Kij w mrowisko #1: Czy i kogo przekonywać do kraftu?

Love_revolution

Od właściwie samego początku istnienia kraftu w Polsce przewija się dyskusja na temat: jak przekonać przechodnia z ulicy, aby porzucił piwa koncernowe i zakosztował w rzemiośle? O ile pytanie to ma uzasadnienie ekonomiczne, gdyż utarło się, że celem każdej firmy jest poszerzanie grona odbiorców, to należy zadać kolejne: czy aby na pewno? – i czy za wszelką cenę? O tym napiszę jednak być może kiedy indziej. Dla potrzeb tego wpisu załóżmy, że rzeczywiście chcemy przekonać ludzi z ulicy do kraftu. Kim więc jest mityczny Janusz?

Zdefiniowanie szeregowego Kowalskiego jest praktycznie niemożliwe z jednego powodu: każdy człowiek, jako wolna jednostka, jest ex definito inny, ma różne priorytety, potrzeby, ambicje i gusta. Z pomocą przychodzi nam jednak smutny fakt, że wiele osób z tej wolności nie korzysta. Mocno uogólniając, możemy przyjąć, iż klient masowy jest konsumentem takowych produktów w większości kategorii: od piwa, przez muzykę, sport, aż po wybór marki maszynki do golenia. Pije koncerniaki, słucha muzyki głównie w popularnych radiostacjach, kibicuje temu, kogo promuje telewizja i goli się tym, z czym na billboardzie pozuje Robert Lewandowski. W tym momencie dochodzi jednak do podziału na dwie podgrupy: nazwijmy je A i B.

Pierwsza z nich to osoby zaklęte w swojej bańce (modnie nazywanej strefą komfortu), które jednocześnie przekonane są, że jest to droga jedyna i najlepsza, tym samym zamknięte na jakiekolwiek zmiany, innowacje, a nawet refleksję nad własnymi życiowymi wyborami. Z osobistych obserwacji zauważam korelację pomiędzy wzrostem takich zachowań, a wiekiem oraz mitycznym ustatkowaniem się. Osoby młodsze, poszukujące jeszcze swojej drogi w życiu, rzadziej należą do tej kategorii. Grupa B to również jednostki nieświadome istnienia kraftu (lub będące na samym początku drogi), aczkolwiek okazujące wolę i ciekawość sprawdzenia czegoś nieznanego. Aby zobrazować to przykładem, wyobraźmy sobie rozmowę na temat nowo otwartej restauracji, w której serwowane są dania z insektów.

Przedstawiciel grupy A, mimo że nigdy nie próbował owadzich cymesów, z góry skreśli ją, nazwie (w swym wyobrażeniu – pejoratywnie) dziwactwem oraz najprawdopodobniej rzuci epitetem w stylu: to robienie kasy na idiotach. Inaczej ujmując, wybuduje wokół siebie mur i ustawi się w pozycji defensywnej, aby bronić za wszelką cenę swych konserwatywnych wartości. Przedstawiciel grupy B natomiast, mimo równie zerowego doświadczenia, co przedstawiciel grupy A, zamiast wchodzić do okopów, powie, że nigdy nie jadł owadów, ale chciałby spróbować, zapytać o poradę i przekonać się, jakie to doświadczenie. Jak widać, pomimo identycznego punktu startowego w postaci ignorancji, zachowanie przedstawicieli tych grup różni się w obliczu stawania przed nieznanym. Jak się to jednak wszystko ma do piwnej rewolucji?

