Wyzwanie: Weekend w Wiedniu z Mamą!

sdr

Zazwyczaj w podróż udaję się sam, z Ukochaną lub ze znajomymi. Nadarzyła się jednak ostatnio szansa, by spróbować czegoś nowego i jednocześnie wymagającego – urodzinowa podróż do Wiednia z Mamą, zorganizowana przeze mnie z okazji Jej okrągłego jubileuszu. Być może dla wielu z Was nie jest to nic niezwykłego, jednak zanim przejdę do opisu naszego weekendu, muszę napisać kilka słów tytułem wstępu. Otóż, pomimo wielu podobieństw charakterologicznych, nasze preferencje różnią się totalnie, zwłaszcza jeśli chodzi o podróże. Dość powiedzieć, że moja Mama nigdy nie jeździ na wyjazdy „na własną rękę”, lecz zawsze korzysta z pakietów oferowanych przez biura podróży, śpi w drogich hotelach, a wszystkie atrakcje ma zagwarantowane i zaplanowane za nią. Na miejscu nie musi się o nic martwić, ani nic planować. Turystyczny mainstream, od którego zawsze trzymałem i będę się trzymał z daleka. Na pewno to znacie. Dorożki i bryczki kontra wielokilometrowe spacery. Witryny sklepów uznanych projektantów konta schowane przed masową turystyką kurioza. Restauracje z pierwszych stron przewodników kontra autorska i rzemieślnicza kuchnia. Krupówki kontra schodzenie do piwnic pełnych kości. Drinki z palemką kontra rzemieślnicze piwo w nowofalowym pubie. Kawa w sieciówkach z ładnym wystrojem kontra surowa alternatywa z dobrym ziarnem. Ogień i woda. Konflikt murowany. Przynajmniej – interesów. Największym sukcesem wyjazdu było więc to, że – mimo tak odmiennych upodobań – nie pokłóciliśmy się i wróciliśmy do Polski zadowoleni i szczęśliwi. To chyba cieszy mnie najbardziej w związku z wiedeńską eskapadą.

Wszystko zaplanowałem już jesienią, aby 13 grudnia – w urodziny Mamy – wręczyć Jej, jak gdyby nigdy nic, przewodnik po Wiedniu. Dlaczego w ogóle stolica Austrii? Mama zawsze mówiła, że chciałaby polecieć do jednego z klasycznie pięknych europejskich miast. Zazwyczaj wspominała o Wenecji, jednak tę destynację na prezent wybrała już przyjaciółka Mamy, a więc musiałem poszukać czegoś innego. Tradycyjnie zacząłem poszukiwania atrakcyjnych cenowo lotów z Polski i wpadł mi w oko Wiedeń, gdzie byłem jako nastolatek i niewiele z tego pamiętam, a Mama nie widziała stolicy Austrii nigdy. Szybka decyzja, bilety zabukowane, niezły hotel w ścisłym centrum i w dobrej cenie znaleziony (Riess Hotel przy Turkenstrasse) – można konstruować itinerariusz.

