Deutsche Sommertour – dzień pierwszy – droga do Lipska

Pierwszego dnia już złamałem pierwotne założenie o maksymalnie czterech godzinach za kierownicą, jednak musieliśmy jakoś dojechać do pierwszego miejsca noclegowego. Po drodze zaś czaiły się pierwsze atrakcje. Wjeżdżając do Niemiec co prawda moja dacia była świeżo po przeglądzie, jednak nie posiadałem ani wymaganej zielonej naklejki ekologicznej (ostatecznie udało się ją nabyć na stacji kontroli pojazdów TUV – za niecałe 6 EUR – a bez niej wstęp do większości miast jest zabroniony), ani nie wiedziałem na ile ruchy miejskie zdołały uprzykrzyć za zachodnią granicą ruch samochodowy. Do tego dojdziemy później. Póki co w byłym NRD przywitały nas szerokie autostrady i postindustrialny krajobraz, który przywodził na myśl utwór kieleckiego barda.

Przystankiem numer jeden w moim Wielkim Planie było Dessau-Rosslau. W mieście tym turyści zazwyczaj odwiedzają zabytkową siedzibę Bauhausu – kolebki niemieckiego modernizmu, lub przepiękne ogrody, jednak mnie interesowały zupełnie inne rzeczy. Od zawsze uwielbiałem stare, opuszczone cmentarze. Mają w sobie jakąś magiczną moc, niesprecyzowanego ducha czasów minionych, a spacerując po nich czuć owianą tajemnicą, ciemną, romantyczną nutę niemieckiego gotyku. W Poznaniu mam kilka takich ulubionych miejsc – wszystkie w pobliżu Moraska – więc nie mogłem przepuścić okazji do odwiedzenia takiej atrakcji podczas naszej wycieczki.

Cmentarz nr 3 w Dessau-Rosslau przedzielony jest ulicą, a jego wschodnia część jest w sporym procencie opuszczona. To na tej nekropolii znajdziemy m.in. poprzewracane stare urny, przerażające figury i reliefy na pokrytych zębem czasu kamiennych nagrobkach, otulonych gdzieniegdzie dzikim bluszczem, pomniki poległych żołnierzy z czasów I Wojny Światowej, groby zmarłych w wyniku eksplozji pracownic fabryki amunicji z 1918 roku, czy dziwaczne korzenie rosnące na pniach drzew. Największą atrakcję stanowi jednak opuszczone krematorium, obecnie odgrodzone nową siatką, w którym palono zwłoki przez ponad siedemdziesiąt lat. Aby wejść na jego teren należy przejść przez parking przy sąsiednim sklepie meblowym i znaleźć dziurę w płocie. Wszystkie drzwi prowadzące do budynku są zamknięte, jednak na odważnych czeka wybite okno w podpiwniczeniu. Przechadzając się po złomowisku starych wagoników i przedzierając się obok windy transportującej zwłoki, można nieraz usłyszeć skrzypienie czy dziwne odgłosy wywołane przez wiatr, przywodzące na myśl znakomite filmy grozy. Obiekt popada systematycznie w ruinę, ale jeszcze do niedawna można było odnaleźć tam krzyże czy nawet ubrania.

Zanim dojechaliśmy do pierwszego miejsca noclegowego (Lipska), po drodze zahaczyliśmy o jeszcze jedno cmentarzysko. Tym razem w roli nieboszczyków wystąpili jednak nie oficerowie Deutsches Heer, lecz gigantyczne maszyny wydobywcze, będące symbolem industrialnej potęgi NRD. Na terenie dawnej kopalni niedaleko Gräfenhainichen utworzono Ferropolis – Miasto Żelaza – w którym umożliwiono zwiedzającym nie tylko kontakt wzrokowy z majestatem potężnych megakoparek, ale również wejście na ich pokład, przechadzanie się długimi korytarzami pomiędzy stanowiskami pracy, a także zajrzenie do środka maszynowni.

