Co i gdzie zjeść (i wypić) w Kazimierzu Dolnym?

Dwa tygodnie z dala od Poznania, codziennych obowiązków i myślenia o rzeczach poważnych. Tego mi było trzeba. Dwa tysiące kilometrów za kierownicą mojego niezawodnego auta. Prawie tuzin osób podwiezionych dzięki BlaBlaCar. Święta z rodziną, wyjścia ze znajomymi i w końcu Sylwester w Kazimierzu Dolnym z Ukochaną. Nie byłbym sobą, gdybym nie zrobił stamtąd kulinarno-piwnej relacji. A więc… co i gdzie warto zjeść (a także wypić) w najromantyczniejszym mieście w Polsce?

P_20160102_143955.jpg

Na miejscu mieliśmy właściwie dwa pełne dni (piątek i sobota) plus sylwestrowy wieczór (czwartek) i niedzielny poranek (dzień wyjazdu). Nie mając jednak wykupionego wyżywienia w pensjonacie, skorzystaliśmy z okazji i eksplorowaliśmy liczne kafejki, restauracje i tawerny w zasięgu wzroku. Zdaję sobie sprawę, że nie weszliśmy wszędzie i zapewne ominęliśmy wiele ciekawych pozycji (Akuku…), ale – jak już mam to w swej prywatnej tradycji – pewne sprawy zostawiam na później, by mieć po co wracać.

Już przed wyjazdem postanowiłem zrobić mały wirtualny rekonesans i dzięki niemu wpadła mi w oko restauracja Kuchnia i Wino, która oferowała sylwestrowe zestawy z ciekawie zapowiadającymi się potrawami, a do tego rekomendowali ją zarówno Gault&Millau, jak i Wojciech Modest Amaro. Kartę win ułożył zaś Marek Kondrat. Dłużej nie trzeba było nas namawiać. Miejsce znajduje się przy ulicy Krakowskiej, przy której praktycznie każdy dom to kawiarnia, hotel lub restauracja. Kuchnia i Wino to gastronomiczna część pensjonatu Vincent. W środku znajdowały się dwie przestrzenie: jedna z małymi stolikami (gdzie zajęliśmy miejsce) oraz większa, skąd dobiegał gwar dzieci (z ulgą nie musieliśmy tam siadać). Jako aperitif otrzymaliśmy kieliszek kir royal, a następnie po kolei delektowaliśmy się elementami kolacji. Degustację zaczęliśmy od koziego sera, buraka w czterech odsłonach, orzecha włoskiego w karmelu i płatków soli. Wszystko podane w iście designerski sposób, godny powitania 2016 roku. Bardzo mnie ucieszył fakt, iż kulinarne trendy, także jeśli chodzi o estetykę, wyszły z dużych miast i powoli trafiają również do mniejszych ośrodków. Druga pozycja w menu to, zdaniem obojga z nas, najsmaczniejsza część wieczoru: aksamitny krem z kalafiora, syrop klonowy, płatki chabrów i gałka muszkatołowa. Od wyglądu, przez piękny aromat, okrągły smak, aż po długo pozostające odczucie w ustach mogliśmy celebrować wspólnie spędzoną chwilę we dwoje przy noworocznym stole, wpatrzeni sobie w oczy, płomień świecy i fioletowe płatki chabrów skąpane w kalafiorowej emulsji. Danie główne, czyli mięsne, stanowiły do wyboru: perliczka, galaretka z jarmużu, sos z czarnej porzeczki, puree z pietruszki i mus marchewkowy lub troć na czarnej soczewicy, groszek cukrowy, piana pomarańczowa, mus ogórkowy i sól pomarańczowa. Za ptactwem jakoś szczególnie nie przepadam, więc perliczkę zjadłem ze smakiem, ale bez sensorycznych egzaltacji. Troć, którą otrzymała moja Ukochana, wydawała się nieco bardziej wyrazista, a cukrowy groszek stanowił ciekawy dodatkowy akcent o całkiem sporym natężeniu smaku, co zawsze jest mile widziane w moim odczuciu. Mus ogórkowy nieco przypominał w konsystencji galaretkę i miał posmak kisielu. Jedzenie deseru u mnie zawsze przypomina chwytanie byka za rogi, gdyż – jak wielokrotnie podkreślałem – nie lubię w nadmiarze smaku słodkiego i bardzo łatwo osiągam pułap przesłodzenia. Solidna porcja musu waniliowego była jednak, dzięki swej konsystencji i lekkości, doskonałym zakończeniem wieczoru, a świetna kwaskowa kontra granatu zapobiegła przekroczeniu limitu odczucia słodyczy. Za mały minus można jedynie uznać brak synchronizacji napojów z jedzeniem (wino dostaliśmy jak już zjedliśmy danie główne, a kawę po skończonym deserze), ale przy bardzo dużym natężeniu ruchu i wszystkich zajętych stolikach (przynajmniej w naszej sali) można to spokojnie wybaczyć. Doświadczenie oboje uznajemy za bardzo udane i polecamy to miejsce na romantyczną kolację we dwoje!

