Baranie łby, zepsute ryby i wszechobecna lukrecja – czyli kocham Cię jak Islandię

Od naszej ostatniej podróży minęło już trochę czasu i stęskniliśmy się nieco za życiem na walizkach. Jako że okazja była przednia (Walentynki), postanowiłem zabrać moją Ukochaną na Islandię, która nas oboje od pewnego czasu intrygowała. Korzystając z urodzinowej promocji WizzAir, kilka miesięcy wcześniej zakupiliśmy dwa bilety w cenie jednego, dołożyliśmy do tego duży bagaż i zabukowaliśmy lot z Gdańska do Keflaviku i z powrotem. Czegoż więc warto spróbować na miejscu? Czy mity na temat islandzkiego jedzenia i picia są prawdziwe? Postanowiliśmy stawić czoła tym pytaniom na miejscu, a odpowiedź na nie znajdziecie poniżej. Zapraszam do lektury.

IMG_0878.JPG

Plany kulinarno-piwne

Przed wyprawą nie mogliśmy, rzecz jasna, powstrzymać się przed buszowaniem po sieci w celu odnalezienia najciekawszych i najdziwniejszych atrakcji czekających na nas na Wyspie Gejzerów. W nasze poszukiwania lokalnych dziwot włączyliśmy także ciekawostki kulinarne i piwne. Wiedziałem już wcześniej, że Islandia to jedyne miejsce, gdzie możemy spróbować niektórych rzeczy, które gdzie indziej – o ile nie są wprost zabronione – to powiedzmy… ich konsumpcja nie należy do kręgu kulturowego. Do takich smakołyków na pewno zaliczymy wieloryba – morskiego ssaka chronionego od trzydziestu lat prawem międzynarodowym. Na szczęście są takie krańce świata, gdzie niektóre walenie można ordynarnie zjeść. Islandia daje taką możliwość. Poza wielorybami, przed wyjazdem wiedziałem także o frykasach znajdujących się na zaszczytnych listach pod tytułami w stylu: najbardziej obrzydliwe potrawy świata: fermentowanym rekinie, baranich jądrach, kwaszonym tłuszczu wieloryba czy owczej głowie. Nie darowałbym sobie, gdybym przynajmniej ich nie spróbował. Co do piwa, z okazji tradycyjnego zimowego święta Þorri browar Steðja uwarzył w 2014 roku piwo Hvalur, do którego produkcji użyto… zmielonych kości wieloryba (!), a rok później powtórzono eksperyment pod nazwą Hvalur 2, a napój infuzowano wędzonymi na owczej kupie jądrami finwali (!!). Niestety, piwo Hvalur 3 nie powstało, także przez lobby antywielorybnicze, które rozpętało krucjatę przeciwko używaniu waleni w procesie produkcji piwa. Poza tym, jak zawsze celem wyprawy było zjedzenie i wypicie jak największej ilości lokalnych ciekawostek, o których nie mieliśmy pojęcia przed wylotem.

Lokalne obskuria – czy ludzie naprawdę to jedzą?!

12715654_1001236363302098_4423760712594557386_n

Czytając zestawy tradycyjnych islandzkich potraw, nasuwa się jedno pytanie: czy ci ludzie naprawdę to jedzą? A jeśli tak – to dlaczego? Czy są szaleni, a może jest jakieś drugie dno? Prawda jest taka, że – jak w większości przypadków – tak zwana kuchnia lokalna powstała z biedy i ograniczonego dostępu do zasobów. Gdy nie było samolotów i sieci importowych, a przez pół roku na miejscu nic nie rosło, trzeba było sobie jakoś radzić. Stąd robiono przetwory ze wszystkiego i żadna jadalna część mięsa nie mogła się zmarnować. To właśnie z tego powodu zaczęto choćby jeść baranie głowy, robić coś na kształt polskiej kaszanki czy zakopywać rybę pod ziemią. Ten ostatni proces miał też uzasadnienie medyczne. Rekin grenlandzki, tradycyjnie poddawany takowej obróbce, nie posiada bowiem układu moczowego i w związku z tym wszystkie toksyny przenikają wprost do jego mięsa, czyniąc je trującym dla człowieka. Długotrwały proces dojrzewania pomaga rozłożyć szkodliwe substancje i umożliwia zjedzenie rekiniego mięsa. Dziś na Islandii mamy możliwość spróbowania każdej kuchni świata, a przeciętny mieszkaniec tego kraju zazwyczaj zamiast wędzonych baranich jąder wybierze pad thai, pizzę, burgera lub hot-doga. Co ciekawe, przez zamiłowanie mieszkańców do fast foodu, Islandia należy do najbardziej otyłych krajów Europy. Równocześnie widnieje na liście najszczęśliwszych miejsc. Przypadek? 😉 Starodawne, tradycyjne islandzkie potrawy pełnią dziś dwie funkcje: stanowią atrakcję dla żądnych przygód kulinarnych turystów, a także serwowane są podczas wspomnianego wcześniej święta Þorri. Wtedy to na stole można znaleźć m.in.: fermentowanego rekina, baranie jądra, podpiekane owcze głowy, zrobiony z nich salceson, kaszankę, wątrobiankę, suszone na wietrze ryby, tradycyjny żytni chleb, długodojrzewającą jagnięcinę, koninę, comber jagnięcy oraz płetwy foki. Taką ucztę należy oczywiście sowicie zapić – najlepiej miejscowym alkoholem o nazwie Brennivin – czyli wódką ziemniaczaną z dodatkiem kminku. Smacznego!

Reykjavik Food Walk

Na długo przed wyjazdem wpadł mi w oko pewien profil na Instagramie. Reykjavik Food Walk, bo o nim mowa, obfitował w piękne zdjęcia krajobrazów i opisy smacznych rzeczy. Okazało się, że od pół roku istnieje wydarzenie, dzięki któremu goście są w stanie spróbować 13 lokalnych przysmaków w 6 różnych miejscach w stolicy. Udało się nam zarezerwować miejsca na środę, 17 lutego. Udaliśmy się pod Harpę w południe, a że do rozpoczęcia wydarzenia pozostało jeszcze pół godziny, wypiliśmy kawę w kawiarni na dole. Niestety, była to jedna z gorszych decyzji na miejscu. Przepalone, nieco stęchłe ziarno masowej produkcji – lepiej idźcie gdzie indziej, np. do Haiti (o tym później). RFW zaczęliśmy od wizyty w Islenskim Barinnie, miejscu, które uprzednio odwiedziliśmy już dwukrotnie. Tym razem mieliśmy okazję spróbować zupy na jagnięcinie. Osobiście jestem wielbicielem owczego mięsa i cenię je pod względem smakowym dużo wyżej niż kurczaka. Dlatego też, mimo że w sumie była to zwykła zupa a la bulion z warzywami, dodatek mięsa jagnięcego zapewnił tak zwane punkty dodatkowe, o które przecież chodzi. Drugi przystanek to Ostabúðin – miejsce, gdzie można zarówno zjeść na miejscu, jak i kupić dobre wędliny oraz ser na wynos. Jeśli chodzi o sery, były smaczne, jednak nie rzucały na kolana. Co innego mięso. Mieliśmy okazję spróbować długodojrzewającego konia, kaczki i owcy. Każda z wędlin otoczona była mieszanką ziół i przypraw. Konina w rozmarynie i tymianku pokonała wszystko. Była to jedna z najsmaczniejszych wędlin, jakie jadłem w życiu. Oczywiście połowa wycieczki nawet jej nie spróbowała! Nienawidzę tej fałszywej moralności, w której zjedzenie konia jest nieakceptowalne, ale już świnia czy krowa to nic takiego. Powiedzmy sobie wyraźnie – moralny aspekt zjedzenia konia, psa, kota czy szczura różni się od zjedzenia świni, krowy czy kurczaka tylko ograniczeniami kulturowymi. Na szczęście ja się już ich wyzbyłem i nie pogardzę dobrze sprawioną koniną. Grunt, to rozszerzać swoją strefę komfortu ad infinitum i przestać się bać. Strach to największy wróg postępu. Do tego dochodzi neofobia. O niej jednak – kiedy indziej. Idąc dalej w kierunku kościoła Hallgrimskirkja, trafiliśmy do Cafe Loki, kawiarni nazwanej tak na cześć nordyckiego boga. Mimo odbywającego się tam remontu, w ramach RFW mogliśmy wejść do środka i otrzymać tradycyjne islandzkie lody. Co wyróżnia miejscowy słodki przysmak od znanych nam z Polski lodów tradycyjnych? Dodatek… ciemnego żytniego chleba! Żyto przez 200 lat duńskiej okupacji było głównym surowcem zbożowym na Islandii i właśnie w tym okresie powstały przepisy na rúgbrauð. Kruszony chleb miesza się z masą lodową, co stanowi lokalny przysmak. Jakkolwiek dziwnie to brzmi, połączenie naprawdę dało radę i warto go spróbować. Następnie przeszliśmy nad Tjörnin, czyli staw w centrum Reyjkaviku, gdzie mieszkańcy i turyści karmią dzikie gęsi, kaczki i łabędzie krzykliwe. Ptaki są dorodne i przyzwyczajone do zjadania okruchów z pańskiego stołu. To właśnie tam doszedłem do wniosku, że Tjörnin stanowi doskonałą alegorię etatyzmu. Łabędź posiada z natury tak wielką siłę, że jest w stanie skrzydłem złamać ludzką kość. Tymczasem poprzez systematyczną pampersyzację (nie mylić z pauperyzacją) ptaki te stały się w stu procentach zależne od ludzi – na tyle, że jedzą im z ręki. Dokładnie w ten sam sposób działają państwa socjalne. Człowiek – z natury obdarzony jednostkową wolną wolą, prawem własności i samostanowienia – może być przez działanie opresyjnego aparatu państwowego pozbawiony naturalnej niezależności i zostać uzależniony od socjalnych benefitów oraz opieki urzędników do tego stopnia, że nie tylko się boi, ale nie jest w stanie funkcjonować samodzielnie. Przez całe życie potrzebna mu jest państwowa pielucha. Jest to ludobójstwo en masse na płaszczyźnie duchowej. Dość dygresji. Nad Tjörnin spróbowaliśmy klasycznego islandzkiego skyru. To produkt mleczny podobny do jogurtu, fermentowany nie tylko bakteriami mlekowymi, ale i paciorkowcami. Mieliśmy okazję skosztować zarówno wersji naturalnej, jak i truskawkowej. Obie smakowały bardzo podobnie do znanej z polskich sklepów Jogobelli. Idąc w kierunku Starego Portu, zatrzymaliśmy się przy słynnym Bæjarins Beztu Pylsur, czyli budce z hot-dogami czynnej od… 80 lat. Parówki w Islandii robi się głównie z mięsa jagnięcego, z domieszką wieprzowiny i wołowiny. Bułki w Polsce są lepsze, natomiast jeśli chodzi o wkład, to bardziej przekonał mnie wariant miejscowy. Jako dodatki można zamówić świeżą i prażoną cebulę, remuladę, keczup i musztardę. Po tym posiłku udaliśmy się do Saegreifinn, tawerny w Starym Porcie, którą założył legendarny Morski Baron. Tam skosztowaliśmy zupy homarowej, która przypominała nieco polską pomidorówkę z dodatkowym akcentem w postaci rzeczonego skorupiaka. Na Islandii poławia się dużo homarów i można je dostać w większości nadmorskich knajp. Oczywiście, jeśli myślicie, że przez to są tańsze – mylicie się. Pomimo dostępności, nadal jest to towar luksusowy. Finisz naszego touru miał miejsce w restauracji Matur Og Drykkur, gdzie otrzymaliśmy tradycyjny islandzki deser w postaci smażonych na głębokim tłuszczu warkoczy z ciasta o smaku podobnym do racuchów, przyozdobionych karmelowym sosem. Ogólnie oceniam doświadczenie Reykjavik Food Walk jako bardzo udane. Nasz przewodnik – Egill – wykazał się sporą wiedzą i potrafił ciekawie o wszystkim opowiadać, poznaliśmy sporo fajnych ludzi i – co najistotniejsze – spędziliśmy pół dnia na międzynarodowych pogaduchach i samplingu ciekawych lokalnych dań. Jeśli jesteście foodies, musicie skorzystać z ich oferty będąc w Reykjaviku!

Gdzie i co zjeść?

Po uprzednim wykonaniu internetowego researchu, udaliśmy się do restauracji Islenski Barinn, by tam spróbować lokalnych mięs niedostępnych w Polsce. To tu – według recenzji znalezionych na TripAdvisor – można zjeść renifera, maskonura, wieloryba i baranie jądra, a także wypić dobre piwo. Jak się okazało, nie zawsze i nie wszystko. Co prawda renifera musieliśmy spróbować gdzie indziej, ale udało się nam zamówić przystawki podawane w gustownych słoikach, zawierające mięso maskonura z chili oraz wieloryba w sosie z ostrym cheddarem. Sympatyczny ptaszek w smaku przypominał nieco kurczaka w azjatyckim stylu, natomiast wieloryb (a konkretnie płetwal karłowaty) zachwycał swym smakiem. Mięso tego walenia daje wrażenie, jakby dwie fantastyczne rzeczy – stek wołowy i stek z tuńczyka – połączyły się w jedno. Jędrne, mocno białkowe mięso o wyrazistym smaku, do tego świetnie podkreślone ostrym serem. Znakomite! Każdy spragniony dobrego smaku powinien spróbować płetwala, póki jeszcze jest taka szansa. Jeśli przystawka to dla kogoś za mało, może zamówić cały stek albo udać się do Starego Portu, gdzie we wspomnianej wcześniej restauracji Saegreifinn można raczyć się świeżymi porcjami degustacyjnymi za niewielką cenę.

