się skończą. Nie wiem nawet, czy wszystkie ostatecznie zostały podpięte.

Łyżka dziegciu

Poza piwem na gości – jak zawsze – czekały atrakcje artystyczne, koncerty, a także ultradrogie designerskie koszulki oraz ekipa salonu fryzjerskiego Petit Pati, z której usług dane mi było skorzystać – z dużym zadowoleniem. Celowo nie wspominam tu o gastronomii, bo tej tak jakby w ogóle nie było. Bez wątpienia cała farsa z jedzeniem zasługuje na miano największego skandalu BGM 3. Mimo trwającej od godziny 18 imprezy (plus niekrótki czas spędzony przed wejściem), goście byli skazani na głód aż do… 21, kiedy to – w teorii – dopiero otwarto strefę gastronomiczną. W teorii, gdyż totalny chaos i brak jakiegokolwiek pomyślunku sprawił, iż zamiast degustować kolejne piwa trzeba było stać godzinami w kolejce do jedynej kasy, aby dostać jakiś ochłap. Przed imprezą zapowiadano autorską kuchnię, a pod daniami podpisali się nawet szefowie kuchni. Szkoda, że nikt nie pomyślał o tym, żeby jedzenie było rzeczywiście dostępne w sposób sprawny i szybki. Dodatkowo, podczas wielogodzinnego oczekiwania na łaskę organizatorów, ochrona obiektu poczuła przypływ testosteronu i pozoru władzy, traktując ludzi jak bydło, zachowując się nieuprzejmie, agresywnie i chamsko. Zwykłym gościom (bez opasek VIP) nie pozwalano wychodzić z terenu obiektu, aby mogli coś zjeść i wrócić na imprezę, a także nie wpuszczano dostawców zamawianego jedzenia z zewnątrz. Napakowane karki z pobliskiej dyskoteki niczym gestapowcy przedzierali się pomiędzy gośćmi imprezy szukając pretekstu do wyleczenia swoich kompleksów. Doszły do mnie też słuchy (świadkiem sam nie byłem), iż jeden z ochroniarzy domagał się… łapówki za wpuszczenie dostawcy pizzy. Inny z kolei chciał dyktować, w jakiej pozycji znajdować się powinien zmęczony człowiek na ziemi: spać na siedząco może, ale na boku – już nie. Jak się okazało, byczki nie były pracownikami żadnej agencji ochrony (wiele osób chciało złożyć oficjalną skargę), więc pretensje można mieć tylko do organizatorów. Poza jedzeniem i ochroną, tragicznie zorganizowano imprezę na dachu o północy. Nie wspominając nawet o tym, że na jakiegokolwiek porządnego stouta trzeba było czekać pięć godzin od początku imprezy, to jeszcze przez totalną dezorganizację nagle wyzwolono w tłumie instynkty znane z filmików o uchodźcach na greckiej granicy. Wziąwszy pod uwagę niewielką powierzchnię dachu, mnogość ludzi i najlepsze piwa – wynik był jasny: dantejskie sceny i ogromny chaos. Przy tym wszystkim naprawdę małej wagi uchybieniem wydaje się brak myjek do szkła (jak ktoś miał długie ręce to mógł sobie na początku umyć w zlewie za barem, ale potem i tak obsługa, której wcześniej w ogóle nie było, miała z tym problem) czy darmowej wody do picia (to akurat nie jest żaden wymóg, ale skoro była na BGM 2, to jest to ewidentnie nieuzasadniona zmiana na gorsze). Po pierwszej edycji zdecydowanie najgorsze wrażenie robiła na mnie palarnia w przejściu do drugiej sali i strefy gastronomicznej – wyciągnięto jednak wnioski, palaczy wyrzucono na zewnątrz, dodano dyspensery wody i mimo tego, że nie każdy załapał się na amerykańskie piwa, mogło się wydawać, że idzie ku lepszemu. Niestety, organizacyjnie BGM 3 okazał się ogromnym krokiem wstecz. Nie piszę tego po to, by bezproduktywnie mieszać kogoś z błotem, a jedynie punktuję to, co koniecznie należy poprawić.