Następnego dnia stwierdziliśmy, że skoro jesteśmy w Kazimierzu, to musimy skosztować trochę żydowskiego dziedzictwa tego miejsca. Wybór był oczywisty – Bajgiel przy starej synagodze, obecnie przerobionej na hotel i muzeum. W menu roi się od żydowskich przysmaków, a jako specjalność zakładu prezentowany jest tytułowy bajgiel w trzech odmianach. Ku mojemu zasmuceniu, okazało się, że goście przed nami zamówili już ostatnią sztukę. Na szczęście ostatecznie bajgle dojechały i mogliśmy spróbować wybranej przeze mnie wersji z wędzonym łososiem. Przecięty na pół wypiek z rybno-jajecznym wnętrzem plus sałatka ze świeżych warzyw były dokładnie tym, czego oczekiwałem. Świeże, chrupiące, pyszne – w sam raz na pożywny śniobiad. Do tego zamówiliśmy jeszcze czulent, w którym moim zdaniem za bardzo dominowały klimaty mączne, ziemiste, ziarniste, strączkowe, a za mało w nim było mięsa, ale to tylko moje preferencje urodzonego mięsożercy. Smakowało całkiem nieźle. Karp w sosie cytrynowym zamówiony przez Justynę był bardzo maślany, co adekwatnie komponowało się z charakterem ryby i kwaskowatą kontrą cytryny. Minus tej wizyty wziąłem całkowicie na własne życzenie. Piwo Kazimierskie Niepasteryzowane wytwarzane przez znany z produkcji smakowych Magnusów Browar Jagiełło to potwornie utleniony lager o nutach kartonowo-starozbożowych, bez piany, goryczki i smaku. Wniosek: idźcie do Bajgla na obiad, darujcie sobie piwo.

Jpeg

 

Na wieczór trafiliśmy do Podcieni na kawę i piwo. Kraftu co prawda nie było, ale mogłem się napić Porteru z Okocimia, który ostatnio zbierał niezłe noty. Ogólnie rzecz biorąc, gdy idziecie do knajpy, w której nie serwuje się piwa rzemieślniczego, pytajcie o portery bałtyckie. Te dostępne w Polsce, nawet z dużych koncernów, zwykle da się z przyjemnością wypić (pod warunkiem że nie traficie na felerną warkę z masakryczną ilością żelaza lub alkoholu w smaku w przypadku Żywca). Wyboru napoju w Podcieniach, w każdym razie, nie żałowałem. Przed pójściem spać zaszliśmy jeszcze do restauracji Pod Wietrzną Górą, gdzie kelner uraczył nas opowieściami o mieście, a na dodatek zjedliśmy pysznego wołowego tatara z dodatkami. Dla wielbicieli surowizny – polecam. Oprócz tego zamówiliśmy pierogi ruskie, które okazały się poprawne – choć ciasto mogło być lepsze.

P_20160102_111238.jpg

 

W sobotę postanowiliśmy solidnie pozwiedzać, przejść się do Galerii Grabskich na wystawę pięknych, romantycznych obrazów autorstwa Dariusza Twardocha, a także w końcu skosztować oferty polecanej przez wszystkich knajpki o nazwie Przystanek Korzeniowa. Utrzymana w stylistyce hippisowsko-góralskiej chatka z miłą obsługą, tłumem ludzi (na szczęście byliśmy pierwszymi gośćmi, bo inaczej zabrakłoby miejsc!) i smacznym jedzeniem na pewno warta jest odwiedzenia przez przemierzających Kazimierz podróżnych. Świetna lokalizacja (tuż przy wąwozie Korzeniowy Dół), lokalne rzemieślnicze lemoniady w wielu smakach, bardzo dobre śniadania i… kraft! Tak jest! Jedynie miejsce (o którym wiem) w Kazimierzu, gdzie można wypić porządne piwo. Co więcej, rzemiosło leje się nie tylko z butelki (standardowe marki), ale także z kija. Na nalewaku rządzi Browar Hopium. Zazwyczaj dostępne jest także produkowane w puławskich Trzech Koronach lokalne piwo Dziad, chmielone czterema polskimi chmielami, w tym na zimno Oktawią. Niestety, mimo moich szczerych chęci spróbowania, nie było tego dnia dostępne. Miejsce bardzo wpisuje się w moje poczucie klimatu i estetyki, a do tego ma ogromny plus za dobre piwo. Polecam mocno!

