Zwierzenia (piwnego) kontestatora, czyli rzecz o Uroborosie i skolopendrze

z15824625IH,Pechowa-zmija-i-niemniej-pechowa-skolopendra

Fot. Ljiljana Tomović et al./Ecologica Montenegrina

Mam szeptać? Chcę krzyczeć!

Był rok 2012, a ja rozpoczynałem swoją przygodę z piwem rzemieślniczym. Co mnie w ogóle do tego podkusiło? Dlaczego dałem się wciągnąć? Z jakiego powodu nadal w tym trwam, zarówno jako konsument, jak i producent hurtownik? Piwo lubiłem zawsze, jednak nie było w tym niczego głębszego. Ot, kolejny sposób na dostarczenie sobie chwilowej przyjemności w postaci bezrefleksyjnego zastrzyku etanolu do organizmu. Dopiero od momentu przekroczenia Rubikonu w postaci półlitrowej butelki Ataku Chmielu Pinty oraz prawdziwego tsunami piwnych specjalności wypitego podczas Euro 2012, zacząłem zgłębiać bezkres palety aromatów i smaków, jakie niesie ze sobą piwna rewolucja. Piłem wszystko, co było na półkach Centrali Piwnej i Ministerstwa Browaru (wówczas obok pubu przy Ratajczaka istniał także sklep), czyniłem notatki, pochłaniałem jak leci każdą nowość. Wtedy – przy ówczesnej podaży – było to jeszcze możliwe. Zakochałem się.

Co więc tak bardzo mnie podkusiło, że duszę swą kraftowemu diabłu oddałem? Szukałem odpowiedzi na to pytanie przez jakiś czas, aż w końcu doszedłem do wniosku, że była nią wyrazistość. Tak, uważam, że to najlepsze słowo-klucz. W przeciwieństwie do sporej rzeszy starej gwardii browar.bizu, nie poszukiwałem poprawnego, taniego i szeroko dostępnego pilsa do wypicia przy grillu. Ten mityczny Święty Graal zupełnie mnie nie interesował. Przecież w zestawieniu z morzem imperialnych stoutów, kwasów czy IPA, nawet najlepszy pils w moim mniemaniu nie oferował w zasadzie nic szczególnie bardziej wyrazistego od tego, co już dobrze znałem. Żywe z Ambera czy Ciechan Lagerowe w roli zwykłego piwa spełniały się od kilku lat całkiem nieźle, jednak to nie one spowodowały, że zanurkowałem głęboko w oceanie piwnego szaleństwa.

Ekscytację wywoływało u mnie przekraczanie granic, pójście pod prąd, burzenie pomników, robienie rzeczy totalnie pojechanych i – dla masowego odbiorcy – często zupełnie niepijalnych. Fascynował mnie temat tzw. smaku nabytego – czegoś nieprzystępnego, tajemniczego, zdobywanego krok po kroku niczym punkty w szkole magii czy stopnie w loży masońskiej. Zupełnie jak w przypadku każdego innego rodzaju rynku – była to w mojej głowie klasyczna konfrontacja pomiędzy ugładzonym, grzecznym, masowym produktem projektowanym w zaciszach działów marketingu korporacji z poszarpanym, niedoskonałym, brudnym, niegrzecznym bękartem wariackich wizji szaleńców siedzących w zakamarkach swoich oaz kreacji – artystów-designerów smaku. Różnica najważniejsza pomiędzy nimi jest taka, że produkt masowy nie ma smakować. On ma nie przeszkadzać. Tak jak z muzyczną papką graną w popowych radiostacjach, która musi być na tyle grzeczna, by jak najmniej osób przełączyło stację na inną. W krafcie widziałem tę bezkompromisowość, ten środkowy palec, ten rock and rollowy krzyk (jak ryk wściekłego lwa) ze sceny układający się w dwa słowa: FUCK YOU!

