Podróże

Deutsche Sommertour – dzień 6 – w willi u króla armat po drodze do miasta, którego nie ma

Z Duisburga wyruszyliśmy do miasta, które nie istnieje – przynajmniej według znanej internetowej teorii. No bo znacie kogoś, kto był w Bielefeldzie? Zanim tam jednak dotarliśmy, padliśmy ofiarą – żeby nie rzec oszustwa – napiszę: wyrafinowanej autopromocji.

7 min czytania
Zaktualizowano: 15 wrz 2026

Szósty dzień Deutsche Sommertour był esencją Zagłębia Ruhry: pałac Kruppów, sztuczna góra zwieńczona stalowym Tetraedrem, jedna z najsłynniejszych kopalń świata, a na koniec miasto, którego – jak wiadomo – wcale nie ma – przynajmniej według znanej internetowej teorii. No bo znacie kogoś, kto był w Bielefeldzie? Zanim tam jednak dotarliśmy, padliśmy ofiarą – żeby nie rzec oszustwa – napiszę: wyrafinowanej autopromocji.

Villa Hügel – u „króla armat”

Villa Hugel

Pierwszym przystankiem była otoczona przez przeogromny park Villa Hügel – prywatna posiadłość należąca do fundacji rodziny Kruppów, w której mieści się dziś muzeum. Gdy wjeżdżaliśmy na spory parking, przywitał nas ubrany elegancko portier, pomimo że lokalizacja wejścia nie budziła wątpliwości. Brakowało jedynie, aby zaproponował, że odstawi nasze auto na miejsce. W środku zwiedziliśmy galerię obrazów wiszącą w holu głównym oraz obejrzeliśmy mnóstwo artefaktów z historii rodziny gospodarzy. Wedle panującej tu narracji, rodzina Kruppów dorobiła się na innowacyjnej przedsiębiorczości, kładąc kamienie węgielne pod nowoczesny przemysł stalowy, a jej członkowie to znani filantropowie i cieszący się estymą biznesmeni.

O czasach drugiej wojny światowej jest tu niewiele – z artefaktów pozostał dokument, na mocy którego firma powraca w prywatne ręce. Nie znalazłem jednak żadnej wzmianki o tym, że po dojściu Hitlera do władzy Kruppowie szybko dogadali się z nowym reżimem, firma stała się jednym z kluczowych producentów uzbrojenia III Rzeszy, a Gustav Krupp finansowo wspierał nazistowskie państwo i partię. W zbrojeniówce zresztą Kruppowie siedzieli też w poprzednich wojnach, toczonych jeszcze przez armię pruską – stąd twórca przemysłowego imperium Alfred Krupp zyskał pseudonim „król armat”, a od imienia jego wnuczki jedno z dział prześmiewczo nazywano „grubą Bertą”.

Mroczniejszy rozdział historii firmy przypadł już na kolejne generacje. Podczas II wojny światowej zakłady Kruppa wykorzystywały na ogromną skalę pracę przymusową – przez firmę przewinęło się ponad 100 tysięcy robotników przymusowych, a w niektórych okresach stanowili nawet 40% siły roboczej. Alfried Krupp (nie mylić z Alfredem), który przejął firmę jako jedyny właściciel w 1943 roku, został w 1948 skazany m.in. za przestępstwa związane z pracą przymusową i grabieżą terenów okupowanych.

Produkcja uzbrojenia była przez dziesięciolecia jednym z filarów imperium Kruppów, choć fortunę budowali również na stali, kolei i ciężkim przemyśle. Relacja rodziny z nazizmem też była bardziej skomplikowana niż proste ideologiczne uwielbienie Hitlera. Gustav Krupp przed 1933 nie wspierał NSDAP i początkowo patrzył na Hitlera sceptycznie, ale po przejęciu przez niego władzy szybko dostosował się do nowego systemu. Koncern zarabiał na gigantycznych zamówieniach zbrojeniowych, wspierał reżim i korzystał z niewolniczej pracy jeńców, robotników przymusowych i więźniów.