P_20160102_164852.jpg

Na obiad trafiliśmy do Knajpy Artystycznej, gdzie – zgodnie z nazwą – spotkałem nawet znajomego artystę. Zajęliśmy sobie z Justyną stolik w kąciku i zamówiliśmy po jednym daniu głównym. Dużym pozytywem była wielkość porcji – solidny kawał mięsa w panierce, do tego frytki i surówka, a także wielki placek po węgiersku, sowicie faszerowany i polany gulaszowym mięsiwem. W Artystycznej jest zupełnie inaczej niż w Kuchni i Winie. Nie ma tu pływających po powierzchni zupy płatków chabrów, natomiast jest wszystko to, czego potrzeba, aby smacznie się posilić: dużo smacznego mięsa za rozsądną, jak na Kazimierz, cenę. Głodomory wyjdą zadowolone!

Deseru nie zamawialiśmy, gdyż ten miał być pretekstem do wypróbowania kolejnej lokalizacji. Tym razem udaliśmy się do Cafe Faktoria, która to słynie z bezglutenowego menu oraz szerokiego wyboru kaw. Napoje podzielone są na sekcję zwykłą i ekskluzywną, a spośród wielu ziaren można sobie zażyczyć nawet słynną Jamaica Blue Mountain. To, czego brakuje, to alternatywne metody parzenia, które jeszcze do Kazimierza chyba nie dotarły. Wszystkie pozycje z listy deluxe przygotowywane są w ten sam sposób (w tygielku na gazie). Jak już wspomniałem, ciasta mają w Faktorii bezglutenowe, ale także całkiem spore. Zamówiliśmy dwa kawałki tortu, jeden sporządzany z z mąki kasztanowej, a drugi z dyniowej. Ciasto nie trzymało się tak ładnie formy, jak tradycyjna wersja z pszenicą, aczkolwiek nie było złe w smaku. Jak dla mnie jednak masa, którą zostało przełożone, okazała się zbyt zamulająca, tłusta i słodka jednocześnie. Zdecydowanie wolę coś lżejszego.

Nim się spostrzegliśmy, nadeszła niedziela i nadszedł czas na wyjazd. Przed południem pozostała chwila na śniadanie i herbatę. Tak się złożyło, że na naszej liście do odwiedzenia zostały jeszcze: U Fryzjera i Herbaciarnia u Dziwisza. W tym pierwszym miejscu raczyliśmy się bardzo dobrym śniadaniem po żydowsku, które inspirowane było wyraźnie tradycyjnym English breakfast, tyle że w judejskiej wersji. Kiełbaski, jajka, pyszne, puszyste grzanki, cebulka i pomidory zadowolą każdego głodomora. Zdecydowanie warto wstąpić. Dodatkowo skusiliśmy się na tatara, nasz papierek lakmusowy obok wołowego steku, który został podany bardzo efektownie i smakował całkiem nieźle. Wizyta u Dziwisza to już doświadczenie w innym stylu – złote ramy, lustra, antyki, książki. Do tego oczywiście główna bohaterka, czyli pyszna herbata. Tak jak prawdopodobnie tylko w Korzeniowej można napić się kraftowego piwa, tak najpewniej tylko u Dziwisza jest okazja zamówić lapsang souchong, czyli herbatę wędzoną, o zniewalającym aromacie ogniskowego dymu połączonego z ziemistością. Przy okazji herbaciarnia oferuje także zakup różnorakich liści do parzenia w domu. Ciast nie próbowaliśmy, gdyż już byliśmy pełni po śniadaniu.

Sylwestrowa wizyta w Kazimierzu okazała się dla nas bardzo udana, tak pod względem turystycznym, jak i kulinarnym. Bez wątpienia jest to piękne miejsce, idealne dla par, które chcą spędzić ze sobą romantyczne chwile we dwoje, a także dobrze zjeść, napić się smacznej kawy, ciekawej herbaty i dobrego piwa. Mam nadzieję, że mój miniprzewodnik pomoże Wam, gdy będziecie planować podróż w to magiczne miejsce. Dajcie znać, jakie Wy macie wrażenia z wizyty w tym urokliwym miasteczku i podrzućcie swoje propozycje!

