Podróże

Niemcy samochodem – Deutsche Sommertour: 2750 km śladem dziwactw, ciężkiego przemysłu, jedzenia i piwa

7 min czytania
Zaktualizowano: 15 wrz 2026

Deutsche Sommertour to nasz dziesięciodniowy, liczący około 2750 kilometrów roadtrip po Niemczech, z krótkim skokiem przez granicę holenderską. Nie była to jednak objazdówka szlakiem Bramy Brandenburskiej, Neuschwanstein i innych miejsc, które znajdziecie na pierwszej stronie każdego przewodnika.

Trasę układałem przede wszystkim pod dziwactwa, historię, industrial, lokalne jedzenie i piwo. W efekcie po drodze znalazły się m.in. gigantyczne maszyny Ferropolis, Dysk z Nebry, ser dojrzewający dzięki roztoczom, żywe budynki z wierzb, Wewelsburg i mity SS, dawne kopalnie i huty Zagłębia Ruhry, „pogańskie” Externsteine, Szczurołap z Hameln oraz Fritz Haarmann.

Wyjazd odbyliśmy w 2020 roku, więc część praktycznych informacji od tamtego czasu się zmieniła. W 2026 roku wróciłem do całej serii, zweryfikowałem fakty, poprawiłem nieaktualne informacje i uzupełniłem teksty tam, gdzie sześć lat zrobiło swoje. Same historie, opinie, jedzenie, piwo i nasze mniej rozsądne decyzje pozostają jednak dokładnie tam, gdzie były.

Poniżej znajdziecie trasę krok po kroku. Seria urwała mi się po siódmym odcinku, mimo że sam wyjazd trwał dziesięć dni – najwyraźniej słomiany zapał jest potężniejszy nawet od niemieckiego przemysłu ciężkiego.

Jeśli szukacie więc gotowej trasy po Niemczech samochodem, ale zamiast zamków Disneya interesują Was kopalnie, sery z roztoczami, nazistowskie urojenia, przemysłowe trupy, lokalne piwo i seryjni mordercy – rozgośćcie się.

Artur Karpiński w niemieckich komnatach

Niemcy samochodem – trasa w skrócie

Szczegóły techniczne: 2 osoby · 10 dni / 9 noclegów · 15-24 września 2020 · ok. 2750 km · Dacia Sandero Stepway 0.9 TCe.

Założenie było proste: maksymalnie około czterech godzin jazdy dziennie, noclegi pozwalające zostawić samochód i iść na piwo oraz możliwie dużo miejsc, których nie da się streścić słowami „ładny rynek i gotycki kościół”.

Trasa prowadziła z Poznania przez środkowe i zachodnie Niemcy, zahaczała o Holandię, a potem wracała przez Zagłębie Ruhry, Westfalię i Dolną Saksonię. Świadomie odpuściłem północ i południe kraju, Berlin potraktowałem tylko jako przystanek, a Drezno i Spreewald znałem już z wcześniejszych wyjazdów.

Plan podróży – dzień po dniu

Każdy dzień w tabeli jest linkiem do szczegółowego opisu danego dnia. Zaparzcie sobie kawkę i… zapraszam do czytania!

EtapTrasa / główne miejscaCo po drodze?
Dzień 1Dessau-Roßlau → Ferropolis → Halle → Lipskindustrialne giganty, Dysk z Nebry, Gose i Lipsk
Dzień 2Würchwitz → Saale-Unstrut → Saalfeld → ErfurtMilbenkäse, wino, kolorowe groty i średniowieczny Erfurt
Dzień 3Ohrdruf → Nentershausen → Kasselżywe konstrukcje, Naturbauten, Wilhelmshöhe i sztuka funeralna
Dzień 4Mühlenplatz → Wewelsburg → Bensberg → Koloniaminiatury, SS i jego mity, brutalizm, relikwie i Kölsch
Dzień 5Drielandenpunt → Akwizgran → Düsseldorf → Duisburgtrzy granice, Printen, Altbier, nadrzeczna urbanistyka i Landschaftspark
Dzień 6Villa Hügel → Bottrop → Zollverein → BielefeldKruppowie, Tetraeder, przemysł Ruhry i miasto, którego nie ma
Dzień 7Hermannsdenkmal → Externsteine → Hameln → Hanowermit Arminiusza, germański mistycyzm, Szczurołap i Haarmann

Uwaga: przyznaję, opisałem tylko pierwszych siedem dni. Ostatnie trzy istnieją wyłącznie w pamięci, zdjęciach i zapewne jakichś paragonach za piwo. Ambitny plan regularnego publikowania przegrał ze słomianym zapałem 0:3.