Starałem się połączyć to, co piękne dla mojej Mamy, z tym, co interesujące dla mnie. Zapytałem więc zawczasu, jakie punkty zaznaczyła jako konieczne przystanki podczas naszej podróży w ofiarowanym przeze mnie przewodniku. Przeprowadziłem analizę czasową oraz dodałem to, co interesuje mnie. Musiałem pamiętać, że tempo zwiedzania Mamy jest dużo wolniejsze niż moje oraz że dwa i pół dnia (przylecieliśmy w piątek po południu, a wracaliśmy w poniedziałek rano) to za mało, by wszystko zobaczyć. Uważałem równocześnie jednak, że czasu wystarczy, by się paroma rzeczami zachwycić, nawet jak kilka z nich przegapimy (ostatecznie nie udaliśmy się ani do Belwederu, ani do Schönbrunn, ani nie weszliśmy do wielu muzeów czy galerii sztuki). Jestem podróżnikiem emocjonalnym i tzw. efekt wow jest dla mnie o wiele ważniejszy, niż szczegółowe opisy, czy poznawanie historii sztuki lub techniki wykonania. Godzinne gadanie przewodników o tym, do czego służyła ta i ta miska, albo jak kreski stawiał dany malarz, to właśnie to, co mnie w szczenięcym wieku zniechęcało do zwiedzania. Nudy. Dlatego do dziś wolę eksplorować sam. Skupiam się wtedy na tym, co ważne dla mnie – na emocjach. Liczy się to, czy mnie dana rzecz zachwyca, intryguje, prowokuje do myślenia, czy powoduje, że moje serce bije szybciej lub czy myślę o niej parę dni po ekspozycji. Tak jak chociażby drzewo zrobione z łusek pocisków karabinowych, które widziałem kiedyś w Londynie. Technikalia zawsze były dla mnie nudne i powodowały, że przebierałem nogami, aby iść dalej. Jesteśmy w tym z Mamą chyba podobni, sęk jednak w tym, że zachwycają nas inne rzeczy, o czym pisałem we wstępie.

cof

Pierwsze kroki skierowaliśmy do restauracji Figlmüller, która mignęła mi w jednym z filmów na YouTube jako ta, gdzie trzeba się udać, by skonsumować prawdziwy i oryginalny wiedeński sznycel. Takowe oczywiście serwowane są tu praktycznie wszędzie, jednak zaufałem oglądanemu programowi. Miejsce to istnieje od ponad 110 lat i – jak powiedział nam kelner – jest de facto starą winiarnią, która specjalizuje się w kuchni regionalnej. Sznycel, który dostaliśmy, był ogromny, a jego rozmiar potęgował talerz mniejszy od dania, co jest oczywiście znanym trikiem. Do tego zamówiłem tradycyjną sałatkę ziemniaczaną. Próbowałem namówić Mamę, by wzięła coś innego i abyśmy się wszystkim podzielili po połowie, stawiając wszystko na środku stołu, jednak zapomniałem, że nie jestem na spotkaniu foodies w miejscówce z przewodnika Gault & Millau.  Warto też dodać, że moja Mama jest raczej niejadkiem, do tego wybrednym – z długą listą rzeczy których nie je, i zwykle jeszcze musiałem dojadać Jej porcje. Sznycel był pyszny, z chrupiącą panierką i okraszony ćwiartką cytryny. Figlmüller spełnił oczekiwania!

hdr

Jako że powoli zaczynało się ściemniać, poszliśmy spacerem przez starówkę, zahaczając o zachwycający Kościół Jezuitów, którego późnobarokowe wnętrze zapierało dech w piersiach. Niestety dla zdjęć, w środku panował półmrok, z gdzieniegdzie palącymi się świecami i punktowym oświetleniem. Dla ogólnego wrażenia stanowiło to jednak niewątpliwą zaletę. Następnie udaliśmy się do najbardziej centralnego punktu każdej wiedeńskiej wycieczki, czyli Katedry Św. Szczepana, wokół której gromadzili się woźnice stojący przy swych fiakrach, nagabując turystów na przejażdżkę za miliony monet. Mama przez dwa dni bardzo chciała wpaść w tę turystyczną pułapkę, a kiedy już się poddałem i trzeciego dnia sam zaproponowałem pójście na rękę, jednak się rozmyśliła. Wszak do tego czasu zdążyliśmy zobaczyć wszystko pieszo i nie miało to już sensu. W samej katedrze najbardziej interesowała mnie oczywiście krypta i ossuarium, jednak na zwiedzanie było już za późno, więc musieliśmy je przełożyć na kolejny dzień.