Molochy te ozdabiają teren jeziora nad którym można zatrzymać się kamperem bądź rozbić namiot. Ktoś chętny na biwak w tak niecodziennej scenerii? Gdy pandemia nie krzyżuje planów, w Ferropolis odbywają się koncerty i przedstawienia teatralne. Odwiedzający mogą także odwiedzić galerię, muzeum czy podziwiać zabytkową, dziewiętnastoletnią lokomotywę stojąca niedaleko wejścia na cmentarzysko. Całość robi niesamowite wrażenie! Co do praktycznych porad, nie parkujcie na pierwszym parkingu z oznaczeniem Ferropolis, gdyż będziecie musieli iść jeszcze spory kawałek. Miejsca postojowe są też przy samej kasie biletowej.

Z Miasta Żelaza udaliśmy się do Halle, aby odwiedzić Państwowe Muzeum Prehistorii, w którym znajduje się Dysk z Nebry, czyli wykonane z brązu i złota prawdopodobnie najstarsze wyobrażenie kosmosu, będące jednocześnie narzędziem służącym do przewidywania faz księżyca oraz odmierzania daty. Zabytek ten, pochodzący z epoki brązu, odnaleziony został przez dwójkę amatorów pod koniec XX wieku. Dziś jest on cennym eksponatem, któremu poświęcona jest cała wystawa i… któremu teoretycznie nie można robić zdjęć.

Paranoja ochrony na tym punkcie posunięta jest do tego stopnia, że służbista chodził za nami krok w krok, patrząc czy przypadkiem nie wyciągamy aparatu. Ukradkiem udało mi się uchwycić Dysk telefonem, za co oczywiście otrzymałem ochrzan od starszego pana, który z pewnością zrobiłby doskonałą karierę w enerdowskich służbach. Dysponując nieco większą ilością czasu polecam pochodzić po całym muzeum, gdyż jest świetnie zorganizowane i jest w nim ukryta masa wiedzy na temat naszych przodków. Są też, rzecz jasna, kości – zarówno ludzkie, jak i zwierzęce.

Mając już trzy zapierające dech w piersiach atrakcje za sobą, dotarliśmy w końcu do Lipska, gdzie zaplanowałem jedzenie i piwo, a także zobaczenie jeszcze dwóch ciekawostek. Pierwsza z nich to działający od 1973 roku neon reklamowy Ludowych Delikatesów w Lipsku, które produkowały głównie konserwy owocowo-warzywne. Na kolorowej animacji widzimy siedzącą przy stole rodzinę, która z uśmiechem na ustach je tworzoną w tutejszych zakładach zupę. Co ciekawe, w XIX wieku istniał w tym miejscu… browar. Polecam wizytę późnym wieczorem bądź nocą – w końcu to neon!

Teraz szybki quiz: miejsce najsłynniejszej porażki Napoleona? Szybka odpowiedź większości ludzi: Waterloo. Tymczasem to w Lipsku doszło do największego pogromu francuskich wojsk, a starcie to nazwano „bitwą narodów”. To tu zginął polski marszałek – Józef Poniatowski, a w konsekwencji zawarto pokój w Tylży, w wyniku którego utworzono marionetkowe Księstwo Warszawskie, a Gdańsk został Wolnym Miastem. Pamięci właśnie tego wydarzenia poświęcono gargantuiczny pomnik, który odwiedziliśmy nad ranem kolejnego dnia. Całość wygląda bardziej jak świątynia opisywana w książkach fantasy, aniżeli miejsce pamięci. Mamy tu ogromne figury średniowiecznych rycerzy (pomimo że bitwa odbyła się w XIX wieku), gigantycznego Michała Archanioła wraz z orszakiem oraz pustą kryptę – a to dopiero początek! Tego typu postaci z kamienia jest tu dużo więcej, a całość powala swoim majestatem. Na miejscu działa także muzeum poświęcone bitwie.