Nie widziałem także nigdzie informacji o homoseksualno-narkotycznych orgiach najmłodszego z dynastii – Arndta – o których wspominał w swej biografii Keith Richards, jak to wspólnie wielokrotnie imprezowali w Maroku. To zresztą nie jedyna postać, którą należy wymienić w tym kontekście.

Jeszcze barwniejszą postacią był Friedrich Alfred Krupp. Podczas wielomiesięcznych pobytów na Capri otaczał się grupą młodych mężczyzn i urządzał prywatne spotkania w grocie nad Marina Piccola. W 1902 roku włoska, a później niemiecka prasa oskarżyła go o homoseksualne orgie. Ile było w tych historiach prawdy, a ile politycznie napędzanego skandalu, do dziś pozostaje przedmiotem sporu – choć jego wieloletnia, prawdopodobnie homoerotyczna relacja z Giovannim Sangiorgio jest dobrze udokumentowana.

Tydzień po publikacji oskarżeń w „Vorwärts” Krupp zmarł w Villa Hügel. Oficjalną przyczyną był udar mózgu, choć już współczesna mu prasa podejrzewała honorowe samobójstwo, którego dokonał po rozmowie z cesarzem Wilhelmem II.

Wymazana z historii została także pierwsza żona Alfrieda Kruppa – Annelise Lampert – gdyż rodzina uznawała ów związek za mezalians. Zarówno Alfried, jak i jego ojciec Gustav, byli oskarżonymi w powojennych procesach nazistów. Obaj trafili na celownik trybunałów norymberskich, choć w różnych postępowaniach. Gustav został objęty aktem oskarżenia w głównym Procesie Norymberskim, ale ze względu na stan zdrowia uznano go za niezdolnego do sądzenia. Alfried stanął natomiast przed amerykańskim trybunałem w późniejszym Procesie Kruppa i został skazany na 12 lat więzienia, z czego odsiedział trzy. Potem został ułaskawiony przez Johna J. McCloya i odzyskał majątek. Starszy nie mógł być sądzony ze względu na stan zdrowia.  W owym czasie był już na łożu śmierci.

Ponure karty historii rodu nie zmieniają faktu, że dziś dziedzictwo biznesowe rodziny Kruppów jest wciąż żywe – w postaci części jednego ze światowych liderów przemysłu stalowego, – thyssenKrupp AG – powstałej w wyniku fuzji konkurujących ze sobą niegdyś firm Thyssen i Krupp.

Essen

Essen

W Essen udaliśmy się też na posiłek i krótkie zwiedzanie, jednak w porównaniu z Düsseldorfem… były tu straszne pustki. Rozumiem, że w niedzielę ludzie mniej siedzą na mieście, ale jednak różnica była kolosalna. Trafiliśmy do kawiarni niedaleko katedry, gdzie zamówiliśmy kawę oraz solidny deser. Mówiąc solidny – mam na myśli przeogromny. Gdy prosisz o tiramisu, masz na myśli taką kosteczkę, którą zjesz ze smakiem i tyle, prawda? No nie – tu tiramisu było wielkości małego bochenka chleba, a gofr z owocami dorównywał mu rozmiarem. Wszystko za całkiem przyzwoitą cenę. Jeśli więc macie ochotę na potężny deser, odwiedźcie Toscani Eiscafe!

Tetraeder w Bottrop – góra zbudowana przez górników

Stamtąd udaliśmy się do Bottrop, gdzie na szczycie dawnej górniczej hałdy stoi około 50-metrowa stalowa konstrukcja o bokach długości 60 metrów – Tetraeder, jeden z najbardziej charakterystycznych punktów widokowych Zagłębia Ruhry. Do tej potężnej stalowej konstrukcji szkieletowej w kształcie czworościanu można wejść i poruszać się wewnątrz schodami. Na wzgórze prowadzi kilka urokliwych ścieżek spacerowo-rowerowych, a ze szczytu rozciąga się widok na pogórniczy krajobraz Zagłębia Ruhry, ozdobiony dymiącymi kominami, magazynami i szybami.

