Deutsche Sommertour – day 6 – w willi u króla armat po drodze do miasta, którego nie ma

Z Duisburga wyruszyliśmy do miasta, które nie istnieje – przynajmniej według znanej internetowej teorii. No bo znacie kogoś, kto był w Bielefeldzie? Zanim tam jednak dotarliśmy, padliśmy ofiarą – żeby nie rzec oszustwa – napiszę: wyrafinowanej autopromocji.

Pierwszym przystankiem była otoczona przez przeogromny park Villa Hügel – prywatna posiadłość należąca do fundacji rodziny Kruppów, w której mieści się dziś muzeum. Gdy wjeżdżaliśmy na spory parking, przywitał nas ubrany elegancko portier, pomimo że lokalizacja wejścia nie budziła wątpliwości. Brakowało jedynie, aby zaproponował, że odstawi nasze auto na miejsce. W środku zwiedziliśmy galerię obrazów wiszącą w holu głównym oraz obejrzeliśmy mnóstwo artefaktów z historii rodziny gospodarzy. Wedle panującej tu narracji, rodzina Kruppów dorobiła się na innowacyjnej przedsiębiorczości, kładąc kamienie węgielne pod nowoczesny przemysł stalowy, a jej członkowie to znani filantropowie i cieszący się estymą biznesmeni. O czasach drugiej wojny światowej jest tu niewiele – z artefaktów pozostał dokument, na mocy którego firma powraca w prywatne ręce. Nie znalazłem jednak żadnej wzmianki o tym, że rodzina Kruppów nie tylko finansowała powstanie NSDAP, ale była również głównym producentem uzbrojenia III Rzeszy. W zbrojeniówce zresztą siedzieli też w poprzednich wojnach, toczonych jeszcze przez armię pruską – stąd Alfred Krupp zyskał pseudonim „Król armat”, a od imienia jego wnuczki jedno z dział prześmiewczo nazywano „grubą Bertą”. To właśnie wojny i kontrakty z państwem na dostawę dział były głównym źródłem bogactwa koncernu. Aby oddać sprawiedliwość dziejom, nazizm Kruppów nie był ideologiczny, a czysto pragmatyczny. NSDAP finansowali, gdyż upatrywali zagrożenia dla biznesu w komunizmie, a z Hitlerem współpracowali dla pieniędzy, podpisując sowite kontrakty na dostawy zbrojeń oraz wykorzystując niewolniczą pracę jeńców wojennych i więźniów obozów pracy.

Nie widziałem także nigdzie informacji o homoseksualno-narkotycznych orgiach najmłodszego z dynastii – Arndta – o których wspominał w swej biografii Keith Richards, jak to wspólnie wielokrotnie imprezowali w Maroku. To zresztą nie jedyna postać, którą należy wymienić w tym kontekście. Jego przodek, Friedrich, wydawał rzekomo tyle pieniędzy na organizowanie homoseksualnych orgii na wyspie Capri, że miejscowi budowali sobie za nie rezydencje, a władze wydały Kruppowi zakaz wstępu do Włoch z powodu demoralizacji, jaką tam wprowadzał. Friedrich, ze wstydu jaki przyniósł rodzinie, popełnił rzekomo samobójstwo po rozmowie z cesarzem Wilhelmem II – przyjacielem rodu. Wymazana z historii została także pierwsza żona Alfrieda Kruppa – Annelise Lampert – gdyż rodzina uznawała ów związek za mezalians. Zarówno Alfried, jak i jego ojciec Gustav, byli oskarżonymi w Procesach Norymberskich. Młodszy odsiedział trzy lata, po czym został oczyszczony z zarzutów i odzyskał majątek, a starszy nie mógł być sądzony ze względu na stan zdrowia.  W owym czasie był już na łożu śmierci. Ponure karty historii rodu nie zmieniają faktu, że dziś dziedzictwo biznesowe rodziny Kruppów jest wciąż żywe – w postaci części jednego ze światowych liderów przemysłu stalowego, dziesiątej najbogatszej korporacji świata, ThyssenKrupp AG – powstałej w wyniku fuzji konkurujących ze sobą niegdyś firm Thyssen i Krupp.