Dni 8-10 wiodły z Hanoweru przez Magdeburg (Hundertwasser!), Poczdam (Sanssouci!), Berlin – aż do Poznania. Niestety, po sześciu latach nie jestem już w stanie odtworzyć tej końcówki trasy ze szczegółami.

Deutsche Sommertour – a miała być Norwegia…

Stadttheater Bielefeld

Stavanger, czyli plan, który umarł na COVID

Podróże w czasie pandemii są mniej więcej tak samo przewidywalne, jak prowadzenie biznesu w nadwiślańskim raju dla przedsiębiorców. Marzyliśmy jednak od dawna o długim zagranicznym urlopie, a nie tylko weekendowym wypadzie do sąsiedniego województwa. Jak zawsze, po skrupulatnej analizie ofert tanich lotów, wynaleźliśmy w końcu upragniony kierunek w dobrej cenie. Zapadła decyzja: lecimy do Stavanger! Wdrapiemy się na słynną Preikestolen, a fiordy będą nam z ręki jadły. Nic bardziej mylnego. Rząd uzurpujący sobie prawo do zarządzania terytorium zajmowanym przez wielbicieli mrożonej pizzy i pieniędzy wprowadził kwarantannę dla Polaków w związku ze zbyt dużą liczbą pozytywnych testów na COVID-19 i z naszej wycieczki wyszło mniej więcej tyle, ile z popchnięcia Jana Aage Fjortofta przez Romana Szewczyka w drugiej połowie przegranego meczu eliminacji do Mistrzostw Świata w USA – czerwona kartka.

Skoro nie samolotem, to samochodem

Bezskutecznie próbując odzyskać utracone fundusze od WizzAir, jednocześnie szukaliśmy alternatywnej opcji na wspólny wyjazd. Nie było możliwości, żeby zrezygnować. To nie w moim stylu. Od dawna po głowie chodził mi pewien pomysł: po prostu wsiąść w samochód i zobaczyć ciekawe miejsca, o których raczej nie pisze się w przewodnikach turystycznych głównego nurtu. Zwykle – co czytelnicy tego bloga wiedzą – odnajduję takie perełki nawet w popularnych destynacjach, ale tym razem cały wyjazd chciałem skupić wokół rozmaitych kuriozów. Pozostał jeszcze kierunek. Poznań, z racji swojego położenia, ma właściwie dwie oczywiste opcje na taki wypad: Czechy i Niemcy. Objazdówkę po krainie hermelinem stojącej zaliczyliśmy już kiedyś pociągami i autobusami, więc padło na kraj tych, dla których Arminiusz wyrósł później na bohatera, który skopał Rzymianom tyłki w Lesie Teutoburskim. Można było rozpocząć to, co lubię najbardziej: szczegółowe planowanie.

Z racji rozmiarów kraju, północ i południe zostawiłem na późniejsze wyjazdy. Wyeliminowałem także Drezno i Spreewald, gdzie spędziliśmy zeszłoroczną majówkę. Berlin, który odwiedziłem wielokrotnie, miał być zaś jedynie postojem na kawę. Kiedy już sporządziłem, za pośrednictwem ulubionych internetowych źródeł, galerię osobliwości w zawężonym regionie, przystąpiłem do wyznaczania trasy. Początkowo chciałem, abyśmy dojechali aż do Amsterdamu, lecz nie starczyłoby nam dni, chcąc zobaczyć to, co zaplanowałem. Nie oznacza to jednak, że nie przekroczyliśmy niderlandzkiej granicy!