Chmiel, wędzonka, kwas i owoce

Co do samego piwa, otwarcie przyznam, iż żadne nie rzuciło mnie na kolana. W porównaniu z takimi perełkami jak Pirate Bomb z drugiej edycji, czy kwaśne piwa Mikkellera z pierwszej, tu mieliśmy pozycje co najwyżej dobre. Niemcy prezentują zachowawczość nawet w rewolucji. Ot, ironia losu. Ja wolę podejście amerykańskie. Być może na dachu były lepsze piwa, jednak – jak pisałem – tylko najbardziej wytrwali i odporni na zachowania stadne mogli sobie pozwolić na degustację tychże. Na początek moje festiwalowe szkło (mały, gustowny kieliszek) wypełniło Viking Gose z browaru The Monarchy. Z racji małej dostępności moich ulubionych RISów, festiwal stał dla mnie pod znakiem historycznych niemieckich styli, takich jak właśnie gose czy berliner weisse. W propozycji Monarchy sympatycznie komponował się lekki kwasek z przyjemną wędzonką, a całość przyjemnie orzeźwiała i zapowiadała udany wieczór. Dla porównania spróbowałem klasycznego Ritterguts Gose, które to na RateBeerze uznawane jest za absolutny majstersztyk. Tu już kwasowość stała na nieco wyższym poziomie, a do tego znać o sobie dawała nieco mydlana nuta kolendry. Wartość orzeźwiająca podobna jak w przypadku Vikinga. Trzecią próbką na rozkładzie był Onkel Albert z browaru Onkel – saison, który zaskoczył mnie dość niskim jak na ten styl wysyceniem i chmielowym początkiem. Poza tym, klasyczne belgijskie wyższe alkohole i nic więcej. Nie jestem jednak miłośnikiem saisonów. Podobnie nie podniecają mnie klasyczne pilsy, jak ten z Schonramera, który poza słodowością nie dawał żadnych uniesień. Nawet do meczu wolę pić jakieś pale ale. Nieco lepiej wypadło w tym towarzystwie German IPA z browaru Camba Bavaria, aromatyzowane na zimno europejskimi odmianami chmielu. Kwiatowy aromat i chmielowy smak, goryczka na zadowalającym mnie poziomie. Jedyne, do czego się mogę przyczepić, to zbyt wysokie wysycenie. Kolejna propozycja to efekt współpracy trzech browarów, dwóch rosyjskich i jednego niemieckiego: 1516, Bakunin i BrauKunstKeller – saison z pomarańczami, chmielony Huell Melonem i Mandariną Bavarią. Pierwszy raz piłem piwo na Huellu i rzeczywiście aromat melonowo-arbuzowy był wyraźnie wyczuwalny. W połączeniu z owocowością dawało to naprawdę niezłe rezultaty. Mimo że saison to nie jest mój ulubiony styl, wypiłem go z wielką przyjemnością. To tyle jeśli chodzi o pralnię.

W oczekiwaniu na podpięcie innych beczek, udałem się na główną salę, gdzie na początek spróbowałem Lodzermenscha z Piwoteki. Browar ten bardzo szanuję za Czarnego Wdowca, więc oczekiwania miałem spore. Niestety, poza lekkim kwaskiem i dobrą pijalnością piwo nie wnosiło zbyt wiele walorów aromatyczno-smakowych. Nos wręcz był zupełnie neutralny. Po krótkim polskim interwale, powróciłem do germańskich bohaterów wieczoru i wypiłem znane już mi Laguna IPA z BrauKunstKeller oraz Backbone Splitter od Hansa Mullera. Tu trzeba przyznać plusik za to, że niemieccy piwowarzy nie siedzieli w loży VIP chełpiąc się swoją znakomitością, a z chęcią opowiadali o swoim piwie i pomagali w napełnianiu szkieł. Z tej dwójki to Splitter oferował nieco przyjemniejszy aromat chmielowy (Laguna zajeżdżała trochę perfumami). Oba piwa natomiast nie powalały ogromem goryczy czy mircenem wyciekającym przez nos. Klasyczna teutońska zachowawczość. Następny niemiecki wypust to Holy Shit z browaru Schoppe, w którym chmiel mieszał się z karmelem i słodowością i średnio intensywną goryczką. Zawiódł mnie niestety Pfefferkorner z Freigeist Bierkultur, który poza aromatem pieprzu atakował nutami kanalizacyjnymi, a w smaku nie dawał niczego lepszego. Na zakończenie niemieckich degustacji spróbowałem jeszcze Methusalem z The Monarchy i Saison Blanc z Camba Bavaria. O ile wypust Camby wiał nudą i klasyką, to całkiem ciekawą propozycją okazał się adambier od Monarchów. Ciemne, wędzone, nieco kwaśne, mocne piwo w starym dortmundzkim stylu – z pewnością można je zaklasyfikować do kategorii madness.