W sobotę udaliśmy się ponownie na Stephansplatz, by się następnie… rozdzielić. Mama poszła oglądać wystawy u Diora i Prady, a ja – trumny, urny i kości w podziemiach katedry. Umówiliśmy się, że spotkamy się za pół godziny przed wejściem do katedry i każdy zajął się tym, co mu sprawia przyjemność. Chyba dobry kompromis? Katakumby kryją kilka pomieszczeń. Najpierw mamy podziemną kaplicę oraz miejsce spoczynku biskupów, następnie miedziane urny z zakonserwowanymi w alkoholu wnętrznościami zmumifikowanych Habsburgów oraz trumny ze zwłokami księcia Rudolfa, jego żony oraz kilku innych członków rodziny. Następnie przeszliśmy do drugiej części, gdzie spoczywają szczątki dawnych mieszkańców miasta wśród pozostałości po drewnianych trumnach oraz kości i czaszki ofiar epidemii dżumy. Znakomity klimat dla każdego mrocznego romantyka. Wcześniej z kolei udało mi się zwiedzić kryptę Habsburgów w Kościele Kapucynów. Znajdują się tam ciała członków rodziny cesarskiej sięgające odległych stuleci, a wielbiciele sztuki funeralnej mogą podziwiać dizajn trumien od okresu neoklasycyzmu aż po czasy współczesne. Barokowe sarkofagi stylizowane na pirackie statki z czaszkami u dziobu wprawiły mnie w niebywały zachwyt. Miód na moje czarne serce.

sdr

Wracając do piątku, idąc dalej drogą prowadząca od Katedry do Opery, zajrzeliśmy do sklepiku holenderskiego serowara – Henriego Williga. Na miejscu mogliśmy spróbować wielu odmian sera, a także przyprawowych wariacji na jego temat. Najbardziej do gustu przypadły mi dojrzewające kilka lat sery owcze i kozie, o intensywnym zapachu, wyrazistym, ostrym smaku i twardej, ziarnistej teksturze. Takie doznania sensoryczne powodują wzmożoną pracę ślinianek. Uwielbiam to uczucie.

hdr

Naprzeciwko opery znaleźliśmy otwartą do późna kawiarnię Gerstnera, którą miałem zaznaczoną na swojej mapie miejsc wartych odwiedzenia. Niestety, drugie piętro, najbardziej zdobne i eleganckie, było zamknięte, więc usiedliśmy na pierwszym, tuż przy spiralnych schodach. Do herbaty zamówiliśmy tradycyjny wiedeński strudel jabłkowy w akompaniamencie bitej śmietany. Mimo kilku negatywnych recenzji przeczytanych w internecie na temat jakości tutejszych ciast, uważam, że strudel ten był o wiele lepszy i efektowniejszy niż te, które jedliśmy i widzieliśmy później. Mogę śmiało polecić udanie się nań właśnie tu. O ile mnie zachwycały sery, strudle i ossuaria, Mama nie mogła wyjść z podziwu nad sukienką kosztującą tyle, co nowy samochód z salonu, którą zauważyła w butiku obok kawiarni.

Na zakończenie wieczoru chciałem koniecznie odwiedzić miejsce, gdzie można napić się kraftowego piwa i idealnym wydał się browar restauracyjny 1516 Brewing Company. Niestety, w środku nie było miejsc, więc nie mogłem spróbować ich wyrobów. Stolik znaleźliśmy za to w leżącym nieopodal Stadtboden. Tam nawet niegustująca w piwie Mama skusiła się na kufelek, a ja wypróbowałem trzy austriackie wypusty firmowane przez koncern Ottakringer, a wydawane pod marką Brauwerk jako linia „crafty”. Flanders był mniej kwaśny niż niektóre nasze pale ale, IPA w miarę, porter w porządku. Wiadomo, że to nie jest prawdziwy kraft, ale dało się wypić. Mama spróbowała całkiem przyzwoitego weizena z Die Weisse.