Pierwszy typ klienta będzie zawsze wybierał produkt masowy – czyli przystępny, lub taki, do którego jest przyzwyczajony. Nawet, jeśli da się przekonać do chwilowego wynurzenia głowy z okopu, być może spróbuje czegoś nowego, jednak z góry będzie już wiedział, że to nie to, co lubi. Chęć przyciągnięcia go na stałe, oznacza konieczność wygładzenia swojego produktu, ugrzecznienia go, pójścia na kompromis. Człowiek charakterologicznie pozbawiony ciekawości nowości zaakceptuje nowy produkt tylko, jeśli będzie mu mocno przypominał stary, a przynajmniej zbytnio od niego nie odbiegał. Na dłuższą metę budowanie filozofii marki na targecie grupy A oznacza kapitulację rewolucyjnych ideałów i podporządkowanie się regułom produkcji masowej, kultury pop, odindywidualizowującej, nudnej maszynki służącej tylko do zarabiania pieniędzy. Z biznesowego punktu widzenia – doskonale – jednak czym wtedy różnimy się od koncernu? Na pewno nie misją i filozofią stojącą za tym, co robimy.

W przypadku typu B, jest nieco lepiej. Osoba taka już wyciągnęła rękę, a nie pije kraftów głownie dlatego, że ich nie miała okazji poznać, a nie dlatego, że z definicji nie robi rzeczy, które są dla niej nieznane. Bazując na ciekawości świata i głodu nowości takiej osoby, można wprowadzić ją stopniowo w arkana nawet najbardziej nieprzystępnych, chropowatych, wymagających stylów i smaków. Taka osoba ma szansę zostać piwnym geekiem, może bardzo szybko przejąć pochodnię rewolucji i ruszyć na barykady, by walczyć z nudą i rutyną. Syndrom neofity wywoła bowiem zachłyśnięcie się całym bogactwem kraftowego inwentarza. Dla browaru, który jako pierwszy weźmie go za rękę, będzie to najprawdopodobniej klient na zawsze (nawet, jeśli okazjonalny), gdyż dojdzie do przywiązania emocjonalnego. Będzie wspominał łyk pierwszego kraftowego piwa jak pierwszą noc z ukochaną osobą albo ten moment, gdy pierwszy raz odpalił płytę ulubionej punkowej kapeli. Kto wszak nie wspomina z rozrzewnieniem Ataku Chmielu czy Rowing Jacka pitych na początku rzemieślniczej przygody i – pomimo wielokrotnej zmiany preferencji – nadal od czasu do czasu nie wraca do tych pozycji – choćby jako tzw. guilty pleasure?

Zapewne moja opinia nie jest popularna ani politycznie poprawna, jednak uważam, iż nie ma najmniejszego sensu starać się o względy przedstawiciela grupy A, gdyż – jak opisałem wyżej – w razie pozornego sukcesu, de facto to on przeciągnie nas na swoją stronę, gdzie rządzi podporządkowanie konformizmowi, nudzie i rutynie kultury oraz produkcji masowej. Jeśli mamy się starać o ludzi zupełnie nieobeznanych w temacie – to tylko o tych, którzy przejawiają jakiekolwiek chęci wyjścia ze swojej bezpiecznej bańki. Nie widzę sensu wmuszania w moich kolegów wielbiących Żubra piwa z kiszonymi ogórkami, ani nawet mocno nachmielonego IPA, jeśli sami otwarcie przyznają, że wolą koncernowe piwo. Tak samo nie zmuszę kolegi zakochanego w disco polo do pójścia ze mną na koncert jazzowy. To nigdy nie będzie nasz klient, dopóki sam nie wyrazi chęci zmiany, zrobienia pierwszego kroku poza swą bezpieczną, acz nudną, przystań. Mam natomiast w głowie wiele obrazów uśmiechniętych kobiet i mężczyzn goszczących na piwnych festiwalach – którzy przyszli do nas zupełnie zieloni, jednak z otwartym sercem. Wyszli zakochani w torfowych stoutach czy pokręconych kwasach. Do dziś przysyłają zdjęcia i zawsze nas odwiedzają, gdyż darzą sentymentem ten dzień, gdy pierwszy raz odważyli się przekroczyć Rubikon rewolucji. Nie zapominajmy, że celem nie jest stanie się masówką, ale pokazanie niszy tym, którzy jej poszukują lub przynajmniej są ciekawi, dokąd w lesie prowadzi ścieżka mniej wydeptana…

Reklamy
Kij w mrowisko #1: Czy i kogo przekonywać do kraftu?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s