Jeśli chodzi o jedzenie, udało się nam zająć stolik w ratuszowej piwnicy (Ratskeller), gdzie działa browar restauracyjny, a także można zakupić miejscowe musztardy, przyprawy i inne łakocie. Kuchnia rzecz jasna jest tu typowo niemiecka, obfitująca w mięsiwo i dania z ziemniaków, choć znajdzie się i opcja dla wegetarian. Do jedzenia zamówiłem Brauhausteller, czyli specjalność zakładu – plastry polędwiczki wieprzowej podawane z plackami ziemniaczanymi i sosem grzybowym. Taka podkręcona wersja placka po zbójnicku – pyszności! Jako akompaniament piwnicznej uczty, nie omieszkałem wziąć deski pięciu lokalnych piw marki Lotteraner. Podstawowy, jasny Kellerbier był niezwykle pijalny, a do tego wyraźnie piwniczno-drożdżowy w aromacie i smaku. Brakuje mi takich piw w Polsce. Dunkel wypadł przeciętnie, a Helles Weizenbier zaatakował moje nozdrza szalenie intensywnym goździkiem. To chyba najbardziej goździkowy weizen, jakiego piłem. Oprócz tego wjechało piwo specjalne, którym akurat był Pale Ale chmielony Willamette, jednak miał on posmak estrowego, kwiatowego, wodnistego angielskiego ejla – ale takiego pitego z butelki albo w kiepskim pubie – nie kremowego z caska. Na browarniany deser musiałem wziąć klasyk lipskiego piwowarstwa – czyli Gose. W Polsce browary zwykle nazywają tak piwa kwaśne z owocami, z lekkim dodatkiem soli, co zupełnie nie przystaje do klasycznej wersji tego stylu. Poza wyraźną mineralnością i kwaskowym posmakiem, na pierwszy plan wybijała się tu kolendra, której raczej nie czuć w nadwiślańskich wersjach, o ile w ogóle bywa dodawana. Drugie Gose w Lipsku wypiłem w Bayerischer Bahnhof, gdzie także zamówiłem potężną deskę serów – nie do przejedzenia dla jednej osoby! Ta wersja klasycznego piwa z regionu także atakowała mocną kolendrą bez cienia słodyczy, co utwierdziło mnie w przekonaniu, że w Polsce prawdziwego Gose nie ma. Na miejscu spróbowałem jeszcze miejscowego pilsa o nazwie Schaffner, który w pełni zadowolił moje stęsknione za wytrawnym, goryczkowym piwem podniebienie. Ogromna większość niemieckich pilsów spróbowanych podczas tego wyjazdu sprawiła mi o wiele więcej radości, niż przesłodzone kraftowe cukiereczki popularne obecnie na rynku rzemieślniczym. Takich smutnych dla piwa czasów dożyliśmy.

Na zakończenie lipskiej przygody, obserwując ruchliwą ulicę, którą miejscy aktywiści nazwaliby pewnie „miejską autostradą”, trafiliśmy do kawiarni utworzonej na cześć najbardziej charakternego Francuza w dziejach PremiershipCantona Cafe. Oprócz kawy można tu także solidnie zjeść i wypić, a moje dobre zdanie o niemieckich pilsach, nawet tych dostępnych w mało piwnych miejscach, potwierdził Ur-Krostitzer, który troszkę woniał żelazem, ale oprócz tego zachowywał znakomitą wytrawność z goryczkowym finiszem. Ciekawostka: dwóch młodych Niemców kilka lat temu powiedziało mi, że młodzież nie lubi już piwa, dlatego popularne są drinki piwne w stylu mieszania pilsa z colą czy napojami gazowanymi. Na szczęście nie widziałem nikogo, kto by takie herezje zamawiał, pomimo iż w kilku miejscach widniały w menu. Nasi zachodni sąsiedzi chyba nie uginają się pod dyktatem słodyczy płynącym z USA i Wielkiej Brytanii kanałami mediów społecznościowych.

Z Lipska udaliśmy się na w kierunku zachodzącego słońca…

Deutsche Sommertour – dzień pierwszy – droga do Lipska

Jedna uwaga do wpisu “Deutsche Sommertour – dzień pierwszy – droga do Lipska

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s