sdr

Najważniejszym punktem wycieczki dla mojej Mamy, jako kolekcjonerki starej porcelany, była wyprawa na pchli targ odbywający się w każdą sobotę na targowisku Naschmarkt. Udaliśmy się tam z samego rana, jednak jakichś wielkich zakupów nie poczyniliśmy. Ceny okazały się wyższe, niż przewidywane. Udało się nam wynegocjować dobrą ofertę na kilka filiżanek i kielich z pozytywką do wina reńskiego. Druga część targu to sekcja żywnościowa, która mnie interesowała bardziej niż antyki. Znów degustowałem dojrzewające sery, a także słodycze sprzedawane przez imigrantów z Bliskiego Wschodu, co nieco przypomniało mi niedawne jordańskie klimaty. Niestety, Mama nie skusiła się na ucztę przy serowym fondue, którą oferował jeden z punktów gastronomicznych na skraju Naschmarktu. Od wejścia jednych odurzał, a drugich przyciągał, bardzo intensywny aromat sera. Sam spędziłbym tam sporo czasu i pojadł, ale zdawałem sobie sprawę, że dla Mamy to męczarnia, a nie przyjemność.

Jako że byliśmy już te kilkadziesiąt minut od centrum, zmienił się i krajobraz. Na ścianach budynków pojawiło się graffiti, a zamiast turystycznych miejscówek można było znaleźć nowofalowe śniadaniownie i kawiarnie. O ile ja w końcu poczułem się jak ryba w wodzie, spożywając kawową alternatywę, Mama wyrażała swoje zdegustowanie, że w Coffee Junkie siedzimy przy stole złożonym z desek, bez obrusa, a kawa podawana jest w musztardówkach z IKEI, kiedy na starówce czeka Wersal i filiżanki Rosenthala. To nic, że serwowanej tam masowej, marketowej kawy nie da się pić. Przyznam Mamie rację w jednym – jajecznica w wysoko ocenianym Budapest Bistro okazała się słaba – sucha i bez smaku.

Następnym punktem, który zaznaczyła w przewodniku Mama, była słynna Opera. Nie mówimy tu o spektaklu, a o zwiedzaniu wnętrz. Nie byliśmy przygotowani tekstylnie na obcowanie ze sztuką wysoką, a – o ile mi to nie robi różnicy – to Mamie owszem. Otrzymaliśmy informację, że zwiedzanie możliwe jest jedynie z przewodnikiem, a także, że w sobotę nie było już takiej możliwości. Ostatnia szansa to 14:00 i 15:00 w niedzielę. Odbiliśmy się więc od drzwi i zapisaliśmy powrót w to miejsce kolejnego dnia do naszego kalendarza. W niedzielę przybyliśmy do świątyni sztuki mniej więcej o 14:40. Mogliśmy wybrać oprowadzanie po angielsku, niemiecku, hiszpańsku, włosku i chińsku. Kupiwszy bilety, ustawiliśmy się więc pod napisem „English” i cierpliwie oczekiwaliśmy na przewodniczkę. Wkrótce przed naszymi oczami ukazało się audytorium ze swoimi lożami, zobaczyliśmy także scenę, backstage i foyer, jak i uginające się pod złotymi zdobieniami salki, które można wynająć sobie na prywatną herbatę podczas przerwy za „jedyne” kilkaset euro za kwadrans. Obejrzeliśmy również film przedstawiający, w jaki sposób sala adaptowana jest pod bal karnawałowy, a nawet udało się nam podejrzeć próby par przed występem debiutantów.

Przed niedzielnymi odwiedzinami w Operze, zahaczyliśmy o pałac Hofburg, w którym zwiedziliśmy ogromną wystawę sreber, zastaw stołowych i porcelany. Moja Mama, jako miłośniczka zdobnych filiżanek, w końcu poczuła się tu jak w swoim naturalnym środowisku. Gdyby były na sprzedaż, na pewno nie wyszlibyśmy stamtąd z pustymi rękami. Oprócz tej imponującej kolekcji, poznaliśmy historię cesarzowej Elżbiety – popularnej Sisi – oraz mieliśmy okazję przemknąć przez pałacowe apartamenty.