Piwna rewolucja była dla mnie czymś jak bunt przeciw zastanemu porządkowi, uczesanemu, pełnemu zakazów, tabu i słów nie da się. Wtedy wchodzili rewolucjoniści i z kopa wyważali zaryglowane drzwi, za którymi chowają się korporacyjni macherzy od wykresów i zaspokajania gustu tłumu oraz orędownicy Reinheitsgebot i innych tego typu konserwatywnych pierdół. Pokochałem z miejsca wszystkie turbochmielone IPA o ekstremalnej (jak na ówczesne podniebienie przyzwyczajone do masowych lagerów) chmielowej goryczy i pięknym sosnowo-żywicznym lub grejpfrutowym aromacie. To była poezja dla mojej nonkonformistycznej duszy. Odnalazłem swoje miejsce w świecie – mój mały azyl dla porąbańców. Dalej był Czarny Wdowiec z Piwoteki, 1000 IBU z Mikkellera czy uwarzona na Beer Geek Madness (festiwal chyba stworzony z myślą o takich ludziach jak ja) Czekoladowa Dolina z Podgórza. Rajcowała mnie pogoń za IBU, za najmocniejszym piwem świata, za przekraczaniem wszelkich granic. Wymrażane BrewDogi o mocy destylatu traktowałem bardziej jak doświadczenie, niż picie dla smaku, ale to była dla mnie właśnie esencja tego, co spowodowało, że pokochałem kraft. Potem bezgraniczną miłością obdarzyłem wędzonki, szczególnie torfowe, choć zaczynałem od bardzo tradycyjnej Schlenkerli oraz legendarnego Alaskan Smoked Porter. Te wszystkie porąbane klimaty stopniowo przekładałem na piwowarstwo domowe, czego kulminacyjnym punktem było piwo 100% Peated Lapsang Chipotle Lager –będące, bardziej niż piwem do picia z przyjemnością, swego rodzaju performancem i odzwierciedleniem tego, czym jest dla mnie ta cała zabawa.

W pewnym momencie jednak piwna rewolucja zatoczyła koło i rozpoczęła zjadanie własnego ogona – niczym mityczny wąż Uroboros. Nie uważam, żeby to było zjawisko w jakikolwiek sposób niezwykłe i nieprzewidywalne. W końcu naturalnym cyklem każdego buntu jest wytworzenie antyestablishmentowego establishmentu, czyli tzw. mainstreamu alternatywy, który kapitalizuje osiągnięcia rewolucji i na ich bazie tworzy… kolejny masowy, przystępny, grzeczny produkt. Wtedy także część zawiedzionych rewolucjonistów (Hej, prorocy moi z gniewnych lat, obrastacie w tłuszcz.Już was w swoje szpony dopadł szmal, zdrada płynie z ust) tworzy kolejny buntowniczy nurt i tak cykl się powtarza aż do momentu, gdy nisza jest tak mała, że interesuje de facto tylko twórców i ich rodziny (głównie dlatego, że nie mają co włożyć do garnka). Rodzi się tu więc naturalne pytanie: do którego momentu opłacać się będzie robić pojechane piwa, jednocześnie znajdując wystarczającą liczbę świrów, którzy są tak samo porypani jak ty i będą chcieli utrzymywać twoje dziwne wizje na rynku swoimi ciężko zapracowanymi pieniędzmi? Dzień w którym z tego zrezygnują, będzie prawdziwym pogrzebem piwnej rewolucji.

Wracając do węża… Kraft znalazł się obecnie na początku drugiego okrążenia. Wszystko to, co było dla mnie piękne, odchodzi do lamusa. Królują piwa grzeczne, mało zdecydowane, przystępne, dla każdego. Nie ma już tego pędu, nawet nie za byciem w czymś pierwszym, ale nawet za tą mityczną wyrazistością. Liczy się balans i poprawność – żeby nie powiedzieć: kalkulacja. Tak jak w świecie prerewolucyjnym królował generyczny jasny lager, o którym zapomina się minutę po jego wypiciu, obecnie rządzą identyczne IPA bez goryczki, soczki z mango i imperialne stouty wysyłające pijącego karetką na sygnale na oddział diabetologii. Szanuję nieziemsko browary, które się z tego wyłamują. To one zostawiają mi nadzieję, że jeszcze z tym kraftem wcale nie jest tak źle. Są wciąż piwa, które mają pazur – takie, które pijesz i wiesz, że sporo osób się skrzywi, że na brutalnym rynku to nie ma prawa się udać, ale patrzysz w oczy piwowara i czujesz tę magiczną nić porozumienia dwóch wariatów, którzy nadają na tych samych porąbanych falach. Za to kraft kocham miłością najczystszą. Kocham, i dlatego krytykuję niepokojące mnie trendy. Miłość nie jest bowiem bezkrytycznym poklepywaniem, ale przede wszystkim szczerością. To, że jeśli chodzi o mój gust, zawsze będę w mniejszości, akceptuję w pełni. Sześć lat temu jednak kraft był takim moim azylem dla podobnych do mnie wariatów. Dziś zbyt często wygląda na to, że ściął on irokeza, otrzepał błoto z butów i ubrał garnitur. A ja? Ja nadal uwielbiam moją powycieraną ramoneskę. Staram się być skolopendrą, która wyrywa się z wężowego zaklętego cyklu. Przy nadziei utrzymuje mnie to, że wciąż jest nas wiele. Wasze zdrowie!

Reklamy
Zwierzenia (piwnego) kontestatora, czyli rzecz o Uroborosie i skolopendrze

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s