 

Reklamy
Co i gdzie zjeść (i wypić) w Kazimierzu Dolnym?

Wrocławskie wspomnienia, czyli Beer Geek Madness 3 bez ściemy

12021832_10153719877154073_896937122_n12025396_10153719877039073_1649687110_n

Są festiwale, na które ostrzy się sobie zęby na kilka miesięcy przed samą imprezą. Tak też było z trzecią odsłoną Beer Geek Madness, która tradycyjnie odbyła się we wrocławskich Zaklętych Rewirach. Jako że od początku istnienia tego przedsięwzięcia (tu możecie przeczytać o poprzedniej edycji) goszczę w tym klimatycznym miejscu, mogę co nieco powiedzieć na temat paru aspektów zeszłoweekendowego wydarzenia. A więc do rzeczy.

Mówi się, że najistotniejszym elementem każdej imprezy są jej uczestnicy. Oceniając sobotni wieczór z tej perspektywy, jestem bardzo zadowolony. Jak zwykle poznańska ekipa nie zawiodła i bawiła się najlepiej, jak to było możliwe. Poza tym, udało mi się spotkać i chwilę porozmawiać z kilkoma osobami spoza naszego lokalnego światka, więc tym bardziej były powody do mruczenia. Identycznie jak pół roku temu, zajęliśmy miejsce w pralni i nie opuściliśmy go właściwie aż do przeniesienia imprezy na dach. Tuż obok naszych miejscówek rozlokowano krany z piwem z niemieckich browarów, które to były główną atrakcją tej odsłony BGM. Mimo szerokiej oferty prezentowanej na mapkach i ulotkach, na niektóre pozycje trzeba było czekać, aż poprzednie się skończą. Nie wiem nawet, czy wszystkie ostatecznie zostały podpięte.

Łyżka dziegciu

Poza piwem na gości – jak zawsze – czekały atrakcje artystyczne, koncerty, a także ultradrogie designerskie koszulki oraz ekipa salonu fryzjerskiego Petit Pati, z której usług dane mi było skorzystać – z dużym zadowoleniem. Celowo nie wspominam tu o gastronomii, bo tej tak jakby w ogóle nie było. Bez wątpienia cała farsa z jedzeniem zasługuje na miano największego skandalu BGM 3. Mimo trwającej od godziny 18 imprezy (plus niekrótki czas spędzony przed wejściem), goście byli skazani na głód aż do… 21, kiedy to – w teorii – dopiero otwarto strefę gastronomiczną. W teorii, gdyż totalny chaos i brak jakiegokolwiek pomyślunku sprawił, iż zamiast degustować kolejne piwa trzeba było stać godzinami w kolejce do jedynej kasy, aby dostać jakiś ochłap. Przed imprezą zapowiadano autorską kuchnię, a pod daniami podpisali się nawet szefowie kuchni. Szkoda, że nikt nie pomyślał o tym, żeby jedzenie było rzeczywiście dostępne w sposób sprawny i szybki. Dodatkowo, podczas wielogodzinnego oczekiwania na łaskę organizatorów, ochrona obiektu poczuła przypływ testosteronu i pozoru władzy, traktując ludzi jak bydło, zachowując się nieuprzejmie, agresywnie i chamsko. Zwykłym gościom (bez opasek VIP) nie pozwalano wychodzić z terenu obiektu, aby mogli coś zjeść i wrócić na imprezę, a także nie wpuszczano dostawców zamawianego jedzenia z zewnątrz. Napakowane karki z pobliskiej dyskoteki niczym gestapowcy przedzierali się pomiędzy gośćmi imprezy szukając pretekstu do wyleczenia swoich kompleksów. Doszły do mnie też słuchy (świadkiem sam nie byłem), iż jeden z ochroniarzy domagał się… łapówki za wpuszczenie dostawcy pizzy. Inny z kolei chciał dyktować, w jakiej pozycji znajdować się powinien zmęczony człowiek na ziemi: spać na siedząco może, ale na boku – już nie. Jak się okazało, byczki nie były pracownikami żadnej agencji ochrony (wiele osób chciało złożyć oficjalną skargę), więc pretensje można mieć tylko do organizatorów. Poza jedzeniem i ochroną, tragicznie zorganizowano imprezę na dachu o północy. Nie wspominając nawet o tym, że na jakiegokolwiek porządnego stouta trzeba było czekać pięć godzin od początku imprezy, to jeszcze przez totalną dezorganizację nagle wyzwolono w tłumie instynkty znane z filmików o uchodźcach na greckiej granicy. Wziąwszy pod uwagę niewielką powierzchnię dachu, mnogość ludzi i najlepsze piwa – wynik był jasny: dantejskie sceny i ogromny chaos. Przy tym wszystkim naprawdę małej wagi uchybieniem wydaje się brak myjek do szkła (jak ktoś miał długie ręce to mógł sobie na początku umyć w zlewie za barem, ale potem i tak obsługa, której wcześniej w ogóle nie było, miała z tym problem) czy darmowej wody do picia (to akurat nie jest żaden wymóg, ale skoro była na BGM 2, to jest to ewidentnie nieuzasadniona zmiana na gorsze). Po pierwszej edycji zdecydowanie najgorsze wrażenie robiła na mnie palarnia w przejściu do drugiej sali i strefy gastronomicznej – wyciągnięto jednak wnioski, palaczy wyrzucono na zewnątrz, dodano dyspensery wody i mimo tego, że nie każdy załapał się na amerykańskie piwa, mogło się wydawać, że idzie ku lepszemu. Niestety, organizacyjnie BGM 3 okazał się ogromnym krokiem wstecz. Nie piszę tego po to, by bezproduktywnie mieszać kogoś z błotem, a jedynie punktuję to, co koniecznie należy poprawić.