Wracając jeszcze do soboty, przed tym, jak odbiliśmy się od drzwi Opery, poszliśmy na słynny tort serwowany w kawiarni Hotelu Sacher. Sachertorte to czekoladowe ciasto przełożone masą i polane czekoladową polewą. Jako że uchodzi za numer jeden na liście rzeczy do zjedzenia w Wiedniu, przed wejściem do kawiarni ustawiają się kolejki. Nie jest to zresztą jedyne miejsce, gdzie tak to wygląda, ale o tym później. Tort Sachera można co prawda obecnie zjeść wszędzie, nawet w… Polsce, jednak ta pierwsza i oryginalna miejscówka jest właśnie tam – w położonym nieopodal opery luksusowym hotelu, gdzie ubrany w purpurowy kostium lokaj wywozi zawieszone na złotym wieszaku ubrania należące do czekających na podjeździe gości podróżujących nie WizzAirem, lecz mercedesami. Cafe Sacher padła jednak ofiarą własnego sukcesu. Pisałem już o tym w kontekście piwa, jednak zasada ta działa na każdym rynku. Gdy produkt staje się masowy, spada jego jakość. Kawiarnia ta nie musi o nią dbać, gdyż nastawiona jest na turystów, którzy z założenia przyjdą tam raz w życiu. Przychodzić będą zawsze, dopóki w każdym przewodniku znajdzie się informacja o tym, że to legendarne ciasto, które każdy musi spróbować. Produkt, który dostaliśmy, nie dorastał do pięt reputacji, którą posiada. Wysuszone biszkopty sugerujące nie pierwszą świeżość (a przecież przy takim przemiale to praktycznie niemożliwe – mrożone ciasto? Nadprodukcja na wszelki wypadek?) i paskudna kawa. Podziękuję. Jedynie wnętrze lokalu ładne. Ten przykład dobitnie pokazuje, dlaczego należy omijać szerokim łukiem miejsca oblegane przez turystów, a szukać diamentów pochowanych w piwnicach. Oczywiście, dla zaznaczenia pinezki na mapie „must-see places” może i warto, tak jak z Wieżą Eiffela czy La Scalą, ale jeśli ktoś myśli, że smak powali go na kolana – myli się.

A propos turystów, kolejek i tłumów, podobnie ma się rzecz w innych popularnych kafejkach: Cafe Demel i Cafe Central. Te dwa miejsca łączy równie zdobne wzornictwo, kelnerzy pod muchami, tradycja sięgająca czasów cesarstwa i dziesiątki Azjatów czekających w kolejce na stolik. Ostatnio wpadł mi w oko artykuł opisujący inwazję turystów zza Uralu na Europę, co przekłada się na wzrost cen, większe trudności w znalezieniu interesujących kosztowo ofert i – oczywiście – spadek jakości zarówno obsługi, jak i produktu. Po co dbać o klienta, skoro i tak większość przyjdzie tylko raz, a w kolejce czeka nieokreślona liczba Chińczyków, która zostawi posłusznie swój hajs, bez proszenia o rabat i jakichkolwiek wymagań odnośnie do serwisu? Co więcej – to, co otrzymają, uznają, że właśnie tak ma smakować. Czysty biznes! Wystarczy odrobina kasy na reklamę w azjatyckich źródłach. W Cafe Demel odbiliśmy się od kolejki trzykrotnie i w sumie nawet nie żałujemy, bo czytaliśmy, że jest to miejsce mocno przereklamowane. Mimo to, chcieliśmy się sami przekonać. Przynajmniej mieli ładny sklep ze słodyczami na parterze. W Cafe Central za pierwszym razem również nie znaleźliśmy miejsca, jednak w niedzielę to właśnie tam udaliśmy się na śniadanie. Kolejka była mała – może na dwa-trzy stoliki – więc poczekaliśmy i zasiedliśmy do uczty. W internecie wyczytałem, że bywało tu wielu dygnitarzy dawnych czasów, na czele z Leninem i Hitlerem. Co ciekawe, w menu kawiarnia chwali się wieloma postaciami, które odwiedzały ten lokal, jednak wspomnianą dwójką – nie. Byłoby to zrozumiałe, gdyby nie to, że… wśród znamienitych gości wymieniany jest Lew Trocki… Zjadłem tu śniadanie nazwane na cześć miejscowego pisarza – Petera Altenberga, jednego ze stałych klientów sprzed lat, którego figura wita nas przy wejściu. W skład dania wchodzi ser, szynka, jajecznica, kajzerka, ciemny chleb, masło, dżem i sałatka owocowa. Wszystko bardzo smaczne, tylko że podobno Altenberg był… wegetarianinem. Nie wiem więc, jak to jest z tą autentycznością owej propozycji śniadaniowej. Mama zamówiła naleśniki z dżemem morelowym i posypką z cukru pudru, które były przeraźliwie słodkie. W gablotce widniało wiele prawdziwie foodpornowych deserów, jednak nie zamówiliśmy żadnego, oszczędzając miejsce w żołądku na później.