Kolejną rzeczą, jakiej nie mogliśmy przegapić, był svið – czyli głowa owcy przecięta na pół, pozbawiona mózgu, opalona i podawana na ciepło z ziemniakami i puree z rzepy – zupełnie jak szkockie haggis. Od kilkudziesięciu lat jest to popisowe danie restauracji Fljótt og Gott mieszczącej się na… miejskim dworcu autobusowym (BSI). Zapach potrawa ta miała dość specyficzny, ale to dzięki wyglądowi uznaje się ją za jeden z największych kulinarnych koszmarów. W miarę spożywania części jadalnych (policzki, dziąsła, itd.) odsłaniają się nam bowiem zęby. Dosłownie wyjadamy resztki mięsa spomiędzy kości szczęki i czaszki, a także okolice oka i ucha. Ten widok odrzuca najbardziej odpornych, a czasem powoduje nawet dolegliwości natury gastrycznej. W moim przypadku ciekawość świata zatryumfowała nad strachem kolejny raz i zjadłem wszystko, co było w svidzie do zjedzenia. Policzki to przecież jeden z najsmaczniejszych i najdelikatniejszych frykasów, a skóra i to, co pod nią na myśl przywodziła swojską golonkę. Co ciekawe, istnieje też możliwość zjedzenia svidu na zimno.

Prawdziwym Świętym Graalem był hakarl, czyli fermentowany rekin grenlandzki. Drogie to cholerstwo (około 1500 koron za 100 gramów), ale cóż – być na Islandii i nie zjeść hakarla to grzech. Kultowy status wśród miłośników ekstremalnych doznań sensorycznych potrawa ta zawdzięcza niebywałemu smrodowi (niektórzy porównują aromat hakarla do szwedzkich kiszonych śledzi – surstromming), a także faktowi, że – cóż- de facto jest to zepsuta ryba, która spoczywa miesiącami pod ziemią, a następnie wisi i suszy się na wietrze przez prawie pół roku. Kupując mój garniec złota w sklepie, usłyszałem od sprzedawcy wyartykułowane przerażonym głosem: tylko nie otwieraj tego w domu! Zgodnie z zaleceniem, rekina spróbowaliśmy na zewnątrz, podczas śnieżycy, jaka nawiedziła wówczas Reykjavik. Pogoda dodała nieco majestatycznego charakteru temu wydarzeniu. Justyna skusiła się tylko na kawałek, a mi zostało do zjedzenia całe opakowanie. W aromacie czuć było coś na kształt mocno dojrzałego francuskiego sera, amoniaku i starej ryby. Z czasem profil przechylał się coraz bardziej w stronę sera. W smaku było już bardziej zwyczajnie – rybnie i lekko kwaskowo. Tekstura hakarla przypomina środek ryby, gdy chcemy sobie usmażyć filet i za szybko zdejmiemy go z patelni – taki lekko gumiasty i nieścięty. Nie jest to potrawa, którą chciałbym jeść codziennie, ale na pewno ciekawa i warta poznania. W końcu w życiu chodzi o kolekcjonowanie doświadczeń, by mieć co później wspominać, prawda?

Kontynuując wątek rybny, Islandczycy mają jedną świetną i szeroko dostępną przekąskę, której mi bardzo brakuje w Polsce. Zamiast niezdrowych i tuczących chipsów, w każdym sklepie spożywczym można kupić harðfiskur, czyli suszoną na wietrze rybę. Do wyboru mamy m.in. dorsza i plamiaka, a także kilka innych okazów. Chrupiący smakołyk pachnie i smakuje jak ryba, więc nie powinien odrzucać nikogo, kto gustuje w morskich stworach. To jednak wartość odżywcza czyni go prawdziwie ultymatywnym osiągnięciem dietetyki i przemysłu spożywczego: 86% białka. Tak – dobrze czytacie. Osiemdziesiąt sześć. Zamiast pełnych węglowodanów i transtłuszczu chrupek, można kupić harðfiskur i dać swojemu organizmowi to, co najlepsze! A poza tym to pyszna przekąska do pochrupania przed telewizorem. Polecam!

Spróbowawszy większości obskuriów, został nam jeszcze renifer (baranich jąder nie widzieliśmy nigdzie – zapolujemy następnym razem). Mimo kilku opinii w internecie i paru telefonach, okazało się, że ani Islenski Barinn, ani Hamborgarabúllan (podobno najlepsza burgerownia w mieście) nie mają reniferzego mięsa. Do wyboru mieliśmy burgera z renifera w jednym z ekskluzywnych hoteli i carpaccio jako część czterodaniowego zestawu obiadowego w restauracji Höfnin. Uznaliśmy, że ponad 3000 koron za bułkę to jednak za drogo, więc postanowiliśmy spędzić romantyczny wieczór w portowej knajpce, delektując się ciekawymi potrawami lokalnej kuchni. Carpaccio spełniło nasze oczekiwania, choć porcja była mikroskopijna. Smakowo dobrze, ale konina lepsza. Zupa z owoców morza to już totalny majstersztyk. Nie jestem jakimś miłośnikiem zup, ale mam swoje faworytki. Krewetkowa z mleczkiem kokosowym i trawą cytrynową w Why Thai, ramen z szaszłykami z kurczaka w Yetztu, borowikowa w 3Kolory Malta, czy właśnie ta – z owocami morza w Höfnin. Mule, krewetki, a do tego kwaśna śmietana i kiełki – świetna kompozycja, a sam wywar pieścił podniebienie – nomen omen – niebiańsko. Rewelacyjna jest też lokalizacja tego miejsca. Stary Port to idealne miejsce na randkę. Piękne widoki, świetna kawa (o tym później) i mnóstwo dobrego jedzenia. Wszystkie zmysły dostają dawkę paliwa. Wraz ze wspaniałą kobietą jesz sobie jedną z najlepszych zup, jakie próbowałeś, a przez panoramiczne okno oglądasz statki, morze i ośnieżone szczyty. Danie główne to już fiesta jagnięciny. Owca przygotowana na trzy sposoby – dużo mięsa o charakterystycznym smaku, a to wszystko podane na kaszy w asyście karmelizowanej marchwi. Na deser otrzymaliśmy ciasto czekoladowe z płynną czekoladą, a do tego maliny. Smaczne, acz – jak wiecie – nie jestem fanem słodkości.

Wracając do tematu burgerów, Hamborgarabúllan to podobno najlepsza miejscówka tego typu w całej stolicy Islandii. Mając porównanie do poznańskich burgerowni powiem tyle – nie ma nawet startu! Po pierwsze, mało mięsa (tamtejszy standard to… 80 gramów! Osiemdziesiąt! Kiedy w porządnym burgerze powinno być minimum 200! Chcąc się najeść mięsa, a nie bułki, trzeba zamówić potrójną porcję! – na szczęście była opcja ze 150 gramami polędwicy), po drugie kiepskie, kapciowate bułki. Plus za duży wybór ciekawych sosów – niestety, bez tych superostrych od Blaira i podobnych.

Ciekawie prezentują się islandzkie słodycze. Dla Polaków istotne są przede wszystkim dwie informacje: miejscowi ubóstwiają nasze Prince Polo, które dostępne jest wszędzie, a także do wszystkiego, do czego się da, dodają lukrecję. Lukrecjowa czekolada, cukierki, lody – czasem strach otworzyć lodówkę, bo można tam znaleźć lukrecję. Jako że jest to tzw. smak nabyty, lojalnie ostrzegam. Nie znam zbyt wielu osób w naszym kraju, które przepadają za tym charakterystycznym smakiem. Jeśli do dziś po nocach w koszmarach śni się Wam czarne Haribo, omijajcie produkty z napisem Lakkris.

Gdzie na kawę?

Oprócz piwa i jedzenia, lubię wypić dobrą kawę. W Reykjaviku działa miejscowa palarnio-kawiarnia o nazwie Reykjavik Roasters i tam też udaliśmy się w celu wypicia czegoś lepszego niż sieciówkowe badziewie. Na miejscu znaleźliśmy zabytkową wypalarkę, trochę alternatywnego ziarna i różne warianty parzenia. Super. Niestety… po kwadransie nas wyrzucono za drzwi. W Islandii jak zamykają o 18, to zamykają o 18. Klient nie ma nic do gadania. Widocznie jeszcze nie dotarła na tę odległą wyspę wiadomość, iż najważniejszy jest konsument, a nie człowiek pracy. To konsument stanowi serce i najważniejsze ogniwo gospodarki. Nie do pomyślenia jest dla mnie fakt wypraszania klientów. Niestety, tam jest inaczej i to człowiek pracy jest ważny. Socjalizm, pieprzony socjalizm. Niemniej jednak, to chyba jedyne miejsce, gdzie serwują specialty, więc polecam.

Najczęściej kawę piliśmy jednak w Cafe Haiti, w Starym Porcie. Jest to – jak potem przeczytaliśmy – dość kultowe miejsce, prowadzone przez imigrantkę z Karaibów i jej rodzinę. Na miejscu zastaliśmy typowo podróżniczy wystrój, meble w stylu kolonialnym i domowy klimat. To lubimy. Ziarno importują sami – całkiem niezłe, a do tego mają pyszne ciasta. Polecam zwłaszcza sernik bananowy. Skojarzenia z poznańską La Ruiną nasuwały się same. Musicie koniecznie odwiedzić to miejsce.

Gdzie na piwo i nie tylko?

Co ciekawe, na Islandii piwo było zakazane aż do… 1989 roku! Przedziwne, nieprawdaż? To nie wszystko. Tak jak w Szwecji czy Norwegii – tu także jest problem z państwową kontrolą życia obywateli. Alkohol (>2,5%) możemy kupić jedynie w lokalach, strefie bezcłowej na lotnisku oraz w specjalnych sklepach monopolowych. Oczywiście – jak większość rzeczy na wyspie – sklepy te są otwarte od 11 do 18, z chyba jednym czy dwoma wyjątkami otwartymi do 20. Zero alkoholu na stacjach benzynowych i w sklepach spożywczych – nawet całodobowych! Można sobie tam co najwyżej kupić coś niskoalkoholowego typu rozwodniony, dwuprocentowy eurolager w wersji light. Swoją drogą ciekawi mnie, dlaczego nikt na Islandii nie wpadł na pomysł warzenia dwuprocentowego IPA? Nieistotne. Chcąc odkryć smaki islandzkiego kraftu, musimy wypatrywać szyldu Vínbúðin. Tam znajdziemy cały asortyment alkoholowy, a w tym piwo miejscowe i zagraniczne. Bez problemu możemy kupić produkty z oferty popularnych amerykańskich browarów kraftowych, jednak ja chciałem poznać smak lokalnych przysmaków. Najlepszym browarem na wyspie jest zdecydowanie kontraktowiec o nazwie Borg Brugghús, który warzy w Ölgerðin Egill Skallagrímsson w Reykjaviku. Praktycznie każde piwo firmowane tą marką to ścisła krajowa czołówka, a ich imperialne stouty mogą spokojnie konkurować z najlepszymi polskimi wypustami. Jeśli dla kogoś islandzkie nazwy są zbyt trudne, Borg nadaje swoim piwom numery. Udałem się na zakupy do sklepu przy ulicy Skeifan (otwarte do 20!) i zakupiłem cały koszyk piw. Jeśli chodzi o ceny, to nie odbiegają one znacząco od kosztów importowanego kraftu w Polsce. Za butelkę o pojemności 0,33 należało zapłacić około 20-25 złotych. W strefie bezcłowej wychodziło nieco taniej, około 15. Na wódce różnica ta jednak widoczna była dużo bardziej. Przebitka podatkowo-celna wynosiła około… 300%! Tak – Brennivin w mieście był trzykrotnie droższy niż na lotnisku! To, jak państwo okrada Islandczyków, jest niesamowite.

