Pad Thai – czyli tajskie rewolucje Magdy Gessler

Wraz z Ukochaną mamy taką tradycję, by odwiedzać lokale po Kuchennych Rewolucjach Magdy Gessler. Być może to głównonurtowe, nie przystoi i w ogóle, ale jednakże jest to dla nas jakiś wyznacznik, że zwiększa się szansa na smaczny obiad. Reklam restauracji Pad Thai trudno w Poznaniu nie zauważyć. Widać, że właściciele postanowili wydać grubą kasę na promocję lokalu, bo obklejenie autobusów komunikacji miejskiej raczej do tanich nie należy. Czy jednak było co reklamować, a jedzenie dorównuje bogatej kampanii reklamowej?

Na początku dodam, że sam odcinek Rewolucji obejrzeliśmy już po wizycie w lokalu, więc wchodząc do środka wiedzieliśmy tyle, że restauracja uczestniczyła w programie. Punkt usytuowany jest niejako na zapleczu centrum handlowego Poznań Plaza, niedaleko parkingu. Od wejścia zostaliśmy przywitani kolorami, które raczej przywodziły mi na myśl salon masażu i to takiego wykonywanego przez półnagie tajskie shemale. Rzeczywiście – oprócz jedzenia, w Pad Thai można oddać swoje ciało w profesjonalne ręce. Jak się okazało podczas późniejszego oglądania odcinka Kuchennych Rewolucji, Magda Gessler kazała właścicielom zlikwidować masaże albo przynajmniej zrobić osobne wejście i nie łączyć jednego z drugim. Niestety, jak to bardzo często dzieje się po zakończonych Rewolucjach, właściciele wrócili do dawnego rozwiązania. Oferta masażu nie tylko widoczna jest od wejścia do lokalu, ale także dodana została do… menu! Tak – jedna ze stron karty dań dotyczyła spa!

IMG_0594 IMG_0597

Jeśli chodzi o jedzenie, to postanowiliśmy jak zwykle podzielić się różnymi rzeczami z jadłospisu i spróbować jak największej ilości różnych dań. Jako przystawkę wzięliśmy pierożki nadziewane polędwicą wieprzową. Ciasto mogło być nieco mniej tłuste, ale i tak zjedliśmy je ze smakiem. Rozbudziło to naszą ciekawość tego, co miało być dalej. Przystawka zdała egzamin wzorowo. Podczas gdy ja jadłem pierożki, Justyna próbowała tajskiego rosołu z polędwicą wieprzową, który także okazał się całkiem niezły.

IMG_0595 IMG_0599

Do dań głównych otrzymaliśmy trzy sosy: pikantny chili, słodki chili i łagodny. Oczywiście mógłbym narzekać, że pikantny to za dużo powiedziane, ale mamy w Polsce takie, a nie inne standardy dotyczące ostrości. Smak sosów bez zarzutu, acz i bez fajerwerków. Co do dania głównego, to zdecydowałem się na specjalność zakładu, czyli pad thai – w wersji z wołowiną. Nie byłem nigdy w Tajlandii i smak tej kuchni znam jedynie z polskiej interpretacji, więc nie napiszę, czy smakowało tak jak w Bangkoku. Nie będę krytykował, że mi nie smakowało – bo to nie to – po prostu nie wzbudziło żadnych emocji. Być może taka natura tego dania, że nie ma rzucać na kolana, a ma być po prostu OK. Moje podniebienie nie przeżyło jednak foodgasmu, na jaki liczyło. Danie zdominowane zostało przez słodko-mdłe akcenty, bez żadnej ostrej kontry. Jeśli już wkładam do ust coś o słodkawym profilu, lubię, gdy ta słodkość jest za chwilę niwelowana przez bardziej zdecydowany, niezaokrąglony, kanciasty smak. Tu tego nie było. Z kolei na talerzu Ukochanej znalazły się kalmary w sosie ostrygowym, które były bardzo smaczne, poza tym że sam sos był bardzo tłusty, a owoce morza nie zostały uprzednio pozbawione błon.

