Podróże

Deutsche Sommertour – dzień 4 – przepiękny park miniatur, nazistowski mistycyzm i niespodziewane wydatki w Kolonii

7 min czytania
Zaktualizowano: 15 wrz 2026

Czwarty dzień Deutsche Sommertour prowadził nas z Kassel przez miniaturowy Mühlenplatz i Wewelsburg aż do Kolonii – z przystankiem na architektoniczny koszmar w Bensbergu, odholowanym samochodem, kośćmi jedenastu tysięcy dziewic i sporą ilością Kölscha.

Opuszczając Kassel, udaliśmy się na zachód w kierunku Kolonii. Pierwszym przystankiem był park miniatur Mühlenplatz, gdzie można obejrzeć wykonane z najwyższą pieczołowitością maleńkie repliki słynnych zamków, pałaców, budynków gospodarczych czy tawern z całych Niemiec.

Park miniatur Mühlenplatz

Park miniatur Mühlenplatz

Poziom szczegółowości tych dzieł sztuki umiejscowionych na pięknym zielonym terenie, pośród realistycznych maleńkich fos pełnych krystalicznie czystej wody i młynów z działającymi drewnianymi kołami, oszałamia! Zadbano nawet o takie rzeczy, jak pranie wiszące w oknach, ptasie gniazda pośród drzew czy zwierzęta gospodarskie. Możemy tu zobaczyć np. jak wygląda najstarsza działająca gospoda w kraju, a także potężne fortece typu zamek Wartburg. Wystawa znajduje się niedaleko uzdrowiska Gieselwerder i funkcjonuje od 1969 roku. Zdecydowanie warto tu spędzić godzinkę przechadzając się pomiędzy miniaturami!

Aktualizacja 2026: Mühlenplatz nadal działa. Według aktualnych informacji gminy Wesertal w sezonie 2026 obiekt jest otwierany tylko w wybrane dni, więc przed wizytą warto sprawdzić bieżące godziny.

Wewelsburg

Wewelsburg

Jeśli o potężnych budowlach mowa, następnie zatrzymaliśmy się w Wewelsburgu. To tutaj piękny renesansowy zamek został ofiarą nadchodzącej wojny. Od 1933 roku Heinrich Himmler planował przekształcić Wewelsburg najpierw w szkołę ideologiczną SS, a później w centralne miejsce spotkań najwyższych dowódców tej organizacji. Z czasem plany zrobiły się absurdalnie gigantomańskie – w ostatecznej wersji cała wieś miała właściwie ustąpić miejsca ogromnemu kompleksowi SS. Do realizacji projektu utworzono obóz koncentracyjny Niederhagen, do którego deportowano około 3900 więźniów, a co najmniej 1200 zginęło.

Obok głównego obiektu znajduje się muzeum poświęcone tej zbrodniczej formacji, z opisami tego, jak doszli do władzy, całej struktury, machiny propagandowej oraz najważniejszych postaci. Następnie, podziemnymi korytarzami, przechodzimy do samego zamku, gdzie w wieży możemy podziwiać pomieszczenia, które obrosły nieco bardziej… ezoteryczną legendą, według której w pomieszczeniach zamkowych naziści mieli oddawać się praktykom okultystycznym.

Najciekawsze jest jednak to, że słynny „nazistowski mistycyzm” Wewelsburga okazuje się w dużej mierze powojenną nadbudową. W Nordturm zachowały się dwa niedokończone pomieszczenia SS – tzw. krypta oraz Obergruppenführersaal – ale historycy nie mają wiarygodnych danych, do czego właściwie miały służyć.

W posadzce jednej z tych sal znajduje się dwunastoramienne koło słoneczne. Dziś znamy je jako Czarne Słońce, jednak ta nazwa i ezoteryczna symbolika pojawiły się dopiero po wojnie, a szczególnie od lat 90., kiedy znak przejęły środowiska neonazistowskie zafascynowane okultyzmem i ezoteryką.

Muzeum w swoich oficjalnych dokumentach mocno walczy z mitem nazistowskiego okultyzmu w murach Wewelsburga. Jak było jedank naprawdę – wiedzą tylko ci, którzy tam byli…

We wspomnianych komnatach obowiązuje zakaz fotografowania, a kustosze mają niemałe problemy z odwiedzającymi Wewelsburg miłośnikami pogańsko-nazistowskich klimatów spod znaku Czarnego Słońca. Ciekawostka jest taka, że jako Polacy – ofiary nazizmu – zwiedzanie mieliśmy za darmo. Miły gest czy pedagogika wstydu? Zostawiam Wam do oceny.

Aktualizacja 2026: dziś stała wystawa „Ideologie und Terror der SS” jest bezpłatna dla wszystkich zwiedzających.

Bensberg – średniowieczny zamek i betonowy moloch

Katedra w Kolonii

Omijając Dortmund obwodnicą, udaliśmy się na chwilę do Bensbergu, gdzie do pozostałości po zabytkowej, średniowiecznej fortecy dobudowano modernistyczny moloch, w którym mieści się miejski urząd. Horrendalna estetyczna abominacja, która ma jednak także swoich zwolenników. Architekt tego czegoś otrzymał prestiżową Nagrodę Pritzkera, czyli architektoniczny odpowiednik Nobla. Niedaleko znajduje się także drugi zamek – Schloss Bensberg, w którym obecnie funkcjonuje luksusowy hotel. Ten prezentuje się o niebo lepiej.