Na początek opisów poszczególnych piw jeszcze napiszę, że na Islandii wszystko filtrują, więc piwa ogólnie są klarowne jak eurolagery. Degustację zacząłem od borgowego Leifura (nr 32), czyli żytniego saisona z tymiankiem i wrzosem. W aromacie krzątały się tu piękne wiosenne nuty kwiatów, podbite przyprawami i ziołami, jednak w smaku poza nimi dało się wyczuć karmelowość i toffi, co sprawiało wrażenie ciężkości. Bez tego byłaby to świetna propozycja na przedwiośnie, a tak oceniam ją jedynie średnio. Jeszcze więcej karmelu miało inne piwo w tym stylu – żytni saison z arcydzięgielem o nazwie Skadi z browaru Ölvisholt w Selfoss. Tu miałem do czynienia z dużo wyższym wysyceniem, cytrusowością i alkoholową goryczką (7,5% dało się odczuć). Piwo ma oleistą fakturę, świeży smak, jednak karmel i alkohol zaniżają mu ocenę. Einstök Icelandic Toasted Porter to już napitek dostępny także w Polsce, produkowany przez całkiem spory browar Viking w Akureyri, na dalekiej północy, pod samym kołem podbiegunowym. Kiepska piana, orzechowo-chlebowe aromaty z nutą gorzkiej czekolady i słabej kawy – takiej z automatu na dworcowym peronie. Piłem w życiu lepsze portery, ale Einstök daje radę na jakąś niewymagającą wieczorną sesję. Według RateBeer najlepszym islandzkim piwem jest Lava ze wspomnianego wcześniej browaru Ölvisholt. Jako że to wędzony imperialny stout, na samą myśl moje kolana ugięły się w miękkości. Cóż więc ma do zaoferowania najlepsze według RateBeerowiczów piwo na wyspie? Ciemnobrązowa barwa, klarowne, z beżową pianą. W aromacie palone słody i sos sojowy, a także nuta palonego plastiku (fenole). Bardzo gładka faktura w odczuciu w ustach, wyczuwalny alkohol i palony finisz. Piwo jest umiarkowanie wędzone, dość mocno palone i niezbyt pełne jak na imperialnego stouta. Na pewno ciekawe i smaczne, ale moim zdaniem nie najlepsze w kraju. A może tak – dla odmiany – jakieś miejscowe IPA? Tumi Humall to propozycja browaru Gæðingur ze Skagafirði. Napiszę wprost – Islandczycy potrafią zrobić pięknie pachnące, idealnie klarowne IPA o zauważalnej goryczce, która nie zalega. Niby nic, a jednak tak często można znaleźć piwa w owym stylu, którym daleko do takiej charakterystyki. W aromacie mamy tu głównie słodkie owoce – ananasa i mango, coś jak w kilkumiesięcznym piwie chmielonym Simcoe. W tle błąkają się nuty ziołowe i żywiczne. Goryczka jest wyważona, ale zaznaczona – krótka i średnio intensywna. Wytrawne z gorzkim finiszem. Powiem szczerze – chciałbym, by polskie IPA prezentowały taki poziom, jak Tumi Humall. Kontynuując wątek IPA, Borg wypuścił trzy wilcze odmiany. Wilk to po islandzku ulfur. I tak też mamy do wyboru piwa o nazwach: Ulfur, Ulfur Ulfur i Ulfrun (odpowiednio: IPA, double IPA, session IPA). Niestety – wersja podwójna jest sezonowa i nie miałem możliwości jej spróbować. Sesyjny wilczek sprzedawany jest w puszkach i przeznaczony jest do szybkiego picia bez zastanawiania się nad poszczególnymi cechami. W tej roli sprawdza się doskonale. Pachnie amerykańskim chmielem, smakuje świeżo i umiarkowanie gorzko, jest lekki i to by było na tyle. Średni brat – Ulfur – pachnie ananasem, ale nie jest to jakiś uderzający aromat. Goryczka średnia. Pijalne, ale bez większych uniesień. Do Tumi Humall nie ma startu. Najnowszym piwem od Borga jest Magdalena (nr 41), która premierę miała w lutym 2016 roku. To imperialny witbier (8,4% alk.) z dodatkiem trawy cytrynowej, kolendry i… marmolady pomarańczowej. Po pierwsze – jest to zdradziecko pijalne piwo. Alkohol ukryty został znakomicie i pije się go jak zwykłego witbiera – o połowę słabszego. W aromacie dominuje kolendra i ziołowe lekarstwa. Spora przyprawowość przywodzi na myśl saisona. Ziołowość towarzyszy całej degustacji. Dwa ostatnie piwa z browaru Borg, jakie miałem przyjemność degustować, to imperialne stouty: Surtur (nr 38) oraz Garun (nr 19). Garun to mocniejszy gracz (11,5%), jednak alkohol – mimo podbicia ekstraktu cukrem – jest świetnie ukryty. Piwo daje w sobie wyczuć trochę czekolady, lekkiej kawy i odrobinę lukrecji, a także ofertuje wytrawny, palony finisz. Jeśli chodzi o Surtura, to obecna warka to kolejna wersja tego trunku. Tym razem uwarzono go na szeroko opisywane wcześniej święto Þorri. Do zasypu dodano żyto i pszenicę, a całość infuzowano mnóstwem wanilii. W efekcie piwo jest o wiele słodsze w aromacie i smaku, a do tego wprost bucha z niego świeże kakao. Gdybym miał wymarzyć sobie imperialną wersję naszego Dybuka, to chciałbym, by smakowała ona właśnie tak, jak Surtur nr 38. Oba RISy są do kupienia w wielopakach w strefie bezcłowej na lotnisku, więc gorąco polecam ich nabycie.

To tyle, jeśli chodzi o piwa pite w hotelu czy w domu po powrocie do Poznania. Właściwie to jeszcze piłem Myrkvi (nr 13) –porter z kolumbijską kawą paloną przez Reykjavik Roasters, jednak nie robiłem wówczas szczegółowych notatek, a samo piwo oceniłem minimalnie powyżej przeciętnej. W Reykjaviku sporo jest miejsc, gdzie można się napić dobrego piwa, jednak wyróżnić trzeba przede wszystkim dwa: Mikkeller & Friends, gdzie – jak sama nazwa wskazuje – można opić się duńskimi specjałami, a także leżący nieopodal Micro Bar, który serwuje głównie miejscowy kraft. Moim celem było przede wszystkim spróbowanie lokalnych przysmaków, więc udałem się do tej drugiej lokalizacji. Knajpa oferuje kilkanaście piw z islandzkich i grenlandzkich (!) browarów z kranu, a także propozycje butelkowe. Obsługa zna się na rzeczy, a w środku można spokojnie usiąść i porozmawiać przy stoliku. Jak przystało na pub dla geeków, dostępne są deski degustacyjne w opcji 5 lub 10 piw. Miodnie! Jako że część trunków próbowałem wcześniej w wersji butelkowej, odpuściłem je i zamówiłem pięć próbek. Na pierwszy ogień poszedł grenlandzki browar Godthaab i ich kolsch pod nazwą Nuummiut. Był to nie tylko mój debiut jeśli chodzi o Grenlandię (yay, kolejna pinezka na mapie!), ale i… pierwsze piwo w stylu kolońskim, jaki dane mi było spróbować. Wrażenia? Praktycznie brak. Wodniste, lekko kwaskowe, bez jakichkolwiek uniesień. Żadnych wad, ale i – prawdę mówiąc – żadnych zalet, poza pijalnością i rześkością. Wiem, że wielu osobom to wystarcza, ale ja jednak wolę bardziej degustacyjne trunki. Druga próbka to równie nudny niemiecki styl –altbier. Dökkur Bjór ze znanego z warzenia piw z wielorybimi dodatkami browaru Steðja to poprawne słodowe piwo o nutach przypieczonego chleba, toffi i karmelu. Wypić i zapomnieć. Nuda. Przyszedł czas na specjalistów od chmielu, twórców wspomnianego wcześniej świetnego IPA – browar Gæðingur z Selfoss. To właśnie w kooperacji z nim i browarem Two Roads Jeppe Bjergso z Evil Twin uwarzył piwo kwaszone… skyrem. Skyrgosi pachnie nieco wodą po ogórkach i kapustą kiszoną, w smaku jest lekki kwasek, soli jakoś mocno nie wyczułem. Są nuty mleczne i cytrynowe. Ot taka lemoniadowa ciekawostka z kiszonką. Po tym eksperymencie trzeba było spróbować czegoś potężnego – mianowicie świeżego double IPA. Najnowsza wersja Fulltrúi Syslumanns ma 10% alkoholu zamiast poprzedniego 8,6%. Bursztynowa barwa, aromat marakui i mango, delikatny stary chmiel z tyłu, porządna goryczka, alkohol świetnie ukryty (jak w większości islandzkich piw) i gorzki finisz w stylu grejpfrutowego albedo. Gæðingur nie zawodzi jeśli chodzi o mocno chmielone piwa.

Miałem jeszcze okazję wypić trzy piwa w restauracjach. Romantycznej kolacji z owocami morza akompaniował najpopularniejszy lager w Reykaviku o nazwie Gull. Piwo pięć lat temu wybrane zostało najlepszym standardowym lagerem na świecie podczas World Beer Awards i… w tej kategorii sprawdza się całkiem nieźle. Jak na piwo codziennego użytku, jest o wiele smaczniejsze niż koncernowe eurolagery. Ma wyczuwalnie słodowy charakter, z zaznaczoną nutą szlachetnego chmielu, a do tego pije się je szybko i bez męczarni. Nadal jest to tylko nudny jasny lager, ale przynajmniej nie wali kukurydzą czy masłem. Do wieloryba i maskonura wypiliśmy zaś z Justyną czekoladowy porter z browaru Kaldi oraz stout z browaru Viking. Oba nieco wodniste, ale z zaznaczonym odpowiednio czekoladowym i palonym charakterem. Do wypicia do obiadu w sam raz.

Post scriptum

To tyle, jeśli chodzi o jedzenie i alkohol. Z powodu ograniczonej dostępności napojów z procentami, Islandczycy zamiast w barach wolą siedzieć w basenach geotermalnych, które stały się dla nich tym, czym puby dla nas – miejscem spotkań towarzyskich. Za jedyne 900 koron możemy siedzieć cały dzień w ciepłym jacuzzi, popływać na basenie, skorzystać z wielu zjeżdżalni czy sauny, a za skromną dopłatą także oddać się w ręce masażysty. Wszystko to nie wyjeżdżając z miasta. Oczywiście są też naturalne gorące źródła w terenie, w tym to w Reykholt – najstarsze na wyspie, pamiętające jeszcze czasy prawdziwej, pięknej średniowiecznej anarchii. Jeśli nie lubicie tłumów, ze swojej strony polecić mogę mały basen o nazwie Klebergslaug, niedaleko Reykjaviku. Najwięcej turystów jedzie do turystycznej mekki – Blue Lagoon, ale my ominęliśmy to miejsce. 45 euro za bardziej odpicowane przez ludzi i zatłoczone termy to raz, że bardzo drogo, a dwa – w okresie Walentynek i tak wszystkie godziny poza 19:00 (o 20:00 zamykają) były zaklepane. Najpiękniejsze na wyspie są przede wszystkim krajobrazy, które zmieniają się z minuty na minutę podczas jazdy samochodem i właściwie to ciągle chce się zatrzymywać i robić zdjęcia. Nie mieliśmy czasu pojechać nigdzie dalej, więc ograniczyliśmy się do zwiedzania południowego zachodu – pięknych wodospadów, górskich potoków i wulkanicznych wzniesień. Warto wypożyczyć auto i wyjechać z miasta – choćby te 100-200 kilometrów. Pogoda potrafi zmienić się tak szybko, że w jednej chwili jest -15 stopni, a po chwili +5. O samochodzie wspominam nie bez przyczyny. Także w tej kwestii spotkała nas niemiła niespodzianka i pokaz, jak nie należy traktować klientów.

Zabukowaliśmy samochód w firmie Sixt, zapłaciliśmy kartą przez internet, system ściągnął pieniądze i przysłał potwierdzenie, iż samochód jest do odbioru. Na miejscu okazało się, że nie akceptują mojej karty. Jeśli rzeczywiście tak jest, ich system rezerwacji nigdy nie powinien tej karty zaakceptować i ściągnąć pieniędzy z konta. Skoro otrzymałem potwierdzenie rezerwacji, to każda szanująca się firma – nawet jeśli zostało one wydane przez błąd systemu – uznaje rację konsumenta. Jest to podstawa etyki obsługi klienta! Tymczasem tam zakończyło się to wielką awanturą, gdyż nie miałem zamiaru dać za wygraną, a mimo to nawet kierownik nie chciał wydać mi auta, za które zapłaciłem i otrzymałem potwierdzenie. Skandaliczny brak profesjonalizmu i proklienckiego nastawienia. Piszę o tym po to, żeby dzięki temu przynajmniej jedna osoba wybrała inną firmę zajmującą się wynajmem samochodów. Nie musicie korzystać z mojej konkretnej rekomendacji, o której poniżej. Po prostu wypożyczcie od kogo innego, niż Sixt. My trafiliśmy na miejscu na świetnych ludzi – rodzinną firemkę Ice Rental Cars z Njardviku. Prowadzi ją ojciec z synem. Po usłyszeniu naszej historii wypożyczyli nam samochód za gotówkę, dostarczyli go pod Cafe Haiti, gdzie sfrustrowani poziomem obsługi klienta w Sixt zapijaliśmy smutki kawą i zagryzaliśmy sernikiem. Następnie, mimo że mieliśmy oddać auto do wtorkowego wieczoru, napisałem do nich, że jeszcze rano we środę chcielibyśmy podjechać do centrum i zapytałem, czy moglibyśmy przetrzymać naszego Hyundaia i30 o pół dnia dłużej. Bez żadnych problemów zgodzili się na to, nie żądając ani jednej korony dopłaty. Sam zwrot wypożyczonego samochodu również wyglądał bardzo dżentelmeńsko, bez szukania dziury w całym. To też ważne, gdyż – jak można przeczytać w opiniach o firmie Sixt w Internecie – najpierw chcą sprzedać jak najwięcej rodzajów ubezpieczeń jako dodatkowe koszty wynajmu, a gdy ktoś ich nie wykupi, niczym Sherlock Holmes szukają najmniejszych zadrapań, by ściągnąć z ludzi pieniądze. Jeden z klientów otrzymał rachunek na 10 tysięcy euro (!!!) za rzekome uszkodzenie karoserii wywołane przez żwir. Abstrahując od wątpliwych etycznie praktyk Sixt, na Islandii akurat ubezpieczenie od żwiru i pyłu wulkanicznego się przydaje, gdyż na drogach jest tego pełno i można np. łatwo stracić szybę. Jeśli będziecie wynajmować auto – zadzwońcie do chłopaków z Ice Rental Cars – niech im się interes kręci. Oni wiedzą jak się traktuje klienta. Niech rynek zadziała.

