Podróże

Deutsche Sommertour – dzień 3 – cuda natury w drodze do Kassel, barokowe trumny i multikulturowe slumsy

7 min czytania
Zaktualizowano: 15 wrz 2026

Trzeci dzień Deutsche Sommertour prowadził nas z Erfurtu przez niezwykły żywy płot w Ohrdruf i Naturbauten pod Nentershausen aż do Kassel – miasta monumentalnego Bergparku Wilhelmshöhe, braci Grimm, sztuki nagrobnej i lokalnego kraftu.

Zanim wyruszyliśmy z Erfurtu w dalszą drogę, trzeba było skonsumować śniadanie. W tym celu udaliśmy się na teren cytadeli, która niestety w 2020 roku była cała rozkopana, a więc i widoków za bardzo nie uświadczyliśmy.

Znajduje się tam jednak pawilon z lokalem o nazwie Glashütte, który wybrałem na poranną przekąskę. Z góry roztacza się widok na panoramę miasta oraz piękną katedrę. Na moim talerzu znalazło się „śniadanie turyńskie” (od Turyngii, nie Turynu), w którego skład wchodził kubek kawy oraz soku, pieczywo, powidła śliwkowe, jajko, masło, kozi ser z Altenburga oraz Eichsfelder Feldgieker, czyli lokalny rodzaj wieprzowego salami doprawionego czosnkiem i kolendrą. Zawsze staram się sięgać po produkty regionalne. Było przepyszne.

Aktualizacja 2026: Glashütte nadal działa na Petersbergu, a po zakończeniu przebudowy okolicy widok z restauracji rzeczywiście stał się jednym z jej głównych atutów.

Żywy płot w Ohrdruf

Ohrdruf

Po śniadaniu udaliśmy się jeszcze na krótkie zakupy i ruszyliśmy dalej. Tego dnia skupiliśmy się na cudach natury. Pierwszy z nich zastaliśmy w miejscowości Ohrdruf. Żył tu kiedyś pewien bogaty lekarz, który postanowił ukształtować ogrodzenie z derenia i jarzębu szwedzkiego, przeplatając rośliny między sobą w formie żywopłotu.

Po wojnie właściciel działki został z niej wyrzucony, a komunistyczne władze NRD urządziły tu ośrodek wczasowy. Ciekawa konstrukcja rosła jednak dalej i dziczała – i tak się dzieje do dziś. Obecnie żywopłot jest mocno zaniedbany, jednak wyraźnie widać pierwotny zamysł autora. W czasach swojej świetności rozciągał się na długość stu metrów, z których pozostały mniej lub bardziej zachowane fragmenty.

Naturbauten w Nentershausen – domy z żywych drzew

Skoro już o budowlach naturalnych mowa, kolejny przystanek był niezwykłą ciekawostką. W 1992 roku Konstantin Kirsch zaczął pod Nentershausen tworzyć Waldgartendorf – permakulturowy ogród, w którym od 1993 roku sadził pierwsze Naturbauten, czyli konstrukcje i budynki wyrastające z żywych drzew. Zaliczyć do nich można fotele, drabiny, kopuły, a nawet sceny i świątynie.

Aby się tam dostać, trzeba się nieco nagimnastykować. W okresie letnim raz w miesiącu organizowane są wycieczki, podczas których gospodarz oprowadza gości po swoim dziele. W innym okresie trzeba dzwonić i liczyć na szczęście. Nam się udało. Pytaliśmy okolicznych mieszkańców i ostatecznie trafiliśmy pod bramę mistycznego ogrodu. Na wejściowej furtce zastaliśmy mnóstwo znaków zakazu oraz numer telefonu. Zadzwoniliśmy, opowiedzieliśmy historię naszej podróży, a pan Konstantin chętnie przyjechał i w wyjątkowych okolicznościach zrobił nam skrócony tour de jardin.

Na miejscu nie można było robić zdjęć, ani w ogóle używać telefonów komórkowych, więc wybaczcie brak relacji fotograficznej. Odsyłam jednak do strony autora, gdzie istnieje nawet możliwość obejrzenia przelotu dronem nad ogrodem. Po sympatycznej rozmowie i obejściu całkiem sporego obiektu, ruszyliśmy dalej. Naturbauten Park jest na pewno miejscem specyficznym, owianym aurą tajemniczości i posiadającym takiego mistycznego ducha dzikich hipisowskich wiosek schowanych gdzieś w dzikich Bieszczadach. Zdecydowanie polecamy! Tylko koniecznie zadzwońcie wcześniej i umówcie się z gospodarzem. Jeśli zaś chcielibyście nieco bliżej zaznajomić się z konstrukcjami… wolontariusze do prac fizycznych są mile widziani!

Aktualizacja 2026: Naturbauten nadal istnieje i można dziś oficjalnie zarezerwować oprowadzanie po projekcie. Telefon do gospodarza nadal jest dobrym pomysłem – choć obecnie można już umówić wizytę bez odgrywania naszej partyzantki z 2020 roku.

Kassel

Muzeum Sztuki Nagrobnej w Kassel

Bergpark Wilhelmshöhe i Künstler-Nekropole

Destynacją końcową było Kassel, z kilkoma ciekawymi punktami zaznaczonymi na mapie. Przede wszystkim chcieliśmy odwiedzić wielki kompleks Wilhelmshöhe, z legendarnymi wodospadami, kaskadami i fontannami, gdzie spaceruje się wśród grzmiącej wody, co podobno jest piorunującym doświadczeniem. Niestety, COVID-19 pokrzyżował nam szyki. Z powodu pandemii cała instalacja wodna została wyłączona do odwołania, a zwiedzającym został do dyspozycji przepiękny, ogromny park oraz kompleks pałacowy, wraz z kilkoma ciekawostkami.