Kolonia

175 euro za polską cebulę

W tym miejscu muszę napisać o naszej niespodziewanej przygodzie. Dojechawszy w końcu do Kolonii, zakwaterowaliśmy się na obrzeżach miasta i – chcąc zaoszczędzić na hotelowym parkingu – auto zostawiliśmy na miejscu postojowym przy ulicy. Byłem świadomy tego, że istnieje tam dziwny czasowy zakaz zatrzymywania się, funkcjonujący przez dwa dni w tygodniu przez kilka godzin. Pomyślałem, że może jakieś dostawy czy coś, i że jakoś sobie poradzą, poza tym po śniadaniu uciekamy. Typowa polska cebula. Niestety, gdy około godziny dziewiątej wyszliśmy z hotelu, na miejscach postojowych rozłożone były kramy, a uśmiechnięci mieszkańcy kupowali świeże warzywa i owoce. Po samochodzie ani śladu. Wszystkie auta zostały odholowane. Nie dosyć, że straciliśmy ponad dwie godziny na poszukiwaniu miejsca pobytu naszej Czarnej Perły, to jeszcze koszt całej operacji wyniósł aż… 175 EUR! Tak więc – moi drodzy – nie stawiajcie auta na zakazie w Niemczech, bo będzie Was to srogo kosztować.

Katedra i Złota Komnata św. Urszuli

W centrum Kolonii największe wrażenie zrobiła na nas oczywiście przepiękna katedra, która swym majestatem równać się może tej w Mediolanie, a może nawet i ją przewyższa. We wnętrzach świątyni wisi potężny 24-tonowy dzwonPetersglocke – zwany przez miejscowych „Decke Pitter”. Przez większą część XX wieku był największym swobodnie kołyszącym się dzwonem świata, lecz dziś tego rekordu już nie dzierży, choć nadal należy do największych i najbardziej charakterystycznych dzwonów Europy.

Niedaleko tej przepięknej budowli, którą doskonale widać także w nocy choćby z nadreńskich mostów, znajduje się ciekawy Kościół Św. Urszuli, w którym można odnaleźć Złotą Komnatę okraszoną kośćmi i czaszkami dziewic-męczennic, które według legendy zginęły wraz ze Świętą Urszulą, zabite przez Hunów właśnie w Kolonii.

Sama legenda z czasem rozrosła się z niewielkiej grupy męczennic do absurdalnych 11 tysięcy. Kości eksponowane dziś w Złotej Komnacie pochodzą w dużej mierze z dawnego rzymskiego cmentarzyska i wśród szczątków znajdowano nie tylko kobiety, ale też mężczyzn i dzieci. Istnieje nawet stara anegdota o chirurgu, który miał rozpoznać wśród „świętych relikwii” czaszki dorosłych psów – mastiffów.

Aktualizacja 2026: Złota Komnata jest obecnie zamknięta z powodu prac konserwatorskich od 7 września 2026 do 18 lutego 2027.

Kölsch, Köbes i Himmel un Ääd

Miasto skrywa oczywiście o wiele więcej skarbów (muzea wody kolońskiej, musztardy czy czekolady brzmią ciekawie) i musimy tam wrócić, jednak najważniejsze dla piwowara i foodies była oczywiście gastroeksploracja. Jak wiadomo – Kolonia stoi Kölschem. Jest to chroniony regionalny styl piwa i nazwa pochodzenia: zasadniczo musi być warzony w Kolonii, z kilkoma historycznymi wyjątkami dla browarów spoza miasta, które posiadały prawa do tej nazwy jeszcze przed wejściem Kölsch-Konvention.

Skusiliśmy się najpierw na obiad w Hänneschen und die Pfeffermühle, gdzie zjedliśmy przepyszne tradycyjne niemieckie Himmel un Ääd (czyli ziemniaczane puree z przysmażoną kaszanką, podawane ze zrumienioną cebulką i musem jabłkowym), frytki oraz dwa kremy: wegetariański z pomidorów oraz pełen mielonego mięsa porowo-serowy. To wszystko popiliśmy rzecz jasna Kölschem!

Na miejscu serwują wersję warzoną przez browar Gaffel, które to piwo można spotkać także na stacjach benzynowych w puszce. Ta wersja była niezwykle czysta w smaku, delikatna, ekstremalnie pijalna, jak dobry lager, któremu niestety pożałowano goryczki. Piwo podaje się tu rzecz jasna w tradycyjnych wąskich szklankach do Kölscha o pojemności 200 ml.

Tuż obok restauracji mieści się Brauhaus zum Pfaffen, w którym można było napić się zarówno ich własnego Pfaffen Bier, jak i Päffgen Kölsch, który właśnie tam odhaczyłem na Untappd. Warto również napisać o tym, w jaki sposób podawane jest piwo w Kolonii oraz leżącym nieopodal Düsseldorfie. Kelner, czyli tradycyjny Köbes, kładzie przed nami wafel od piwa i, niosąc pełną płynnych smakołyków tacę, jedną szklankę stawia przez Tobą, jednocześnie zaznaczając kreskę na waflu.

Gdy wypijesz, natychmiast przynosi drugą i kreśli kolejny znak. W ten sposób liczy, za ile piw musi wystawić rachunek. Kölsch z Päffgen różnił się mocno od sąsiedniego – był o wiele bardziej estrowo-owocowy (w końcu to piwo górnej fermentacji) i mniej rześki. Trzeci trunek w tym stylu wypiliśmy przy samym hotelu – w barze pełnym gadżetów piłkarskiej dumy miasta – 1. FC Köln, oglądając porażkę Schalke z Bayernem (0:8). Serwują tu Reissdorf Kölsch, który przypominał nieco tego z Gaffel – czysty, delikatny, pijalny na wiadra. Puszkę Gaffela wziąłem jeszcze na drogę. Wszystkie trzy Kölsche wypite w Kolonii sprawiły mi satysfakcję, pomimo że były piwami mało skomplikowanymi i stworzonymi raczej do obfitego picia niż powolnej degustacji.

Następnego dnia byliśmy już w połowie naszej szalonej eskapady…