Jeśli chodzi o polskie premiery, to dane mi było spróbować jedynie kilku. Nie wypowiem się na temat krytykowanego wszem i wobec Rauchweizena z Doctora Brew, gdyż po prostu nie miałem okazji go pić. Kwas Delta z Pinty okazał się całkiem fajnym, orzeźwiającym berlinerem, jednak bez większych egzaltacji. Zwycięski Cyrulik z Profesji miał jak dla mnie ciut za mało wędzonki (choć nieco w innym charakterze niż Kwas Beta). Lekko kwaśne i owocowe okazało się Blu Berrymore z Hopium, natomiast Saison Curry Wurst z Birbanta, mimo dobrych rekomendacji znajomych piwowarów, absolutnie nie przypadł mi do gustu. Jakieś takie piaskowe odczucie w ustach, dziwna przyprawowosć i lekka wędzonka nie dały dobrego połączenia. Lepiej na pewno smakował Very Bloody Berliner z Piwnego Podziemia, z wyraźnym czerwonym owocem (bardziej porzeczka niż aronia) na pierwszym planie, o lekko winnym finiszu. Browar ten udowadnia, ze większość wypustów ma udanych. Fuck The Boundaries z BroKREACJI z kolei oferował feerię różnych smaków, od chmielowego, przez kwaśny do słonego. Połączenie całkiem udane. Na dachu, niestety, załapałem się tylko na Omniprairie, czyli kooperacyjny imperialny milk stout z browarów Prairie i Omnipollo – słodkie, czekoladowe, bardzo gładkie, aksamitne, dobrze ułożone piwo. Wysoka klasa. Niestety, pozostałych hitów nie było mi dane spróbować. Spośród polskich premier, Beer Geek Choice przyznałbym chyba Piwnemu Podziemiu, aczkolwiek zwycięska propozycja Profesji nie była zła.

Na przyszłą edycję organizatorzy mają dużo do poprawy. Wierzę jednak, że zdają sobie doskonale sprawę z tego, co zostało spieprzone i jak nie dopuścić do powtórki tego następnym razem. Ja nie tracę nadziei i wiary w to, że na Beer Geek Madness 4 znów się spotkamy i przeżyjemy niezapomniane chwile w towarzystwie piwnych świrów, których w Polsce nie brakuje. Niechaj żyje rewolucja. Przekraczajmy granice – o wiele bardziej niż Niemcy mają na to odwagę. Co do samego piwa, z mojej strony apel: więcej RISów, więcej barley wine. Nie po pięciu godzinach imprezy, a od początku. No i to jedzenie… Zróbcie coś z tym. Do zobaczenia!

Wrocławskie wspomnienia, czyli Beer Geek Madness 3 bez ściemy

Weekendowe piwne degustacje

Weekend to doskonała okazja do wypicia kilku nowych propozycji browarów rzemieślniczych i ruszenia poznańskim szlakiem chmieli i słodów. W zeszłym tygodniu zacząłem wędrówkę od Setki, gdzie postanowiłem spróbować dwóch piw: Double Robust Porter z Birbanta oraz Quatro z Pinty.

birbant double robust

Na pierwszy ogień birbanckie ciemności z Witnicy. Piwo prezentuje się nieźle: ciemna nieprzejrzysta praktycznie barwa, piana oblepiająca w miarę szkło, redukująca się do kożuszka. W aromacie jak i w smaku, zgodnie z oczekiwaniem, pojawiły się nuty czekolady i kawy, raczej w stronę słodkich akcentów niż wytrawnych. Nie było tam jednak żadnej mega intensywności, która by mnie porwała – jak na podwójny porter to całkiem grzeczne. Udane, ale nie takie, które pamięta się długo.

quatro

Jakoś tak już jest, że marki-symbole każdej rewolucji po czasie są przeganiane przez swych następców. Tak w minionym roku było moim zdaniem z pionierami polskiego kraftu – Pintą i AleBrowarem. Nowe piwa od rewolucyjnych weteranów były zarówno dobre, jak i średnie, ale żadne nie wyrywało z butów, a nowi gracze na rynku serwowali coraz to lepsze propozycje. Na szczęście pod koniec roku Pinta wypuściła Quatro, które w końcu dane mi było spróbować. Już po pierwszym niuchu nowego piwa można było powiedzieć: wrócili! Bardzo dobry aromat amerykańskich chmieli: owoce tropikalne i lekka żywica. W tle trochę karmelu, który współgra także w smaku z solidną tropikalno-żywiczną nutą i porządną goryczką. Potężny ekstrakt (24,7°P) daje o sobie znać gęstością i pełnią, natomiast alkohol jest świetnie przykryty. Można powiedzieć, że Quatro to takie Imperium Atakuje na sterydach. Kolejna warka uwarzona zostanie dopiero za rok, więc jeśli ktoś jeszcze nie pił, to radzę się spieszyć do sklepu.