Cztery godziny jazdy, piwo pieszo i jedzenie na mieście

Podczas projektowania itinerariusza wycieczki założyłem, że jako kierowca nie chcę spędzić za kółkiem więcej niż czterech godzin dziennie. Noclegi zabukowałem w miarę blisko centrum (aby móc iść na piwo bez samochodu), możliwie najtaniej, w pokoju z łazienką. Jak się okazało, nie zawsze było to możliwe i w kilku miejscach przyszło nam spać w bardziej oddalonych miejscach. Wyżywienie założyłem na mieście, 2-3 posiłki dziennie, bo przecież gastroturystyka to sól życia. Nie wyobrażam sobie pojechać gdzieś i żyć na kanapkach i konserwach. Wyjątkiem była Islandia – z racji astronomicznych cen, ale i tam udało się odwiedzić wiele restauracji. Ustaliłem też ścisły budżet, który się nawet spiął w granicach pierwotnie zaplanowanych, pomimo jednego bardzo niespodziewanego wydatku, o czym napiszę później.

Główne cele wyjazdu pozostawały niezmienne od zawsze: dziwactwa, lokalne jedzenie i piwo oraz – przede wszystkim – dobra zabawa. Wszystko to zaplanowane w szczegółach, dopięte na ostatni guzik. Jak powszechnie wiadomo, guziki lubią czasem strzelać, zwłaszcza na objedzonym brzuchu, czego nie da się uniknąć. Na szczęście większość zakładanych punktów udało się zrealizować. Tyle tytułem wstępu – tak właśnie powstała historia o nazwie Deutsche Sommertour, której pierwsze siedem dni opisałem w kolejnych odcinkach.

Pomnik w kształcie oka na Cmentarzu Artystów

Co było najciekawsze na naszej trasie?

Jeśli miałbym streścić tę trasę jednym słowem, byłoby to chyba „dziwactwa”. Ferropolis wygląda jak cmentarzysko maszyn z alternatywnego świata, Wewelsburg próbuje oddzielić fakty od nazistowskiej mitologii, a Externsteine pokazuje, jak łatwo z kilku skał zrobić centrum narodowego mistycyzmu.

Drugi motyw to industrialne Niemcy. Landschaftspark Duisburg-Nord, Zollverein, Tetraeder czy Villa Hügel są ciekawsze właśnie dlatego, że pokazują kraj przez pryzmat przemysłu, kapitału, pracy i upadku całych epok gospodarczych, a nie tylko ratuszy i katedr.

Trzeci to oczywiście jedzenie i piwo: Gose w Lipsku, Altbier w Düsseldorfie, Kölsch w Kolonii, Milbenkäse z Würchwitz, Printen z Akwizgranu i cały szereg rzeczy, które przy odpowiednim poziomie głodu wydają się rozsądniejszym powodem podróży niż jakiekolwiek muzeum.

I wreszcie mroczne historie: Kruppowie, Wewelsburg, Haarmann, Szczurołap z Hameln, mistyka Externsteine. Ta trasa przypadkiem wyszła dużo bardziej ponura, niż zakładałem – co oczywiście wcale mi nie przeszkadzało.

Czy ta trasa ma sens dzisiaj?

Tak, ale nie kopiowałbym jej dziś 1:1 bez sprawdzenia godzin otwarcia atrakcji i konkretnych noclegów. Wyjazd odbyliśmy w 2020 roku, w specyficznych pandemicznych realiach. W 2026 roku zaktualizowałem wszystkie siedem opisanych odcinków, poprawiając nieaktualne informacje i ponownie weryfikując najważniejsze fakty. Stworzyłem też tę stronę jako hub – swoisty spis treści i prolog opisujący założenia wyjazdu. Najważniejsze informacje praktyczne i historyczne zweryfikowałem ponownie we wrześniu 2026 roku. W miarę możliwości będę aktualizował wszystkie siedem wpisów co jakiś czas.

Sam szkielet trasy nadal działa: krótkie dzienne przejazdy, dużo ciekawych miejsc po drodze i noclegi w miastach, w których wieczorem można bez auta pójść na lokalne piwo. Gdybym planował podobny wyjazd dziś, zachowałbym dokładnie tę samą filozofię: mrok, obskuria, jedzenie i piwo.