Wyjątkowym zwieńczeniem kawiarnianego rekonesansu była wizyta w Cafe Schwarzenberg. Nieco przypadkowa, bo na zdjęciach wnętrza nie zrobiły na Mamie wrażenia. Okazało się jednak, że czekała tam na nas przepiękna niespodzianka. Trafiliśmy akurat na koncert kameralny. Do kawy przygrywała rudowłosa pianistka i cygański skrzypek, a wokalnie zabawiał towarzystwo śpiewający kelner. Mamę w zachwyt wprawił zwłaszcza „Walc nr 2” Szostakowicza w ich wykonaniu. Mi do pełni szczęścia zabrakło „Smutnej niedzieli” Rezso Seressa, bo przez moment poczułem się jak w tamtych czasach. Część ludzi, zamiast słuchać, siedziała wgapiona w swoje smartfony, ale może właśnie dzielili się z przyjaciółmi swoimi odczuciami? W Schwarzenbergu zjadłem świetne ciasto o nazwie Bomba Mozarta, czyli ciemne biszkopty przełożone wielokrotnie białą masą, a wszystko to pokryte zieloną marcepanową polewą. Wypiłem także piwo – 1475 IPA z browaru Kaltenhausen (własność Heinekena). Wyczułem lekki karmel i ładny chmielowy aromat, a sam napój piło się przyjemnie.

mde

Warto wspomnieć jeszcze o kilku lokalach gastronomicznych, które udało się nam odwiedzić. Pierwszy z nich to pub ze ścianami wyłożonymi przeróżnymi puszkami i birofiliami – Bier & Bierli. Zjadłem tam ogromną ilość żeberek (dwa długie płaty) z ziemniakami i zieleniną, trzema sosami oraz warzywami. Porcji pojedynczej w menu nie znajdziecie! Do tego zamówiłem smacznego lagera wiedeńskiego z browaru Schwechat. Być w stolicy Austrii i nie wypić piwa w stylu, który tu powstał, to jak pojechać do Rzymu i nie zobaczyć papieża. Mama wybrała austriacką wariację na temat mac & cheese, czyli Käsespätzle. Oczywiście danie przyniesiono udekorowane prażoną cebulką i szczypiorkiem, których Mama nie je, więc obsługa została poproszona o usunięcie kłopotliwych składników. Wizyta z Mamą w restauracji to zawsze zapowiedź wyzwania dla kucharza i nierzadko dodatkowych kłopotów dla obsługi. Praktycznie w każdym miejscu Mama chciała zmieniać stolik, bo nie odpowiadało Jej jego usytuowanie. O długiej liście dań wykluczonych z diety już wspominałem. Mimo tych trudności, udało się nam jednak i smacznie zjeść, i – co najważniejsze – bardzo miło spędzić trochę czasu razem, ku czemu mamy bardzo rzadko okazję, mieszkając ponad pięćset kilometrów od siebie.