A największy minus wycieczki – poza wysokimi cenami i antykonsumencką gospodarką? Niestety, mimo szczerych chęci nie złapaliśmy zorzy polarnej! Zawsze jednak trzeba zostawić coś na następny raz. Polecimy tam kiedyś w lecie i pojedziemy w inne zakątki wyspy. Na pewno warto było to przeżyć. W islandzkiej naturze można się naprawdę zakochać.

Reklamy
Baranie łby, zepsute ryby i wszechobecna lukrecja – czyli kocham Cię jak Islandię

Co i gdzie zjeść (i wypić) w Kazimierzu Dolnym?

Dwa tygodnie z dala od Poznania, codziennych obowiązków i myślenia o rzeczach poważnych. Tego mi było trzeba. Dwa tysiące kilometrów za kierownicą mojego niezawodnego auta. Prawie tuzin osób podwiezionych dzięki BlaBlaCar. Święta z rodziną, wyjścia ze znajomymi i w końcu Sylwester w Kazimierzu Dolnym z Ukochaną. Nie byłbym sobą, gdybym nie zrobił stamtąd kulinarno-piwnej relacji. A więc… co i gdzie warto zjeść (a także wypić) w najromantyczniejszym mieście w Polsce?

P_20160102_143955.jpg

Na miejscu mieliśmy właściwie dwa pełne dni (piątek i sobota) plus sylwestrowy wieczór (czwartek) i niedzielny poranek (dzień wyjazdu). Nie mając jednak wykupionego wyżywienia w pensjonacie, skorzystaliśmy z okazji i eksplorowaliśmy liczne kafejki, restauracje i tawerny w zasięgu wzroku. Zdaję sobie sprawę, że nie weszliśmy wszędzie i zapewne ominęliśmy wiele ciekawych pozycji (Akuku…), ale – jak już mam to w swej prywatnej tradycji – pewne sprawy zostawiam na później, by mieć po co wracać.

Już przed wyjazdem postanowiłem zrobić mały wirtualny rekonesans i dzięki niemu wpadła mi w oko restauracja Kuchnia i Wino, która oferowała sylwestrowe zestawy z ciekawie zapowiadającymi się potrawami, a do tego rekomendowali ją zarówno Gault&Millau, jak i Wojciech Modest Amaro. Kartę win ułożył zaś Marek Kondrat. Dłużej nie trzeba było nas namawiać. Miejsce znajduje się przy ulicy Krakowskiej, przy której praktycznie każdy dom to kawiarnia, hotel lub restauracja. Kuchnia i Wino to gastronomiczna część pensjonatu Vincent. W środku znajdowały się dwie przestrzenie: jedna z małymi stolikami (gdzie zajęliśmy miejsce) oraz większa, skąd dobiegał gwar dzieci (z ulgą nie musieliśmy tam siadać). Jako aperitif otrzymaliśmy kieliszek kir royal, a następnie po kolei delektowaliśmy się elementami kolacji. Degustację zaczęliśmy od koziego sera, buraka w czterech odsłonach, orzecha włoskiego w karmelu i płatków soli. Wszystko podane w iście designerski sposób, godny powitania 2016 roku. Bardzo mnie ucieszył fakt, iż kulinarne trendy, także jeśli chodzi o estetykę, wyszły z dużych miast i powoli trafiają również do mniejszych ośrodków. Druga pozycja w menu to, zdaniem obojga z nas, najsmaczniejsza część wieczoru: aksamitny krem z kalafiora, syrop klonowy, płatki chabrów i gałka muszkatołowa. Od wyglądu, przez piękny aromat, okrągły smak, aż po długo pozostające odczucie w ustach mogliśmy celebrować wspólnie spędzoną chwilę we dwoje przy noworocznym stole, wpatrzeni sobie w oczy, płomień świecy i fioletowe płatki chabrów skąpane w kalafiorowej emulsji. Danie główne, czyli mięsne, stanowiły do wyboru: perliczka, galaretka z jarmużu, sos z czarnej porzeczki, puree z pietruszki i mus marchewkowy lub troć na czarnej soczewicy, groszek cukrowy, piana pomarańczowa, mus ogórkowy i sól pomarańczowa. Za ptactwem jakoś szczególnie nie przepadam, więc perliczkę zjadłem ze smakiem, ale bez sensorycznych egzaltacji. Troć, którą otrzymała moja Ukochana, wydawała się nieco bardziej wyrazista, a cukrowy groszek stanowił ciekawy dodatkowy akcent o całkiem sporym natężeniu smaku, co zawsze jest mile widziane w moim odczuciu. Mus ogórkowy nieco przypominał w konsystencji galaretkę i miał posmak kisielu. Jedzenie deseru u mnie zawsze przypomina chwytanie byka za rogi, gdyż – jak wielokrotnie podkreślałem – nie lubię w nadmiarze smaku słodkiego i bardzo łatwo osiągam pułap przesłodzenia. Solidna porcja musu waniliowego była jednak, dzięki swej konsystencji i lekkości, doskonałym zakończeniem wieczoru, a świetna kwaskowa kontra granatu zapobiegła przekroczeniu limitu odczucia słodyczy. Za mały minus można jedynie uznać brak synchronizacji napojów z jedzeniem (wino dostaliśmy jak już zjedliśmy danie główne, a kawę po skończonym deserze), ale przy bardzo dużym natężeniu ruchu i wszystkich zajętych stolikach (przynajmniej w naszej sali) można to spokojnie wybaczyć. Doświadczenie oboje uznajemy za bardzo udane i polecamy to miejsce na romantyczną kolację we dwoje!

Następnego dnia stwierdziliśmy, że skoro jesteśmy w Kazimierzu, to musimy skosztować trochę żydowskiego dziedzictwa tego miejsca. Wybór był oczywisty – Bajgiel przy starej synagodze, obecnie przerobionej na hotel i muzeum. W menu roi się od żydowskich przysmaków, a jako specjalność zakładu prezentowany jest tytułowy bajgiel w trzech odmianach. Ku mojemu zasmuceniu, okazało się, że goście przed nami zamówili już ostatnią sztukę. Na szczęście ostatecznie bajgle dojechały i mogliśmy spróbować wybranej przeze mnie wersji z wędzonym łososiem. Przecięty na pół wypiek z rybno-jajecznym wnętrzem plus sałatka ze świeżych warzyw były dokładnie tym, czego oczekiwałem. Świeże, chrupiące, pyszne – w sam raz na pożywny śniobiad. Do tego zamówiliśmy jeszcze czulent, w którym moim zdaniem za bardzo dominowały klimaty mączne, ziemiste, ziarniste, strączkowe, a za mało w nim było mięsa, ale to tylko moje preferencje urodzonego mięsożercy. Smakowało całkiem nieźle. Karp w sosie cytrynowym zamówiony przez Justynę był bardzo maślany, co adekwatnie komponowało się z charakterem ryby i kwaskowatą kontrą cytryny. Minus tej wizyty wziąłem całkowicie na własne życzenie. Piwo Kazimierskie Niepasteryzowane wytwarzane przez znany z produkcji smakowych Magnusów Browar Jagiełło to potwornie utleniony lager o nutach kartonowo-starozbożowych, bez piany, goryczki i smaku. Wniosek: idźcie do Bajgla na obiad, darujcie sobie piwo.

Jpeg

 

Na wieczór trafiliśmy do Podcieni na kawę i piwo. Kraftu co prawda nie było, ale mogłem się napić Porteru z Okocimia, który ostatnio zbierał niezłe noty. Ogólnie rzecz biorąc, gdy idziecie do knajpy, w której nie serwuje się piwa rzemieślniczego, pytajcie o portery bałtyckie. Te dostępne w Polsce, nawet z dużych koncernów, zwykle da się z przyjemnością wypić (pod warunkiem że nie traficie na felerną warkę z masakryczną ilością żelaza lub alkoholu w smaku w przypadku Żywca). Wyboru napoju w Podcieniach, w każdym razie, nie żałowałem. Przed pójściem spać zaszliśmy jeszcze do restauracji Pod Wietrzną Górą, gdzie kelner uraczył nas opowieściami o mieście, a na dodatek zjedliśmy pysznego wołowego tatara z dodatkami. Dla wielbicieli surowizny – polecam. Oprócz tego zamówiliśmy pierogi ruskie, które okazały się poprawne – choć ciasto mogło być lepsze.

P_20160102_111238.jpg

 

W sobotę postanowiliśmy solidnie pozwiedzać, przejść się do Galerii Grabskich na wystawę pięknych, romantycznych obrazów autorstwa Dariusza Twardocha, a także w końcu skosztować oferty polecanej przez wszystkich knajpki o nazwie Przystanek Korzeniowa. Utrzymana w stylistyce hippisowsko-góralskiej chatka z miłą obsługą, tłumem ludzi (na szczęście byliśmy pierwszymi gośćmi, bo inaczej zabrakłoby miejsc!) i smacznym jedzeniem na pewno warta jest odwiedzenia przez przemierzających Kazimierz podróżnych. Świetna lokalizacja (tuż przy wąwozie Korzeniowy Dół), lokalne rzemieślnicze lemoniady w wielu smakach, bardzo dobre śniadania i… kraft! Tak jest! Jedynie miejsce (o którym wiem) w Kazimierzu, gdzie można wypić porządne piwo. Co więcej, rzemiosło leje się nie tylko z butelki (standardowe marki), ale także z kija. Na nalewaku rządzi Browar Hopium. Zazwyczaj dostępne jest także produkowane w puławskich Trzech Koronach lokalne piwo Dziad, chmielone czterema polskimi chmielami, w tym na zimno Oktawią. Niestety, mimo moich szczerych chęci spróbowania, nie było tego dnia dostępne. Miejsce bardzo wpisuje się w moje poczucie klimatu i estetyki, a do tego ma ogromny plus za dobre piwo. Polecam mocno!

P_20160102_164852.jpg

Na obiad trafiliśmy do Knajpy Artystycznej, gdzie – zgodnie z nazwą – spotkałem nawet znajomego artystę. Zajęliśmy sobie z Justyną stolik w kąciku i zamówiliśmy po jednym daniu głównym. Dużym pozytywem była wielkość porcji – solidny kawał mięsa w panierce, do tego frytki i surówka, a także wielki placek po węgiersku, sowicie faszerowany i polany gulaszowym mięsiwem. W Artystycznej jest zupełnie inaczej niż w Kuchni i Winie. Nie ma tu pływających po powierzchni zupy płatków chabrów, natomiast jest wszystko to, czego potrzeba, aby smacznie się posilić: dużo smacznego mięsa za rozsądną, jak na Kazimierz, cenę. Głodomory wyjdą zadowolone!

Deseru nie zamawialiśmy, gdyż ten miał być pretekstem do wypróbowania kolejnej lokalizacji. Tym razem udaliśmy się do Cafe Faktoria, która to słynie z bezglutenowego menu oraz szerokiego wyboru kaw. Napoje podzielone są na sekcję zwykłą i ekskluzywną, a spośród wielu ziaren można sobie zażyczyć nawet słynną Jamaica Blue Mountain. To, czego brakuje, to alternatywne metody parzenia, które jeszcze do Kazimierza chyba nie dotarły. Wszystkie pozycje z listy deluxe przygotowywane są w ten sam sposób (w tygielku na gazie). Jak już wspomniałem, ciasta mają w Faktorii bezglutenowe, ale także całkiem spore. Zamówiliśmy dwa kawałki tortu, jeden sporządzany z z mąki kasztanowej, a drugi z dyniowej. Ciasto nie trzymało się tak ładnie formy, jak tradycyjna wersja z pszenicą, aczkolwiek nie było złe w smaku. Jak dla mnie jednak masa, którą zostało przełożone, okazała się zbyt zamulająca, tłusta i słodka jednocześnie. Zdecydowanie wolę coś lżejszego.

Nim się spostrzegliśmy, nadeszła niedziela i nadszedł czas na wyjazd. Przed południem pozostała chwila na śniadanie i herbatę. Tak się złożyło, że na naszej liście do odwiedzenia zostały jeszcze: U Fryzjera i Herbaciarnia u Dziwisza. W tym pierwszym miejscu raczyliśmy się bardzo dobrym śniadaniem po żydowsku, które inspirowane było wyraźnie tradycyjnym English breakfast, tyle że w judejskiej wersji. Kiełbaski, jajka, pyszne, puszyste grzanki, cebulka i pomidory zadowolą każdego głodomora. Zdecydowanie warto wstąpić. Dodatkowo skusiliśmy się na tatara, nasz papierek lakmusowy obok wołowego steku, który został podany bardzo efektownie i smakował całkiem nieźle. Wizyta u Dziwisza to już doświadczenie w innym stylu – złote ramy, lustra, antyki, książki. Do tego oczywiście główna bohaterka, czyli pyszna herbata. Tak jak prawdopodobnie tylko w Korzeniowej można napić się kraftowego piwa, tak najpewniej tylko u Dziwisza jest okazja zamówić lapsang souchong, czyli herbatę wędzoną, o zniewalającym aromacie ogniskowego dymu połączonego z ziemistością. Przy okazji herbaciarnia oferuje także zakup różnorakich liści do parzenia w domu. Ciast nie próbowaliśmy, gdyż już byliśmy pełni po śniadaniu.

