Pierwszy dzień Deutsche Sommertour prowadził nas przez Dessau-Roßlau, Ferropolis i Halle aż do Lipska – od opuszczonego krematorium i gigantycznych maszyn górniczych, przez Dysk z Nebry, po Bitwę Narodów i klasyczne lipskie Gose.
Pierwszego dnia już złamałem pierwotne założenie o maksymalnie czterech godzinach za kierownicą, jednak musieliśmy jakoś dojechać do pierwszego miejsca noclegowego. Po drodze zaś czaiły się pierwsze atrakcje. Co prawda wjeżdżając do Niemiec moja Dacia była świeżo po przeglądzie, jednak nie posiadałem zielonej naklejki ekologicznej, wymaganej przy wjeździe do niemieckich stref Umweltzone. Ostatecznie udało się ją nabyć na stacji kontroli pojazdów TÜV za niecałe 6 EUR. W 2020 takich stref było więcej niż obecnie, ale przed samochodowym wyjazdem do Niemiec nadal warto sprawdzić, czy któraś nie leży na planowanej trasie. Do tego dojdziemy później. Póki co w byłym NRD przywitały nas szerokie autostrady i postindustrialny krajobraz, który przywodził na myśl pewien utwór kieleckiego barda.
Dessau-Roßlau

Przystankiem numer jeden w moim Wielkim Planie było Dessau-Roßlau. W mieście tym turyści zazwyczaj odwiedzają zabytkową siedzibę Bauhausu – kolebki niemieckiego modernizmu, lub przepiękne ogrody, jednak mnie interesowały zupełnie inne rzeczy. Od zawsze uwielbiałem stare, opuszczone cmentarze. Mają w sobie jakąś magiczną moc, niesprecyzowanego ducha czasów minionych, a spacerując po nich czuć owianą tajemnicą, ciemną, romantyczną nutę niemieckiego gotyku. W Poznaniu mam kilka takich ulubionych miejsc – wszystkie w pobliżu Moraska – więc nie mogłem przepuścić okazji do odwiedzenia takiej atrakcji podczas naszej wycieczki.
Cmentarz nr 3 w Dessau-Roßlau przedzielony jest ulicą, a jego wschodnia część jest w sporym procencie opuszczona. To na tej nekropolii znajdziemy m.in. poprzewracane stare urny, przerażające figury i reliefy na pokrytych zębem czasu kamiennych nagrobkach, otulonych gdzieniegdzie dzikim bluszczem, pomniki poległych żołnierzy z czasów I Wojny Światowej, groby zmarłych w wyniku eksplozji pracownic fabryki amunicji z 1918 roku, czy dziwaczne korzenie rosnące na pniach drzew.
Największą atrakcję stanowi jednak opuszczone krematorium, obecnie odgrodzone nową siatką (stan na rok 2020), w którym palono zwłoki przez ponad siedemdziesiąt lat. Aby wejść na jego teren należy przejść przez parking przy sąsiednim sklepie meblowym i znaleźć dziurę w płocie. Wszystkie drzwi prowadzące do budynku są zamknięte, jednak na odważnych czeka wybite okno w podpiwniczeniu. Przechadzając się po złomowisku starych wagoników i przedzierając się obok windy transportującej zwłoki, można nieraz usłyszeć skrzypienie czy dziwne odgłosy wywołane przez wiatr, przywodzące na myśl znakomite filmy grozy. Obiekt popada systematycznie w ruinę, ale jeszcze do niedawna można było odnaleźć tam krzyże czy nawet ubrania.
Ferropolis – Miasto Żelaza

Zanim dojechaliśmy do pierwszego miejsca noclegowego (Lipska), po drodze zahaczyliśmy o jeszcze jedno cmentarzysko. Tym razem w roli nieboszczyków wystąpili jednak nie oficerowie Deutsches Heer, lecz gigantyczne maszyny wydobywcze, będące symbolem industrialnej potęgi NRD. Na terenie dawnej kopalni niedaleko Gräfenhainichen utworzono Ferropolis – Miasto Żelaza – w którym umożliwiono zwiedzającym nie tylko kontakt wzrokowy z majestatem potężnych megakoparek, ale również wejście na ich pokład, przechadzanie się długimi korytarzami pomiędzy stanowiskami pracy, a także zajrzenie do środka maszynowni.
Molochy te ozdabiają teren jeziora nad którym można zatrzymać się kamperem bądź rozbić namiot*. Ktoś chętny na biwak w tak niecodziennej scenerii? Gdy pandemia nie krzyżuje planów, w Ferropolis odbywają się koncerty i przedstawienia teatralne. Odwiedzający mogą także odwiedzić galerię, muzeum czy podziwiać zabytkową, dziewiętnastowieczną lokomotywę stojąca niedaleko wejścia na cmentarzysko. Całość robi niesamowite wrażenie! Co do praktycznych porad, nie parkujcie na pierwszym parkingu z oznaczeniem Ferropolis, gdyż będziecie musieli iść jeszcze spory kawałek. Miejsca postojowe są też przy samej kasie biletowej.
- Aktualizacja 2026: funkcjonujący okresowo camping nie jest dostępny przez cały rok, dlatego przed wyjazdem trzeba sprawdzić aktualne informacje bezpośrednio na stronie Ferropolis.
Dysk z Nebry w Halle (Saale)