hdr

W ścisłym centrum siedzibę swoją ma jeden ze słynnych punktów z kanapkami, założony przez krakowianina Franciszka Trześniewskiego. Są to kromki ciemnego chleba z różnymi dodatkami, których bazę stanowi zwykle pasta jajeczna. Smaczne, aczkolwiek nie rozumiem ich tak ogromnej popularności wśród wiedeńczyków i turystów. Być może wynika to z tego, że są zdrowsze – a równie szybkie – co kanapki serwowane przez popularne sieci fast-foodowe? Na miejscu podawane jest także piwo w mikroskopijnych kufelkach.

Tuż obok hotelu, na Turkenstrasse, znajduje się pizzeria Riva, w której co prawda pizzy nie jedliśmy, ale zapachy i ogromny piec opalany drewnem sugerują, że ma szansę być smaczna. My usiedliśmy w przestrzeni kawiarnianej, gdzie wypiłem bardzo przyzwoitego koncernowego zwickla z Ottakringera.

Także niedaleko, tuż obok uniwersytetu, trafiliśmy do Zum Leupold, gdzie zjadłem kiepskiego jabłkowego strudla, dobre Kaiserschmarrn, czyli chaotycznie ułożone, pocięte ciasto jak na ołatki z konfiturą śliwkową oraz przyzwoitą zupę gulaszową, w której oprócz mięsa pływała… pocięta parówka. Parówki zresztą w Wiedniu są na topie. To, co na początku wydawało mi się kolejką do Albertiny, gdzie akurat wystawiali Moneta i Picassa, okazało się tłumem ludzi czekającym na hot-doga w pobliskiej budce. Sam skosztowałem klasycznej wersji na wspomnianym wcześniej targu Naschmarkt. Ot – bułka z parówką – jak wszędzie.

Ostatniego dnia, gdy już zmierzaliśmy z bagażami na lotnisko, zahaczyliśmy jeszcze o dwa położone obok siebie lokale. Była to kawiarnia i palarnia kawy firmowana nazwiskiem Jonas Reindl, gdzie wypiłem perfekcyjne, cieliste, kremowe espresso, a także francuskie bistro Cafe Francais, w którym otrzymałem przepyszne śniadanie składające się z polanych żółtym sosem jajek po benedyktyńsku z wędzonym łososiem, podanych na francuskim toście. Jest to miejsce, gdzie przychodzi bardzo dużo studentów, jako że w pobliżu położny jest Uniwersytet Wiedeński. Do picia zaserwowano mi bardzo ciekawy koktajl z buraka i owoców, w którym to ziemisto-żelazisty smak bulwy dodawał interesującego posmaku. Na pośniadaniowy deser jeszcze spałaszowałem crème brulee i ruszyliśmy na pociąg jadący na lotnisko. Bogu dzięki za aplikacje mobilne! Tuż przed nami w kolejce do automatu z biletami stanęło dwóch serwisantów, którzy oświadczyli, że teraz muszą otworzyć maszynę. Mieliśmy sześć minut do odjazdu, więc wsiedliśmy do pociągu bez biletu i kupiliśmy je przez smartfona. Kocham nowoczesną technologię.

Na zakończenie pytanie-ciekawostka. Wiecie, czym jest „burger wiedeński”? Otóż – według lotniskowej kawiarni – kajzerką z plasterkiem szynki. Za 4,90 euro. Kurtyna.

Wyzwanie: Weekend w Wiedniu z Mamą!