Sylwestrowa wizyta w Kazimierzu okazała się dla nas bardzo udana, tak pod względem turystycznym, jak i kulinarnym. Bez wątpienia jest to piękne miejsce, idealne dla par, które chcą spędzić ze sobą romantyczne chwile we dwoje, a także dobrze zjeść, napić się smacznej kawy, ciekawej herbaty i dobrego piwa. Mam nadzieję, że mój miniprzewodnik pomoże Wam, gdy będziecie planować podróż w to magiczne miejsce. Dajcie znać, jakie Wy macie wrażenia z wizyty w tym urokliwym miasteczku i podrzućcie swoje propozycje!

 

Co i gdzie zjeść (i wypić) w Kazimierzu Dolnym?

Browar Golem zaprasza na premierę Dybuka!

Czasem bywa tak, że człowiek po prostu postanawia realizować swoje marzenia. Przestaje się bać, myśleć negatywnie i po prostu to robi. Przezwycięża strach. Wychodzi ze strefy komfortu. Wówczas może wszystko. Jesteśmy młodzi, zdrowi, mamy rodzinę, przyjaciół i trochę pieniędzy – i nie mamy zamiaru za to przepraszać. Mamy zamiar to wykorzystać. Nic nie stoi na przeszkodzie temu, byśmy kiedyś stali się najlepsi na świecie. Nie zdarzy się to od razu. Być może nie stanie się to nigdy, ale próbować -zawsze warto. Krok po kroku – ucząc się na własnych i cudzych błędach – trzeba pokonywać kolejne przeszkody i przekraczać granice. Trzymać miecz wysoko podniesiony do góry, nie poddawać się i iść prosto w ogień przeznaczenia. Ku chwale kraftowej rewolucji! Dawać ludziom świetne piwo, przekonywać, że warto chcieć więcej, mocniej, bardziej. Dążyć do tego, by każdy człowiek miał alternatywę dla bezsmakowego jasnego eurolagera z międzynarodowej korporacji. Dziś ruszamy w bój. Niech zwycięża dobre piwo! Niech ginie koncernowy eurolager!

O co w tym wszystkim chodzi?

Otóż, wraz z Michałem Kamińskim i Sebastianem Łęszczakiem – dwoma piwowarami domowymi z Poznania – postanowiliśmy powołać do życia inicjatywę kontraktową o nazwie Browar Golem. Dziś, 12 grudnia, o godzinie 20:00 w pubie Setka przy ul. Św. Marcin 8 w Poznaniu odbędzie się uroczysta premiera naszego pierwszego piwa. Dybuk to żytni porter, uwarzony z dodatkiem łuski kakaowej i… soli. Zawiera on 6,5% alkoholu, a jego ekstrakt wynosi 16 stopni Plato. W chwili, gdy to piszę, wszystkie kegi z naszym piwem już zostały sprzedane do pubów i hurtowni, podobnie jak 3/4 butelek. Dybuka możecie znaleźć w wielu miastach Polski, ze szczególnym akcentem położnym na te, które wiodą prym w piwnej rewolucji. Jeśli chodzi o sklepy, to możliwe jest, iż nasze debiutanckie piwo znajdziecie także w innych miejscach – o ile zamówiły butelki z jednej ze współpracujących z nami hurtowni. Mapkę dostępności możecie znaleźć na naszym fanpage.

Geneza nazwy i pomysł

12063877_1499227500371278_6686702008672625765_n.png

Poszukując nazwy naszego browaru, chcieliśmy, by nawiązywała ona w jakiś sposób do Poznania, w którym aktualnie mieszkamy, ale także nie była zbyt oczywistym skojarzeniem. Poza tym, chcieliśmy wzbudzić lekkie kontrowersje. Postać Golema związana jest nierozerwalnie z Jehudą Löw ben Becalelem – poznańskim, a później praskim rabinem, który według legendy utworzył ją z gliny, by bronić się przed antysemickimi atakami w czeskiej stolicy. Nawiązanie do kultury żydowskiej w kraju, gdzie często nie patrzy się na to dziedzictwo przychylnym okiem, spełniło swoją rolę. Bardzo ucieszyły mnie komentarze jednego z użytkowników YouTube, gdy pod recenzją Tomka Kopyry dał upust swojemu antysemityzmowi. Właśnie o to nam chodziło. Zatańczył dokładnie tak, jak mu zagraliśmy. Przynęta została złapana. Nie ukrywam, że chcemy prowokować różne środowiska, grać na stereotypach, burzyć pomniki i gwałcić społeczne tabu. Nazwa pierwszego piwa – Dybuk – to również nawiązanie do folkloru żydowskiego, przez co niektórzy od razu pomyśleli, że skoro browar i debiut nawiązują do tej kultury, to i następne piwa również takie będą. Otóż jeszcze was zaskoczymy. Nie będzie tak prosto i oczywiście. Dybuk to zbłąkana grzeszna dusza, która szuka człowieka, do którego może przylgnąć, zmieniając jej normalne zachowanie i przejmując nad nim kontrolę. Zgodnie z barwą piwa, ciemne trunki nazywać chcemy w sposób szeroko mówiąc demoniczny, a jasne – w anielski. Dziś Dybuk przylgnie do wielu z was. Miejmy nadzieję, że wasza wspólna sensoryczna podróż będzie przyjemna.

Jaki jest Dybuk?

12311082_1506990586261636_7311403130136984446_n.png

Do produkcji Dybuka użyliśmy pięciu słodów: pale ale, żytniego (30%), czekoladowego, karmelowego i barwiącego, chmielu Magnum, łuski kakaowca, soli i amerykańskich drożdży. Spory dodatek żyta nadał mu oleistej konsystencji i gładkiej faktury. W połączeniu z niskim wysyceniem dwutlenkiem węgla, piwo jest bardzo pijalne i tworzy aksamitny film na języku. Połączenie słodu czekoladowego, łuski kakaowca, całkiem sporej chmielowej goryczki i soli nadało Dybukowi mocno czekoladowy charakter, porównywalny z jedzeniem gorzkiej czekolady. Próg wyczuwalności soli każdy ma inny, więc dla jednego degustatora będzie ona jedynie intensyfikować słodycz (spróbujcie kiedyś wypić espresso z odrobiną soli), a dla innego rzeczywiście nada słony charakter. Dybuk nie jest piwem jednowymiarowym i – jak już pokazały pierwsze relacje – każdy odbiera go nieco inaczej. Wszyscy mamy bowiem inaczej rozwiniętą wyczuwalność niektórych smaków. Podsumowując, Dybuk to nisko wysycone ciemne piwo, o profilu wyraźnie czekoladowym, z oleistą, gładką teksturą, okraszone ciekawymi dodatkami i goryczką o średnio-wysokiej intensywności w odniesieniu do stylu. Nasz debiut oceniamy pozytywnie. Wiemy, co należy poprawić w następnej warce – i tak też uczynimy. Będziemy się rozwijać, uczyć na błędach i stawać się coraz lepsi. Jeśli chcesz być najlepszy, musisz myśleć tak, jak najlepsi.

Zaproszenie

Jpeg

Jeśli chcesz spróbować Dybuka, zapraszamy dziś (sobota, 12 grudnia) o godzinie 20:00 do pubu Setka przy ul. Św. Marcin 8 w Poznaniu. Oprócz samego piwa przygotowaliśmy inne atrakcje: będzie można nabyć nasze koszulki, wziąć udział w konkursie, a także spróbować food pairingu, jaki własnoręcznie przygotowałem. Jeśli jeszcze nie korzystacie ze znakomitej aplikacji Uber, umożliwiającej podróże po mieście prywatnymi samochodami i wpisującej się w trend peer-2-peer economy, możecie dojechać na naszą imprezę za darmo. Wystarczy ściągnąć apkę i przy rejestracji wpisać kod GOLEMDYBUK. Dzięki temu zyskacie jeden darmowy przejazd.

Jeśli zaś jesteście z Bydgoszczy, wpadnijcie jutro do pubu Prolog 9 przy ul. Pod Blankami 13 / Długiej 18. Tam także będziemy razem z wami.

Nasze piwo poleje się także w wielu miejscach w całej Polsce, a mapkę dostępności znajdziecie na naszym fanpage.

Do zobaczenia i smacznego!

Browar Golem zaprasza na premierę Dybuka!

Poznańskie Targi Piwne 2015

Cóż to była za końcówka miesiąca! Najpierw Poznańskie Targi Piwne, potem cały tydzień kosztowania gamy baśniowych interpretacji podczas X Culinary Fest, a na koniec jeszcze encore w postaci Steak by Steak, czyli to – co mięsożercy lubią najbardziej. Zacznijmy jednak chronologicznie.

P_20151121_192935.jpg

Na targi trafiłem w piątkowe popołudnie, po delikatnym biforku na rozbudzenie apetytu. Ekipa Poznańskiej Loży Piwnej zaczęła się powoli kompletować, więc można było rozpoczynać wspólne degustacje. Zanim jednak do nich przejdziemy, kilka słów o całym przedsięwzięciu. Czytelnikom winny jestem przede wszystkim sprostowanie, gdyż zapowiadałem, iż –wzorem zeszłej edycji – będzie można nabyć na PTP sery od Marka Grądzkiego. Tym razem jednak takiej możliwości nie było – a szkoda, bo bardzo na nie liczyłem. Drugim minusem – na szczęście w porę zażegnanym przez ludzkie działanie – były wybitnie… niefestiwalowe pojemności lanego piwa przez dużą część wystawców. Idąc na taką imprezę, chce się spróbować jak największej ilości różnych propozycji, a nie stać przed wyborem: 0,3 czy 0,5 litra. Jak jednak napisałem – ludzkie działanie zwyciężyło i w dalszej części imprezy właściwie u wszystkich można było napić się piwa o mniejszej pojemności. Za ten początkowy zgrzyt nie mogę jednak winić ani browarów, ani organizatorów, lecz jedynie opresyjne, fiskalne państwo, które chce regulować każdy element naszego życia – oczywiście dla naszego dobra. Poza tym, impreza była okazją do spotkania się w gronie znajomych, wspólnych rozmów, śmiechów, żartów i – oczywiście – degustacji. Oprócz tego mogłem spotkać także tych, którzy w Poznaniu nie bywają zbyt często. Piwnej integracji nie było końca. Nie zabrakło też wspólnych śpiewów, zdjęć i nawiązywania nowych znajomości. Ostatecznie – piwa można się napić samemu w domu – a na festiwal idzie się po to, by pobyć z ludźmi, którzy są podobnie zakręceni na jego punkcie.

P_20151121_231938.jpg

Degustacje zaczęły się od mocnego uderzenia, mianowicie od Samca Alfa, imperialnego stoutu z płatkami z beczki po bourbonie, zaprezentowanego gościom przez browar Artezan. Poprzeczka została zawieszona bardzo wysoko, gdyż mieliśmy tu niebywałe uderzenie słodyczy, wanilii i czekolady, delikatną nutę kawową, a to wszystko podane w gęstej, treściwej teksturze. Właściwie do końca imprezy ciężko było o coś równie pysznego. Wielka klasa i brawa dla piwowarów. Od początku nastawiałem się właściwie głównie na RISy, gdyż jest to mój ulubiony styl, a takie wydarzenie to doskonała okazja, by spróbować ich wiele. Kolejnym piwem w tym stylu, wartym uwagi, jest kooperacja browaru Bednary z poznańską Centralą Piwną. Saint Satanislav prowokuje bluźnierczą etykietą, za co już ma plusa, gdyż sztuka (a kraft sztuką jest!) spełnia swoje zadanie, gdy przekracza granice, depcze autorytety i przełamuje tabu. Dla mnie istotną informacją był fakt, iż piwo to zostało uwarzone z udziałem słodu wędzonego torfem – zdecydowanie mojego ulubionego. Oczywiście, jako zwolennik posmaków mocno dymionej whisky, chciałbym, aby sypnięto go nieco odważniej, ale na to pewnie przyjdzie jeszcze czas. RIS ten nie jest zbyt mocny (8%), więc i tekstura nie sprawia wrażenia bardzo gęstej. Satanislav daje jednak bardzo fajne wrażenia smakowe w postaci czekoladowego likieru z truflowo-kawową nutą. Z pewnością ten kooperacyjny wypust oceniam pozytywnie i liczę na powtórkę. Spośród nowych mocarzy dane było mi jeszcze spróbować dwóch. Wzmocniony quadrupel Fest Buba z SzałuPiw – mała próbka wzięta od kogoś dała mi wrażenie, że jest to piwo potężne, przed którym czuje się respekt, ale jednocześnie fajnie ułożone i owocowe. Natomiast One At All z Beer Bros to – niestety – największa porażka targów jeśli chodzi o RISy. Nie zaklasyfikowałbym w ogóle tego piwa do tej kategorii – 18 blg to stanowczo za mało, by stawać w szranki z rywalami klasy wspomnianego na początku Samca Alfa. W nosie kawa zbożowa z mielonych żołędzi i sporo siarki. W ustach lekki kwasek, trochę dyskontowej kawy i wodnistość. Nie dopiłem, a to rzadkość. Pozostając w klimatach mocnych, jednak już klasycznych, polskich – czas powiedzieć coś o dwóch porterach bałtyckich. Pierwszy z nich to wersja 24 blg z Chmielarium (na szczęście pijąc z beczki nie widać tych strasznych etykiet…). Aromatycznie mocno przeciętnie, ale w smaku już pojawia się trochę czekolady. Dziesięciu procent alkoholu też jakoś mocno nie czuć. Na pewno piłem lepsze bałtyki, ale ten zły nie był. Zdecydowanie lepiej zaprezentowało się, zdaniem wielu, najlepsze piwo premierowe na PTP – 652 m n.p.m. z Podgórza. Poddany rocznemu leżakowaniu w browarze porter bałtycki zyskał świetny czekoladowy front, który świetnie współgrał z nutami pumpernikla i śliwki kalifornijskiej. Alkohol ułożony doskonale. W odczuciu pełne, gładkie, deserowe. Jeśli ktoś jeszcze nie próbował, to koniecznie powinien to zmienić!