Z Miasta Żelaza udaliśmy się do Halle (Saale), aby odwiedzić Landesmuseum für Vorgeschichte, czyli Państwowe Muzeum Prehistorii. To tutaj znajduje się jeden z najważniejszych zabytków europejskiej epoki brązu – Dysk z Nebry, wykonany z brązu i złota około 3800 lat temu. Według UNESCO jest to najstarsze znane konkretne przedstawienie zjawisk kosmicznych na świecie.
Na dysku znajdziemy Słońce lub Księżyc w pełni, sierp Księżyca, gwiazdy – w tym Plejady – oraz dodane później łuki horyzontu. Nie był więc po prostu „obrazkiem nieba”: zakodowano w nim rzeczywistą wiedzę astronomiczną, m.in. zależności pozwalające godzić kalendarz księżycowy ze słonecznym.
Historia odnalezienia zabytku też jest bardzo ciekawa. W 1999 roku dwóch poszukiwaczy skarbów wykopało go nielegalnie na wzgórzu Mittelberg koło Nebry, po czym trafił on na czarny rynek. Dopiero w 2002 roku policja odzyskała dysk podczas operacji w Bazylei. Oryginał od 2008 roku można oglądać właśnie w Halle.
Podczas naszej wizyty w 2020 roku fotografowanie samego Dysku było zabronione. Paranoja ochrony na tym punkcie posunięta była do tego stopnia, że służbista chodził za nami krok w krok, patrząc czy przypadkiem nie wyciągamy aparatu. Ukradkiem udało mi się uchwycić Dysk telefonem, za co oczywiście otrzymałem ochrzan od starszego pana, który z pewnością zrobiłby doskonałą karierę w enerdowskich służbach.
Dysponując nieco większą ilością czasu polecam pochodzić po całym muzeum, gdyż jest świetnie zorganizowane i jest w nim ukryta masa wiedzy na temat naszych przodków. Są też, rzecz jasna, kości – zarówno ludzkie, jak i zwierzęce.
Lipsk – Löffelfamilie i Bitwa Narodów

Mając już trzy zapierające dech w piersiach atrakcje za sobą, dotarliśmy w końcu do Lipska, gdzie zaplanowałem jedzenie i piwo, a także zobaczenie jeszcze dwóch ciekawostek. Pierwsza z nich to Löffelfamilie – kultowa reklama świetlna VEB Feinkost pochodząca z połowy lat 70. Na kolorowej animacji widzimy czteroosobową rodzinę siedzącą przy stole i zgodnie pochłaniającą zupę reklamowaną przez państwowego producenta konserw, gotowych dań i koncentratów. Co ciekawe, pod koniec XIX wieku na terenie dzisiejszej Feinkost działał… browar! Polecam wizytę późnym wieczorem bądź nocą – w końcu to neon!
Teraz szybki quiz: miejsce najsłynniejszej porażki Napoleona? Szybka odpowiedź większości ludzi: Waterloo. Tymczasem dwa lata wcześniej to pod Lipskiem cesarz dostał znacznie większy łomot. W trwającej od 16 do 19 października 1813 roku „Bitwie Narodów” wzięło udział około pół miliona żołnierzy, co uczyniło ją największą bitwą XIX wieku.
To tutaj zginął też polski książę i świeżo upieczony marszałek Francji – Józef Poniatowski. Napoleon nadał mu buławę marszałkowską 16 października, już podczas bitwy. Trzy dni później, osłaniając odwrót wojsk francuskich i będąc kilkukrotnie rannym, Poniatowski próbował przeprawić się przez Elsterę, gdzie utonął.
Pamięci bitwy poświęcono gargantuiczny Völkerschlachtdenkmal, który odwiedziliśmy nad ranem kolejnego dnia. Odsłonięty dokładnie sto lat po bitwie, w 1913 roku, monument ma 91 metrów wysokości i wygląda bardziej jak świątynia opisywana w książkach fantasy niż klasyczne miejsce pamięci. Mamy tu ogromne figury przypominające średniowiecznych rycerzy, gigantycznego Michała Archanioła wraz z orszakiem, kryptę i niemal dziesięciometrowe kamienne kolosy – a to dopiero początek. Tego typu postaci jest tu znacznie więcej, a całość powala swoim majestatem.
Na miejscu działa także Forum 1813 – muzeum poświęcone samej bitwie.
Piwo i jedzenie w Lipsku