Zollverein – katedra przemysłu w Essen

Zollverein

To właśnie kopalnie były kolejnym punktem wycieczki. Zollverein uznawane jest za najładniejszy kompleks tego typu na świecie, na który składa się kopalnia węgla kamiennego i ogromna koksownia. Zbudowano go nie tylko, by zarabiał pieniądze dla niemieckich przedsiębiorców, ale i jako wizytówkę regionu. Przyjmowano tu znamienitych gości i inwestorów z prawdziwymi honorami, a całość zaprojektowano zgodnie z kanonami sztuki i symetrii. O ile znajduje się tu sporo miejsc do zwiedzania, podczas naszej wizyty w 2020 roku tylko jedna z wycieczek dostępna była w języku angielskim – opowieść o górniczym życiu połączona ze zwiedzaniem jednego z szybów. Dowiedzieliśmy się co nieco o pracy w tym zakładzie i zobaczyliśmy dawne sprzęty górnicze. W kompleksie odnajdziemy także galerię sztuki, warsztat malarski i muzeum.

Zollverein nie było zwykłą kopalnią. Schacht XII, uruchomiony w 1932 roku, uchodził za technologiczny cud i jeden z najwydajniejszych zakładów górniczych świata. W całej historii kompleksu wydobyto około 240 milionów ton węgla, a późniejsza koksownia przerabiała go w 304 piecach na nawet 8600 ton koksu dziennie. Kopalnię zamknięto w 1986 roku, koksownię siedem lat później, a zamiast wszystko zrównać z ziemią, Niemcy zrobili z industrialnego trupa światowej klasy zabytek. Od 2001 roku Zollverein jest na liście UNESCO.

Aktualizacja 2026: dziś Zollverein oferuje znacznie więcej tras i języków, a publiczna anglojęzyczna wycieczka odbywa się w weekendy i święta.

Bielefeld

Bielefeld

Stamtąd pozostało już tylko uciec w nicość, rozpłynąć się w micie i sprawdzić na własnej skórze, czy Bielefeld istnieje. Gdy dotarliśmy na miejsce, nie było to takie pewne, gdyż ludzi na ulicach można było policzyć na palcach jednej ręki. Na szczęście odnalazła się kelnerka, która uraczyła nas piwem w browarze restauracyjnym Brauhaus Joh. Albrecht. Tu skosztowałem miejscowego Kellerbiera o nazwie Messing, który smakował dość generycznie, jednak – jak to u Niemców – nie miał wyraźnych wad i dało się go wypić ze smakiem. Jako akompaniament do piwka – tradycyjna, pyszna niemiecka golonka!

Pospacerowaliśmy sobie potem ulicami Bielefeldu, znaleźliśmy kilka ciekawych miejsc, a ostatecznie na posiłek przycupnęlismy w Hans Im Glück Burgergrill & Bar. Na miejscu serwują świetne burgery w opcjach mięsnych i wegańskich, więc można było się najeść smacznie i do syta. Co do piwa – wypity tu Allgäuer Büble Bier Bayrisch Hell był póki co najsłabszym jasnym lagerem pitym w Niemczech – zupełnie bez wyrazu, z koncernowym posmakiem. Największą atrakcją Bielefeldu jest jednak nie tylko klimatyczne centrum, ale i oddalony od niego kawałek przepiękny park nad jeziorem wraz z malowniczym wiaduktem Schildescher. Zrobiliśmy sobie spacer dookoła jeziora, podziwiając przyrodę oraz niczego niebojące się łabędzie, swobodnie skubiące coś przy pieszych traktach. To tu mieszkańcy miasta przyjeżdżają odpocząć, pospacerować, pobiegać lub pojeździć rowerem. Urokliwa oaza.

Następnego dnia nastał poniedziałek, kiedy w Niemczech większość muzeów i atrakcji jest zamknięta, a więc plan dnia obejmował głównie te zewnętrzne…