Chmiel, wędzonka, kwas i owoce

Co do samego piwa, otwarcie przyznam, iż żadne nie rzuciło mnie na kolana. W porównaniu z takimi perełkami jak Pirate Bomb z drugiej edycji, czy kwaśne piwa Mikkellera z pierwszej, tu mieliśmy pozycje co najwyżej dobre. Niemcy prezentują zachowawczość nawet w rewolucji. Ot, ironia losu. Ja wolę podejście amerykańskie. Być może na dachu były lepsze piwa, jednak – jak pisałem – tylko najbardziej wytrwali i odporni na zachowania stadne mogli sobie pozwolić na degustację tychże. Na początek moje festiwalowe szkło (mały, gustowny kieliszek) wypełniło Viking Gose z browaru The Monarchy. Z racji małej dostępności moich ulubionych RISów, festiwal stał dla mnie pod znakiem historycznych niemieckich styli, takich jak właśnie gose czy berliner weisse. W propozycji Monarchy sympatycznie komponował się lekki kwasek z przyjemną wędzonką, a całość przyjemnie orzeźwiała i zapowiadała udany wieczór. Dla porównania spróbowałem klasycznego Ritterguts Gose, które to na RateBeerze uznawane jest za absolutny majstersztyk. Tu już kwasowość stała na nieco wyższym poziomie, a do tego znać o sobie dawała nieco mydlana nuta kolendry. Wartość orzeźwiająca podobna jak w przypadku Vikinga. Trzecią próbką na rozkładzie był Onkel Albert z browaru Onkel – saison, który zaskoczył mnie dość niskim jak na ten styl wysyceniem i chmielowym początkiem. Poza tym, klasyczne belgijskie wyższe alkohole i nic więcej. Nie jestem jednak miłośnikiem saisonów. Podobnie nie podniecają mnie klasyczne pilsy, jak ten z Schonramera, który poza słodowością nie dawał żadnych uniesień. Nawet do meczu wolę pić jakieś pale ale. Nieco lepiej wypadło w tym towarzystwie German IPA z browaru Camba Bavaria, aromatyzowane na zimno europejskimi odmianami chmielu. Kwiatowy aromat i chmielowy smak, goryczka na zadowalającym mnie poziomie. Jedyne, do czego się mogę przyczepić, to zbyt wysokie wysycenie. Kolejna propozycja to efekt współpracy trzech browarów, dwóch rosyjskich i jednego niemieckiego: 1516, Bakunin i BrauKunstKeller – saison z pomarańczami, chmielony Huell Melonem i Mandariną Bavarią. Pierwszy raz piłem piwo na Huellu i rzeczywiście aromat melonowo-arbuzowy był wyraźnie wyczuwalny. W połączeniu z owocowością dawało to naprawdę niezłe rezultaty. Mimo że saison to nie jest mój ulubiony styl, wypiłem go z wielką przyjemnością. To tyle jeśli chodzi o pralnię.