Drugim przystankiem na szlaku był Dom Piwa, gdzie jeszcze można dostać Mikkeller Black z beczki, a to wystarczający powód, by tam zajrzeć. O jednym z najlepszych piw świata napisano annały, więc Ameryki nie odkryję stwierdzając, że każdy osobnik zainteresowany piwowarstwem musi go spróbować. Niesamowita moc (17,5% alkoholu), gęstość, deserowość – po prostu bomba. Bardzo intensywna gorzka czekolada, likier, balsam osadzający się na ściankach jamy ustnej – to piwo to praktycznie posiłek, a nie napój. Póki jeszcze się nie skończył, biegnijcie przekonać się na własnym podniebieniu. Poza Blackiem spróbowałem też nowej propozycji kooperacyjnej Browaru Szałpiw i Pracowni Piwa, oznaczonej numerem 3. Jest to dubbel IPA, czyli połączenie Belgii i Ameryki. Piwo w aromacie bardziej oferowało fenolowe nuty belgijskie, które dominowały nad akcentami amerykańskich chmieli. W smaku wytrawne, z wyraźnymi suszonymi owocami na pierwszym planie, troszkę kawy i średnia goryczka, a w tle rozgrzewający alkohol.

Wieczór zakończył się w Piwnej Stopie, jednak notatek już nie robiłem. Co innego wczoraj, gdyż to właśnie tam wypadł start weekendowej degustacji. Na kranach sporo ciekawych rzeczy, w tym kilka, których nie miałem jeszcze okazji spróbować.

IMG_20150116_203700Picie rozpoczęło się od Chlumeckiego Vita z browaru Vysoký Chlumec, założonego podobno w 1466 roku. Piwo to zdobyło brązowy medal na konkursie Žatecká Dočesná. Co ciekawe, trafia ono tylko do beczek – nie ma wersji butelkowej. Drugą ciekawostką jest to, że ze strony internetowej można wywnioskować, iż nie jest to witbier (jakby sugerowała nazwa), ale hefeweizen. Rzadko trafia się w Polsce czeskie piwo, które nie jest lagerem, więc postanowiłem spróbować. Zważywszy na to, że dopiero co wróciłem z Pragi, to tym bardziej cieszyłem się na tę chwilę. Niestety, żadne sentymenty tego piwa nie mogły uratować. W zapachu głównie nuty siarkowo-kanalizacyjne z lekkim bananem, a w smaku pustka i jakaś nieopisana nieprzyjemna nuta. Ledwo zmęczyłem 330 ml. Na drugi ogień poszedł Nelson Sauvin Pale Ale z Browaru Birbant. Zapach tego piwa był dla mnie swoistym novum – bardzo charakterystyczny, przyjemny: owocowy – ale inaczej niż amerykańskie odmiany, lekko winny, coś zupełnie innego niż klasyka nowofalowych chmieli. Był to mój pierwszy kontakt z tą nowozelandzką odmianą i chyba sam będę musiał coś z nim stworzyć– jak już zrealizuję swój plan uwarzenia kilku piw wędzonych. W smaku piwo Birbanta to dobre, lekkie, orzeźwiające pale ale. Pewnie w lecie smakowałoby jeszcze lepiej. Dla porównania wypiłem jeszcze nową wersję Sharka od kolaborantów Kopyra/Widawa i tu aromat był już zdecydowanie inny – klasyczny, amerykański – cytrusowo-tropikalny, o średniej intensyności. Pamiętam poprzednie warki tego drapieżnika i była tam naprawdę mocna goryczka – teraz chyba na zimę rekin stracił zęby, bo już takiego uderzenia nie czułem. Inna sprawa, że może po prostu to mi wzrosła tolerancja na gorzki smak.

Piątkowe smakowanie zakończyłem w Domu Piwa, gdzie spróbować przyszło mi Wujka Vettisa z Browaru Podgórz. Do tej pory Podgórz nigdy mnie nie zawiódł, a ich festiwalowa Czekoladowa Dolina z masakryczną ilością kapsaicyny z Beer Geek Madness była dla mnie najlepszym piwem festiwalu. Każdemu jednak zdarzają się wpadki. Belgian IPA z Podgórza nie zaoferowała mi nic ciekawego. Słabo pijalne, męczące, bez jakichś większych wad, ale i bez przyjemności. Może to po prostu nie był odpowiedni dzień na to piwo.

Kolejne piwne degustacje już niedługo!

Weekendowe piwne degustacje