Ratskeller i piwa Lotteraner
Jeśli chodzi o jedzenie, udało się nam zająć stolik w ratuszowej piwnicy (Ratskeller), gdzie działa browar restauracyjny, a także można zakupić miejscowe musztardy, przyprawy i inne łakocie. Kuchnia rzecz jasna jest tu typowo niemiecka, obfitująca w mięsiwo i dania z ziemniaków, choć znajdzie się i opcja dla wegetarian. Do jedzenia zamówiłem Brauhausteller, czyli specjalność zakładu – plastry polędwiczki wieprzowej podawane z plackami ziemniaczanymi i sosem grzybowym. Taka podkręcona wersja placka po zbójnicku – pyszności! Jako akompaniament piwnicznej uczty, nie omieszkałem wziąć deski pięciu lokalnych piw marki Lotteraner.
Podstawowy, jasny Kellerbier był niezwykle pijalny, a do tego wyraźnie piwniczno-drożdżowy w aromacie i smaku. Brakuje mi takich piw w Polsce. Dunkel wypadł przeciętnie, a Helles Weizenbier zaatakował moje nozdrza szalenie intensywnym goździkiem. To chyba najbardziej goździkowy weizen, jakiego piłem. Oprócz tego wjechało piwo specjalne, którym akurat był Pale Ale chmielony Willamette, jednak miał on posmak estrowego, kwiatowego, wodnistego angielskiego ejla – ale takiego pitego z butelki albo w kiepskim pubie – nie kremowego z caska.
Na browarniany deser musiałem wziąć klasyk lipskiego piwowarstwa – Gose. Styl pochodzi wprawdzie z Goslaru, ale od XVIII wieku tak mocno związał się z Lipskiem, że stał się jednym z piwnych symboli miasta. Klasyczna wersja jest kwaśna, pszeniczna, wyraźnie mineralna i przyprawiana solą oraz kolendrą. Więcej o historii i cechach stylu opisałem później w tekście o piwie pszenicznym.
W 2020 roku różnica względem większości znanych wówczas polskich interpretacji była uderzająca: u nas pod nazwą Gose sprzedawano przede wszystkim owocowe kwasy z niewielkim dodatkiem soli, często z dodatkiem laktozy i bez śladu kolendry.
Bayerischer Bahnhof – Gose, sery i Schaffner
Drugie Gose w Lipsku wypiłem w Bayerischer Bahnhof, gdzie także zamówiłem potężną deskę serów – nie do przejedzenia dla jednej osoby! Ta wersja klasycznego piwa z regionu również atakowała mocną kolendrą bez cienia słodyczy, co utwierdziło mnie w przekonaniu, że w Polsce prawdziwego Gose nie ma.
Na miejscu spróbowałem jeszcze miejscowego pilsa o nazwie Schaffner, który w pełni zadowolił moje stęsknione za wytrawnym, goryczkowym piwem podniebienie. Ogromna większość niemieckich pilsów spróbowanych podczas tego wyjazdu sprawiła mi o wiele więcej radości niż przesłodzone kraftowe cukiereczki popularne obecnie na rynku rzemieślniczym. Takich smutnych dla piwa czasów dożyliśmy.
Café Cantona – pils na pożegnanie
Na zakończenie lipskiej przygody, obserwując ruchliwą ulicę, którą miejscy aktywiści nazwaliby pewnie „miejską autostradą”, trafiliśmy do kawiarni utworzonej na cześć najbardziej charakternego Francuza w dziejach Premiership – Cantona Cafe.
Oprócz kawy można tu także solidnie zjeść i wypić, a moje dobre zdanie o niemieckich pilsach, nawet tych dostępnych w mało piwnych miejscach, potwierdził Ur-Krostitzer, który troszkę woniał żelazem, ale oprócz tego zachowywał znakomitą wytrawność z goryczkowym finiszem.
Ciekawostka: dwóch młodych Niemców kilka lat temu powiedziało mi, że młodzież nie lubi już piwa, dlatego popularne są drinki piwne w stylu mieszania pilsa z colą czy napojami gazowanymi.
Na szczęście nie widziałem nikogo, kto by takie herezje zamawiał, pomimo iż w kilku miejscach widniały w menu. Nasi zachodni sąsiedzi chyba nie uginają się pod dyktatem słodyczy płynącym z USA i Wielkiej Brytanii kanałami mediów społecznościowych.
Aktualizacja 2026: Ratskeller, Bayerischer Bahnhof i Café Cantona nadal działają, więc po sześciu latach tę część trasy można odtworzyć niemal jeden do jednego.
Z Lipska udaliśmy się na w kierunku zachodzącego słońca…
Bon vivant, sensoryk piwny, były piwowar domowy oraz współzałożyciel i współwłaściciel Browaru Golem (2015-23). Od ponad dekady zgłębia piwo rzemieślnicze: proces warzenia, ocenę sensoryczną, historię oraz systematykę stylów. Pisze również o swoich innych pasjach – jedzeniu i podróżach, szukając w nich lokalnych smaków, ludzi i ciekawych kontekstów. Wielbiciel eksperymentów i różnorodnych tekstur – zarówno w szkle, jak i w kuchni. Jego motto brzmi: „Albo grubo, albo wcale”.


Możliwość komentowania została wyłączona.