P_20151121_191525.jpg

Oprócz piw bardzo mocnych, z premierowych propozycji spróbowałem czegoś, co wzbudzało nieufność. Mianowicie Cherry Milk Stoutu z browaru Amber. Mimo że czasy, gdy piwa z Ambera, Ciechana czy Fortuny na tle eurolagerowej pustyni zachwycały, bezpowrotnie minęły, to nadal jestem zdania, iż browary z segmentu regionalnego potrafią pozytywnie zaskoczyć, co umiejętnie udowodnił niedowiarkom Kormoran serią Podróże Kormorana. Niestety, tu miłej niespodzianki nie było. Trochę zbożowej kawy, ciut masła i wiśniowy kwasek. Spodziewałem się raczej mocno słodkiego (od laktozy), solidnie palonego, ale i czekoladowego piwa, z nutą znaną z likierowych czekoladek z wiśnią. Tu jednak tego nie było. Aby zakończyć degustacyjne wrażenia (było ich więcej, ale nie sposób o wszystkich pisać) pozytywnie, dodam, że Dwa Smoki z beczki po starce z Pracowni Piwa pachniały ciekawie i równie fajnie smakowały, choć mogło to nieco przywodzić na myśl aromat młodego domowego piwa. Także próbowana po raz pierwszy Cascara z Artezana wywarła spore wrażenie na mych kubkach smakowych. Sam będę musiał tego dodatku użyć w którymś ze swoich piw. Spoza wymienionych propozycji, jak zwykle klasę trzymały Kingpin, Birbant i niezwykle aktywny jeśli chodzi o liczbę nowych piw Browar Setka.

P_20151121_202051.jpg

Poza degustacjami, goście mogli skorzystać z bardzo smacznych propozycji gastronomicznych (choć i tak tęsknię za serami z zeszłego roku…) w postaci burgerów, pizzy, zapiekanek, frytek, wypieków z Masz.Babo.Placek, suszonej wołowiny czy litewskich wędlin. W chwili przerwy dla żołądka zaś, można było posłuchać muzyki, wykładów zaproszonych gości oraz być świadkiem rozdania nagród Konkursu Piw Rzemieślniczych – przeniesionego z Festiwalu Birofilia, a także Konkursu Piw Domowych. Szkoda, że nie wszystkie liczące się w Polsce browary wystawiły swoje piwa w kategoriach konkursowych, gdyż uczestnictwo Pracowni Piwa czy Artezana na pewno namieszałoby trochę w stawce. Ze swojej strony gratuluję tym, którzy zgarnęli medale, a zwłaszcza zdobywcy tytułu Kraftu Roku (za wędzony porter z Widawy) – Wojtkowi Frączykowi.

Jpeg

 

Dziękuję organizatorom, że ponownie ogarnęli świetnie temat i sprawili, że spędziłem dwa (w niedzielę już odpoczywałem) dni pełne pozytywnych emocji i doskonałych doznań smakowych. Oby za rok było równie dobrze, a może i lepiej? Dziękuję też tym wszystkim ludziom, z którymi ten czas udało mi się przeżyć. Zarówno starym znajomym, jak i nowo poznanym. Do zobaczenia gdzieś na piwnym szlaku!

Poznańskie Targi Piwne 2015

3 Kolory – nowe menu!

Od ostatniej wizyty w restauracji 3 Kolory, położonej w malowniczej okolicy Jeziora Maltańskiego, minęło niezbyt wiele czasu, jednakże w zeszłym tygodniu nadarzyła się okazja, by ponownie skosztować ich świetnej kuchni. Tym razem pretekst do wizyty w tym lokalu stanowiła premiera nowego menu, z kilkoma ciekawymi propozycjami, które wcześniej nie były dostępne w regularnej karcie dań. Podczas uroczystej inauguracji mogliśmy spróbować degustacyjnych porcji siedmiu różnych propozycji – przystawek, dań jarskich, a także mięsnych.

Na pierwszy ogień poszły pierogi z tradycyjnym gęsim farszem, typowym dla okolic święta Świętego Marcina, w towarzystwie oliwy gryczanej i suszonej śliwki. Jako przetarcie szlaków, taka forma przystawki spełniła swoją rolę znakomicie. Ciasto było smaczne, farsz wyrazisty, a dodatki starannie zaplanowane i dobrane. Drugą propozycję stanowił racuch z cukinii, podany w akompaniamencie gravlaksu, szpinaku, kwaśnej śmietany i emulsji szczypiorkowej. Jako miłośnik łososia w każdej formie, dodatek rybny sprawił mi wielką radość, natomiast – niestety – racuch ociekał tłuszczem. Taka jednak jest charakterystyka cukinii, że bardzo szybko nasiąka olejem. Nie mój klimat, aczkolwiek innym to nie przeszkadzało. Zdecydowanie najbardziej aromatycznym akcentem wieczoru okazała się podwędzana sezonowana wołowina, której towarzyszył burak, szparagi i rukola. Zapach wędzarniczego dymu – jeden z moich ulubionych w całym sensorycznym spektrum – sprawił, że porcja bardzo szybko zniknęła z mojego talerza. Pozostali uczestnicy kolacji, zwłaszcza płci męskiej, również właśnie to danie wybrali najjaśniejszym akcentem wieczoru. Swoją drogą, była to ciekawa obserwacja antropologiczna. Mężczyźni zapytani o najsmaczniejsze danie wybrali mięso, a kobiety wykazywały już nieco odmienne preferencje. Wiele z nich postawiło na faszerowaną kaszą bul gur włoską kapustę, podaną w sosie z pieczonych buraków. Ta autorska i nowoczesna wariacja na temat popularnych w Polsce gołąbków przypadła paniom do gustu najbardziej. Jeśli chodzi o moją ocenę, to również jest pozytywna, ale – oczywiście – jak każdemu mięsożercy brakowało w tym wszystkim mięsa. Piąty punkt programu to poszetowany pstrąg w sosie estragonowym, z zielonym groszkiem, kapustą i boczkiem. Ten ostatni dodatek wywołał na mojej twarzy duży uśmiech, natomiast delikatna ryba na moje podniebienie była zbyt neutralna. Wolę bardziej zdecydowane smaki. Tych na szczęście nie zabrakło. Dwa ostatnie akty kolacji to zdecydowana mięsna uczta. Najpierw na stół wjechała pieczona wołowina w gęstym jusie, a do tego kopytka z serem plus warzywa. Mięso było bardzo aromatyczne i kruche, z wyraźnymi ciemnymi smakami, natomiast w tym wszystkim ginął dodany do sosu rozmaryn. Szkoda, gdyż to jedno z moich ulubionych ziół. Le grande finale nie stanowiło dla mnie żadnego zaskoczenia, gdyż grill stone, czyli niezwykle efektowne, samodzielne przyrządzanie wołowiny na rozgrzanym kamieniu z lawy wulkanicznej, w menu jest już nie od dziś i pisałem już o tym daniu ostatnim razem. Niestety, nadal temu spektakularnemu doświadczeniu towarzyszą bardzo mierne majonezowe sosy. Powtórzę się raz jeszcze – salsa z wędzonego chipotle podniesie ocenę tego dania do maksimum.

Nowe menu na pewno oferuje wiele ciekawych propozycji, ze szczególnym uwzględnieniem mocno dymionej polędwicy, pieczonej wołowiny i – mimo kiepskich dodatków – grill stone, choćby dla samego doświadczenia grillowania na lawowym kamieniu. Gusta miłośników dań bezmięsnych na pewno zaś zaspokoi faszerowana włoska kapusta. Kto jeszcze w 3 Kolorach nie był, zdecydowanie powinien spróbować nadmaltańskich przysmaków.

3 Kolory – nowe menu!

7 grup smakowych piwa + zaproszenie na Poznańskie Targi Piwne

Ale ja nie lubię piwa! – słyszeliście to pewnie nieraz, gdy próbowaliście zachęcić mało piwnego znajomego lub znajomą do spróbowania swojego nowego ulubionego rzemieślniczego trunku. Doświadczenie pokazuje mi jednak, iż bardzo wiele takich osób ze słowem piwo kojarzy jedynie jasnego lagera, i to takiego masowej, korporacyjnej produkcji. Zwykle zdarza się, że taka osoba poza tym próbowała co najwyżej piwa pszenicznego, a może nawet kiedyś w jej ręce wpadł porter bałtycki. Przy dostępnej gamie stylów piwa taka liczba na pewno nie robi wrażenia. O ile jestem świadom, że są nieliczni, którzy w ogóle alkoholu nie piją oraz ci, którzy rzeczywiście próbowali wielu różnych piw i żadne im nie zasmakowało, to jednak śmiało wysuwam tezę, że większość piwo może lubić, tylko jeszcze o tym nie wie. A konkretnie – jeszcze nie miała okazji spróbować takiego, które trafiałoby w ich gusta. To tworzy swoiste wyzwanie dla piwnych geeków, stojących w awangardzie rewolucji – zaprezentować, doradzić, pomóc – ale też nie zmuszać. Każdy człowiek ma inne potrzeby, a ten krótki poradnik pomóc ma tym, którzy wyrażają chęć poznania czegoś nowego oraz ich przewodnikom po świecie piw rzemieślniczych. Okazja do napisania tego tekstu jest bardzo dobra, gdyż już jutro zaczynają się Poznańskie Targi Piwne. Korzystając z tej okazji, przy omówieniu każdej grupy smakowej, postaram się dobrać i polecić konkretne piwo dostępne podczas tegorocznej edycji imprezy.

targi.png
Źródło: Poznańskie Targi Piwne

 

Kluczową sprawą w piwnej edukacji jest chęć poszerzenia strefy komfortu, a także niezatracenie młodzieńczego głodu poszukiwania czegoś nowego w tym świecie. Przecież jest cudowny, wielobarwny, zróżnicowany. To właśnie w jego heterogeniczności kryje się prawdziwe piękno, a nie w monotonnym powtarzaniu tego samego każdego dnia. Nie w tym, co znane, ale w tym, co nieznane. Jak śpiewał Tomek Żółtko, dziwne jest piękne – wciąż twierdzę tak, gorsząc dewotów. Inność jest wartością, którą cennie jest oswoić, by móc eksplorować kolejne obcości ad infinitum. Wśród znajomych nawet wprowadziłem do języka potocznego pojęcie pożeracza schabowego z mizerią na duraleksie (nb: nie ma nic złego w tradycyjnej kuchni, chodzi o podejście w stylu – to znam i tylko to jem/piję/akceptuję). Swoją drogą – przydałoby się jakieś chwytliwe, jednowyrazowe określenie. Pomożecie? Na pewno znacie takich ludzi. Piwo istnieje dla nich tylko po to, by się nawalić lub zaspokoić pragnienie w upalny dzień, jedzenie po to, by zaspokoić głód i mieć energię do pracy, a wakacje spędzają piętnasty raz w identycznym hotelu all-inclusive z przygotowanymi atrakcjami dla turystów, aby broń Boże żaden obcy element nie zakłócił ich strachliwego jestestwa, ani by sami nie musieli niczego nowego przeżywać. Boją się. Tkwią wygodnie w swojej ciasnej strefie komfortu. To też tworzy uprzedzenia, nieufność oraz niechęć do obcych – tak smaków, wrażeń, jak i ludzi. Ciągle to samo i tak samo. Nudna i zabijająca chęć życia rutyna. Emocje i zmysły wyłączone – tylko potrzeby podstawowe, celebracja przyzwyczajeń, mentalna starość, śmierć młodzieńczego zapału i ciekawości. I w tym krajobrazie beznadziejności nagle pojawiamy się my – rewolucjoniści – serwując im imperialnego stouta wędzonego na owczej kupie, sparowanego z tatarem z penisa łosia i miskę prażonych mączników młynarków jako przekąskę. Pokazujemy, że można – i że warto – chcieć od życia coś więcej. Obiecuję, że do tego tematu jeszcze wrócę, bo jest moim zdaniem bardzo ciekawy i wymaga dłuższej analizy, jednak dziś skupię się na grupach smakowych piwa, które mogą niejako nakierować na właściwe style raczkujących adeptów kraftu. Nie jest to w żaden sposób mój autorski podział, ani nic odkrywczego dla osób, które już w świecie piwnym od dłuższego czasu się poruszają, jednak może pomóc on zarówno mało doświadczonym rewolucjonistom w piwnej ewangelizacji znajomych, jak i laikom chcącym zgłębić temat. Autor koncepcji grup smakowych – Greg Engert – piwny sommelier, piwowar, ambasador kraftu i restaurator – podzielił piwa na: orzeźwiające, chmielowe, słodowe, palone, wędzone, owocowo-przyprawowe i cierpkie.