W oczekiwaniu na podpięcie innych beczek, udałem się na główną salę, gdzie na początek spróbowałem Lodzermenscha z Piwoteki. Browar ten bardzo szanuję za Czarnego Wdowca, więc oczekiwania miałem spore. Niestety, poza lekkim kwaskiem i dobrą pijalnością piwo nie wnosiło zbyt wiele walorów aromatyczno-smakowych. Nos wręcz był zupełnie neutralny. Po krótkim polskim interwale, powróciłem do germańskich bohaterów wieczoru i wypiłem znane już mi Laguna IPA z BrauKunstKeller oraz Backbone Splitter od Hansa Mullera. Tu trzeba przyznać plusik za to, że niemieccy piwowarzy nie siedzieli w loży VIP chełpiąc się swoją znakomitością, a z chęcią opowiadali o swoim piwie i pomagali w napełnianiu szkieł. Z tej dwójki to Splitter oferował nieco przyjemniejszy aromat chmielowy (Laguna zajeżdżała trochę perfumami). Oba piwa natomiast nie powalały ogromem goryczy czy mircenem wyciekającym przez nos. Klasyczna teutońska zachowawczość. Następny niemiecki wypust to Holy Shit z browaru Schoppe, w którym chmiel mieszał się z karmelem i słodowością i średnio intensywną goryczką. Zawiódł mnie niestety Pfefferkorner z Freigeist Bierkultur, który poza aromatem pieprzu atakował nutami kanalizacyjnymi, a w smaku nie dawał niczego lepszego. Na zakończenie niemieckich degustacji spróbowałem jeszcze Methusalem z The Monarchy i Saison Blanc z Camba Bavaria. O ile wypust Camby wiał nudą i klasyką, to całkiem ciekawą propozycją okazał się adambier od Monarchów. Ciemne, wędzone, nieco kwaśne, mocne piwo w starym dortmundzkim stylu – z pewnością można je zaklasyfikować do kategorii madness.

Jeśli chodzi o polskie premiery, to dane mi było spróbować jedynie kilku. Nie wypowiem się na temat krytykowanego wszem i wobec Rauchweizena z Doctora Brew, gdyż po prostu nie miałem okazji go pić. Kwas Delta z Pinty okazał się całkiem fajnym, orzeźwiającym berlinerem, jednak bez większych egzaltacji. Zwycięski Cyrulik z Profesji miał jak dla mnie ciut za mało wędzonki (choć nieco w innym charakterze niż Kwas Beta). Lekko kwaśne i owocowe okazało się Blu Berrymore z Hopium, natomiast Saison Curry Wurst z Birbanta, mimo dobrych rekomendacji znajomych piwowarów, absolutnie nie przypadł mi do gustu. Jakieś takie piaskowe odczucie w ustach, dziwna przyprawowosć i lekka wędzonka nie dały dobrego połączenia. Lepiej na pewno smakował Very Bloody Berliner z Piwnego Podziemia, z wyraźnym czerwonym owocem (bardziej porzeczka niż aronia) na pierwszym planie, o lekko winnym finiszu. Browar ten udowadnia, ze większość wypustów ma udanych. Fuck The Boundaries z BroKREACJI z kolei oferował feerię różnych smaków, od chmielowego, przez kwaśny do słonego. Połączenie całkiem udane. Na dachu, niestety, załapałem się tylko na Omniprairie, czyli kooperacyjny imperialny milk stout z browarów Prairie i Omnipollo – słodkie, czekoladowe, bardzo gładkie, aksamitne, dobrze ułożone piwo. Wysoka klasa. Niestety, pozostałych hitów nie było mi dane spróbować. Spośród polskich premier, Beer Geek Choice przyznałbym chyba Piwnemu Podziemiu, aczkolwiek zwycięska propozycja Profesji nie była zła.

Na przyszłą edycję organizatorzy mają dużo do poprawy. Wierzę jednak, że zdają sobie doskonale sprawę z tego, co zostało spieprzone i jak nie dopuścić do powtórki tego następnym razem. Ja nie tracę nadziei i wiary w to, że na Beer Geek Madness 4 znów się spotkamy i przeżyjemy niezapomniane chwile w towarzystwie piwnych świrów, których w Polsce nie brakuje. Niechaj żyje rewolucja. Przekraczajmy granice – o wiele bardziej niż Niemcy mają na to odwagę. Co do samego piwa, z mojej strony apel: więcej RISów, więcej barley wine. Nie po pięciu godzinach imprezy, a od początku. No i to jedzenie… Zróbcie coś z tym. Do zobaczenia!

Wrocławskie wspomnienia, czyli Beer Geek Madness 3 bez ściemy