IMG_0592

Dania podane zostały na eleganckiej zastawie, ceny raczej średnio-wysokie, obsługa bez zarzutu. Gdybym bawił się w oceny, dałbym mocną trójkę. Jako że menu jest obszerne, następnym razem – o ile taki będzie – spróbuję czegoś zupełnie innego i bardziej zdecydowanego w smaku.

Restauracja Pad Thai

Adres: ul. Drużbickiego 11, Poznań

Facebook: Klik

Pad Thai – czyli tajskie rewolucje Magdy Gessler

Shivaz – Indie w centrum Poznania

Wtorek, 16:30. Półtorej godziny na obiad w zabieganym dniu. Biegnę. Czasu za wiele nie ma, a nie chcę po raz kolejny łapać fast foodu z McDonalda czy leżących cały dzień, permanentnie odgrzewanych rzeczy z Express Marche. Między jednym i drugim miejscem, obok Teatru Polskiego wypatruję restaurację. Nazywa się Shivaz i serwuje kuchnię indyjską. Słyszałem tę nazwę już wcześniej, ale wydaje mi się, że kojarzyłem ją z inną lokalizacją (na Podgórnej). No nic – raz kozie śmierć. W środku witają mnie tradycyjne dla orientalnych lokali kolory przywodzące na myśl wschodnie haremy. Dominują akcenty fioletowo-purpurowe i biel. Wygląda przyjemnie. Od progu wita mnie urocza kelnerka, która swą uprzejmością bije na głowę większość obsługi w innych restauracjach. Jest to w sumie zrozumiałe, gdyż byłem tam jedynym klientem. We hinduskich wnętrzach kręcił się śniady jegomość władający językiem angielskim – chyba właściciel, albo przynajmniej menedżer. Na kucharza nie wyglądał. To zwiastowało prawdziwe, realnie orientalne jedzenie, pełne smaku i harmonii.

shivaz 1Na tak zwaną czekajkę otrzymałem indyjskie pieczywo i sos jogurtowy z ogórkiem. Klasyk. Kolor niezbyt naturalny – intensywnie zielony – aczkolwiek w smaku dobry. Naan chrupki i aromatyczny. Z niecierpliwością czekam na danie główne, na które zamówiłem baraninę w pikantnym sosie pomidorowym. Jako zwolennik wyższych zakresów skali Scovillea, oczywiście poprosiłem o bardzo ostrą wersję. Hinduska kuchnia podawana w Europie jest odpowiednio przeskalowana, gdyż obrońcy Okcydentu niezwykli jadać tak ostro, jak mieszkańcy Mumbaju. Biedactwa nie wiedzą, co tracą. Do baraniny wziąłem ryż z limonką. Podczas wybierania posiłku, w oczy rzuciła mi się ciekawostka: do godziny bodaj 15 restauracja serwuje menu lunchowe, które jest około… 50% tańsze niż zwykłe! Niestety, przyszedłem godzinę za późno.

shivaz 2Na stole w końcu pojawiła się moja potrawa. Wbrew wcześniejszym oczekiwaniom, okazała się ona tylko odległym snem o Gangesie, o smaku niewspółmiernym do miłego dla oka wystroju i przeuprzejmej obsługi. Mając porównanie z limonkowym ryżem, mój sos pomidorowy był po prostu kwaśny – i to kwaśny octowo. Pikanteria dopiero uderzała na drugim planie. Samo mięso raczej zwykłe i bez szału. Nie mogę natomiast narzekać na porcję. Jednym daniem głównym można było się najeść. Szkoda, że niezbyt smacznie…

Menu restauracji jest ogromne, a samo miejsce prowadzi rodowity Hindus, co sugerowałoby, że powinno być świetnie. Ja jednak nie wspominam dobrze wizyty w Shivaz. Czy dam temu lokalowi jeszcze jedną szansę, zamawiajac coś zupełnie innego? Być może. Póki co uważam, że są dużo lepsze miejsca w tym mieście, a i cena za danie główne (34 zł) jest bez wątpienia powyżej jakości serwowanego dania. A może po prostu trafiłem na zły dzień kucharza…

Shivaz Club & Restaurant

Adres: ul. Mielżyńskiego 16 / 3a, Poznań

Facebook: Klik

Shivaz – Indie w centrum Poznania