11825567_413222022135757_9206263445953118493_n.jpg

Źródło: Browar Artezan

 

Piwa orzeźwiające to najpopularniejsza grupa na rynku, stanowiąca, myślę, ponad 90% ogólnej światowej produkcji. To do niej zaliczymy większość asortymentu osiedlowych sklepów, marketów, a także browarów lubujących się w klasyce. Napoje z tej grupy mają przede wszystkim oferować czysty, orzeźwiający, nienachalny profil smakowy. W większości nie są ani zbyt mocne, ani nie posiadają zbyt wiele ciała. Ich barwa zazwyczaj oscyluje od słomkowej do jasnobursztynowej. Osoby głęboko tkwiące w strefie komfortu i niechcące od razu rzucać się na głęboką wodę, mogą zacząć choćby od delikatnie owocowego estrowego profilu American blond ale czy American wheat, zachowujące przy tym cechy trunku najważniejsze dla piwosza o klasycznym guście. Z kolei komuś poszukującemu nut ciasteczkowych, chlebowych czy tostowych – lepiej polecić piwo dolnej fermentacji typu lager wiedeński, helles czy mocniejsze, charakteryzujące się bogatą słodową pełnią, marcowe. Osobom pragnącym nieco większej goryczki czy ziołowo-ziemistego charakteru europejskiego chmielu, warto zaserwować porządnego pilsa (tu bardzo łatwo o przekłamanie, gdyż wiele kiepskich koncernowych eurolagerów mieni się pilsami) czy – tu już bardziej rewolucyjnie – India pale lager, czyli piwo dolnej fermentacji, zachowujące czysty profil, ale już z użyciem amerykańskiego chmielu, dającego nuty cytrusowe, tropikalne czy żywiczne. Pierwsza z opisywanych grup jest najmniej ciekawa dla piwnego świra i rewolucjonisty, jednak może stanowić najbezpieczniejszą opcję dla osób głęboko zakorzenionych w tradycji. Zauważyłem, że wśród osób, które spędziły sporo czasu w Niemczech (np. jako gastarbeiterzy) to właśnie orzeźwiające piwa zyskują najlepsze oceny. A co do takiego piwa podać? Doskonale łączy się z nim drób, mięczaki, sezonowe warzywa i owoce czy sushi. Świetnym połączeniem na wiosnę może być sałatka z nowalijek spożywana na świeżym powietrzu przy akompaniamencie mocno chmielonego niemieckiego pilsa. Pycha!

Propozycje targowe: Artezan – Cymbopogon, Beer Bros – Pierwsza prosta, Browar Stu Mostów – WRCLW Pils

885586_545315015617352_3489503978230048356_o.jpg

Źródło: Browar Trzech Kumpli

 

Drugą grupę stanowią piwa o zdecydowanie chmielowym charakterze, w których pierwsze skrzypce mają grać nuty pochodzące z różnych odmian tej rośliny, stanowiącej – wbrew powszechnej opinii – jedynie przyprawę do piwa. Poza walorami aromatycznymi, piwa z tej grupy charakteryzować się będą intensywną goryczką, a także nieco większym ciałem i ciut ciemniejszym kolorem niż te z pierwszej kategorii. Nie są to oczywiście złote zasady, gdyż zawsze można znaleźć wyjątki, np. w postaci ultrajasnego, bardzo wytrawnego IPA z zachodniego wybrzeża USA. Aromat chmielowy w świecie rewolucyjnym jest tak różnoraki, że naprawdę każdy może znaleźć coś dla siebie. Od szlachetnych, kultywowanych od lat odmian europejskich, dających nuty ziemiste, ziołowe, kwiatowe, lekko drewniane czy tytoniowe, przez pionierów rewolucji – czyli mocno grejpfrutowe, cytrusowe, tropikalne i leśne odmiany amerykańskie – aż po post-rewolucyjne eksperymentalne efemerydy, dające tak odległe od klasyki wrażenia sensoryczne jak melon, liczi, cebula czy… nafta. Chcąc poznać cały przekrój, najlepiej spróbować klasycznego angielskiego bittera, w którym użyto brytyjskiego chmielu, następnie dać szansę piwu z solidną podbudową słodową, która kontruje goryczkę i dodaje złożoności, jak np. American barleywine, by w końcu trafić na symbol piwnej rewolucji, czyli wytrawne, ultragoryczkowe, uderzające z siłą bomby atomowej w nozdrza cytrusem i sosną American IPA – najlepiej świeże i zza oceanu. Trzeba tu jednak mieć się na baczności, gdyż łatwo trafić na minę. W dzisiejszych czasach jest to najpopularniejszy styl warzony przez browary rzemieślnicze, więc zamiast superchmielowej bomby, można otrzymać przeciętny, karmelowy egzemplarz o znikomym profilu chmielowym. Warto też sięgnąć po nieco mniej goryczkowe i bardziej sesyjne American pale ale, a także mocniejsze double/imperial IPA. Kolejnym krokiem będzie już próbowanie eksperymentalnych odmian chmielu oraz stylów hybrydowych, jak Belgian IPA, black IPA, wild IPA czy smoked IPA. Co do food pairingu, to ucztę mogą tu mieć wielbiciele zdecydowanych smaków: ostre, dojrzewające sery, burgery, dziczyzna czy steki to pierwsza myśl, jaka się mi nasuwa. Idealnym połączeniem wydaje się świeżutkie American IPA z małego browaru z zachodniego wybrzeża USA, pite do krwistego steku z polędwicy wołowej. Mimo późnej pory – zrobiłem się głodny.

Propozycje targowe: Browar Setka/Browar Jana – Ardeny’44, Artezan – Preparat, Trzech Kumpli – Pan IPAni, Pracownia Piwa – Dwa Smoki, Artezan – Mera IPA

ROBD_4-pack_mockup-410.png

Źródło: Smuttynose

 

Kolejny zestaw piwnych stylów to te, które na pierwszym planie stawiają stronę słodową. Napoje z tej grupy charakteryzują się nutami orzechów, toffi, karmelu, a także ciasteczek, tostów czy chleba, a ich barwa oscyluje wokół miedziano-brązowej. Propozycje podkreślające tostowe, ciasteczkowe, chlebowe i orzechowe nuty to np. dark mild, dunkel lager, brown ale, altbier czy doppelbock, który jest zdecydowanie najmocniejszy z tego zestawu, a do tego charakteryzuje się sporą zawartością melanoidyn, czyli związków powstałych w wyniku połączenia cukrów i aminokwasów, przywodzących aromatycznie na myśl przypieczoną skórkę od chleba czy mocno zbrązowioną wierzchnią warstwę steku. Przy ciemniejszych i mocniejszych piwach z tej kategorii, można wyczuć też nuty suszonych owoców, rodzynek czy fig. Do tej samej kategorii można zaklasyfikować trunki ukazujące mocno owocową stronę słodową, w postaci dojrzałych jabłek, śliwek, czy wspomnianych suszonych fig, rodzynek, a także moreli, daktyli czy nawet pumpernikla oraz te z mocnymi akcentami toffi i karmelu. Do tej podgrupy zaliczymy brytyjskie style, takie jak Scottish ale, wee heavy, Irish red ale czy English barleywine, ale także ukazujące unikatowy charakter belgijskich drożdży Belgian pale ale. Tego typu piwa pijemy raczej do potraw o zdecydowanym, lecz nie przesadnie, smaku, najlepiej nieco oddalonym od słodkiego, by podkreślić kontrast. Dobra wędlina, pleśniowe sery czy nawet prawdziwa włoska pizza może być świetnym pairingiem dla opisywanej grupy.

Propozycje targowe: Smuttynose – Really Old Brown Dog Ale, Beer Bros – Fenegryka Ale

11223565_1218039334889874_940764274527259622_o.jpg

Źródło: Browar Kingpin

 

Piwa palone to kategoria, która może zarówno zaciekawić, jak i odrzucić nowicjusza. Z jednej strony mamy tu bowiem tak mainstreamowe style jak dry stout (a przecież każdy słyszał o Guinnessie, a i większość piła), a z drugiej stouty imperialne, czyli piwa bardzo mocne, złożone, palone, pełne, a do tego często posiadające nuty pochodzące z beczek dębowych, w których nierzadko leżakują. Wszystkie te piwa mają raczej ciemną barwę, natomiast występują zarówno w wersji wytrawnej, jak i pełnej. Delikatniejsze style, dające jedynie palone tło, trochę zbożowej kawy, orzechów i mlecznej czekolady, to np. schwarzbier, foreign extra stout czy klasyczny, zniewalający czekoladą, kawą i suszonymi owocami porter bałtycki . Jeśli chcemy spróbować czegoś o bardziej aksamitnej teksturze, osadzającej się na języku niczym krem lub olej, warto sięgnąć po oatmeal stout, w którym zastosowano niesłodowane płatki owsiane w celu uzyskania opisywanego odczucia w ustach. Chcąc zaś przekonać do ciekawego piwa osobę lubującą się w słodyczach, można zaproponować jej milk stout, czyli piwo z dodatkiem niefermentowalnej (a więc pozostawiającej słodycz) laktozy. Należy przy tym pamiętać, iż laktoza jest silnym alergenem, więc upewnijmy się, że osoba pijąca milk stouta nie jest na nią uczulona. Bardziej złożone i zdecydowane smaki poznamy próbując takich stylów jak American brown ale, American stout czy imperial stout. Zwłaszcza piwa określane tym ostatnim mianem warte są uwagi każdego degustatora. Dość powiedzieć, że na popularnych portalach z recenzjami i ocenami piw, takich jak RateBeer czy Beer Advocate, w czołówce rankingu większość piw to właśnie imperialne stouty. Dzieje się tak dlatego, że są to piwa najbardziej złożone, najbardziej bogate aromatycznie i smakowo, dające coś, co degustatorzy nazywają beergasmem, czyli orgazmem (sensorycznym) poprzez piwo. Najlepsze z najlepszych propozycji poddawane są długotrwałemu leżakowaniu w dębowych beczkach po destylatach, przejmując od nich zarówno wanilinę z drewna, jak i cechy trunku, który wcześniej przebywał w tym samym lokum. Zapewniam Was, że nie ma nic lepszego, niż imperialny stout długo leżakowany w beczce po dobrej, torfowej whisky. Takie warte są każdej ceny. Do lżejszych propozycji z tej kategorii można zjeść dobrze przyrządzonego kurczaka lub owoce morza, do słodszych ciekawy deser przełamany np. kwaśną śmietaną lub owocami, a do najcięższych zawodników mocno spieczoną na grillu wieprzowinę, żeberka, karmelizowany bekon lub dżem z boczku. Teraz dopiero zrobiłem się głodny…

Propozycje targowe: Kingpin – Turbo Geezer, Pinta – Lublin To Dublin 2015, Kraftwerk/Wąsosz – This Is Kraft Bitch, Podgórz – 652 m n.p.m., Birbant – Russian Imperial Stout Barrel Aged, Bednary/Centrala Piwna – Saint Satanislav, Artezan – Samiec Alfa Barrel Aged, Pracownia Piwa – Mr Hard Rock’s

12248221_908017399266462_1270059005931990525_o.jpg

Źródło: Browar PINTA

 

Idąc w jeszcze trudniejsze dla nowicjuszy aromaty, nie można zapomnieć o piwach wędzonych – czyli takich, w których użyto słodu poddanego wcześniej działaniu dymu. Zależnie od jego źródła, może on wnieść przeróżne aromaty, od ogniska, przez szynkę i oscypek, po palone kable, lizol i zużyte bandaże. Piwa mogą nabierać także aromatów wędzonych poprzez długotrwałe leżakowanie w beczkach po destylatach, w których produkcji użyto słodów wędzonych (np. szkocka whisky z wyspy Islay). Mimo że połączenie takich wrażeń zmysłowych z piwem na pierwszy rzut oka wygląda dość dziwacznie, to doświadczenie pokazuje mi, że często trafiają one do ludzi, którzy nie przepadają za piwem. Moja Ukochana, na przykład, piwa nie lubi, ale dobrą wędzonką nie pogardzi. Poza klasycznym niemieckim rauchbierem, właśnie do piw wędzonych zalicza się rdzennie polski styl – piwo grodziskie – lekki pszeniczny trunek z bazą słodową dymioną drewnem dębowym. Jakie jedzenie pasuje do tej grupy? Dobra, długo dojrzewająca kiełbasa, szynka wieprzowa, dziczyzna czy wędzony halibut na pewno stanie się znakomitym dopełnieniem smakowitego akordu.