W Essen udaliśmy się też na posiłek i krótkie zwiedzanie, jednak w porównaniu z Düsseldorfem… były tu straszne pustki. Rozumiem, że w niedzielę ludzie mniej siedzą na mieście, ale jednak różnica była kolosalna. Trafiliśmy do kawiarni niedaleko katedry, gdzie zamówiliśmy kawę oraz solidny deser. Mówiąc solidny – mam na myśli przeogromny. Gdy prosisz o tiramisu, masz na myśli taką kosteczkę, którą zjesz ze smakiem i tyle, prawda? No nie – tu tiramisu było wielkości małego bochenka chleba, a gofr z owocami dorównywał mu rozmiarem. Wszystko za całkiem przyzwoitą cenę. Jeśli więc macie ochotę na p o t ę ż n y deser, odwiedźcie Toscani Eiscafe!

Stamtąd udaliśmy się do Bottrop, gdzie na szczycie góry wybudowano Tetraeder – potężną stalową konstrukcję szkieletową w kształcie czworościanu, do której można wejść i poruszać się wewnątrz schodami. Na wzgórze prowadzi kilka urokliwych ścieżek spacerowo-rowerowych, a ze szczytu rozciąga się widok na pogórniczy krajobraz Zagłębia Ruhry, ozdobiony dymiącymi kominami, magazynami i szybami.

To właśnie kopalnie były kolejnym punktem wycieczki. Zollverein uznawane jest za najładniejszy kompleks kopalń na świecie. Zbudowano go nie tylko, by zarabiał pieniądze dla niemieckich przedsiębiorców, ale i jako wizytówkę regionu. Przyjmowano tu znamienitych gości i inwestorów z prawdziwymi honorami, a całość zaprojektowano zgodnie z kanonami sztuki i symetrii. O ile znajduje się tu sporo miejsc do zwiedzania, tylko jedna z wycieczek dostępna jest w języku angielskim – to opowieść o górniczym życiu połączona ze zwiedzaniem jednego z szybów. Dowiedzieliśmy się co nieco o pracy w tym zakładzie i zobaczyliśmy dawne sprzęty górnicze. W kompleksie odnajdziemy także galerię sztuki, warsztat malarski i muzeum. Polecam serdecznie!

Stamtąd pozostało już tylko uciec w nicość, rozpłynąć się w micie i sprawdzić na własnej skórze, czy Bielefeld istnieje. Gdy dotarliśmy na miejsce, nie było to takie pewne, gdyż ludzi na ulicach można było policzyć na palcach jednej ręki. Na szczęście odnalazła się kelnerka, która uraczyła nas piwem w browarze restauracyjnym Brauhaus Joh. Albrecht. Tu skosztowałem miejscowego Kellerbiera o nazwie Messing, który smakował dość generycznie, jednak – jak to u Niemców – nie miał wyraźnych wad i dało się go wypić ze smakiem. Jako akompaniament do piwka – tradycyjna, pyszna niemiecka golonka!

Pospacerowaliśmy sobie potem ulicami Bielefeldu, znaleźliśmy kilka ciekawych miejsc, a ostatecznie na posiłek przycupnęlismy w Hans Im Glück Burgergrill & Bar. Na miejscu serwują świetne burgery w opcjach mięsnych i wegańskich, więc można było się najeść smacznie i do syta. Co do piwa – wypity tu Allgäuer Büble Bier Bayrisch Hell był póki co najsłabszym jasnym lagerem pitym w Niemczech – zupełnie bez wyrazu, z koncernowym posmakiem. Największą atrakcją Bielefeldu jest jednak nie tylko klimatyczne centrum, ale i oddalony od niego kawałek przepiękny park nad jeziorem wraz z malowniczym wiaduktem Schildescher. Zrobiliśmy sobie spacer dookoła jeziora, podziwiając przyrodę oraz niczego niebojące się łabędzie, swobodnie skubiące coś przy pieszych traktach. To tu mieszkańcy miasta przyjeżdżają odpocząć, pospacerować, pobiegać lub pojeździć rowerem. Urokliwa oaza.

Następnego dnia nastał poniedziałek, kiedy w Niemczech większość miejsc jest zamknięta, a więc plan dnia obejmował głównie atrakcje zewnętrzne…

Deutsche Sommertour – day 6 – w willi u króla armat po drodze do miasta, którego nie ma

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s