Aktualizacja 2026: Wasserspiele oczywiście wróciły. Od 1 maja do 3 października odbywają się w środy, niedziele i heskie święta, startując o 14:30 przy Herkulesie. Sam Bergpark Wilhelmshöhe jest wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

To także tu nad miastem góruje Herkules, czyli rzeźba będąca symbolem Kassel, a nad okolicznym Blauen See ukryty jest Künstler-Nekropole (Cmentarz Artystów), gdzie jeszcze za życia zaproszeni lokalni mistrzowie sztuk wszelakich stawiają sobie pomysłowe nagrobki, będące dziełami sztuki. Warto się tam wybrać i udać na spacer wokół zbiornika. Zobaczymy tu np. gigantyczne drewniane oko, cylindryczne industrialne rzeźby czy pomnik z upiornymi figurami patrzącymi na gości z każdej strony.

Przy drodze prowadzącej do parku znajduje się zaś restauracja Alte Wache – dokąd udaliśmy się na obiad. Króluje tu fuzja kuchni włoskiej i niemieckiej, a w menu znaleźć można nawet wołowinę wagyu! Co prawda nie jest ona podawana w formie steka (te mają z Black Angusa), a grillowanej kiełbaski, ale zawsze to coś. Oprócz tego, w ofercie odnajdziemy różnej maści makarony, trufle, steki oraz sporo opcji bezmięsnych. Sam – poza rzeczoną wagyu-salsiccią – wybrałem smażoną polędwiczkę wieprzową, co do której nie mam zastrzeżeń. Pięknie zrumieniona i soczysta w środku. Oprócz tego skonsumowaliśmy też przepyszne bezmięsne ravioli.

GRIMMWELT i Museum für Sepulkralkultur

W samym Kassel działa GRIMMWELT, nowoczesne muzeum poświęcone braciom Grimm. Jacob i Wilhelm mieszkali i pracowali w Kassel z przerwami przez około 30 lat i właśnie ten okres uważali za jeden z najbardziej pracowitych i owocnych w swoim życiu. Powstała tu znaczna część „Baśni dla dzieci i domu”, a także inne ważne prace językoznawcze. Tuż obok zaś znajduje się niezwykle ciekawe Muzeum Sztuki Sepulkraklnej (Museum für Sepulkralkultur), gdzie możecie zobaczyć całą historię pochówku zarówno w Europie, jak i na innych kontynentach.

Jedno z pięter poświęcone jest także różnicom i ciekawostkom dotyczącym różnych religii. Wiedzieliście, że w Ghanie istnieją drewniane trumny w kształcie antylopy?! W muzeum tym znajdziecie przepiękne i upiorne maski pogrzebowe z Tybetu, zdobne barokowe trumny, a także nowoczesne inspiracje typu urny z herbem ulubionej drużyny piłkarskiej czy też takie, które wyglądają jak wyścigowy bolid. Osoby spod znaku ciemnego romantyzmu znajdą tu mnóstwo rzeczy to chłonięcia atmosfery i podziwiania. Dla tych o mocniejszych nerwach przygotowano nawet eksponaty w postaci środków chemicznych do balsamowania zwłok. Polecam także udać się do ogrodu, gdzie można pospacerować wśród ciekawych modeli nagrobków. Raj dla mojej mrocznej duszy.

Steckenpferd – kraft i libańskie mezze

Troszkę mniej miło wspominam okolicę, w której się zatrzymaliśmy. Po raz pierwszy zetknąłem się tu z tym, o czym czyta się czasem z niedowierzaniem w mediach. Pod sklepem całe rodziny imigrantów z Bliskiego Wschodu i Afryki – mężczyźni głośni i niewzbudzający zaufania przechodniów, kobiety z dziećmi osobno cierpliwie czekające na murku. Oczywiście nie obyło się bez klasycznych zaczepek a’la kierowniku poratuj piątakiem, jednak pozostałem na nie niewzruszony. Idąc dalej, klimat był podobny – z centrum religijnego Igbo nie dobiegały kościelne pieśni, lecz niemiecki eurodance z lat 90-tych, a wyrośnięta młodzież zajmująca cały chodnik nie sprawiała wrażenia przyjaźnie nastawionej do przechodniów.

Wśród takiego blokowiska znajduje się browar Steckenpferd, który poza lokalnym piwem serwował wówczas także kuchnię libańską, gotowaną przez rodowitego Libańczyka – jak się okazało, bardzo dobrego kucharza. Zjedliśmy znakomity zestaw wegetariańskich mezze, a i piwa przypadły mi do gustu – szczególnie mocno orzechowo-czekoladowy Brown Ale – styl rzadko warzony, acz tu wykonany perfekcyjnie, a także Pale Ale przepięknie pachnący cytrusami i nie mający cienia mulącej słodyczy! Dla koneserów serwują tu też wersję rzeczonego Browna z dodatkowym shotem Ardbega. Oj przypominają się piwne festiwale…

Aktualizacja 2026: Steckenpferd nadal warzy, ale lokal w dawnej masarni zmienił się od naszej wizyty. Browar wydzierżawił go Arturo Leytonowi, a obecnie serwowane jest tam menu południowoamerykańskie. Libańskie mezze pozostaje więc jedynie wspomnieniem bardzo konkretnej wersji tego miejsca z 2020 roku, której dane nam było doświadczyć.

Następnego dnia ruszaliśmy w stronę Kolonii, gdzie czekały nas niespodziewane komplikacje…