Propozycje targowe: Pinta – Jak w dym, Browar z Grodziska – Piwo grodziskie, AleBrowar – Smoky Joe

12184068_1671490323069180_6991543921197618375_o.jpg

Źródło: Browar Profesja

 

Szósta kategoria smakowa to piwa o charakterze owocowym i przyprawowym. Tu należy od razu zaznaczyć, że nie są to trunki z dodatkiem syropu owocowego, a przyprawowość zazwyczaj pochodzi ze związków chemicznych produkowanych przez specjalne szczepy drożdży. Piwa z tej grupy możemy śmiało polecić ludziom, którzy twierdzą, że piwo jest dla nich za gorzkie. Wynika to z faktu, że nadmierna goryczka wysuwałaby się na pierwszy plan, lub byłaby zbyt wyraźnie zaznaczona. Od wieków najlepsze piwa z tej kategorii warzy się w Belgii, a także w browarach umiejscowionych w innych krajach, ale czerpiących z belgijskich tradycji piwowarskich. Oprócz nich, także do tej grupy należy zakwalifikować klasyczne niemieckie piwo pszeniczne w stylu hefeweizen. Spośród opisywanych tu trunków, wyróżniamy jasną i ciemną grupę aromatyczno-smakową. W przypadku tej pierwszej nasze zmysły otrzymają solidną dawkę pochodzących z estrów owoców w postaci dojrzałego jabłka, gruszki, brzoskwiń, moreli i jasnych owoców (jasne piwa belgijskie), a także bananów (niemiecka pszenica). Do tego często możemy spotkać charakterystyczny smak gumy do żucia oraz pochodzące z fenoli przyprawy takie jak goździki, pieprz czy gałka muszkatołowa. W przypadku niektórych piw używa się także dodatków, takich jak skórka pomarańczy i kolendra (witbier), zioła zastępujące chmiel (gruit) czy praktycznie dowolnych ingrediencji w przypadku wariacji na temat stylu saison. Druga z podgrup idzie raczej w stronę ciemnych i suszonych owoców, takich jak figi, śliwki, rodzynki i wiśnie, uzupełniając je podobnym przyprawowym charakterem, co jasne odpowiedniki: pieprz, cynamon, goździki, gałka muszkatołowa. Egzemplarze o pełniejszym ciele przemycą także do naszych zmysłów nuty opisywane wcześniej w przypadku ciemnych piw o profilu słodowym, takie jak karmel, orzechy, czekolada czy toffi. Warto sięgnąć po klasycznego belgijskiego dubbla czy quadrupla, a także niemieckiego weizenbocka. Jeśli chodzi o pairing, to sensoryczna charakterystyka tej grupy współgra znakomicie z owocami morza, a także pikantnymi daniami i wędlinami.

Propozycje targowe: Erdinger – Weissbier, Profesja – Pielgrzym, Jan Olbracht – Pomarańczarnia króla, Pracownia Piwa – Hey Now, Trzech Kumpli – Otwarcie sezonu

12066043_1713810355499514_4452075780896470420_n.png

Źródło: Browar Setka

 

Ostatnią z opisywanych kategorii są piwa cierpkie i kwaśne. W obecnej fazie światowej rewolucji są to najmodniejsze style, więc chcąc być na czasie, należy koniecznie ich spróbować. Występują one we wszystkich barwach i nie znają granic jeśli chodzi o moc. Można spotkać bardzo lekkie (berliner weisse), ale też bardzo mocne (sour imperial stout) style. Na początek przygody z piwami kwaśnymi proponuję zacząć od delikatnych, lekkich kwasów, takich jak niemieckie berlinery, gose czy lichtenhainery. Mają one umiarkowaną kwasowość, są orzeźwiające i dość owocowe, cytrusowe, a czasem wręcz cytrynowe. W aromacie nie czuć typowych dla belgijskich wariantów nut określanych jako stajenne i wiejskie, natomiast mogą pojawić się aromaty wędzone (lichtenhainer) oraz akcenty… słone (gose). Nie należy się ich bać, gdyż razem tworzą unikatowe i bardzo ciekawe połączenie. Bardzo często również spotykam się z twierdzeniem: nie lubię piwa, ale bardzo lubię wino. Takiej osobie od razu można zaproponować dobrego krieka albo leżakowane w dębowej beczce flanders red ale. Spora cierpkość, owocowe bogactwo (w przypadku lambików także w wyniku dodatku owoców), a również często nuty waniliowo-drewniane pochodzące z beczek powinny zadowolić koneserów dobrego wina. Część osób, która pierwszy raz próbuje tego typu trunków, wręcz opisuje swoje wrażenia jako bardziej winne, aniżeli piwne. Jeszcze inny podtyp w tej grupie to wspomniane wcześniej aromaty stajenne, końskie, wiejskie czy skórzane – pochodzące z efektów pracy dzikich drożdży, czy to dodanych przez piwowara, czy też fermentujących spontanicznie. Mamy tu też wyraźne akcenty ziemiste, nuty jasnych winogron, a niekiedy… octu. Jeśli ktoś jest gotowy na takie przeżycia, powinien sięgnąć np. po klasyczne oude gueuze, tradycyjnego lambika bez dodatku owoców lub po jeden ze stylów hybrydowych, gdzie dodatkowo otrzyma jeszcze cechy charakterystyczne dla jednej z pozostałych opisywanych grup. Pomyślcie o wędzonym torfem, mocno chmielonym, kwaśnym imperialnym stoucie leżakowanym w beczce po Lagavulin, z dodatkiem chili i kawy. Na samą myśl cieknie mi ślina. Do piw kwaśnych pasuje najlepiej dobre mięso, owoce morza i aromatyczne sery, ale także owoce i nieprzesłodzone desery lodowe.

Propozycje targowe: Pinta – Kwas Gamma, Pinta – Kwas Delta, Browar Setka – Kapitan Drake, SzałPiw – Vaccinium corymbosum sagax, SzałPiw – Oxycoccus audax, SzałPiw – Cerasum alacre, Piwoteka – Zośka straszybotka

Mimo obszernego opisu, klasyfikacja ta nie jest ostatecznym uszeregowaniem sensorycznych doznań, jakich możemy doznać pijąc piwo. Nie możemy zapominać o stylach hybrydowych, nabieraniu przez trunki cech destylatów dzięki beczkom, w których piwo leżakuje, a także o popularnych dodatkach, takich jak kawa czy chili. W piwnej rewolucji chodzi o to, by przekraczać granice. Ze swej natury jednak, rewolucja musi być permanentna, gdyż zawsze po złamaniu jednego tabu w piwnym światku, pojawia się kolejne. Na szczęście, eksperymentatorów nie brakuje. Nadmienię tylko, że istnieje browar o nazwie Brugghús Steðja w Islandii, który uwarzył piwo z dodatkiem… wędzonych na owczej kupie jąder finwali. Na tym polega właśnie rewolucja. To jest, kurwa, prawdziwy kraft, który nie bierze jeńców!

5B9A1954.jpg

Źródło: draftmag.com

 

O ile – niestety – Hvalur 2 nie będzie dostępny na Poznańskich Targach Piwnych, już jutro zapraszam serdecznie wszystkich do Poznania, by przyszli na MTP i spróbowali w życiu czegoś nowego. Kupcie bilet i dobre, degustacyjne szkło, podchodźcie do stoisk, proście o próbki i kupujcie małe porcje. Dzięki temu poznacie więcej smaków, a przy tym minie trochę czasu, nim zaburzycie sobie percepcję. Targi to doskonała okazja do tego, by poszerzyć strefę komfortu i poznać świat piwa bardziej całościowo, odkryć nieznane jeszcze dla siebie smaki. Może i wy zakochacie się w piwnej rewolucji i przekonacie się, że piwo to nie tylko jasne pełne pite w upalny dzień na plaży z plastikowego kubka. Może i wy zobaczycie, że piwo jest równie bogate sensorycznie co wino. Odkryjecie, być może ku własnemu zdziwieniu, iż piwo można nie tylko żłopać, ale i degustować. Przyjdźcie, stuknijcie się ze mną szkłem i celebrujcie różnorodność. Tak jak w każdym innym aspekcie życia, tak i w piwie – jednorodność jest nudna, a wielobarwność daje radość z naszego krótkiego ziemskiego życia i pozwala czerpać coraz to nowe wrażenia. Czym innym bowiem jest życie, jak nie kolekcjonowaniem wspomnień? Zadbajcie o to, by mieć co wspominać na starość. Nieważne, czy macie 18, czy 80 lat. Póki macie marzenia i nie boicie się przekraczać granic strefy komfortu, jesteście młodzi. Życie dzieje się teraz. Nie pozwólcie mu uciec przez palce. Trzecie już Poznańskie Targi Piwne odbędą się w dniach 20-22 listopada na terenie Międzynarodowych Targów Poznańskich. Oprócz piwa, na gości czeka masa innych atrakcji, łącznie z paradą food trucków oraz serami od mistrza Marka Grądzkiego. Do zobaczenia na miejscu!

7 grup smakowych piwa + zaproszenie na Poznańskie Targi Piwne

Premiera Browaru Setka – Kapitan Drake

W ubiegłym tygodniu miałem przyjemność uczestniczyć w oficjalnej premierze pierwszego piwa z nowego browaru na poznańskiej mapie piwnej. O ile inicjatywa jest nowa, to już marka i ludzie stojący za nią są dobrze znani wszystkim miłośnikom dobrego piwa w mieście. Mowa oczywiście o Browarze Setka, utworzonym przez ekipę znanego i lubianego wielokranu o tej samej nazwie.

JpegPierwsze piwo Grzegorz, Seweryn i Maciek uwarzyli w Widawie, u doświadczonego Wojtka Frączyka, dopełniającego skład Browaru Setka – i od razu uderzyli z grubej rury jeśli chodzi o styl. Nie wypuścili na rynek kolejnego podobnego do siebie pale ale z amerykańskim chmielem, lecz postanowili zaszaleć z ambicją i kreatywnością. Ich debiut – Kapitan Drake – to mojito gose, czyli piwo kwaśne, słone, doprawione limonką, a na dodatek chmielone na zimno Mosaikiem. Już przed spróbowaniem tego trunku należało wyrazić swój podziw za odwagę. Przynajmniej ja, jako człowiek uwielbiający wszelkie eksperymenty i dziwactwa w każdej dziedzinie życia, na pewno przyjąłem wiadomość odnośnie stylu debiutanckiego piwa Setki z szerokim uśmiechem na ustach.

JpegPiwo prezentowało się niczym świeżo wyciskany sok z cytryn pity w letnim ukropie na Starym Rynku podczas podziwiania skąpo ubranych kobiet zażywających miejskiej kąpieli słonecznej. Jasnożółta barwa, weizenowa mętność i trwała, śnieżnobiała piana przywodziły w ten październikowy wieczór na myśl minione ciepłe dni. Na aromat piwa składały się mocne uderzenie świeżo startej limonki oraz cytrusowa nuta chmielu Mosaic z odrobiną orzeźwiającego soku z białej cebuli. W smaku sól czuć było delikatnie, natomiast pierwsze skrzypce grał cytrynowy kwasek, uzupełniany oczywiście o drugi rodzaj kwaśności pochodzący od kwasu mlekowego. Co ciekawe, udało mi się dowiedzieć, iż osiągnięty został on w tym piwie dzięki metodzie sour mash, czyli poprzez zakwaszanie zacieru. Jak można było się przekonać, efekt okazał się bardziej niż zadowalający. Wracając do aspektu słoności, to kilka osób uznało, iż soli jest tu za dużo, natomiast ja jako człowiek przyzwyczajony do mocno słonych mięs tego nie zanotowałem. Smak słony jest oczywiście wyczuwalny, ale na stonowanym – według mnie – poziomie. Dopiero w posmaku, pod koniec picia, mamy uczucie cierpkości wokół ust, spowodowane właśnie oddziaływaniem soli. Jeżeli chodzi o pijalność, to ta stoi na bardzo wysokim poziomie. Piwo pochłania się bardzo szybko, a kompozycja smakowa sprawia, iż jego rześkość byłaby idealnym rozwiązaniem na zwalczanie skutków lipcowego upału. Szkoda, że Setka nie wypuściła Kapitana Drake’a kilka miesięcy wcześniej, gdyż byłby to absolutny hit lata na polskiej craftowej scenie.

12091300_1711365189077364_7008945226349831094_o[1]Na koniec pochwalić muszę też gustowne grafiki i etykiety, jakie do Kapitana Drake’a zaprojektowała Iwona Przybyła, wraz z autorską interpretacją samej postaci legendarnego korsarza. Jak już wiadomo, Browar Setka nie ma zamiaru spoczywać na laurach i w najbliższych dniach premierę będzie miało kolejne piwo pod tą marką – Enigma – amber ale uwarzone w Browarze Jana w Zawierciu. Biorąc pod uwagę, iż zapewne niedługo potem pojawią się kolejne propozycje tej sympatycznej ekipy, warto już sobie zaplanować trzeci weekend listopada na Poznańskie Targi Piwne, gdzie piw Setki na pewno nie zabraknie. Gratuluję i na zdrowie!

Premiera Browaru Setka – Kapitan Drake